Moje Kochanie #13

Właśnie zamykam drzwi na klucz. Ubrana bardzo ciepło, bo dzisiejszy poranek nie należy do ciepłych, mam zamiar iść do szkoły. Postanowiłam akurat tego dnia założyć ocieplany, beżowy płaszczyk, a grubym, długim szalikiem w kratkę obwiązuję szyję chowając w nim również usta i nos. Włosy opadają kaskadą na ramiona i plecy. O dziwo nie jest mi zimno w głowę czy uszy, więc nie zabieram już czapki. Rozglądam się dookoła. Dziś w nocy pisał do mnie Paweł. Między innymi zaproponował mi, że przyjedzie po mnie rano. Odmówiłam.
     Tęsknię za nim. Fakt. Stwierdziłam jednak, że nie będę przecież codziennie się mu wpychać do samochodu, mimo, iż sam to proponuje. Krótki spacer przed szkołą bardzo dobrze mi zrobi. W sumie podziała to tak, że z jeszcze większą radością będę spędzać z Pawłem czas. Wiecie, kiedy ma się coś na co dzień, nie docenia się tego, a kiedy już nam tego czegoś zabraknie- uświadamiamy sobie, że było to dla nas bardzo potrzebne i cenne.  
     Z takim też przekonaniem lepiej mi się funkcjonuje. Nie zżera mnie tak tęsknota. W sumie jest ona bardzo głupia. Znamy się z Pawłem zaledwie kilka dni… Nie powinnam tak się do niego szybko zbliżyć, a co dopiero tak emocjonująco na niego reagować.  
     Oddycham z ulgą, kiedy nigdzie nie widzę samochodu Pawła. Mogę więc w spokoju iść do szkoły. Kiedy już tam docieram, wchodzę do szatni. Tam też spotykam Pawła, który ewidentnie na kogoś czeka. Rozgląda się nerwowo badając każdą twarz przechodzącą przez próg drzwi do szafek. On natomiast stoi przy mojej. Nietrudno się domyślić, że czeka na mnie. Podchodzę więc do niego, stając równo z nim w rzędzie i naśladuję jego ruchy. Jest tak pochłonięty swoim obecnym zajęciem, że nie zauważa mojej obecności.
     -No to kogo tak szukamy? -pytam patrząc na tłum, teatralnie przykładając dłoń do czoła tak, jak robi się to kiedy razi słońce.  
     -Co Ty… -zdziwiony się na mnie patrzy -Izabela! -teraz już odwraca się twarzą do mnie, na której maluje się ogromny uśmiech, a oczy ma promienne, przepełnione radością. “Jest piękny”- myślę. Ten zaś ujmuje moją dłoń i lekko mnie do siebie przyciąga. Z chichotem przywieram do niego obejmując dłońmi jego szyję. Chłopak wtula swoją twarz w moje włosy i również cicho się śmieje.
     -Aaa, to na mnie czekasz? -udałam głupią i przybrałam wyraz twarzy dziecka, które jest czymś zafascynowana i dopytuje o konkretne szczegóły z lekko otwartymi ustami. Ten natomiast patrzy na mnie spod byka.
     -Nieee, wcale nie na Ciebie. -obydwoje wybuchamy śmiechem. -Dlaczego nie jechałaś dziś ze mną? -pyta, kiedy już się uspokajamy.
     -Oj daj spokój.
     -No ale…
     -Ćśśś. -miło chichotam po czym nagle patrzę mu głęboko w oczy. -Chciałabym dziś z Tobą porozmawiać. -rozumie, że nie chodzi o błahostkę i od razu poważnieje. Pewnie wyczekuje teraz tego, co mam mu do powiedzenia. Widzę to po jego twarzy, która lekko się napina. -Ale nie teraz, później. -dodaję z uśmiechem. Chłopak kiwa lekko głową na znak, że rozumie.
     Chcę z nim porozmawiać o Mateuszu. Wiem, że muszę mu to wyjaśnić po tym, jak ostatnio był świadkiem mojego lekkiego załamania. Jestem gotowa na tą rozmowę. Całą noc układałam w głowie słowa, które mu powiem. Pomimo to jestem trochę zestresowana. Jak wiadomo, plany nigdy nie wychodzą stuprocentowo, a przynajmniej nie w moim przypadku.
     Paweł jest ciepłym człowiekiem. Na pewno nie oceni mnie źle, gdy mu o tym powiem. Jestem wręcz pewna, że przyjmie to na poważnie, na pewno mnie też wesprze, jednak w zakamarkach mojego umysłu czai się coś, co powoduje wątpliwości. Może w ogóle nie wyrazi zrozumienia i machnie ręką na to, co mu powiem. Może powie, że takie rzeczy się zdarzają. Przez takie też myśli, aż do tego momentu miałam mieszane uczucia.
     Schowałam do szafki kurtkę oraz niektóre książki i ruszyliśmy pod klasę, gdzie miałam mieć za chwilkę zajęcia. Tam też najnormalniej w świecie przegadaliśmy cały wolny czas, jaki mieliśmy przed zajęciami. Później Paweł poszedł pod swoją salę, a ja weszłam do klasy.  
     Pierwsza lekcja zaczęła się jak gdyby nigdy nic, tak samo i druga. Gorzej było z trzecią. Na początku ogólny harmider, szuranie krzesłami, jeszcze ostatnie ekscytujące ploteczki, aż w końcu cisza. Nauczycielka języka polskiego zaczęła swój wywód odnośnie dzisiejszego tematu, który jak zwykle mnie nie interesował. Mimo to, z powodu, iż do samej nauczycielki nie mam nic, a wręcz jest świetną osobą, staram się skupić na jej wypowiedzi ignorując ziewanie czy przymykające się powieki. Tak też chciałam przesiedzieć całą lekcję. Niestety, jakieś 15 minut przed dzwonkiem do klasy wkroczyła policja wraz z dyrektorem.
     Każdy wiedział, że nie jest to zwykła wizyta. Nię będą oni rozmawiali o bezpieczeństwie w zimę, czy nie będą to jakieś ćwiczenia z samoobrony. Przyszli tu w konkretnej sprawie.
     -Dzień dobry. -wszyscy zgodnie, jednym chórem odpowiedzieliśmy policjantom, którzy podnieśli swe czapki i dyrektorowi, który lekko poddenerwowany wystąpił na środek klasy. -Panowie przyszli tutaj, aby porozmawiać z Izabelą Ostrowską. -klasę omiótł spojrzeniem szukając odpowiedniej osoby. Ja natomiast nie wiedziałam co mam zrobić. Podnieść rękę, wstać, odezwać się jakoś?
     -A w jakiej sprawie, jeśli można wiedzieć? -odchrząknęłam i wstałam ze swojego miejsca. Ciekawiło mnie w jakiej sprawie tutaj przyszli. Może Marek coś wypaplał. Może domyśla się, że nie otrzyma całej kwoty, więc postanowił zrobić swoje. A może nas tylko straszy.  
     W głębi serca czułam, że te podejrzenia są mylne. Nic jednak innego nie przychodziło mi do głowy. Tylko raz, jedyny raz, jak błyskawica przez umysł przeleciała mi jedna myśl. “Może chodzi Mateusza?”.
     -Mamy nakaz zabrania pani na komisariat. Pani rodzice też są już poinformowani o zaistniałej sytuacji. Będą tam wkrótce. -powiedział jeden z policjantów, który był widocznie młodszy od swojego towarzysza.  
     -Nie bój się i nie martw. -dodał ten drugi ciepłym głosem.  
     Spakowałam się szybko, poprosiłam policjantów, abyśmy jeszcze zaszli do szafek po kurtkę i pojechaliśmy na komisariat. Przez cały ten czas nikt mi nie powiedział o co właściwie chodzi. Próbowałam szukać jakichś wskazówek, np. z rozmowy toczonej przez dwóch policjantów, ale to na nic. Coraz bardziej wzbierał we mnie strach i niepokój, a czasami i paranoja. Trzymano mnie w takim stanie jeszcze przez kolejne 20 minut, kiedy to musiałam czekać sama na korytarzu, aby mnie w końcu poproszono do odpowiedniego pomieszczenia na rozmowę. Rodziców nadal nie było. A może ich właśnie przesłuchują i dlatego ich jeszcze nie spotkałam. Ale w sumie, wcale nie muszą przesłuchiwać rodziców. Po co by mieli to robić? W sprawie z Markiem nie mają nic wspólnego. Chociaż pewnie będą przesłuchiwali najbliższe osoby, aby mieć jak najwięcej informacji na dany temat.  
     W końcu, kiedy już głowa bolała mnie od myślenia, pewien pan poprosił mnie do pokoju numer 13, a zaraz po tym zniknął gdzieś za zakrętem korytarza. Rozejrzałam się po drzwiach, które wychodziły na korytarz w którym właśnie siedziałam, ale żadne z nich nie było ponumerowane. Wstałam więc i zaczęłam szukać tych odpowiednich. W końcu, po dobrych 10 minutach natrafiłam na numerację. Zaczynała się od liczby 32 więc jestem pewnie na samym końcu. Szłam w stronę coraz to mniejszych liczb na drzwiach, aż w końcu natrafiłam na trzynastkę. Zapukałam lekko, a kiedy usłyszałam “Proszę.” weszłam do środka. Najpierw niepewnie stałam przy drzwiach, ale kobieta siedząca za biurkiem wskazała gestem dłoni krzesło naprzeciwko, posłuchałam się i usiadłam.  
     -Witam, Izabela Ostrowska, tak? -trzymała w dłoni jakieś dokumenty i je przeglądała.
     -Tak, tak. -przytaknęłam.
     -Jestem komisarz Łucja Niewiadomska. Dobrze, a więc pewnie się zastanawiasz po co Cię tutaj ściągnęliśmy z jakże ważnych zajęć lekcyjnych. -zaśmiała się pod nosem i w końcu odłożyła papiery, oparła się wygodnie o oparcie krzesła i zaczęła się mi przyglądać. -Chodzi o Twojego brata. -z pewnością pobladłam, a rysy na twarzy mi się zaostrzyły, a sama twarz napięła.
     -Tak? Wiadomo coś nowego? -otworzyłam szerzej oczy i wytężyłam słuch.
     -Dokładnie nie możemy sprecyzować, czy słuszne są nasze podejrzenia, ale…-zrobiła małą pauzę. -Chyba natrafiliśmy na jakiś trop. Ostatniej soboty, kiedy nasz funkcjonariusz przyglądał się zupełnie oddzielnej sprawie, zaobserwował dziwne powiązanie między tymi dwoma zdarzeniami. Podsłuchał pewną rozmowę tej oto kobiety. -położyła przede mną na blat zdjęcie jakiejś młodej dziewczyny, może zaledwie rok starszej ode mnie. -Poznajesz może ją?  
     -Nie, nigdy wcześniej jej nie widziałam. -przymrużyłam oczy, chcąc cokolwiek wykrzesać z siebie, ale na marne.
     -Dobrze. Nazywa się Karolina Jutrzenka. Może to coś pani mówi?
     -Niee… Raczej ni…-potrząsnęłam przecząco głową, ale nagle coś mi przyszło do głowy. Wspomnienie mnie i brata, kiedy siedzieliśmy przy wysepce w kuchni. Zdaje się, że coś właśnie jedliśmy i rozmawialiśmy. Jego telefon leżał na blacie tuż przede mną. Po chwili zaczął wibrować, a na wyświetlaczu ukazał się jakiś numer, podpisany jako Karolina J. Pamiętam, że kiedy Mateusz zobaczył kto do niego dzwonił, lekko się zdenerwował. -Zaraz. Nie wiem czy to ona, ale kiedyś jakaś Karolina J. dzwoniła do niego. Pamiętam, że dziwnie się wtedy zachowywał.
     -Mhmm... -kobieta pokiwała głową. -Wiesz może o czym rozmawiali?
     -Niestety nie. Brat wtedy wyszedł i rozmawiał z nią na zewnątrz, a kiedy wrócił już więcej się nie odzywał i poszedł do swojego pokoju.  
     -Nie wychodził tego dnia nigdzie z domu?  
     -Nie wiem… Chyba, chyba tak. Chyba późno w nocy. -tak, na pewno. Wtedy też pokłócił się o to z rodzicami, którzy nie chcieli go nigdzie puścić. Zdziwiło mnie to bardzo, bo on przecież nigdy się z nimi nie kłócił.
     -Dobrze. -kobieta sporządzała jakieś notatki na oddzielnej kartce. -Rozmowa, jaką podsłuchał nasz funkcjonariusz, toczyła się między nią, a tym facetem. -pokazała mi inne zdjęcie. Tym razem mężczyzna, który tam był miał może z 40 lat, jak nie więcej. Widać było pierwsze siwe włosy. -Nazywa się Łukasz Lubomirski. Kojarzysz coś może? -z nadzieją zapytała kabieta.
     -Nie, nic mi to nie mówi. Ani zdjęcie, ani imię i nazwisko. -z niechęcią pokręciłam głową. Chciałabym wiedzieć coś o tym facecie. Może bym pomogła w śledztwie i szybciej byśmy odnaleźli brata!
     -Dobrze. Rozmowa, jaka miała między nimi miejsce była bardzo dziwna. Jesteśmy pewni, że mówili jakimś swoim szyfrem, aby dla zwykłych ludzi nie był on zrozumiały, albo odczytali go źle. Domyślamy się jednak, że chodzi o Mateusza. Mówili coś o jego wyjeździe, że w końcu przekona się o czymś. Padły tam pewne słowa. Powiedz mi teraz, czy może kiedykolwiek coś takiego słyszałaś: “organizacja LIP, Czwórka, Ritum, …”. -analizowałam każde słowo.  
     -Kojarzę tylko trzy pierwsze. W sumie nawet tych nie jestem pewna, co one oznaczają.
     -Dobrze, powiedz, które z nich słyszałaś i co o nich myślisz.
     -Mój brat mówił mi kiedyś, że dołączył do jakiejś organizacji. Niestety nie wiem, czy dokładnie jest to organizacja LIP. Mówił to z entuzjazmem, ale zabronił mi mówić o tym rodzicom… powiedział też, że chce mnie tam zabrać ze sobą. Namówili go do tego jacyś ludzie z tej organizacji… Powiedzieli mu, że miło by było jakby przyprowadził tutaj swoje rodzeństwo, bo jak się okazało, ludzie, którzy tam przebywali byli… byli tak jakby rodziną. Wszyscy tam mieli jakieś rodzeństwo. Potem mówił coś o panu Czwórce. Nie wiem dokładnie co, ale kiedyś tam się z niego podśmiewywał, że chyba mu na starość odbija. W sumie chyba za nim nie przepadał… Ostatnie słowo to Ritum. O nim wiem najmniej. Mówił tylko, że każdy w życiu ma Ritum, o którym musi się dowiedzieć. Tyle. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
     -Dobrze… -szybko zapisywała jakieś notatki. Kiedy skończyła, spojrzała na nie ostatni raz z zadowoleniem w oczach. -Powiedz mi, dlaczego nie chciał, aby Twoi rodzice o tym się nie dowiedzieli.
     -Nie wiem. -wzruszyłam ramionami. -Nic nie przychodzi mi do głowy. -pomimo, że starałam się jeszcze sobie coś przypomnieć, nic z tego.  
     -Dobrze, a czy się z nim kiedykolwiek wybrałaś na zebranie tej organizacji?
     -Nie.
     -Dlaczego?
     -Sama nie wiem. Mateusz później nic nie wspominał, a ja sama nie naciskałam, bo w przeciwieństwie do niego mnie to tak nie rajcowało. W końcu o tym zapomniałam.
     -Okay. Tyle wystarczy. Dzięki Tobie i tak mamy teraz masę nowych informacji. Jednak jeśli coś więcej by Ci się przypomniało, proszę o kontakt ze mną. -zrobiła przerwę i nabazgrała jakieś cyferki na karteczce. -Tutaj masz mój numer.  
     -Dziękuję. A i jeszcze coś… Wspominałam o rzeczach, o których Mateusz z jakichś przyczyn nie powiedział rodzicom, co jest naprawdę dziwne. On zawsze mówił o wszystkim rodzicom… Myślę… Myślę, że nie należy więc mówić im teraz o wszystkim. O tym co pani powiedziałam. -kobieta ze zrozumieniem pokiwała głową.
     -Rozumiem. Przeredaguję moje notatki i powiem im tylko to, co jest istotne i o czym będą cokolwiek wiedzieć.  
     -Dziękuję, do widzenia. -pożegnałam się z nią i wyszłam.
     Kiedy znalazłam się znów na korytarzu, poczułam, że całe ciało jest napięte, a dłonie lekko drżą. Również nie mogłam złapać głębokiego oddechu. Czułam się tak, jakbym miała ogromną obręcz wokół płuc, która nie pozwalała im na zbyt mocne napełnianie się powietrzem. Było to dla mnie dziwne, bo kiedy siedziałam przed tą policjantką, wydawało mi się… W sumie nic mi się nie wydawało. Ja po prostu nic nie czułam. Byłam zbyt przejęta tą całą sytuacją i chciałam pomóc w odnalezieniu brata, przez co wszelkie emocje zostały bardzo dobrze zakryte.  
     Postanawiam się uspokoić, więc wolnym krokiem odnajduję drogę do głównego holu. Staram się oddychać równomiernie do stawianych kroków. W końcu, kiedy znajduję się już przed drzwiami głównymi, pozbywam się tego okropnego uczucia z klatki piersiowej, a dłonie już mi tak nie drżą. Postanowiłam usiąść na chwilę na ławce. Wyjęłam z kieszeni telefon.  


     6 nieodebranych połączeń od: Paweł.


     Nie chcę jeszcze do niego dzwonić. Na pewno to zrobię, ale nie teraz. W pierwszej kolejności wybieram numer do mamy. Podobno mieli tutaj być z tatą, a co się okazuje, nie widziałam ich od rana i nikt też nie powiedział mi co z nimi.
     -Halo? Mamo?
     -Tak, tak.
     -Słuchaj, powiedziano mi, że wy też będziecie na komisariacie. Skończyli was już przesłuchiwać?
     -Nie, dopiero co przekierowano nas pod jakąś salę. Myślę, że trochę to zejdzie. A co chciałaś Słonko?
     -No bo ja już jestem po, a nie mam czym wrócić do domu. Myślałam, że też już będziecie wracać.  
     -Niestety nie. Możesz tutaj przyjść, pod salę 13. Jestem tutaj z tatą i czekamy.  
     -A nie może któreś z was mnie teraz zawieść? Przecież jak tata będzie miał rozmowę to Ty w tym czasie i tak nic nie robisz.  
     -Słuchaj. Chodź tu i to przegadamy.
     -Okay. Ide.
     Rozłączyłam się. Wcale nie byłam zadowolona z tej rozmowy. Po ostatnich jej słowach jestem pewna, że mnie nie zawiozą. Jest już 12:38. Pozostały mi jakieś 2 godziny do pracy. Niby dużo, ale muszę jeszcze wziąć szybki prysznic i przygotować sobie przekąski do pracy. Do tego włączmy 15 minut drogi powrotnej i dobrych kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt minut na moje bezsensowne krzątanie się po domu. To przecież mało czasu!
     Szybka matematyka w myślach. Rodziców będą przesłuchiwać pewnie dobre… dobre… Tak właściwie to ile? Ile ja byłam przesłuchiwana? Ile im powiedziałam, a ile mogą powiedzieć rodzice? Ciekawe czy powiedzą coś innego, coś nowego, coś, co pomoże w poszukiwaniu Mateusza. Czy Mateusz mówił rodzicom o rzeczach, o których mi nie chciał powiedzieć?  
     Dopadły mnie jakieś takie dziwne przemyślenia. Nie powinno być dla nich teraz miejsca. Przez nie myślę tylko o tym, że Mateusz mógłby czegoś mi nie powiedzieć, a rodzicom tak. W ten sposób go trochę oskarżam, a przecież jego “ISTNIENIE” jest teraz najważniejsze, a nie jakieś głupie przekomarzanki… Ważne, aby się odnalazł i aby do nas wrócił. Do mnie. Tęsknię za nim.
     Nagle poczułam wibracje w kieszeni. “-Co jest?” -burknęłam pod nosem i wyjęłam telefon. Paweł.
     -Ooo… No w końcu! Co się stało. Dlaczego Cię zabrano? Wszystko w porządku? -od razu zalał mnie falą pytań.
     -Spokojnie, spokojnie. Jestem cała, wszystko jest okay. Zabrali mnie na komisariat, bo dowiedzieli się czegoś nowego w sprawie mojego brata. -zaczęłam z ekscytacją, ale sobie przypomniałam, że jeszcze mu nie mówiłam o Mateuszu. Może coś wiedział, coś słyszał, może przeczytał coś w gazecie, ale na pewno nie zna szczegółów. -Słuchaj… to się tyczy tego, o czym chciałam Ci dziś powiedzieć. Pamiętasz?  
     -Tak, tak. Mówiłaś rano, że musimy porozmawiać.  
     -Dokładnie. Nie chcę Ci tego mówić przez telefon. Opowiem Ci kiedy się spotkamy, okay?  
     -A nie możemy zrobić tego już, za raz? Przyjadę po Ciebie.
     -Mmm… Ty masz zajęcia. Możemy porozmawiać po pracy.
     -Dziś kończę po pięciu, siedzę właśnie w samochodzie, miałem jechać do domu. To gdzie jesteś? -ostatnie pytanie zadał, nie dając mi czasu do jakichkolwiek protestów.
     -Na komisariacie.
     -Okay. Zaraz tam będę. -i się rozłączył. Stwierdziłam, że zajmie mu to jakieś 10 minut, więc w tym czasie pójdę do mamy.  
     Wychodząc zza rogu zobaczyłam ją skuloną na siedzeniu, ściskającą dłonie z nerwów.  
     -Mamo? -widząc ją lekko się zdziwiłam. -Daj spokój. Nie martw się i nie bój się tak. -podeszłam do niej i położyłam jej dłoń na ramieniu.
     -Ja wiem… -wytarła dłonią spływającą po jej policzku łzę. -Aleee… Ja już tak za nim tęsknię… A teraz mogę się czegoś o nim dowiedzieć, może go znaleźli.
     -Ohhh… to oni wam jeszcze nic nie mówili?
     -Nie. A Tobie?
     -Tak, ale dowiesz się już jak tam wejdziesz. -wskazałam palcem drzwi z numerkiem 13. -Słuchaj… po mnie przyjedzie… kolega. Jadę do domu. Okay? -mama nagle na mnie spojrzała dziwnym wzrokiem.
     -Słucham? -zrobiła zdziwioną minę i chyba nie dowierzała własnym uszom. Trochę mnie to nawet śmieszyło.  
     -Kolega po mnie przyjedzie. Mamo, ja dziś idę do pracy. Nie mogę z wami wrócić bo to za długo zejdzie. -cierpliwie jej tłumaczyłam, nie zważając na rosnącą we mnie falę śmiechu.
     -Jaki kolega? Szymon? On jeszcze nie ma prawa jazdy.  
     -Nie Szymon. -chciałam coś dopowiedzieć, ale mama mi przerwała.
     -Wojtek?! Nie pozwalam! -nagle się oburzyła.
     -Nie Wojtek… Daj już spokój. Kolega, taki Paweł. Bardzo miły chłopak. Pracujemy razem, wiesz? -uśmiechnęłam się lekko, kiedy o nim wspomniałam. Mama zlustrowała mnie wzrokiem, który był bardzo dokładny i podejrzliwy. Trochę mnie to irytowało.
     -No ja nie wiem, Izabelo. Ja go kompletnie nie znam.
     -Ojjj mamo! Spieszę się. On mi nic nie zrobi. Naprawdę. Nie martw się.
     -No dobrze. -po chwili intensywnego zastanawiania się, w końcu otrzymałam jej przyzwolenie. “NO W KOŃCU” -powiedziałam do siebie w myślach.  
     -Trzymaj się, będzie dobrze. Hej. -pomachałam jej jeszcze przelotnie i szybkim krokiem wyszłam z posterunku. Rozmawiając z mamą Paweł dzwonił już chyba z dwa razy.
     Paweł opierał się o maskę samochodu i z zaciekłością patrzył w ekran telefonu. Kiedy jednak podniósł znad niego wzrok, twarz mu się rozjaśniła, a w oczach migała radość. Wstał na równe nogi i schował telefon.
     -Ile to można do Ciebie dzwonić. -powiedział z lekką złością.  
     -Przeeepraszam. Musiałam jeszcze wyjaśnić mamie kim jesteś, i że na pewno będę przy tobie bezpieczna, i że mnie podstawisz pod sam dom. -przybrałam przepraszający wyraz twarzy. Było mi przykro, że musiał na mnie czekać, jeszcze po tym, kiedy okazał mi tyle dobra chcąc po mnie przyjechać na komisariat.  
     -Nie jestem zły, że musiałem na Ciebie czekać. Po prostu martwię się o Ciebie, kiedy nie odbierasz telefonów. Zwłaszcza teraz. -wyciągnął do mnie dłoń, a gdy ją chwyciłam, przyciągnął mnie do siebie.
     -Przepraszam… -powiedziałam cicho.
     -Bałem się o Ciebie Głuptasie. -kiedy to powiedział głośno wzdychnął. Chyba już teraz nie musi się o mnie martwić, więc całe napięcie z niego uszło. Jestem już przy nim. Cała i zdrowa.
     Wsiedliśmy do jego auta, a następnie pojechaliśmy do mojego domu. Zaprosiłam go do środka. Zgodził się, bo nie miał nic do roboty, a w domu będą lepsze warunki do rozmowy. Oczywiście w wejściu spytałam się czy nie chce nic do picia, albo czy nie jest po szkole głodny. Ten zaś podziękował. Poszliśmy więc do mojego pokoju, gdzie nie było zbyt czysto. Na szczęście mama mi chyba troszkę posprzątała, więc jako tako to wyglądało.
     Trochę mi było głupio, że u niego było tak czysto, panował ład i porządek, a u mnie jest jak jest.  
     -Przepraszam z bałagan. Ostatnio mam mało czasu…
     -Przestań. Jest tutaj świetnie. -pocieszył mnie i zapewnił uśmiechem.  
     -No więc… To, dlaczego mnie dziś zabrano na komisariat, oraz to, co ostatnio miało miejsce w szkole, a czego byłeś świadkiem, mam na myśli… Pamiętasz, jak się przy Tobie rozkleiłam? To wszystko właśnie z powodu mojego brata Mateusza. -Paweł był poważny, a zarazem biło od niego ciepło i współczucie. W oczach miał skupienie, ale i smutek.
     -On gdzieś zniknął. -musiałam na chwilę przerwać i lekko ochłonąć, bo czułam, że zbiera mi się na płacz.
     W końcu mu wszystko opowiedziałam. Niestety, uroniłam przy tym wiele łez. Mówiąc mu, od nowa przeżywałam ten cały koszmar. Wspomnienia były tak bardzo rzeczywiste, wydawały się realne i bolesne. Rana w sercu, która już była załagodzona, znów stała się doskwierająca i podrażniona.
     Mimo to, Paweł był przy mnie. Chłopak nieustannie dodawał mi otuchy, nie naciskał, nie pośpieszał. Siedział naprzeciwko mnie na łóżku i gładził dłonią moje udo. Już się uspokoiłam, wrócił mi normalny rytm oddechów, łzy nie płynęły z oczu. Było już okay.  
     Postanowiłam wziąć szybki prysznic i zająć się przekąskami. Paweł stwierdził, że nie ma po co wracać do domu i jeśli mu pozwolę, chciałby tu zostać. Oczywiście się zgodziłam.
     W końcu, kiedy się przygotowałam i wszystko to, co miałam zrobić zrobiłam, ruszyliśmy do pracy. Zadzwoniłam też wcześniej do mamy, zobaczyć co i jak u nich. Zamknęłam też drzwi, bo jeszcze chcieli gdzieś wstąpić w drodze powrotnej.

Mesia

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 4197 słów i 23215 znaków.

1 komentarz

 
  • cukiereczek1

    Rewelacyjna część czekam na kolejną z niecierpliwością  :* :)