Moje Kochanie #9

Nie mam daleko do Pauliny, ale patrząc na to, że mieszkam na obrzeżach miasta, a ona prawie w samym jego sercu- może to niektórych zadziwić. Śpieszę z wyjaśnieniami. Normalnie każdy człowiek choć trochę znający to miasto powiedziałby, że dystans jaki dzieli mnie a Paulinę jest całkiem duży. Drogi są kręte i okrężne, nie prowadzące prosto do celu. Pieszy ma trochę lepiej, bo nie musi korzystać z dróg, które często są przesadnie długie przez co i kłopotliwe. Jest wiele mostków, podziemnych przejść, które prowadzą wprost do centrum miasta, lecz patrząc na to, że idzie tędy masa ludzi, jeszcze bardziej spowalnia owego pieszego. Ja jednak mam swoje sekretne przejścia, o których wie mało ludzi, a droga jest tak samo przystępna i wygodna, że nie traci się czasu na zbędne nieudogodnienia. Niestety jest mały problem. Pieszy to pieszy, nie jest zbyt szybki.

     Jak zwykle pogrążona w kojących dźwiękach muzyki obmyślałam plan działania. Jest aktualnie 16:31, a czas z jakim zazwyczaj pokonuję tę drogę, jest zdecydowanie za długi w tej sytuacji. Postanowiłam przyspieszyć kroku, aby być jakoś przed 17, ale tak czy siak nie byłam pewna czy to cokolwiek pomoże. W dodatku tak się śpieszyłam, że zapomniałam zmienić opatrunku, a w przypływie emocji z jakimi miałam do czynienia w domu, nie zastając tam nikogo, po prostu zapomniałam również o bólu, który teraz mi doskwierał. Pomyślałam jednak, że mam 110 złotych przy sobie, więc wstąpię po drodze do apteki po gazę i bandaż i zrobię sobie opatrunek w łazience w pizzeri. Brzmi to głupio i nieodpowiedzialnie, ale miałam w głowie jeszcze gorsze myśli, które by pewnie weszły w życie gdyby nie to, że przebierając się zauważyłam, że mam już zakrwawiony bandaż i jestem zmuszona coś z tym zrobić. Nie chcę się nabawić jakichś zakażeń. Wiem, że powinnam to odkazić i takie tam, ale powiedzmy, że to wyjątkowa sytuacja, którą ogarnę już po powrocie do domu.

     Tak jak postanowiłam wcześniej, zaszłam do apteki i kupiłam potrzebne rzeczy. Do listy zakupów dołączyła też woda utleniona w małej, podręcznej buteleczce. Kupiłam, bo sumienie nie dawało mi spokoju. Powinnam zrobić porządny opatrunek w domu, nawet jeśli miałabym się spóźnić. Rzeczy pochowałam w kurtkę od wewnętrznej strony, gdzie znajdowały się kieszenie. Dzięki temu nic mi nie będzie odstawało i nie będzie przykuwało wzroku innych. Sięgnęłam do kieszeni po telefon. Odblokowałam go i przez chwilę się zamyśliłam. Patrzyłam na godzinę i myślałam, czy nie wysłać sms’a do Pauli. Spojrzałam w niebo, nabrałam powietrza w płuca, wstrzymałam na chwilkę oddech, a po chwili wypuściłam całą zawartość płuc z głośnym świstem. Raz kozie śmierć!

     “Hej, po pierwsze- chyba się spóźnię max 10 min, po drugie mam do Ciebie sprawę…”

     Patrzyłam jeszcze chwilę na wiadomość i myślałam czy jej to wysłać, jednak nie dane mi było wybierać, bo przez przypadek kliknęłam przycisk “wyślij” i już nie było odwrotu. W sumie to i dobrze, bo bym się jeszcze rozmyśliła. Muzyka nagle ucichła, a w uszach rozbrzmiał dźwięk powiadomienia, a za raz po nim zawibrował mi w dłoni telefon. Spojrzałam na niego. Od Pauliny.

     “Okay, poczekamy na Ciebie, nie ma problemu, a co tam chcesz?”  

     “Później Ci powiem.”  

     Cholera! Szymek już tam jest… Niedobrze. Jak on się dowie o tej nodze to już mam przechlapane. Po pierwsze zacznie ze mną “poważnie” rozmawiać, następnie się na mnie obrazi, a na koniec i tak mi pomoże… Niby to rutyna, ale i tak nie chcę czegoś takiego ze strony mojego najlepszego przyjaciela. Czuję się wtedy okropnie i dopada mnie poczucie winy i żal za to wszystko…

     Nieprzytomna i lekko zestresowana szłam z opuszczoną głową. Planowałam co im powiem, rozpatrywałam każdą możliwą reakcję przyjaciół. Po chwili ktoś we mnie uderzył przez co ocknęłam się z zamyślenia. Przez moją beznadziejną postawę i brak jakiegokolwiek przygotowania do tego co się stało, obróciłam się o 180 stopni i straciłam równowagę, jednak jakieś męskie, sprawne ramiona powstrzymały mnie od upadku. Skołowana ustałam na równe nogi i spojrzałam na mojego “bohatera”. Nie był wysoki. Nie musiałam zadzierać głowy aby na niego spojrzeć, więc miał jakieś 176 cm jak na moje oko. Osoba ta miała czarną czuprynę, która niesfornie opadała mu na oczy. Chłopak dmuchną w nią przez co włosy zabawnie uniosły się ku górze, a następnie opadły na swoje wcześniejsze miejsce. Rozśmieszyło mnie to troszkę, przez co zachichotałam zakrywając rękawem usta. Nie chciałam mu zrobić przykrości, bo może pomyśleć, że się z niego śmieję, więc szybko powstrzymałam się od śmiechu i znów spojrzałam na chłopaka. Był dość szczupły i całkiem elegancko ubrany. Czarny, męski płaszcz, ale nie długi. Wokół szyi miał przewiązany szal, którego końcówki swobodnie wisiały z tyłu i z przodu, poddając się działaniu wiatry i lekko przy tym falowały. Miał również materiałowe, ciemnogranatowe spodnie, a na stopach widniały pantofle ze skóry, ale w stylu bardziej sportowym. Zwieńczeniem wszystkiego były przepiękne perfumy, które intensywnie unosiły się w powietrzu i docierały do moich nozdrzy nawet teraz, kiedy byłam od niego oddalona o jakieś dwa kroki. Trochę to dziwne, bo kiedy mnie uratował od upadku, zaraz potem delikatnie zabrał swoje dłonie z mojego ciała i odsunął się na taką odległość. Inni zapewne by dalej tkwili przy mnie, albo by odeszli najwyżej na wyciągnięcie ręki.

     -Nic Ci nie jest? -usłyszałam męski, ale nie za głęboki głos.
     -Ohh… Wszystko okay, przepraszam. Gapa ze mnie. -powiedziałam i przyłożyłam dłoń do czoła na znak zakłopotania, a następnie opuściłam wzrok i ogarnęło mnie zażenowanie z powodu mojego zachowania. Po chwili zebrałam się do kupy i spojrzałam na chłopaka. -Dziękuję. -dodałam łagodnie i ciepło się do niego uśmiechnęłam.
     -Nie ma za co. W dodatku to ja przepraszam, zamyśliłem się i zupełnie Ciebie nie zauważyłem. -uśmiechnął się szczerze i po chwili wyciągnął dłoń w moją stronę. -Michał.
     -Izabela. -podałam mu swoją dłoń, a on nie czekając długo chwycił ją i przyłożył ją sobie do ust składając delikatny pocałunek. Na moją twarz wpłynął rumieniec, a ja sama byłam zszokowana zachowaniem nowo poznanego chłopaka. Drugą dłonią schowałam kosmyki włosów za ucho i modliłam się w duchu, żeby Michał nie wziął mnie za jakąś debilkę. On jednak spojrzał się na mnie i widząc barwę moich policzków lekko się uśmiechnął i puścił moją dłoń.
     -Przepraszam, ale troszkę się śpieszę. Miło było Cię poznać. -ostatni raz posłał mi szczery i ciepły uśmiech, odwrócił się i ruszył przed siebie, a ja jeszcze chwilkę stałam i patrzyłam na oddalającą się sylwetkę Michała. Potrząsnęłam szybko głową i również ruszyłam w swoim kierunku.

     Stałam przed ogromnym blokiem z czerwonej, gryzącej w oczy cegły, jednak czas sprawił, że minimalnie wyblakła. Zadarłam wysoko głowę, aby spojrzeć na okno przyjaciółki i wybadać, czy dalej znajduje się w mieszkaniu. Nie myliłam się. Na szóstym piętrze, z czarnego okna biła łuna światła. Rozejrzałam się dookoła i dopiero teraz stwierdziłam, że świat coraz bardziej ciemnieje, a Słońce powoli przygotowuje się do snu zostawiając po sobie jedynie pomarańczowo różowe smugi na niebie. Nie myśląc dłużej przeskoczyłam dwa schodki prowadzące do drzwi od klatki schodowej i energicznie pociągnęłam za metalowy uchwyt. Drzwi z impetem otworzyły się na oścież dając mi dużo czasu, aby przez nie przemknąć, jednak ja nie czekałam ani chwili dłużej. Niemalże biegnąc pokonałam próg i znów zaczęłam wspinać się na schody sprawnie przeskakując dwa, a czasami nawet trzy schodki na raz. Długie nogi jednak się czasem przydają -pomyślałam w duchu i lekko pocieszona tym faktem stawiłam czoła tym cholernie długim schodom!

     Zasapana pokonałam ostatnie dwa schodki jednym, długim susem, lądując tuż przed drzwiami Pauliny. Szybko wcisnęłam przycisk dzwonka. Pochyliłam się do przodu wystawiając pupę, ugięłam lekko kolana tak, aby mogły się na nich oprzeć moje łokcie i w takiej pozycji czekałam, aż ktoś mi otworzy. Zdążyłam wykonać trzy, pełne wdechy i wydechy aż nagle drzwi się pewnie otworzyły. Podniosłam wzrok i kątem oka dostrzegłam zarys Szymona, który po chwili znikł za progiem kuchni. Ostatni raz głęboko odetchnęłam i weszłam do mieszkania. Zdjęłam buty i skierowałam się do kuchni.

     Całe pomieszczenie zalane było żółtym światłem z lampy sufitowej. Jedynie nad kuchenką paliło się małe światełko dające czyste, białe światło, które walczyło, aby przedrzeć się przez ciepłą łunę światła. Kuchnia została pomalowana na jasny, kawowy kolor. Na dwóch ścianach, tej przy oknie i okalającej, były położone kafelki w jaśniejszym odcieniu pozostałych ścian. Tam też znajdowały się blaty kuchenne, szafki jak i kuchenka z okapem. Biała lodówka stała w małej wnęce w ścianie przez co w ogóle nie wystawała. Przy sąsiedniej ścianie był ustawiony stół z czterema krzesłami, z których dwa już były zajęte. Płytki na podłodze były w kolorze mocnego brązu, dzięki czemu nie było tak monotonnie. Dawały pewien akcent temu pomieszczeniu.

     -Czemu tak po prostu otworzyłeś drzwi na oścież nie patrząc kto jest za progiem. -zapytałam z podniesioną brwią.
     -Bo i tak wiedziałem, że będziesz to Ty. -wskazał na mnie palcem na ostatnie słowo. Ja pokręciłam głową na znak lekkiego zażenowania. Trochę to nieodpowiedzialne i bezmyślne, ale z drugiej strony… Faktycznie tylko ja tam mogłam stać.
     -No to co to za sprawa? -wtrąciła się Paulina, a mnie przeszły dreszcze i oblał zimny pot. Jak ja mam jej pokazać ranę i spytać, czy mogę sobie zrobić opatrunek, kiedy oni nawet nie wiedzą, z jakiego powodu ją mam… Przetarłam dłońmi twarz, głośno wypuściłam powietrze przez usta i usiadłam na wolnym krześle.

     Przystąpiłam do opowiadania im wszystkiego zaczynając od pokazania rany. Nie obyło się bez głupich pytań w stylu: “Co to ma być?”, “Jak to się stało?” itp. Na ich twarzach malowało się zdziwienie i strach. Później opowiedziałam im całą, nocną akcję z chłopakami, a na koniec poprosiłam o możliwość skorzystania z łazienki w celu zrobienia sobie opatrunku. Przyjaciele na mnie nawrzeszczeli, powiedzieli, że jestem głupia i bezmyślna, ale ostatecznie mi pomogli.
Zrobiło mi się ciepło na sercu, że mam przy sobie takie osoby. Nawet kiedy mówili, że jestem głupia to i tak mi pomogli. Nawet kiedy nic im nie powiedziałam o akcji, choć pytali się w szkole, to i tak mi pomogli. Nawet kiedy są na mnie wściekli to i tam mi pomogli. I tak znaleźli siłę na wyrozumiałość jak i cierpliwość bo takie rzeczy coraz częściej się powtarzały pomimo ich gderania i gadania.

     Z zakupionych przeze mnie wcześniej produktów udało nam się zrobić całkiem dobry i profesjonalny opatrunek. Dodatkowo Paulina wyjęła coś od siebie z apteczki i wuala! Byliśmy już gotowi do wyjścia gdy nagle do Paulina zadzwonił telefon. Ja z Szymonem wymieniliśmy tylko spojrzenia, kiedy Paulina z zakłopotaniem na twarzy lekko się uśmiechnęła i weszła do innego pomieszczenia. Z rozmowy usłyszałam jedynie, że chyba ktoś dodatkowo z nami pójdzie na tą pizzę.  

     Nie myliłam się. Po chwili Paulina przyszła do kuchni i oparła się o blat spuszczając wzrok na stopy.
     -Może ktoś do nas dołączyć? -spytała słabym głosem.
     -No… chyba, ta, a kto to tak dokładniej? -odpowiedział Szymon troszkę zakłopotany i zaskoczony.
     -Paweł i Kacper z 3c. -teraz patrzyła wprost na mnie. Po chwili również padł na mnie wzrok Szymona. Wszyscy czekali w ciszy co powiem. No w sumie co mam powiedzieć? Nie? Nie chcę robić kłopotów, ani jakiegokolwiek zamętu. Niby nie lubię poznawać nowych ludzi i tej sztywnej gadki zapoznawczej, ale wyszłam z domu aby spotkać się ze znajomymi. Myślę, że dwie osoby nic nie zmienią. Pokiwałam głową i lekko się uśmiechnęłam do Pauliny.
     -Pewnie, czemu nie? -wstałam z krzesła i ruszyłam do wyjścia, aby założyć buty. Byliśmy gotowi do pochłonięcia pizzy i dużej ilości coli!

     Droga nie zajęła nam więcej niż 10 minut. Jak zwykle trafiliśmy do naszej ulubionej pizzerii. Weszliśmy do niej z uśmiechami na twarzach i głośnymi śmiechami. Czuliśmy się tutaj jak w domu, więc nie zawracaliśmy sobie głów jakimiś durnymi zasadami odpowiedniego zachowania, gdyż ludzie pracujący tutaj i tak byli do tego przyzwyczajeni, w dodatku znali nas bardzo dobrze. Zauważając panią stojącą za blatem przyjmującą zamówienia, ryknęliśmy do niej gromko na powitanie i wymieniliśmy kilka przyjaznych słów. Przeszliśmy przez główne pomieszczenie zawalone stolikami i lożami.  

     Ta mała knajpka była bardzo klimatyczna. Ściany były powyklejane czarno-białymi stronami z gazet, sufit zresztą też. Podłoga była z ciemnego, starego drewna, a kanapy w lożach jak i zwykłe krzesła obite były lekko przetartymi skórami. Z sufitów spływały lampy zrobione z drewnianych kół od wozów, a na odgradzających poszczególne loże od reszty pomieszczenia drewnianych pół ściankach wiły się zielone rośliny. Każdy przyzna, że to miejsce jest magiczne… ale naszego miejsca wcale tutaj nie było. Właśnie pchnęłam drewniane drzwi i moje serce ścisnęło się delikatnie, po czym rozkurczyło rozlewając po moim ciele przyjemne ciepło i radość. Moją twarz omiótł delikatny, chłodny wietrzyk, który po chwili igrał z moimi włosami. Moim oczom ukazał się ten sam widok od prawie pięciu lat, lecz i tak za każdym razem pompował we mnie tyle pozytywnych emocji jak i irracjonalnego entuzjazmu, że czasami popadałam w wielkie zakłopotanie, jak to jest możliwe, że nie znudził mi się ten widok, albo przynajmniej powinnam już do niego przywyknąć i nie patrzeć na niego z takim zachwytem. Moje oczy przeobraziły się w dwa, żywiołowe ogniki, które podsycane pięknem otoczenia, żarzyły się i świeciły.

     Przede mną rozpościerał się widok na centrum miasta, ale tu was zaskoczę- z wysokości! Co prawda, wchodząc do lokalu musieliśmy pokonać zaledwie kilka schodków, ale dzięki miejscu, w jakim została wybudowana pizzeria, jest to możliwe! Cały budynek znajdował się na ogromnej skale, która stała niemalże nad urwiskiem. Centrum położone było w zagłębieniu tuż przy tej wyżynie, na której teraz stoimy. Dodatkowo cały plan budowy został tak sprytnie przemyślany, że wchodząc do lokalu nie męczysz się, bo wejście znajduje się po wyżynnej stronie miasta, więc od tamtej strony ten teren wydaję się płaski, ale kiedy przejdziesz na druki koniec pizzerii, kiedy trafisz na ten taras, pod twoimi stopami padnie całe miasto!

     Nabrałam powietrza w płuca zapełniając nim całe wolne tam miejsce i ruszyłam do naszego stolika. Był on na końcu tarasu po lewej stronie, ale co było w tym takiego niesamowitego, poza tą lekką nutką prywatności jakiej na pewno byśmy nie doznali w środku, albo nawet gdybyśmy zasiedli przy sąsiednim stoliku? Otóż właśnie ten stolik znajdował się w powietrzu. Taras był najwidoczniej przedłużany już po budowie całego tego budynku, przez co wisieliśmy na jego skraju bez jakiejkolwiek podpory pod nami. Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz ekscytacji.

     Zajęłam miejsce przy samej barierce, tak, abym mogła się wychylić poza nią siedząc jednocześnie wygodnie na kanapie. Spojrzałam w dół i uśmiechnęłam się szeroko sama do siebie. Do ulicy pode mną miałam jakieś 25metrów, a ten dreszczyk adrenaliny bardzo mi się podobał.

     W końcu odwróciłam się do przyjaciół wyciągając przed siebie ręce lekko się przeciągając, z szerokim uśmiechem na ustach.
     -To jak? Co zamawiamy?
     -Oczywiście, że dwudziestki piątki! -entuzjastycznie powiedział Szymek, ale Paulina się lekko skrzywiła. Powędrowałam do niej wzrokiem i widząc jej reakcję zmniejszył mi się uśmiech.
     -Cooo…? -przechyliłam głowę i zapytałam nie rozumiejąc jej reakcji.
     -Zabijcie mnie, ale mam ochotę na szesnastkę! -wystękała błagalnie i spojrzała w niebo. Wybuchnęłam śmiechem podobnie jak Szymek, bo już się bałam, że coś jest nie tak.
     -Dobra! Niech Ci będzie Buntowniczko. -pstryknął ją w nos i wstał od stołu w celu zamówienia dań i przy okazji picia. Nagle do moich uszu dotarł nieprzyjemny dźwięk. Spojrzałam na źródło i zrozumiałam co tak paskudnie bzyczy! To telefon Pauli, który leżał głośnikiem do stołu, do tego wibrując. OKROPIEŃSTWO! Skrzywiłam się, gdy zobaczyłam wzrok przyjaciółki spoczywający na mojej twarzy, ale po chwili i tak się wyszczerzyłam. Paulina podniosła telefon, odblokowała go i zaczęła w nim coś szperać, a na jej twarzy rozlał się niebieskawy odcień wyświetlacza. Szybko coś odpisała i odłożyła telefon na miejsce.
     -Będą za sekundę, są już na dole. -popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się w dziwny sposób. Wiedziałam, że stara się ukryć rosnącą w niej radość tak, żeby nie wzbudzić podejrzeń.

     Pudło.  

     Wpadła.

     Prychnęłam tylko i szyderczo się uśmiechnęłam.
     -No, no, nooo… Coś tutaj nie gra. -posłałam jej spojrzenie spod byka.
     -Co…? Nieee… nic. Wydaje Ci się. -machnęła ręką, ale widziałam, że troszkę się zawstydziła. Na znak triumfu zaśmiałam się w głos co zaraziło także Paulinę i po chwili także ona głośno się śmiała.

     Po chwili przy naszym stoliku pokazał się Szymon z trzema szklankami oraz dużą Pepsi, a za raz za nim wyłonili się chłopcy. Ohhh… znowu o nich totalnie zapomniałam. Momentalnie spoważniałam i przybrałam obojętny wyraz twarzy, po czym prześlizgnęłam wzrokiem po przybyłych.

     Pierwszy był wysoki, postawny, ale nie wiem czy wyrzeźbiony bo miał na sobie bluzę i czarną, skórzaną kurtkę. Jego towarzysz był niski. Był może mojego wzrostu czyli jakieś niecałe 173cm. Nie miał takiej okazałej sylwetki jak ten poprzedni. Mogłabym powiedzieć, że był normalny, nie za chudy, nie za gruby. Włosy mieli w tym samym, kasztanowym odcieniu, ale znacząco różnili się rysami twarzy. Ten pierwszy, wyższy, miał zaciętą twarz z lekkim zarostem oraz z bystrymi, niemalże czarnymi tęczówkami. Jego kolega był bardziej okrągły na twarzy, z zadartym do góry i szeroko rozstawionym nosem. Do tego miał kilka piegów na nosie, które wysypywały się na policzki. Oczy miał w odcieniu lekkiego, brudnego błękitu.

     Kiedy Szymek usiadł przy mnie, bo poklepałam miejsce obok mnie dłonią, chłopcy się przywitali ściskając moją i Szymka rękę. Kiedy wymienialiśmy się imionami lekko się do nich uśmiechnęłam z osobna w ramach przyjaznego powitania, ale tak, aby nie myśleli, że jestem w skowronkach poznając ich. Kacper- ten wysoki- usiadł przy Paulinie, która w tym momencie niemalże skakała z radości, a Paweł- ten niższy dostawił sobie krzesło tak, że był na przeciwko barierki.

     Siedzieliśmy tutaj już jakieś czterdzieści minut w ich towarzystwie, a ja miałam dość. Paulina pochłonięta była zapatrywaniem się w ciemnookiego, co chwilę energicznie mu przytakując, Szymek czasami się śmiał z jego żartów, lub rozmawiał na jakieś męskie tematy z Pawłem, a ja po prostu siedziałam i ich słuchałam. Dodatkowo byłam mega skrępowana, bo od jakiś dwudziestu minut Paweł ciągle się na mnie gapi, a niedawno nawet posłał mi flirciarski uśmiech kiedy go przyłapałam na tym, że mi się przygląda z zachłannością. Miałam wrażenie, że może mnie przejrzeć na wylot, odkrywając przy tym moje najskrytsze myśli. Po chwili wydęłam usta wypuszczając przy tym głośno powietrze, oparłam się łokciem o barierkę kładąc na dłoni twarz i zaczęłam obserwować miasto.

     Po wypiciu jakichś dwóch, ogromnych kubkach Pepsi musiałam skorzystać z toalety. Odwróciłam się do Szymona prosząc go, aby mnie przepuścił bo idę do ubikacji. Skinął tylko głową i się lekko uśmiechnął po czym wstał ze swojego miejsca ustępując mi drogi. Niestety, kiedy przeciskałam się przez szparę pomiędzy stolikiem a kanapą poczułam na swoim udzie lekki muśnięcie. Zdezorientowana powiodłam wzrokiem w dół, ale nic tam nie zobaczyłam. Rozejrzałam się po moich towarzyszach i napotkałam uśmiech Pawła. Ściągnęłam brwi i szorstko na niego spojrzałam. Wygramoliłam się i ruszyłam prędko do ubikacji.  

     Na moje nieszczęście usłyszałam za sobą szuranie krzesła, a ja już wiedziałam co się dzieje. Spuściłam głowę i kątem oka ujrzałam Pawła włóczącego się za mną, który perfidnie lampi się mi na tyłek. Zacisnęłam szczęki nie pozwalając sobie, abym się odwróciła i mu coś niemiłego powiedziała przy tych wszystkich zajadających się posiłkami ludziach. Kiedy minęłam ostatnie już stoliki, poczułam na biodrze czyjąś dłoń. Wzdrygnęłam się nagle i odwracając się wycelowałam w policzek Pawła. Ten z zaskoczenia otworzył szerzej oczy, ale już po chwili lekko je zmrużył i uśmiechnął się pokazując białe zęby. Zirytowało mnie to, a może i nawet lekko przeraziło, ale postanowiłam to zostawić, bo już dałam mu nauczkę. Schowałam się za drzwiami od damskiej łazienki i podeszłam do umywalek nad którymi wisiało ogromne lustro. Odkręciłam kran i podstawiłam pod niego dłonie chcąc je obmyć wodą zmywając przy tym nieprzyjemne uczucie towarzyszące podczas, gdy moja dłoń poczuła pod palcami szorstką skórę na twarzy Pawła. W tym samym czasie drzwi od łazienki otworzyły się a do środka wszedł właśnie wspomniany wcześniej człowiek. Złapał mój wzrok w lustrze, ale teraz na jego twarzy nie błąkał się ten irytujący uśmieszek. Prawdę powiedziawszy widziałam tam trochę skruchę. Ja jednak na twarzy wymalowane miałam zdziwienie, bo nie sądziłam, że wejdzie tutaj za mną. Sekundę później ukryłam już wszystkie emocje, odwróciłam się do niego przodem i pusto się na niego patrzyłam. On oparł się lekko o framugę i zaczął mówić.

     -Słuchaj. Przepraszam… -spojrzał mi w oczy błagalnie. -Źle się zachowałem, wiem. Cholera. -przetarł twarz dłonią, a ja dalej na niego patrzyłam wzrokiem wypranym z emocji, jednak się nie odzywałam. Pozwoliłam mu mówić dalej. -Beznadziejne pierwsze wrażenie, co? -zaśmiał się. -Ja po prostu myślałem, że łatwo Cię będę mógł poderwać, na tandetne sztuczki. Jeszcze raz przepraszam. -skinęłam głową a on wyszedł.

     DUPEK -pomyślałam w duchu i uderzyłam się w czoło. Poszłam załatwić swoje sprawy, umyłam dłonie i wróciłam do stolika. Zastałam tam wszystkich z wyjątkiem Pawła. A to Ci ciekawe gdzie się podziewa.

     -E, Ziomki! -podniosłam głos próbując przekrzyczeć ich śmiech i zwrócić na siebie uwagę. -Gdzie jest Paweł? -pokazałam palcem na wolne miejsce, które do niedawna zajęte było właśnie przez niego.
     -Po pierwsze, młoda damo, nie mówi się “E” -wygroził mi palcem Szymek siląc się na powagę. -A po drugie to nie wiem. -nie musiał już do niczego się przymuszać i się zaśmiał.
     -Aha. -pokiwałam tylko głową i usiadłam na miejsce.

     Po kolejnych trzydziestu minutach zapomniałam o całym incydencie przy łazienkach i wciągnęłam się w rozmowę z pozostałymi, śmiejąc się i gestykulując. Ten wieczór należał do udanych. Nawet po tym całym zajściu z Pawłem. Stwierdziłam, że jest jakiś pokręcony i tyle. Dzięki temu naśmiałam się i przyjemnie spędziłam czas z przyjaciółmi. Uśmiechnęłam się sama do siebie, kiedy wyobraziłam sobie nas z oczu jakiejś trzeciej osoby. Szymek co chwilę wbijał mi palce w bok powodując, że ze śmiechem podskakiwałam. Przez to ostatecznie nie mogłam załapać tchu a poliki niemalże mnie piekły. Paulina już coraz mniej spoglądała na Kacpra, a więcej się udzielała w rozmowie i wesoło się śmiała. Kacper również bardziej wplątał się w rozmowę. Okazał się bardzo w porządku. Nawet, jako że przyjechał tutaj swoim samochodem bo jest od nas starszy, zaproponował nam, że nas odwiezie, bo zrobiło się już ponuro na dworzu.

     W samochodzie nie ustała wrzawa. Wciąż zaciekle dyskutowaliśmy i śmialiśmy się. Pierwszego ostawiliśmy pod dom Szymka, następnie pojechaliśmy do Pauliny. Ostatnia byłam ja. Czułam się głupio, że musi jechać aż taki kawał, aby mnie odstawić na miejsce, ale byłam Kacprowi za to bardzo wdzięczna. Nie miałam ochoty iść w taką ciemnicę sama, tymi swoimi zaułkami.

     Kiedy samochód wtoczył się na podjazd mojego domu, posłałam Kacprowi słodki uśmiech i wyszłam z samochodu. Kiedy dotarłam do drzwi pomachałam mu i weszłam do środka. Po chwili usłyszałam, że odpala silnik i odjeżdża. Uśmiechnęłam się i zapaliłam światło ściągając przy tym buty. Zdjęłam też kurtkę i odwiesiłam ją na wieszak. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam w wejściu mamę, która po zobaczeniu mojego szerokiego uśmiechu sama się rozpromieniła.

     -I jak było?
     -Świetnie. Fajnie znowu się spotkać wszyscy razem i to jeszcze w naszym ulubionym miejscu!
     -Widzę, że potrzeba Ci tego było. -położyła mi rękę na ramieniu i weszła do kuchni, rzucając przez ramie, że przygotowała kolację, ale zrozumie, jeśli nie będę głodna.

     Pomimo, że na prawdę nie byłam głodna poszłam za mamą. W drodze zobaczyłam tatę wychylającego się ze swojego gabinetu. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale nawet do niego szeroko się uśmiechnęłam.

     Spojrzałam na blat, na którym znajdował się talerz z omletami i puste szklanki po soku pomarańczowym i herbacie. Oczy mi się zaświeciły i wykrzyczałam tylko z entuzjazmem:
     -Ja chcę! -unosząc wysoko ręce przy czym w nie klaszcząc.

     Uradowana mama z mojej reakcji, nałożyła mi jeden na talerz i nalała herbatki do mojego ulubionego kubka. Usiadłam przy wyspie kuchennej i chwyciłam w dłonie sztućce lekko je podnosząc czekając w gotowości na danie.

     W międzyczasie, kiedy jadłam, przyszedł do nas tata i przysłuchiwał się jak opowiadam mamie o wypadzie. Był najwidoczniej uradowany, że ruszyłam się z domu z przyjaciółmi. Kiedy skończyłam jeść poszłam do pokoju. W przejściu pocałowałam mamę w policzek.  

     Rzuciłam się na swoje łóżko twarzą do poduszek i wdychałam ich woń. Pachniały czystością proszku do prania, lekkimi kwiatami i moją odżywką do włosów. Pachniały po części moim domem jak i samą mną.

     Po chwili poczułam przy sobie jakieś dziwne wibracje, a po chwili usłyszałam dźwięk powiadomienia z mojego telefonu. Okazało się, że Wojtek do mnie napisał, a mi przypomniało się, że miałam się z nim spotkać. Usiadłam na krawędzi łóżka i otworzyłam wiadomość.

     “Widzę, że już wróciłaś. Możesz teraz przyjść?”

     “Idę.”

     Odpisałam bez zastanowienia i wstałam z łóżka. Wyszłam z domu bez słowa po drodze chwytając za kurtkę.

Mesia

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 5076 słów i 27532 znaków, zaktualizowała 9 wrz 2016.

3 komentarze

 
  • Nataliiia

    Kiedy next???

  • Misiaa14

    Boskie :*

  • cukiereczek1

    Czekam na kolejną z niecierpliwością. :* :*