Moje małe pokolenie ikea

Ludzie są podli. Wraz z coraz bardziej rozwijającą się nauką, techniką szerzy się podłość, zachłanność. Ja chyba nie umiem się przystosować do takiego świata. Korzystam z większości udogodnień jakie mamy, bo to takie... naturalne. Urodziłam się w latach dziewięćdziesiątych i pamiętam jak kiedyś było. Praktycznie całe moje dzieciństwo spędziłam na przysłowiowej ulicy grając w piłkę z kolegami. Całe dnie od rana do wieczora, z przerwami na obiad. Do domu wracałam z poobdzieranymi kolanami, cała umorusana. Pamiętam, że lubiłam, gdy podczas kąpieli woda barwiła się na czarno. To był dowód, że dobrze się bawiliśmy. Pierwszy telefon i to taki wiecie, niezniszczalna nokia dostałam w 2 klasie podstawówki? A służył mi do kontaktu z rodzicami i grania w węża. Tak, równie nieśmiertelny jak noka snake. Komputer dostałam w pierwszej klasie a bardziej służył tacie do grania niż mi... No dobrze, ja też lubiłam pościgi super furami w wirtualnym świecie. Żeby nie było, do nauki też go używałam, ale nie o to tu chodzi. Chodzi mi o to, że kiedyś, a wcale nie tak dawno bo te naście lat temu nie mieliśmy tego, co mają dzisiejsze dzieci. Małe smyki z uwieszonymi smartfonami na szyi, z tabletami w małych rączkach, gdzie powinny być cukiery i zabawki... Przykro mi się patrzy na to. W ogóle ostatnio czuję się stara, a mam 20 lat. To przecież taki czas, gdzie powinnam bawić się co weekend, w tygodniu również i przez to zawalać studia. No bo przecież jak to tak bez studiów? Jedne rzuciłam, poszłam na drugie... To też nie o tym tu chciałam pisać. Już tak dawno nic nie skleciłam do odczytu innych, że za dużo myśli mi się kłębi w głowie. Wracając d pierwszego zdania... Chciałam napisać o ludziach. To mnie przeraża. Przeraża mnie widok ludzi gnających za pieniądzem a później za ich wydawaniem. Muszę wspomnień o tym, że pracuję w dużej sieciówce i w trakcie jednego dnia pracy mam styczność z wieloma osobami i jak tak na nie patrzę to mi smutno. Bo widzę to wszystko z perspektywy sprzedawcy anie klientki, którą kiedyś byłam. Zakupy to było moje wybawienie. Kiedy wchodziłam do galerii handlowej, tak się w tym zatracałam, że nie widziałam nic prócz tych wszystkich rzeczy, które do mnie wołały. Tak, rzeczy wołały, żebym je kupiła. Chora psychicznie, prawda? No tak właśnie było. A teraz? Teraz spasowałam. To może zbyt drastyczne określenie, ale zakupy już mi się przejadły. Pracuję w moim ulubionym sklepie. Ciuchy, moja pięta achillesowa. Przejadły mi się. Za dużo. Co za dużo to niezdrowo. I to się tu sprawdza, ale jest pozytyw- wydaję mniej pieniędzy, chociaż dalej ich nie mam... Magia. No ale nie o tym tu chciałam rozprawiać. Patrząc na tych ludzi widzę jakimi materialistami się staliśmy. I mówię tu również za siebie, ja wcale nie jestem lepsza. Też należę do tego chorego społeczeństwa. Bo mamy chore społeczeństwo. Mam 20 lat i przeszkadza mi świat w jakim żyję. Mam 20 lat i denerwują mnie moi rówieśnicy. O młodszych pokoleniach nie wspomnę. I wiem, że nie jestem w tym sama. Z moimi przyjaciółmi(oni mnie nie denerwują) zbyt często dochodzimy do wniosku, że coś się popsuło w ludziach. Za bardzo za czymś gonimy. My na przykład, chcemy wyłamać się z tego wiecznego koła, ale nie możemy, bo podświadomie jesteśmy tak głęboko utożsamieni z tym wszystkim, że nikt nie ma odwagi się wyłamać. No bo co byśmy mogli zrobić? Rzucić studia, pracę, odepchnąć wszystkie materialne rzeczy, które przecież są "niezbędne” do życia i co? Ruszyć w podróż w nieznane? Bez telefonu, bez komputera? Bez gpsa?! No way! Z innej beczki. Ostatnio z przyjaciółką lubimy sobie porozmawiać o dzieciach, rodzinie, no wiecie, mamy 20 lat... 20 lat i jesteśmy same, ale nie o tym. No i jak tak sobie rozmawiamy to zawsze wychodzi na to, że chciałybyśmy wychować nasze dzieci tak jak nas wychowano. Na ulicy, blisko domu, wśród przyjaciół, których poznaje się, gdy nosi się jeszcze pampersa, bez elektronicznych gadżetów i całego tego szajsu, który niszczy dzieciaki. I dochodzimy do wniosku, zawsze, że to nie ma szans się udać, że za bardzo technika, rozwój poszedł na przód. Tyle że... Technika się rozwija a człowiek się cofa. Znacie kogoś, kto pisze jeszcze listy? Owszem, są tacy ludzie, ale ile oni mają lat? Wyobrażacie sobie dzieciaka, który teraz mając lat 8, ba nastolatka mającego lat 16, który napisze list? Ja nie. Zrobiłam się ostatnio straszną pesymistką, ale nie wyobrażam sobie tego. Nie umiemy rozmawiać. Nawet przez telefon. Wolimy pisać smsy, bo jest wygodniej, może pomyśleć nad odpowiedzią, odpisać za jakiś czas... A sławny facebook? Sama go mam bo to jest OKNO NA ŚWIAT. Boże, jak to okropnie brzmi. Nienawidzę tego a jednak nie wyobrażam sobie na ten moment dnia bez zajrzenia na ten portal. A gdzie w tym wszystkim ludzie? Gdzie spędzony razem czas? Rozmowa? Wymiana myśli face to face? Bo teraz jak się ktoś z kimś spotyka, weźmy tak mnie i moich znajomych. Okej, jest fajnie, śmiechy, żarty, winko, jedzenie, bla bla i SNAPCHAT, FACEBOOK, INSTAGRAM. Kurwa mać. Przepraszam za wyrażenie. Narzekamy, że nie pasuje nam to co nas otacza a sami w to brniemy. Ale jak to zmienić? Jak z tego wyjść? I tak oto zeszłam od pierwotnego tematu i oczywiście nawypisywałam swoje masło maślane. No trudno, lubię tak. Trudno mi się trzymać jednego wątku. Wybaczcie i czytajcie.

adamoralewska

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 1023 słów i 5593 znaków.

3 komentarze

 
  • chaaandelier

    Aż się zalogowałam żeby specjalnie skomentować. Wypowiem się głosem młodych ludzi. Jestem w tym samym wieku, co autorka tekstu. Sama dostrzegam te wszystkie rzeczy, ale nie dotyczy to wszystkich. Sama mam facebooka, ale on służy mi jedynie do celów informacyjnych. Również wychowałam się w latach kiedy elektronika dopiero zaczynała być popularna. I jakoś nie czuję się przez to zepsuta. Wręcz przeciwnie. Nie wyobrażam sobie dnia bez komputera, ale tylko z jednego powodu. Muzyka. Dzięki internetowi mam dostęp do każdej muzyki, do każdego gatunki. Ktoś może zarzucić, że przecież można kupić płyty. Oczywiście i również kupuję. Mój komputer praktycznie włączony jest przez cały dzień, ale to nie znaczy, że ślęczę nad nim. W tle coś sobie leci, a ja oddają się domowym obowiązkom. Umiem rozmawiać ze znajomymi. Przez  komunikatory jakoś mi to nie wychodzi. Wolę patrzeć na kogoś i z nim rozmawiać. Ja tu nie widzę problemu.
    Ostatnio nawet przestałam korzystać z czytacza i wróciłam do normalnych książek.
    Ale skoro wszelkie te dobra są dla nas dostępne to czemu nie mamy z nich korzystać? ;)

  • Micra21

    @chaaandelier Oczywiście, masz rację, z osiągnięć technologicznych należy korzystać. Ale rozsądnie, a niestety większość nie robi tego. Wszyscy (albo większość) gonią za swojego rodzaju "szczęściem", głównie, niestety, materialnym, gubiąc po drodze drugiego człowieka, a często depcząc go, bo przeszkadza w karierze, czy w osiągnięciu wyższego statusu. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, a przede wszystkim muszą dojrzeć rodzice i wychowawcy młodszego pokolenia. Tylko, że to wymaga czasu i mądrości życiowej. Tego czasu brak dzisiejszym rodzicom. Muszą przecież zarobić na ten komputer, egotyczne wakacje, żeby móc się pochwalić przed znajomymi, czy jeszcze lepszym samochodem. A gdzie jest czas dla dzieci? Świetlica, przedszkole, żłobek i "ulica" bez kontroli rodzicielskiej. Młodego człowieka trzeba nauczyć mądrze korzystać z dobrodziejstw technologicznych. Ale to wymaga czasu, chęci i miłości do tych małych, a poźniej większych pociech. Moja żona nie wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, było ciężko, ale miała czas dla dwójki naszych dzieci. Nie było świetlicy i ulicy, ale też nie było zagranicznych wakacji, tylko namiot nad jeziorem, ponton i dwoje rodziców, poświęcających czas na wspólne przebywanie z dziećmi, czy lepszego samochdu, tylko stary "Maluch" (czy wiecie, co to? Taki najmniejszy i najtańszy samochodzik z lat 80-tych) i radość mojego wówczas siedmioletniego synka, że tata uczy go jeździć autem. Dziś, jak napisałem w innym komentarzu pod tym tekstem, mam dobre dzieci i już wnuki, które pamiętają o nas, PISZĄ listy z wakacji i wiem, że w razie potrzeby, znajdą czas dla "starych". A dla swoich dzieci mają go zawsze, jak zachodzi potrzeba. Syn woli pobawić się ze swoimi dziećmi, niż pójść z kolegą na piwo. I o to trzeba walczyć. Pozdrawiam - stary piernik z minionej epoki. ;)

  • nienasycona

    Trochę niedoróbek i błędów interpunkcyjnych. Ale nie o tym chciałam...Ludzie podli z natury byli zawsze, teraz po prostu im łatwiej z tą podłością; "po trupach do celu" stało się zaletą, a nie wadą. Ja też byłam podwórkowym dzieckiem, posiniaczonym wiecznie, z durnymi pomysłami- przeszczęśliwym. Teraz dzieci nie  mają do tego prawa. Na zewnątrz bawi się tylko potomstwo patologicznych rodziców. Dwunastolatkom na placu zabaw towarzyszy mamusia lub tatuś. Z drugiej strony medalu dostrzegamy czternastoletnie młode matki. U mnie w liceum telefon komórkowy był obciachem. Na studiach mniej, ale też chowało się, żeby nikt nie zauważył.  Z komputerów pamiętam jeszcze commodore i amigę- miło się wspomina pewne gry. Gdy na studiach mieliśmy zajęcia z internetu, to wszyscy mieliśmy poczucie straconego czasu, do głowy nam nie przychodziło, że to się przyda. Każdy z nas jest wypaczony przez konsumpcjonizm- ja mam manię mazideł do ciała ( balsamy, masła, peelingi), zauważyłam też niepokojący symptom- na wszelkie pudełka i puszki dodawane, np do kawy dostaję małpiego rozumu, jak mój pies na surową wątróbkę. Nie mam pojęcia, czym jest ten snapcośtam, ale może zamiast narzekać, to należy zacząć od siebie? Nie zamieszczać sryliarda zdjęć na fb, uzmysławiać własnym dzieciom, że miarą ambicji nie są zarobki, że nie określa nas metka na tyłku? I znam kogoś, kto pisze listy. Ja piszę. Od czternastego roku życia, z moją pierwszą miłością. Przynajmniej dwa tygodniowo z każdej strony; oboje uważamy, że komputer nie oddaje szacunku, jakim się darzymy. Jak z tego wybrnąć? Bardzo prosto- wyłączyć czasem telefon i komputer, przytulić się, choćby do koleżanki i zapomnieć na kilka chwil, że wyścig trwa.

  • Micra21

    @nienasycona Wiele swoich przemyśleń z ust mi wyjęłaś. Pamiętam podwórko z kolegami, nieraz drzazga z drzewa w palcu, siniaki, czy obdrapane nogi. Napisałem poniżej, że jestem pokoleniem sprzed telewizji, telefonów, że o komputerach i internecie nie wspomnę. Sztuka pisania listów zamiera, niestety. Moja córka (38 lat) potrafi napisać z jakiegoś wyjazdu bodaj pozdrowienia, ale zawsze do nas, czyli rodziców, brata, czy starej babci, która ma 91 lat. Synek tak samo i widzę, że uczy swoje dzieci (8 i 5), zawsze piszą wszyscy razem. Każdy z nas ma jakiegoś fioła. Ja mam na punkcie żeglarstwa na przykład. Pozdrawiam

  • Micra21

    Przeczytałem ten tekst i skłoniło mnie to do zastanowienia się, co takiego się musiało wydarzyć, że tak młoda osoba napisała tak dojrzałe przemyślenia? Sam wychowywałem się w czasach bez TV, telefonów czy łatwego przemieszczania się. Pamiętam, że w mojej klasie w szkole telefon w domu miało mniej niż połowa rodzin. życie koleżeńskie kwitło właśnie na podwórku, z piłką, "zośką" itp. W zimie dozorca wylewał lodowisko i były łyżwy. Pisanie listów to był podstawowy sposób komunikacji między ludźmi. Takich możliwości przekazywania informacji, jakie mamy dzisiaj, to nawet w najśmielszych marzeniach nie było. No, ale to było w latach 50 - tych i 60 - tych ubiegłego wieku. Ja - rocznik 1952, nie miałem nawet własnego roweru, dopiero jak starszy brat dostał, to czasem pozwalał pojeździć. Dzisiaj wszyscy gonią nie wiadomo, za czym, nie zastanawiając się, czy po drodze kogoś rozdepczą. Komórkę mam, ale używam tylko w razie konieczności. Potrafię wyłączyć. To jest telefon do łączności awaryjnej. SMS-ów nie znoszę i nie piszę, chyba, że nie ma innego wyjścia. Internet to dobre narzędzie, ale bez przesady z tymi FB, Instagramami. Stajemy się niewolnikami komunikacji elektronicznej. Owszem, to pomaga, mam dzięki temu spore grono dobrych znajomych w różnych krajach, z którymi nieraz na czacie zawzięcie dyskutujemy, gadamy o "du*ie Maryni", czy wymieniamy swoją twórczość, bo piszę trochę. Moje wnuki dziś są chowane praktycznie bez telewizji, owszem, bajka na dobranoc i wystarczy. Wnuczka 8 lat nie ma własnego telefonu, bo to jeszcze nie pora. Używa komputera, ale tylko w niezbędnym zakresie. Musi umieć używać, żeby nie odstawać od innych. Ale to zasługa syna i synowej, którzy widzą zagrożenia. I nie chodzi o koszty, bo stać ich na to, ale uważają, że nie wszystko musi być natychmiast. Ja sam też korzystam z GPS w smartfonie, czy poczty internetowej, bo to ułatwia życie. Rozpisałem się, pozdrawiam