Sprzedawca cz 5

— Widzisz tą dziewczynę naprzeciw?
— Tak, zauważyłem.  
— Ładna i czuję, że jest wstydliwa jak ty, więc na pewno cię nie poprosi.  
— Ja jej też nie.  
— Albo mi obiecasz, że to zrobisz, albo... pocałuję cię, ale nie jak brata.
— Zwariowałaś — wystraszył się.
Ewa faktycznie robiła coś w tym kierunku.
— Ok, poproszę ją, tylko przestań.
Odprowadził ją do stolika. Usiedli.  
— To ma być dziś — powiedziała Ewa.  
Zbyszek patrzył na nią błagalnie.  
— Ona ci nie odmówi, wierz kobiecej intuicji.  
Zbyszek wstał, lecz zamiast iść do stolika, poszedł do toalety. Wiedział, że Ewa nie odpuści, ale on... Czuł, że nie może pokonać strachu. Ma tak wprost podejść i poprosić do tańca?
— Zabiję go — rzekła Ewa.
— Czy ty go chciałaś pocałować?
— Powiedziałam mu, że jeśli mi nie obieca, że poprosi tą drobną dziewczynę, to go pocałuję.
— Ja bym wolał buzi — zaśmiał się Józek.
Ewa chwyciła go za rękę.
— Kocham cię, mój chrabąszczu — rzekła słodko. Ona patrzyła na niego, jestem pewna, że jej się podoba.  
Zbyszek wrócił z łazienki. Jeszcze raz popatrzył na Ewę błagalnie. Ona wskazała mu dziewczynę oczami, a potem dotknęła znamiennie ust palcem.
— Cholera — szepnął do siebie Zbyszek.
Podszedł do stolika.
— Zatańczysz?
Ona się uśmiechnęła, lecz jej uśmiech zgasł natychmiast.  
Zbyszek się zdecydował, a nie poszło mu łatwo, więc nie chciał po prostu odejść.
— Chciałem cię poprosić do tańca — powtórzył głośniej.
— Wracaj na miejsce zanim coś ci zrobię!
Chłopak siedzący obok dziewczyny miał gromy w oczach.
— Daj spokój Krzysiu, on nie wie — rzekła drobna dziewczyna.
Na chwilę ich spojrzenia się spotkały. Miała śliczne i wielkie, lecz smutne oczy. Zbyszkowi zdawało się, że nie widzi ich koloru. To co dostrzegł to... łąkę. Z chwilowego zauroczenia wyrwał go ostry głos chłopaka.
— A co, ślepy? — zapytał Krzysiek.  
— Przepraszam, nie tańczyliście. Nie wiedziałem, że to twoja dziewczyna.  
— To mój brat. Jestem Agata — podała mu rękę przez stół.  
Poczuł jej drobną dłoń. Przyjazną, szczerą.
— Podejdź bliżej i powiedz, czy nadal chcesz.
Mimo półmroku zobaczył rumieniec na jej twarzy. Minął wciąż złego brata i... zobaczył.  
Nie mógł tego widzieć poprzednio. Siedziała na wózku. Jej nogi były drobne. Zbyszek poczuł, że mięknie w kolanach. Dostrzegł w jej oczach coś, czego nie mógł pojąć.  
W sekundę podjął decyzję.  
— Chcę nadal, tylko jak to zrobimy?
— Nie jestem ciężka, a ty wyglądasz na silnego.
Wyciągnęła dłonie do góry.
Zbyszek nie pamiętał co się stało później. Kiedy oprzytomniał, trzymał ją w objęciach. Ona mocno oplotła go rękami za kark. On tulił jej ciało, trzymając mocno ponad drobnymi biodrami. Była w niego wpatrzona.
— Nie muszę ci mówić, że nigdy nie tańczyłam z nikim. Poza ojcem — dodała.  
— Dawno to masz?  
— Jak miałam siedem lat, po szczepionce.
Zbyszek nie pytał po jakiej, domyślał się. Zaczęli drugi kawałek.
— Zmęczyłeś się? — zapytała.
— Nie! Wcale.
— To możemy jeszcze jeden.
Tańczyli bez słów. Kiedy muzyka ucichła wziął ją na ręce i posadził na wózek.
— Przepraszam — rzekł Krzysiek — myślałem, że sobie robisz żarty.
— Jestem trochę nieśmiały — rzekł Zbyszek do Krzyśka. To mój telefon i e-mail — zwrócił się do Agaty. Zadzwonisz?
— Na pewno — rzekła Agata.
Napisała coś na kartce.  
— Bardziej wypada abyś ty zadzwonił pierwszy — rzekła podając kartkę.
— Nie wiedziałam — szepnęła Ewa, kiedy wrócił do stolika.
— Jest w porządku, świetna dziewczyna.
— Ale ona... — zaczął Józek.
— Co ona? — zapytał Zbyszek. Myślisz, że lecę na cycki i tyłek?  
— Sorry, stary — rzekł Józek. Przepraszam.  
                            *
   Zbyszek obudził się rano. Poszedł do łazienki. Patrzył na swoje odbicie, wrócił do pokoju. Wziął komórkę.
— Cześć — usłyszał miły głos Agaty. Nie myślałam, że zadzwonisz tak rano.  
— Obudziłem cię?  
— Nie, wstałam już wcześniej, myślałam o tobie. Dzisiaj mam wolne, masz plany?
— Nie.
— To może pójdziemy gdzieś..., gdzie tylko chcesz.  
  
Spędzili ze sobą cały dzień. Poruszli się jej samochodem, był lepiej przystosowany.
— Mieszkam sama, chcesz wejść?  
Po chwili byli na górze.
— Zrobię coś do jedzenia, mam kawałek lazanii, może być?  
— Jasne.
Poszedł za nią do kuchni.  
— Widziałam twoja wizytówkę, pracujesz jako grafik, prawda? — zagadnęła.
— Tak, nieźle mi idzie.
— To mamy wspólne zainteresowania. Ja buduję programy.  
— Virtualne?  
— Też, mogę tam biegać i skakać. Szkoda, że nie mogę naprawdę — powiedziała smutno.
  Po tygodniu pokazała mu swój ulubiony program. Założyli hełmy. Chodzili po łące, trzymała go za rękę.                                                         Poznawali się lepiej. Ich znajomość rozwijała się i szybko oboje zrozumieli, że są w sobie zakochani. Prawdopodobnie od pierwszej chwili...

Miała 22 lata. Poznał jej rodziców. Krzyśka już znał.  
Siedział w salonie w mieszkaniu jej rodziców. Niechcący usłyszał strzęp rozmowy.
Agata rozmawiała z mamą w kuchni.  
— Myślisz na poważnie? — zapytała matka.
— Tak.  
— Znasz go zaledwie trzy tygodnie.
— Ja wiem, że to on.  
Przyjechała z deserem. Popatrzył na nią.
— Słyszałem co mówiłyście.  
Agata skuliła się w wózku.  
— Tak, to ja — powiedział Zbyszek. Jeśli ty mnie nie opuścisz, ja ciebie na pewno nie.
Podjechała do niego. Położyła mu dłonie na policzkach. Całowali się długo. Matka wyszła z kuchni. Zobaczyła ich i wycofała się.  
— Miałeś kogoś?
— Parę lat temu, miała na imię Jola. Zginęła w wypadku.  
— Przykro mi — powiedziała Aga.  
— Nie byliśmy dla siebie. To by i tak długo nie potrwało.  
— A myślisz, że my jesteśmy?
Patrzył długo w jej oczy.  
— Myślę i czuję, że tak.  
Pocałowała go. Delikatniej i czulej.
— Chcesz, pojedziemy do ciebie.  
Wyczuł co ma na myśli i poczuł się dziwnie.  
Pojechali, była już tu kilka razy.  
— Będziesz mi mógł pomóc, jeśli zechcesz.
Zdjęła bluzkę.
— Na pewno chcesz?  
Kiwnęła głową.
— Robiłeś to już? — zapytała, rumieniąć się.
— Nie, nie doszliśmy aż tak daleko.  
— Nie mam czucia od górnej części ud w dół — powiedziała.  
Pomógł jej zdjąć spodnie. Kiedy leżała bez niczego, patrzył na jej dziecięce biodra i rozwinięty tors.
— Poleżmy chwilkę — poprosiła.  
— Nie musi być nic wiecej, jeśli nie chcesz.  
— Bardzo chcę — szepnęła.

Ubierał ją, a ona tylko patrzyła. Mogła sama, ale chciała, by to zrobił.
— Powiedziałeś mi to może w przypływie emocji.  
— Nie, to jest to, co czuję. Kocham cię, od chwili kiedy tańczyliśmy.  
W jej oczach pokazały się łzy.
— Ja poczułam to, do ciebie, w tej samej chwili — powiedziała, gładząc go po policzku.
                            *
Minęło kilka miesięcy. Ich miłość trwała niewzruszona, mocna. Siedzieli w botanicznym, kwitły kwiaty, pachniały cudownie. W oddali na mostku stał samotny człowiek. Aga patrzyła na niego i czuła, że tamten człowiek cierpi. Nagle pojawił się obok pan w średnim wieku, może lekko po czterdziestce. Zatrzymał się opodal ławki, na której siedzieli.  
— Można się przysiąść?
— Tak, oczywiście — powiedział Zbyszek.  
— Ładnie dzisiaj — powiedział nieznajomy.
— Tak, bardzo — powiedziała Agata.  
— Co robicie z zawodu?  
— Oboje pracujemy przy komputerach. Ja buduję programy, a on grafikę — dodała Aga.
Poczuła coś czego nie potrafiła wytłymaczyć.  
— Ja jestem sprzedawcą.  
— Co pan sprzedaje — zapytał Zbyszek.
— Dobre, przydatne rzaczy.
— Kochanie, nazrywaj mi kwiatków — poprosiła.
— Tu nie wolno.
— Tak cię proszę, przecież nas nie zabiją.
Poprosiła go o to, bo czuła, że nieznajomy chce ją o coś zapytać.
Zbyszek wstał i zaczął zbierać kwiaty zaraz za ławką. Powoli, oddalał się.  
— Co myślisz o tym człowieku? — zapytał nieznajomy, pokazujac człowieka stojącego na mostku.
— On cierpi — rzekła bez zastanowienia.  
— Masz rację. Nie był zbyt dobry. Pił, kradł. Jego żona jest u kresu. On chce się zabić — rzekł nieznajomy.
— Dlaczego mi pan to mówi?  
— Bo wiem czego pragniesz, nie trzeba być wizjonerem, aby to wiedzieć. Mogę to zrobić dla ciebie, bo sprzedaj takie rzeczy, lub mogę pomóc jemu. Co mam zrobić? Zadecyduj.
Agata zaczęła gorączkowo myśleć i odczuwać niespotykane. Wiedziała, że jej stan jest nieuleczalny. A ten człowiek mówił o tym w sposób tak naturalny... Agata popatrzyła w jego błękitne, dobre oczy.
— Ja jestem szczęśliwa, kocham i jestem kochana. Pomóż jemu.
Nieznajomy wstał, uśmiechnał się i poszedł w kierunku mężczyzny stojącego na mostku.
— To u was stworzono sprzedaż wiązaną — powiedział cicho, ale mogła go usłyszeć.
Zbyszek przyszedł z bukietem polnych kwiatów. Agata płakała.
— Co on ci zrobił?
Nie czekał na odpowiedź. Pobiegł do nieznajomego.  
— Zbyszek, nie!
— Co pan jej powiedział?
Zbyszek zatrzymał się przed nieznajomym. Zobaczył jego dobre oczy.
— Sprzedałem jej coś, a ona kupiła, to wszystko. Dbaj o nią, Agata jest dobrą dziewczyną.  
Kiedy wrócił, już doszła do siebie.
— On jest dobry, nie powiedziałeś mu nic złego, prawda?
— Nie. Powiedziaś mu swoje imię?
— Nie, a dlaczego?
— Wiedział jak masz na imię.  
— On wiedział dużo więcej — szepnęła.
Obydwoje milczeli kiedy jechali do domu. Czuli się lekko. Dobrze.
                             *
Wrócili do niego. Siedziała na fotelu, wózek stał obok. Lubił ją brać na ręce. Tuliła się wówczas do niego jak dziecko do matki.
— Pójdę zrobić herbaty — rzekł.
Wstawił wodę, wyjął kubeczki i włożył torebki z herbatą z malin.
Rozmyślał o tym dziwnym człowieku. Od momentu rozmowy z nim, czuł coś nieodgadnionego.
Woda się zagotowała. Nalał do dwóch kubeczków, sięgnął po tackę.
Usłuszał coś za plecami. Tacka wyleciała mu z rąk.
Agata stała w drzwiach. Podeszła do niego.  
— Pomogę ci — rzekła.
                                        *
Wychodzili z kościoła. Józek i Ewa koniecznie chcieli ich na chrzestnych. Agata miała nieco inne spojrzenie na wiarę, ale zgodziła się. Miała ładne, umięśnione nogi i szersze biodra.
Wyglądała zupełnie normalnie, a przecież minęło dopiero dziesięć miesięcy.
Trzymała małą Kasię na ręku.  
— Zostaniesz chrzestną, Ewo? — popatrzyła znamiennie na brzuch.
Na płaszczu przy kołnierzu miała małą różową wstążkę. Sprzedawca zostawił ją na jej wózku. Wtedy, w parku.
                             *****
   Gorące słońce paliło niemiłosiernie. Mimo to Jose nigdy na nie nie narzekał. Kochał słońce, kochał deszcz. Wiedział, że ziemia, którą uprawiał, nie da plonu bez jego pracy, słońca i deszczu. Ale najbardziej kochał Emanuele. A ona teraz chorowała. Byli ze sobą ponad dwadzieścia pięć lat. Zaczęła chorować niedawno. Nie mieli dzieci. Nie wiedział czy to on, czy ona. Nie mieli. Zawsze był pracowity i wówczs starczało. Nawet czasem dał żebrakowi przy kościele, tyle ile mógł. Ale teraz było inaczej. Lekarstwa były drogie, a i medyk nie przychodził za darmo. Jose wszedł do chaty. Słyszał kaszel Emanuele. Wszedł do drugiej izby.  
— Jak się masz, moja umiłowana?
— Dobrze.  
Wiedział, że nie mówi prawdy. Poprawił ją na łóżku. Dał jej pić chłodnej wody.
— Prawie skończyłem, pójdę.  
Obmył się pod studnią. Założył odświętne spodnie i ukrochmaloną koszulę.  
Pan mieszkał w ładnym domu. Jose minął ogród.
— Co tam Jose? — zapytał strażnik u bramy.  
— Mam umówione spotkanie z Panem de la Varrą.
— A tak, mówił mi o tym dowódca — rzekł strażnik.
Powtórzył to samo trzeciej straży. Varra nie był zbyt popularny i wolał nie mieć niespodziewanych wizyt. Jose wszedł do środka. De la Varra siedział na zdobnym fotelu, palił fajka i popijał kawę.
— Co tam Jose? — zapytał obojętnie. Koniecznie chciałeś mnie widzieć.
— Panie, jak wiesz moja żona choruje. Lekarstwa i medyk dużo kosztują. Czy mógłbyś mi nieco ulżyć w daninie?  
Varra miał tyle lat co Jose, ale wyglądał gorzej. Wino, kobiety, fajka i nienawiść do biedoty nie pomagała mu.
— Co mi do tego, że żona ci choruję. Jeśli nie zapłacisz w terminie, pójdziesz precz z ziemi — rzekł zimno.
Wstał z fotela i zrobił krok do przodu. Musiał źle postawić nogę, bo się potknął i byłby się przewrócił gdyby Jose go nie podtrzymał.
— Zabieraj swoje chamskie łapska — syknał tylko. Wynocha!
Jose wyszedł. Nie czuł złości. Miał do domu kawałek, ale zdecydował się popróbować jeszcze u proboszcza.
Ściany kościoła biły białością tak jak i reszta budownictwa w Hiszpanni. Otarł pot konopną ściereczką i zapukał w drzwi plebanni. Otworzyła służąca ojca Carbone. Mówiono, że to nie tylko służąca, ale Jose nie słuchał plotek.  
— Co tam Jose, jak żona?
— Nie za dobrze — odparł. Pan Varra nie chce odpuścić, jest ciężko.  
Stół, za którym Carbone siedział, zastawiony był jak u króla. Aż dziwne, że ojciec Carbone miał szczupłą figurę.  
— A co ja bym mógł zrobić dla ciebie?  
— Chciałem pożyczyć trochę srebra, zaraz po żniwach oddam.
— Och mój Jose, widzisz jak ubogo mieszkam i jem. Nie mam nic na zbyciu. Muszę odprawić modły wieczorne, więc jeśli nic więcej nie masz do mnie, wracaj do domu.
Jose wiedział jakim powozem jeździ ojciec Carbone, nawet Varra takiego nie miał.  
— Pomodlę się za ciebie, może coś zgrzeszyłeś i dlatego Pan dla ciebie nieprzychylny — zakończył Carbone.
Jose wracał do domu. Słońce stało nisko nad horyzontem. — Ty Panie wiesz, że nic nie uczyniłem złego, a im nie poczytaj tego za grzech — powiedział Jose.
Był już blisko domu, kiedy zobaczył nieznajomego w czarnym płaszczu. Wyglądał na wędrowca, ale jego buty nie miały dość pyłu z drogi.
— Niech was Pan błogosławi, chcecie wody, albo kawałek chleba?  
— Nie odmawiam zaproszenia z serca — powiedział nieznajomy.
— Skromne moje progi i żona chora na suchoty.
Nieznajomy tylko pokiwał głową.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użył 2428 słów i 14311 znaków, zaktualizował 14 lis 2018.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Szlachetnie postąpiła, mogła pomóc sobie, ale zdecydowała się dać coś komuś. Biedny ten rolnik, ciekawe co mu zaproponuje sprzedawca.

  • AlexAthame

    @AuRoRa Biedni są raczej Ci inni.Ten kto ma szczere serce jest zawsze bogaty. Ale z pewnością Sprzedawca da mu coś dobrego.On sprzedaje tylko takie rzeczy. :dancing:

  • DziecieChaosu

    "Kocham cię mój chrabąszczu" - jak sobie znajdę faceta, to będę mu słodzić tym tekstem  :lmao:

  • AlexAthame

    @DziecieChaosu Trudno ci będzie, ale szukaj. Może nie wszyscy prawdziwi wyginęli. :)

  • DziecieChaosu

    @AlexAthame Wyginęli :D Znajdę podrabiańca i zadowolę się tym, że będzie mnie tolerował i będzie się do mnie przyznawał :D

  • AlexAthame

    @DziecieChaosu  Tak. Natura ciągnie wilka do wilczycy... i na odwrót :)