Moje Kochanie #6

Otworzyłam oczy, które były całe sklejone od nocnych łez. Chciałam je przetrzeć, ale napotkałam jakiś opór, gdy chciałam podnieść dłoń. Co jest grane? Spojrzałam na prawo i wszystko się wyjaśniło. Szymon spał na krześle i trzymał moją dłoń. Nie chciałam go obudzić więc ostrożnie wysunęłam swoją rękę spod męskiej i bezwładnej z powodu snu. Od razu poczułam ulgę. Gdy złączyłam swoje obie dłonie, poczułam ogromną różnicę. Jedna była lekko ciepła, a druga wręcz parzyła w dotyku. Uśmiechnęłam się pod nosem. Oznacza to, że siedzi już tu dość sporo. Wcześniej by mnie to zdziwiło, ale teraz się przyzwyczaiłam, że przychodzi o różnych, czasami nawet dziwnych porach dnia w odwiedziny. Mimo to, za każdym razem kiedy go widzę siedzącego przy moim łóżku (lub jak teraz - śpiącego) moje serce się raduje. Fajnie wiedzieć, że jakiś człowiek się o mnie troszczy i martwi. Miód na sercu.

Wstałam z łóżka bezdźwięcznie, sięgnęłam do komódki po rzeczy pod prysznic, komórkę, portfel i coś do nabazgrania kilku słów na kartce.
"Lecę pod prysznic, za raz będę <3"
Położyłam liścik na łóżku w widocznym miejscu i wyszłam z pokoiku. Kroczyłam jeszcze ospale po korytarzu. Na ławeczkach i siedzeniach było mnóstwo dzieci. No tak. Wpakowali mnie do dziecięcego bo nie jestem jeszcze pełnoletnia. Patrząc na nie, poczułam skurcz w brzuchu. Pokręciłam przecząco głową i ruszyłam dalej. Na szczęście jedna z łazienek była wolna więc nie musiałam czekać. Po prysznicu umyłam dokładnie zęby, rozczesałam mokre włosy i jeszcze raz zlustrowałam się wzrokiem w lustrze. Wyglądam o niebo lepiej niż jak tu dopiero co wchodziłam. Opuchlizna pod oczami już prawie zeszła, czerwień w oczach totalnie zanikła, a nos nie był już taki różowiutki. Za to nabrałam rumieńców na policzkach od gorącej wody. Spojrzałam teraz na włosy. Trochę mi podrosły. Sięgały już mi do zakończenia żeber, tuż przy wcięciu w talii. Uśmiechnęłam się na to. Włosy najbardziej ceniłam w sobie. Nie wiem czemu. Po prostu.  

Skręciłam w lewo. Postanowiłam zajść do baru po kawę. A może będą jagodzianki? Mmmm... oblizałam wargi na samo wspomnienie kiedy ostatnio się jedną z nich zajadałam.  
-Dzień dobry. -z uśmiechem kiwnęłam głową. -Poproszę dwie kawy.
-Jasne. -pani odeszła od lady, żeby zaparzyć napoje. Po chwili jednak wróciła z dużymi kubkami pachnącej kawy.  
-Ale pachnie. -znowu się uśmiechnęłam. -A ma pani może jagodzianki? -spytałam z nadzieją.
-Niee... niestety nie. -powiedziała smutno, kiedy zobaczyła mój zawód.
-No nic, trudno. Dziękuję bardzo za kawę, na pewno będzie świetna jak zawsze.
Zapłaciłam i wzięłam wszystko co miałam do zabrania. Było to baaardzo ciężkie zadanie, bo nie dość, że niosłam swoje rzeczy prysznicowe, to jeszcze te głupie kawy z dodatkowym cukrem i mleczkiem. Wlekłam się do swojej sali chyba z 10 minut, gdzie normalnie tą drogę można przebyć w maximum 3 minuty. Ostatecznie dotarłam do celu. Klamkę nacisnęłam łokciem, a same drzwi popchnęłam tyłkiem. Wzbudziło to śmiech u moich młodszych kumpli z piętra. Mhmm... Super. Zostałam pośmiewiskiem bo nie mam jak otworzyć drzwi. Teraz trzeba je tylko zamknąć. Próbowałam chwilę, ale się poddałam. Odłożyłam po cichutku wszystkie rzeczy i poszłam zamknąć drzwi. Szymek jeszcze słodko spał. W pewnym momencie chciałam go obudzić, ale stwierdziłam, że nie będę się bawić w niemiłosiernego, wczorajszego Szymka. Odłożyłam wszystko na swoje miejsce, kawy natomiast postawiłam na stoliku i do każdej wlałam po jednym pojemniczku mleka. Dodatkowo do swojej wsypałam paczuszkę cukru. Normalnie wsypałabym co najmniej dwie na tak wielki kubek, ale zawsze mówię pani, aby robiła mi słabszą. Dzięki temu nie jest taka gorzka i nie słodzę tyle.

Nagle Szymek poruszył się na krześle. Przestraszył mnie przez co podskoczyłam siląc się, aby nie zapiszczeć. Przetarł dłonią twarz jeszcze nie zdając sobie sprawy co przed chwilą zaszło. Patrzył na mnie zaspanym wzrokiem nic nie rozumiejąc.
-Co tak stoisz? -zmarszczył brwi.
-Przestraszyłeś mnie! -położyłam dłoń na dekolt i głośno odetchnęłam.
-Aż tak? -po twarzy błądził mu uśmieszek.
-A żebyś wiedział! Wiesz jaki jesteś straszny? -spytałam ironicznie. -Trzymaj kawę, tyle tu spałeś, że zdążyłam się wykapać i po nie pójść. -podsunęłam bliżej niego kubek.
-Oooo! Jesteś kochana! -zrobił wielkie oczy, patrząc raz na mnie raz na kawę. Po chwili wstał i złożył pocałunek na moim policzku. -Nawet nie wiesz jak mi tego brakowało. -znów usiadł i od razu wziął w dłonie parujący napój.  
-Nie ma za co. -słodko się uśmiechnęłam i po chwili Szymek go odwzajemnił. Usiadłam wygodnie na łóżko, podciągnęłam nogi i oparłam się o poduszki. Wzięłam w dłoń kubek i nabrałam w płuca powietrze tuż nad nim. Uwielbiałam zapach kawy. To właśnie było dziwne, bo za samą kawą nie przepadałam, a przynajmniej nie za taką bez tony cukru i mleka. Podmuchałam trochę w piankę zbierającą się na powierzchni i upiłam łyk.  
-Kiedy przyszedłeś? -chciałam się dowiedzieć.
-Niedawno. -skłamał.
-Niedawno to ja wróciłam.
-A która godzina? -w sumie sama nie sprawdzałam. Kiedy tak chwilę siedziałam bezczynnie, podniósł brew do góry.
-No sprawdzisz czy ja to mam zrobić?
-Powiedz mi teraz kiedy tu przyszedłeś. -spoważniałam.
-To powiedz mi która jest godzina. -też nabrał poważnego tonu.
-Kiedy Ci powiem to sobie ustalisz dowolną godzinę i mnie okłamiesz. Jak byś nie mógł mi po prostu powiedzieć.
-Czy ja Cię kiedykolwiek okłamałem? -teraz najwidoczniej był trochę zirytowany. Ja jednak nie chciałam odpuścić. Problem w tym, że on chyba na prawdę nigdy mnie nie okłamał. -Widzisz sama. Więc która jest? -powiedział, gdy szukałam wspomnieniami chwili, w której się na nim zawiodłam, w której coś było nie tak pomiędzy nami. Skoro były sprzeczki to być może chodziło o kłamstwo! Wertowałam w głowie nasze kłótnie, jedna po drugiej. Tak właściwie nie było ich dużo, ale coś mi się przypomniało!
-A pamiętasz, kiedy poznałeś Sandrę i do niej jeździłeś, a mi mówiłeś cały czas, że to do swojego kolegi? -bingo! Zaskoczyło go to bo przez chwilę siedział i patrzył się na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Wiesz czemu wtedy Cię okłamałem. -po chwili namysłu powiedział. Zmarszczył przy tym brwi na znak, że to nieodpowiedni przykład. Ja jednak byłam innego zdania.  
-Wiem i wciąż tego nie rozumiem. -miałam ironię w głosie.
-Nie zaczynaj. -oparł podbródek o złożone ręce na kolanach i groźnie na mnie spojrzał.
-Ale ja na prawdę... -zaśmiałam się. -Przecież nie byłabym zazdrosna. Trzeba było mi od razu powiedzieć, że kogoś masz. Ucieszyłabym się. -uśmiechnęłam się ciepło i z troską, aby trochę ochłonął i w końcu zrozumiał, że mówię prawdę.
-Mhmm... -mruknął tylko pod nosem.
-Ah tam. Ci coś tłumaczyć to jak do ściany. -potrząsnęłam szybko głową. Na prawdę czasami jest tępy jak but. -Tak czy siak mnie okłamałeś. Teraz mi powiedz kiedy tu przyszedłeś. I mów PRAWDĘ. -zaakcentowałam. Szymek nabrał głośno powietrza w płuca i po chwili je wypuścił. Oparł czoło o złożone dłonie.
-O trzeciej w nocy.
-A dlaczego? -tak jak mówiłam wcześniej, wcale mnie to nie zdziwiło. Czasami tak przychodził, ale dziś coś jest nie tak.  
-Booo... -zaczął ale nagle przerwał. Momentalnie wstał i obszedł moje łóżko i sięgnął do ostatniej szuflady od stolika. Powędrowałam za nim wzrokiem. Wiedziałam po co tam idzie. Wyjął małe pudełeczko, które dostałam wczoraj od Mateusza. Odwrócił się do mnie i wyciągnął je w moją stronę pokazując na nie palcem. -Dlatego. Dlatego, że dziś całą noc ryczałaś właśnie przez to. A raczej przez niego! -z każdym słowem podnosił ton głosu. Ostatnie prawie wykrzyczał.
-Daj spokój, przecie... -nie dał mi dokończyć.
-Co daj spokój?! Przecież zostawałem tutaj kilka razy na noc i ryczałaś jak bóbr przez sen. Teraz dostajesz bransoletkę z zawieszkami z małym bobasem i serduszkiem i myślisz, że to nic takiego?! -krzyczał. -Dziś to się wręcz rzucałaś po tym łóżku! -wiedziałam, że słowami nic tutaj nie załatwię. Poza tym na samo wspomnienie popłynęły mi łzy po policzkach. W ustach poczułam słony smak, a gardło mimowolnie się zacisnęło nie pozwalając mi wykrztusić choć jednego słowa. Siedziałam i się na niego patrzyłam. Był wkurzony. W oczach tańczyły mu iskierki, twarz wyraźnie się zaostrzyła. Spiął każdy mięsień swojego ciała i chodził raz w te, raz z powrotem.

Tę całą chorą sytuację przerwała pielęgniarka, która przyszła z obiadem. Kiedy usłyszałam za plecami, że ktoś przyszedł od razu wytarłam łzy i zmieniłam wyraz twarzy. Wysiliłam się na uśmiech i spojrzałam w kierunku pani.
-Szymonie, spokojnie, nie możesz przebywać tutaj w takim stanie. -zbliżała się powoli, ale pewnie w naszą stronę. -Może to źle wpłynąć na Izabelę, a przecież za dwa dni wraca do domu i nie chcemy, aby jej stan się pogorszył. -gdy dotarła do mojego stoliczka, postawiła talerz i szklankę wody.
-Wiem proszę panią. Przepraszam, już będę spokojny. -myślałam, że będzie chciał wyjść, ale jednak został. Usiadł na swoje miejsce (krzesło) i więcej się nie odzywał. Podziękowałam pielęgniarce, chociaż wiedziałam, że i tak tego nie zjem. Nie miałam teraz ochoty na jedzenie. Usiadłam twarzą do Szymona, zgarbiłam się, oparłam ręce na kolanach i spuściłam głowę pomiędzy nie. Obydwoje nie mieliśmy teraz ochoty na nic, więc siedzieliśmy smętnie i się nie odzywaliśmy. Po dłuższej chwili Szymek przerwał panującą w pomieszczeniu ciszę.
-Nie chciałem, żeby Ci ją dawał. -powiedział półszeptem. Nie rozumiejąc o co mu chodzi podniosłam na niego wzrok i czekałam na wyjaśnienia. On jednak na mnie nie patrzył. Dalej opierał czoło o swoje dłonie i chyba przymknął oczy. Nie wiedziałam, czy mam się odezwać, czy też nie. Na szczęście Szymek sam zaczął. -Nie chciałem nawet, żeby się z Tobą spotkał.
-Ale... Dlaczego? -nie rozumiałam co mu chodzi po głowie. Wiem, że za nim nie przepada, ale w końcu to mój brat. Mój ukochany brat. Kochałam go jak nikogo innego. Bardzo dobrze o tym wiedział, bo mu to tysiąc razy mówiłam. Był do tego sceptycznie nastawiony, ale nigdy nie powiedział mi w twarz, że nie chce, abym się z nim spotkała lub coś podobnego.  
-Iza. -podniósł na mnie wzrok. Miał strasznie poważny wyraz twarzy. Przestraszyło mnie to. -Coś jest nie tak. Nie zachowywał się tak jak zawsze. On... on prawie nas błagał, żebyśmy jakoś zaplanowali to całe spotkanie.
-Czekaj, czekaj. Kto miał Ci pomóc to zaplanować i dlaczego nie mogliście po prostu przyprowadzić go do szpitala? W ogóle, opowiadasz jakieś głupoty. Stęsknił się za mną, w dodatku wie przez co teraz przechodzę. Pewnie dlatego jakoś inaczej się zachowywał. -Nie chciałam wierzyć w to, co mówi Szymon. To po prostu absurdalne.
-Nie wiem czemu nie chciał. Proponowaliśmy mu to z Pauliną, ale on wyraźnie zaprzeczył. Był cały czas jakiś taki... zdenerwowany. Zależało mu na czasie... Nie wiem Iz co to miało być, ale stanowczo mi się to nie podobało.  
-Gadasz głupoty. -potrząsnęłam przecząco głową. -Za dużo kofeiny. -kiwnęłam na kawę.
-Znowu mi nie wierzysz. -znów zciszył głos. Wyprostował się na krześle i przez chwilę znów spowiła nas cisza. Spojrzał na przyniesiony obiad. -Jedz, musisz jeść.  
-Nie chcę. -odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie narzekałam na brak apetytu. Po prostu jedzenie tutaj mi nie smakowało, a ciągłe siedzenie i leżenie nie sprawiało, że czułam się głodna.
-No jedz. -podsunął w moją stronę talerz.
-Nie. -odpowiedziałam twardo i odsunęłam danie.  
-Kompromis. Jemy we dwójkę. -na początku trochę mnie zaskoczył. Nie brzydziłam się nim, w żadnym wypadku. Po prostu nigdy by mi nie przyszło takie coś do głowy. Po chwili namysłu pokiwałam głową na znak zgody i wzięłam w dłoń widelec. Nabiłam mały kawałek jakiegoś mięsa. Nie było smażone. Najwidoczniej tylko je duszono lub coś w ten deseń. Zbliżyłam widelec do ust Szymka, ale on zaprzeczył głową.
-Ty pierwsza. -delikatnie się uśmiechnął. Zjadłam kawałek mięsa nabity na widelec, sięgnęłam nim jeszcze po ziemniaki i surówkę. Kiedy wszystko ładnie zjadłam i przełknęłam upiłam łyk wody nabijając przy tym kolejny kawałek mięsa. Tym razem Szymek otworzył posłusznie usta i zdjął zębami kawałek z widelca. Zaśmiałam się i nabiłam ziemniaki wraz z surówką. Kiedy zjadł podałam mu szklankę z wodą.  

Zjedliśmy cały obiadek. Nie był taki zły, jednak z pewnością jest to zasługa Szymona. W towarzystwie zawsze lepiej się je, a co dopiero jeść to samo danie z jednego talerza! Szymon odniósł talerz i poszliśmy umyć ręce i buzie. W drodze powrotnej do mojego pokoiku rozmyślałam nad tym co pielęgniarka powiedziała. Zostanę tu jeszcze dwa dni, a później wrócę do domu. Cieszyłam się. Wcale nie było tutaj kolorowo. Wręcz przeciwnie. Wszystko było w takich samych barwach- BIAŁYCH. Już mnie od tego mdliło. Wszystkie dni były takie same. Jeszcze jak bym mogła wychodzić na zewnątrz to może mój pobyt tutaj nabrałby jakichkolwiek barw, ale cóż. Pogoda się pogarsza z minuty na minutę przez co mam zakaz na wyjścia. Dodatkowo te sprężyny w łóżku mnie wykończają. Następnie przeniosłam myśli do domu. Ciekawe co się tam dzieje. Czy mama zagląda do mojego pokoju? W sumie co ja się zastanawiam... Pewnie mi tam codziennie sprząta, choć nie ma zbytnio czego. Tata grzeje kanapę jak zwykle, a Mateusz krząta się wszędzie i wtyka nochala. Od czasu do czasu pewnie wyjdzie sobie gdzieś na miasto. Pomyślałam sobie, że może w końcu planuje coś w związku z Patrycją - jego dziewczyną. W końcu są razem od dwóch lat. Może w końcu by pomyślał o jakichś zaręczynach. Chociaż w sumie nie wiem czy tego chcę. Opuściłby nasz dom i zostałabym sama z rodzicami. Przerażała mnie ta myśl i od razu dostałam dreszczy. To tak, jak bym mieszkała sama! Nie licząc faktu, że miałabym jedzenie i opłacone rachunki co się nie zdarza mieszkając samotnie.

Siedziałam na parapecie i podziwiałam zachód Słońca. Na mieście raz po raz rozbłyskiwały kolejno lampy uliczne, kolorowe bilbordy reklamowe, szyldy na budynkach publicznych i inne światła. Wyglądało to tak, jakby jakaś fala przeszła od wschodu do zachodu, bo w takim kierunku, choć nie wiem dlaczego, zapalały się światła. Rozświetlały one ulice, budynki, a na przedmieściach czaił się już mrok nocy. Była zaledwie osiemnasta, a ciemność już spowijała miasto. Pamiętam, że jeszcze zaledwie kilka tygodni temu noc zapadała dopiero po dwudziestej drugiej. Niestety jesień już nas przywitała i nieubłaganie wkraczamy w zimne, ciemne i deszczowe dni co mi się nie podobało. Kochałam słońce i ciepło. Dodatkowo długie dni sprawiały, że miałam na wszystko czas, pomimo różnych obowiązków i planów. A jeśli mowa o obowiązkach... Powrót do domu już za dwa dni. Właściwie to niecałe dwa dni, bo wypis mam już z samego rana. Znów zaczną się obowiązki domowe, szkoła i nudne, szare życie. Na szczęście mam swoich kochanych przyjaciół i bliskich.

Oderwałam wzrok od pejzażu panującego za szybą i spojrzałam na czytającego książkę Szymona. Pomyślałam sobie, że jeśli by miał czas to by mógł mi potowarzyszyć, kiedy będę się stąd zwijała i jechała do domu. Mateusz pewnie po mnie przyjedzie, ale znając jego, za raz położy się spać, a nie chciałabym wtedy być sama. Z pewnością będę chciała się wygadać i takie tam... a z rodzicami rozmawiać nie mam zamiaru. Byli u mnie zaledwie 4 razy. Dużo ich obchodzę najwidoczniej, nawet w tak ciężkiej sytuacji jaka jest teraz. Z resztą, pewnie będą pochłonięci pracą.
-Hej, Szymek. -powiedziałam cicho. Myślałam, że mnie nie usłyszał, bo dłuższą chwilę się nie odwracał. Miałam już ponownie go zawołać, ale tym razem trochę głośniej. Na szczęście podniósł palec w oznace, żebym chwilkę poczekała. Najwidoczniej się wczytał i chce dokończyć.
-Tak? -spojrzał pytająco.  
-Słuchaj... -nie wiedziałam dokładnie jak mam się w ogóle go o to spytać. Niby to mój przyjaciel i przychodziłam do niego z różnymi, innymi i ważniejszymi sprawami i prośbami, ale jakoś tak nie potrafiłam odpowiednio to ująć.
-Mów prosto z mostu. -powiedział widząc moje zakłopotanie.  
-Nie chciałbyś może przyjść we wtorek rano i mi trochę pomóc z zebraniem się do domu? -spytałam z nadzieją w oczach. Nawet mi ulżyło, kiedy w końcu pozbierałam słowa w jedną całość i byłam w stanie się go o to zapytać.
-Mmmm... Nie wiem Malutka. Wiesz, ja chodzę jeszcze do szkoły. -zaśmiał się. Faktycznie! Zupełnie zapomniałam. Trochę mi się zrobiło smutno. Oznaczało to, że przyjadę do domu i resztę dnia spędzę samotnie. Kiedyś to by mi nawet pasowało, ale przyzwyczaiłam się do ciągłej kogoś obecności. Wcześniej cały dzień spędzałam z Patrykiem, teraz Szymonem i Pauliną. Jedynie w gimnazjum potrafiłam całymi dniami siedzieć sama w pokoju i oddać się swoim zainteresowaniom i sprawom. W sumie teraz trochę za tym tęsknię. Lubiłam sobie samotnie pobiegać, pomalować, posłuchać muzyki. Kiedy stale ktoś mi towarzyszy, musiałam zrezygnować z połowy tych rzeczy, a resztę czynności robię w towarzystwie.


Właśnie pakowałam swoje rzeczy. Torba już była prawie pełna, ale musiałam jeszcze opróżnić dwie półeczki w komodzie. Kiedy tu przyjechałam bagaż domykał mi się idealnie. Co więcej, zmieściłabym tam jeszcze kilka rzeczy, a teraz proszę. Myślę, że to, co mi się nie zmieściło, będę zmuszona spakować w jakieś torebki i nieść w ręku. Jest dokładnie 7:30. Za około pół godziny mama miała dzwonić, że właśnie czeka na mnie przed wejściem, i że mam już się powoli zbierać i schodzić na dół. Widzicie jaka opiekuńcza matka? Nawet mi nikt nie pomoże tych tobołów znieść na dół do samochodu. Gdyby przyjechał Mateusz...! Właśnie. Gdyby po mnie przyjechał, ale nie przyjedzie. Kiedy zapytałam się mamy, dlaczego nie może mnie odebrać brat, ona odparła, że to nie rozmowa na telefon. Byłam na nią wtedy zła, że nie chce mi nic wyjaśnić tak od razu, a skoro nie może przez telefon to niech się ruszy i do mnie przyjedzie. Później jednak ochłonęłam i zaczęłam się troszkę martwić. Gdyby chodziło o jakąś błahostkę powiedziałaby mi raz dwa. Nawet by mi wysłała sms'a z wyjaśnieniami. Zastanawiające też było to, że kiedy próbowałam się dodzwonić do Mateusza, w słuchawce cały czas wybrzmiewał komputerowy głos obwieszczający: "Ten numer jest poza zasięgiem lub jego właściciel ma wyłączony telefon. Proszę spróbować później." Zjadał mnie czasami strach o niego. Nigdy nie popełniał głupot, może nie jeździł wolno, ale w sumie ostrożnie. Nie mogło mu się nic stać... ale teraz to wszystko mówi samo za siebie. Nawet Szymek mnie wcześniej ostrzegał, że coś się dzieje z moim bratem. Poczułam skurcz żołądka i postarałam się odpędzić wszystkie myśli na bok. Dowiem się wszystkiego już w domu, a może nawet w samochodzie, chociaż znając mamę powie, że to nie miejsce na takie rozmowy, i że nie może się denerwować kiedy będzie jechała samochodem.  

Okazało się, że zmieściłam się do torby, jednak nie obyło się bez problemów. Napakowane było tam tyle rzeczy, że z trudem ją zamknęłam. Kiedy się żegnałam z pielęgniarkami, pani Małgosia (to ta miła, która pozwalała mi siedzieć na parapecie i jeść jagodzianki) dała mi w prezencie małą owieczkę. Fajna była, taka milusia. Podziękowałam jej gorąco i zeszłam na dół do mamy. Nie powiem, było ciężko, ale na szczęście istnieją windy. Musiałam tylko je teraz dotaszczyć do samochodu i będę miała spokój.

Mama czekała już opierając się o drzwi od strony kierowcy i paliła papierosa. Fee... Nie cierpiłam zapachu fajek, a ludzie, którzy palili byli wstrętni i obrzydliwi. Skrzywiłam się na ten widok, a na twarz wpłyną mi grymas niezadowolenia. Mama kiedy mnie zobaczyła pomachała mi ręką i szeroko się uśmiechnęła. Nie dopaliła tylko rzuciła i przydeptała. O dziwo podeszła do mnie pospiesznie z przepraszającym wyrazem twarzy i wzięła ode mnie torbę.
-Przepraszam, zapomniałam, że miałaś na górze tyle rzeczy. Nie możesz się tak przemęczać Kochanie. -odstawiła na chwilę torbę i mnie przytuliła. Skwasiłam się i ją lekko odsunęłam od siebie. Cuchnęła petami i do tego się do mnie klei. Nagle zrobiło się jej mnie żal i zaczęła się o mnie martwić. Widząc moją minę powiedziała -Przepraszam, stęskniłam się za Tobą.
-To dlaczego nie wpadałaś częściej i na dłużej? -spytałam z lekką urazą. Pomimo wszystko to była moja matka. Powinna się o mnie bardziej troszczyć. Gdyby Szymkowi się coś stało, jego mama by nie opuszczała szpitala. To po niej ma takie dobre serduszko. Z resztą, wszystkie mamy są opiekuńcze oprócz mojej. -I nie wykręcaj się pracą. -powiedziałam już trochę ze złością.
-Ja... Nie mogłam Izabelo. Nie przez pracę. -zaskoczyły mnie jej słowa. Więc niby co takiego robiła, że nie mogła? Nic w domu szczególnego nie robi oprócz gotowania i sprzątania. Nawet pewnie kwiatów nie podlewa, bo to ja jestem za to odpowiedzialna i to ja ich tyle nakupowałam do domu.  
-No więc niby co takiego robiłaś?
-Porozmawiamy w domu. -poczułam się jak dziecko, któremu nic się nie mówi. Przywykłam już więc nie protestowałam. Przewróciłam tylko oczami i otworzyłam mamie bagażnik aby wstawiła tam torbę.

Drogę do domu przebyłyśmy przy dźwiękach muzyki z radia. Żadna z nas się nie odzywała. Kiedy mama zaparkowała przed domem wyjęłam torbę i miałam już się kierować do środka kiedy mama wyrwała mi z ręki ciężar i powiedziała, że nie mogę tego dźwigać sama. Nie odezwałam się tylko powędrowałam za nią do mojego pokoju. Kazała mi poczekać z rozpakowywaniem i powiedziała, żebym przyszła do kuchni pogadać. Nadeszła ta wielka chwila, kiedy w końcu ktoś zechciał mi ukazać skrawek tej całej tajemnicy z Mateuszem. W sumie to nie widziałam go w salonie ani w kuchni. Taty też nie było widać. Jak mi zalecono tak też zrobiłam. Wygodnie rozsiadłam się na krześle kuchennym kładąc gołe stopy na parapet. W pierwszej chwili chciałam na stół, ale pomyślałam sobie, że dziś rano się nie kąpałam i mogłoby to być niehigieniczne. Nie to, że by śmierdziało, tylko po prostu ktoś tu za chwilę będzie coś jadł i... No...

Patrzyłam na mamę niedowierzając. Co ona do cholery właśnie powiedziała?!
-C-co? Jak... Jak to sobie... -Nie potrafiłam nic powiedzieć. Huczało mi w głowie od nawału informacji. Bardzo bolących informacji.
-Iza... Ja wiem, że jest Ci to teraz wszystko bardzo ciężko pojąć... W dodatku sama przeszłaś przez piekło, a teraz jeszcze to. Myślę, że najlepiej będzie, jak teraz pójdziesz pod prysznic, a później prosto do łóżka. Prześpij się z tym wszystkim i pamiętaj... Musimy teraz wszyscy być dobrej myśli. On się w końcu odnajdzie. -mama mówiła ciepłym, ale łamiącym się głosem. Płakała kiedy mi wszystko wyjaśniała. Taty przy nas nie było. Podobno kolejny raz pojechał na policję w sprawie składania ostatnich, bardzo szczegółowych informacji.
-Mamo... Ja chcę też porozmawiać z policją. -powiedziałam całkiem poważnie, ale wciąż miałam łzy w oczach. Przypomniałam sobie, kiedy Mateusz mnie odwiedził podczas mojego pobytu w szpitalu.
-Naturalnie. Policja tak czy siak musi porozmawiać ze wszystkimi jego znajomymi, aby ustalić co go do tego skłoniło. A może nawet ktoś coś wie, może napomykał komuś co zamierza. -pokiwałam tylko głową i wstałam. Wydawało mi się, że śnię. Nie czułam nawet, że idę do łazienki. Wszystko widziałam w ciemnych kolorach. Wszystko zdawało się takie... nieuchwytne. Nie myślałam więcej. Weszłam do kabiny prysznicowej i oddałam się w objęcia przyjemnej wody. Po moim nagim ciele spływała gorąca woda, a z moich oczu lały się słone łzy. W głowie miałam tylko jego. Mateusza.  

Powlekłam się do łóżka i szybko zasnęłam. Po prysznicu było mi lepiej. Woda zmyła ze mnie wszystkie brudy tego okropnego dnia. Od teraz moje życie zmieniło się nie do poznania...

Mesia

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 4702 słów i 25140 znaków.

3 komentarze

 
  • Ewcia:D

    Świetne opiwiadanie! Czekam na ciąg dalszy! A Mateusz MUSI się odnaleźć! ;)

  • Mesia

    @Ewcia:D Dzięki, dzięki :)

  • Misiaa14

    Cudowne *-*

  • Mesia

    @Misiaa14 Dziękuję ;)

  • cukiereczek1

    Rewelacyjna część nie mogę doczekać się już kolejnej  :) :)

  • Mesia

    @cukiereczek1 A dziękuję, dziękuję ;)

  • cukiereczek1

    @Mesia proszę bardzo  :)