W czerwonym kapturku

CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!
Biegłam przez las, odnajdując niewidoczną w ciemności ścieżkę wśród drzew. Ramionami rozgarniałam gałęzie, które zahaczyły o kaptur czerwonego płaszcza. Uderzyły w twarz zostawiając drobne zadrapania.  

Coś mnie przyciągało, niemal uwodziło nakazując iść przed siebie. Czułam na sobie jarzmo obcej woli. Silnej. Nieokiełznanej. Dzikiej. Nie krępującej, lecz wyzwalającej najgłębiej skrywane pragnienia.  

Drzewa przerzedziły się i wpadłam na polanę rozświetloną przez blask pełnego księżyca. Zarośla po przeciwnej stronie zaszeleściły, wyłonił się z nich wilk. Olbrzymi basior przewyższający mnie wzrostem. Krucza sierść lśniła niby nakrapiana diamentowym pyłem, mocarne łapy głucho uderzyły w ziemię. Jednym susem pokonał dzielącą nad odległość. Strzygł uszami, wargi uniósł odsłaniając śnieżne zęby. Nie potrafiłam oderwać spojrzenia od szarych ślepi tak podobnych do oczu obcego, który przybył kilka wieczorów temu do miasteczka.  

Strach czaił się gdzieś w głębi umysłu, ale nim wypełznął zmienił się w ciekawość oraz oczekiwanie. Pełne napięcia i zniecierpliwienia. Wyciągnęłam rękę z wahaniem gładząc jedwabiste futro. Jego ślepia rozbłysły.  

Wilk z gracją uniósł się na tylnych łapach, zmieniając się we wstrząsająco ludzkie stworzenie. Badałam potężną sylwetkę, szerokie ramiona, mocny tors pokryty nieco rzadszym futrem niż grzbiet, przednie łapy łudząco podobne do ludzkich dłoni uzbrojonych w pazury. Jednak to gigantyczny członek, wyrastający spomiędzy gęstej skołtunionej sierści, opleciony postronkami czarnych żył, hipnotycznie kołyszący się między udami grubości pni, zwieńczony jądrami wielkości dorodnych jabłek przykuł moją uwagę. Pęczniał z każdą sekundą.  

Podniecenie wybuchło w moim podbrzuszu, zalewając żarem całe ciało.  

Drgające lekko nozdrza był jedynym ostrzeżeniem. Pchnął mnie na miękką trawę i jednym cięciem ostrych jak brzytwy pazurów rozdarł moje odzienie. Gdzieś tam pojawiła się myśl, że to przecież zwierzę, że to zakazane. Mimo to bez cienia wstydu ściągnęłam z siebie resztki sukni, bielizny oraz płaszcza.  

Byłam naga, zdana na łaskę żądzy bestii. Jęknęłam, gdy zebrał półkule piersi w potężne łapy, bawiąc się przez moment sterczącymi sutkami. Szpony kreśliły jasne linie, przyjemnie drażniąc wrażliwą skórę.  

Nagle szarpnięciem rozłożył moje nogi nurkując między uda oblepione sączącą się spomiędzy nich wilgocią.  Długi, szorstki język, pokryty jakby wypustkami natarł na kobiecość. Zatańczył wokół wejścia do pochwy smakując soki, by długim pociągnięciem dotrzeć do łechtaczki. Krzyknęłam, wyginając się w łuk. Wilk warknął z zadowoleniem, intensyfikując pieszczotę. To było jak najwymyślniejsza z tortur prowadząca mnie prosto na szczyt. Gwałtowny orgazm przetoczył się przez moje ciało, wytrącając z umysłu wszelkie wątpliwości.  

Spojrzałam w szare, lśniące dzikością ślepia i zrozumiałam, że to dopiero początek, że otrzymałam dar jakiego tak niewiele kobiet dostąpiło. Poddałam się, czując jak gdzieś we mnie narasta głód, niedające się opisać pragnienie  

A on to wiedział. Zobaczył to w rytmicznie unoszących się piersiach, bezwstydnie rozrzuconych nogach i rozchylonych ustach.  

Celnie naprowadził członek, pchnął wypełniając pustkę. Niemal zachłysnęłam się powietrzem. Ścianki pochwy naciągnęły z oporem ustępując kolejnym centymetrom zagłębiającej we mnie męskości. Uniosłam się na łokciach, z zachłannością obserwując jak znika pomiędzy zaczerwienionymi wargami i uwydatnia się na brzuchu. Wszedł do końca, ciężkie jądra z mlaśnięciem zderzyły się z pośladkami. Wsparł się łapami nad moją głową i zaczął poruszać. Wynurzył się by znów uderzyć. Najpierw powoli, nieznośnie powoli. Jednak przyśpieszał z każdym ruchem. Tym cudownym językiem lizał piersi, zmieniając sutki w dwa wielkie generatory ekstatycznej przyjemności. Krzyczałam wsłuchując się w głuche gardłowe powarkiwania. Te nieliczne oznaki człowieczeństwa znikały. Oddawałam się zwierzęciu.  

Kolejny cień orgazmu padł na moje ciało i właśnie w tym momencie wysunął się ze mnie. Jęknęłam błagalnie, czując paniczny strach. Nie mógł mnie tak zostawić! Szarpnięciem uniósł mnie w górę, maksymalnie rozwarł uda, dosłownie otwierając. Nabił na sterczący członek, który wdarł się tak głęboko jak nigdy przedtem, przynosząc niewysłowioną ulgę. Wplotłam palce w futro starając zachować resztki zamysłów, które przepalały się pod natłokiem bodźców. Odpadałam dzięki ciężarowi swojego ciała i unosiłam się w góra podźwigana przez ramiona kochanka.  

Nagle zamarł i zawył wprost w przesłonięty wstęgami chmur księżyc. W moje rozedrgane wnętrze trysnęła istna fontanna spermy. Czułam, jak wypełnia mnie i ścieka po udach, skapując gęstymi kroplami w trawę.  

Zdjął mnie z siebie. Nogi natychmiast się pode mną ugięły. Podłam na kolana mając naprzeciw twarzy wciąż na wpół twardą męskość. Śmiało ujęłam ją, zdając sobie sprawę, że nie mogę jej objąć jedną dłonią. Jak to możliwe, że ten potwór się we mnie zmieścił? Ale to nie miało znaczenia, liczyło się tylko, aby znów poczuć go w sobie. By wypełnić nieznośną pustkę. Pocałowałam główkę, smakując resztki nasienia. Miała w sobie jakiś posmak świeżości, jaki przywodził na myśl wodę w czystym górskim strumieniu. Z zachłannością masowałam męskość używając zarówno dłoni jak i języka, znów budząc ją do życia. Wilkołak pomrukiwał z zadowoleniem, sięgnął do mojej kobiecości, wypełniając ją jednym z palców, jakby chciał zatrzymać wylewające się ze mnie nasienie.  

Podniosłam się, stojąc nad nim okrakiem. Naprowadzając dłonią członek wepchnęłam go w siebie. Tym razem to ja miałam kontrolę. Poruszałam się w równym tempie, nie szybkim, ale i nie wolnym wsłuchując się w powarkiwania kochanka. Krzyknęłam, gdy poczułam uderzenie w pośladek. Zaraz kolejne i następne. Regularnie wymierzał razy, które palącym bólem rozchodziły się po półkulach niepojętym sposobem kumulując się w łechtaczce. Rozkosz splotła się bólem w zupełnie nowe doznanie, które zadziałało jak katalizator kolejnego orgazmu. Pochwa zacisnęła się kurczowo na członku wciąż twardym jak głaz.  

Zrzucił mnie z siebie. Z nieba runął lodowaty deszcz. Wyczerpana przymknęłam oczy, nie miałam sił by się podnieść.  Krople uderzały w rozpalone ciało, przynosząc znikomą ulgę.  

Wilk trącił nosem kobiecość, wyraźnie węsząc i obrócił mnie na brzuch unosząc w górę biodra. Wślizgnął się w świetne nawilżoną, napuchniętą szparkę natychmiast ruszając do szaleńczego galopu, zaciskając ostrze szpony na obolałych pośladkach. Brał mnie niczym sukę, ostro, bez litości czy wytchnienia. Ramiona załamały się pod mną, upadłam w błoto. Z moich rozchylonych ust ulatywał bezsilny jęk tonący w szumie deszczu i zwierzęcym skowycie.  Chodź wydało mi się to nie możliwe przyśpieszył. Kobiecość pulsowała, zaciskając się w permanentnym orgazmie. Gdzieś tam w chaosie zatracenia pojawiła się myśl, że to koniec, że ta rozkosz mnie zabije, zniszczy i spopieli.    

Wtedy nadeszło druzgocące spełnienie. Targnął biodrami po raz ostatni zatapiając mnie nasieniem. Świat zniknął, rozpadł się w obliczu nieskończonej ekstazy.  

Ocknęłam się tuż przed świtem. Byłam sama. Deszcz ustał. Mimo nagości nie czułam chłodu. Przeciągnęłam się rozkosznie obolała, spojrzałam na zlepione zaschniętym nasieniem uda. Ostateczny dowód. To nie było tylko wyuzdane senne marzenie.  

Dotknęłam brzucha. Oswajając się z oczywistą myślą.  

Zapłodnił mnie. Naznaczył darem, który mnie zniszczy lub wyzwoli.

2 komentarze

 
  • MrHyde

    Panny Wildówny, nawet najbardziej utalentowana poetycko Lizetka - Johanna Elisabeth, mogłyby pozazdrościć stylu ;)

  • Fallen

    Nieźle, nieźle  :devil:

  • EwaGreen

    @Fallen :devil:  :redface: