Sunbird - cz. 3

Wróciła rankiem do domu. Zanim ją wypuścił, po przebudzeniu zrobiła mu jeszcze raz dobrze ustami, delektując się zabawą, którą naprawdę uwielbiała. Nie miała już żadnych oporów ani żadnego poczucia winy, które tak często towarzyszyło jej podczas jej wcześniejszych samotnych zabaw. Czuła się spełniona na tyle, na ile pozwalały jej na to jej ograniczenia fizyczne i przestała się przejmować ocenianiem tego, co zrobiła. Bo w końcu co takiego złego niby zrobiła? Kochała się z facetem, z którym oboje mieli na to ochotę. Nikomu się przecież żadna krzywda, z realizacji tej fantazji i seksualnego zaspokojenia się, nie działa. Nikomu też zamierzała się przecież tłumaczyć. Bo z jakiej racji? Zresztą, poza nim nikt o tym nie wiedział.  

Nie wiedziała, jak długo potrwa ta znajomość, bo w tym środowisku różnie z tym bywało i najczęściej tego typu relacje były przygodnymi – czy to ze strony ludzi o takich preferencjach, czy tych, którzy chcieli jedynie poeksperymentować i tylko zrealizować swoją fantazję, po czym więcej się już nie spotkać. Zapytała go zresztą o to przed pożegnaniem się. Powiedział, że w przyszłym tygodniu ma trochę czasu i znów będą mogli się spotkać. Wyglądało więc na to, że przynajmniej przez jakiś czas będzie ta znajomość trwała.  

I dobrze. W końcu ma się z życia tyle, ile się z niego weźmie.  

Weszła do łazienki. Zmyła makijaż i wzięła długi prysznic. Trzeba było przygotować się do pójścia pracy. Stłumić na te osiem godzin swoją żeńską osobowość i znów udawać faceta. Jakoś to zniesie... W końcu musiała przez całe życie. Chcąc nie chcąc, przywykła.

Wróciła do swojego mieszkania o piątej po południu, zawadzając wcześniej o pobliski sklep spożywczy. Jak zwykle nie mogła się doczekać wskoczenia w swoją "żeńską skórę", odpalenia komputera i odrobiny odpoczynku przy przeglądaniu internetu i muzyce. Zbyt zmęczona, zrezygnowała ze zrobienia makijażu. Wystarczały jej dziś ciuchy i smak szminki na wargach, dające jej namiastkę poczucia kobiecości. Chwilę potem poświęciła kolejne parę minut na zrobienie kanapek i zasiadła przed komputerem, jak zwykle zaczynając od sprawdzenia swojej poczty.

W skrzynce czekał na nią nowy e–mail. "Od Konrada" – ucieszyła się, mając nadzieję na to, że zgodnie z obietnicą zaprosi ją znów na spotkanie. Natychmiast go otwarła i zaczęła czytać wiadomość, blednąc w trakcie czytania.

"Przesyłam ci w załączniku, mały fragment z naszego upojnego spotkania. Jeśli będziesz grzeczna, i zrobisz, co powiem, to nagranie nie trafi do internetu i twoich znajomych. Masz być jutro o 9 rano pod znanym ci już adresem, a dowiesz się reszty."    

Drżącą na komputerowej myszce ręką ściągnęła załącznik na dysk komputera i otwarła go. Był to króciutki, kilkudziesięciosekundowy, fragment nagrania z ich wczorajszej zabawy. Nie było widać jakichś kompromitujących ją szczegółów, bo zasłaniał ją swoim ciałem, ale była to wystarczająca próbka do udowodnienia jej, że wbrew temu co uzgodnili, Konrad zrobił nagranie. I zamierzał ją tym szantażować...
– Skurwysyn... – wysyczała przez zaciśnięte zęby.  

Ryzyko takiego obrotu sytuacji oczywiście było i zdawała sobie z tego sprawę. Miała jednak nadzieję, że uda jej się trafić na kogoś, komu nie przyjdzie do głowy posuwanie się do takich rzeczy.  

– Pieprzony, pierdolony, skurwysyn... – powtórzyła znów w poczuciu bezsilności.

Nie mogła sobie znaleźć miejsca przez resztę wieczoru. Nie mogła zmrużyć oka do rana. No i najważniejsze – nie mogła doczekać się tej cholernej dziewiątej. Zerwała się z łóżka już o siódmej. Ledwo się ogarnęła, zmusiła do wciśnięcia kromki chleba i wypadła z domu w swym męskim ubraniu i trekkingowych butach, w reklamówce niosąc swą brązową perukę.  

Około dziewiątej rano podjechała na miejsce. Wysiadła z samochodu, kierując się pod jego adres. Nacisnęła guzik domofonu i drzwi bez słowa zostały jej otwarte. W windzie założyła na głowę perukę, przyczesując ją palcami. Niech myśli, że posłusznie robi, co każe...

Zapukała do jego drzwi. Otwarł jej z kpiącym uśmiechem, zapraszając gestem do wejścia. Przekroczyła próg, szybkim krokiem wchodząc od razu do pokoju, wejściowe drzwi się za nią zamknęły i Konrad po chwili był obok niej.

– Dlaczego? – wydusiła w końcu, zmuszając się do spojrzenia na niego.
– Nie przyłożyłaś się dziś do swojego wyglądu... – w odpowiedzi dotknął dłonią jej włosów. Cofnęła się momentalnie.
– Dlaczego?
– A jak myślisz? – odparł kpiąco. – Dla forsy..., maleńka... No... taka maleńka to ty wcale nie jesteś – zaśmiał się.

Milczała.

– Nie pytasz, ile? – przerwał po chwili ciszę.
– Ile?
– Pięć tysięcy miesięcznie. Myślę, że na początek starczy – odparł. – A, i lodzik na każde żądanie. Dobra w tym jesteś...
– Nie stać mnie na tyle... Nawet na część z tego.
– A co mnie to obchodzi! Jak chcesz, możesz iść na ulicę. Lubisz przecież ten sport – znów się zbliżył, wyciągając rękę w stronę jej włosów.  – A co do laski... to możesz zacząć już teraz. W ramach pierwszej raty – cofnął rękę, rozpinając nią rozporek i guzik spodni.

Milcząc, przez chwilę wpatrywała się tępo w jego podbrzusze, które odsłonił, ściągając spodnie.

– No co jest? Na kolana i do gały! – zażądał.

Posłusznie uklęknęła przed nim, biorąc jego członka do ręki.  

– No. Tak lepiej... – mruknął.

Jej dłoń w delikatnym dotyku zjechała do jego jąder. Wyraźnie się rozluźnił. W końcu miał ją przecież w garści... Dłoń nagle mocno ścisnęła trzymaną od dołu mosznę i jądra. Wrzasnął przeraźliwie. W swym zadufaniu i pewności siebie nie wziął pod uwagę, że przecież nie jest słabszą od niego kobietką a ma siłę normalnego faceta...

Zamachnął się, chcąc ją uderzyć. Domyślała się, że to zrobi. Złapała go za przedramię i wykorzystując siłę jego impetu, jednym szarpnięciem wywaliła na podłogę. Zanim oszołomiony szybkością, z jaką to się stało, zaczął się z niej zbierać, jednym skokiem siedziała już na jego plecach, a jej oczy przybrały bezwzględny, niebezpieczny wyraz.

– Gdzie nagrania? – złapała go mocno za włosy, odciągając nieco jego głowę od desek podłogi.
– Ty pedalska suko...

Pociągnęła do góry mocniej, a potem z całej siły uderzyła jego twarzą o podłogę. Rozległo się jednocześnie łupnięcie, jęk i odgłos łamanego nosa. Facet zalał się krwią.  

– Gadaj – wstała z niego i stanęła obok.
– Jesteś skończona, szmato – wysapał, gramoląc się z podłogi.

Niespodziewany solidny kopniak w brzuch, gdy był niemal na czworakach, sprawił, że plecy wygięły mu się na moment w łuk, a potem z jękiem ciało zwaliło się znów na podłogę.
– Mów, sukinsynu, bo nie wyjdziesz stąd żywy – znów zamachnęła się nogą, a facet na widok tego i jej wściekłej twarzy tylko się skulił. Kopniaka tym razem nie dostał. Sekundę później wyciągnął rękę, wskazując stojący na biurku laptop.

– Wstawaj, odpal go i zaloguj się.

Minęła dłuższa chwila, nim zwlókł się z podłogi i dobrnął do biurka. Włączył laptop i próbując zatamować cieknącą z twarzy i nosa krew, wklepał hasło. Wszedł w jeden z folderów i pokazał jej nagranie.

– To wszystko? – zapytała.
– Tak – zawahał się, zanim odpowiedział nie patrząc na nią.
– Łżesz – prawy sierpowy wylądował na jego twarzy, zwalając go z krzesła. Upadając, nieszczęśliwie uderzył skronią w kant szafki – tej samej, w której przechowywał lubrykant i gumki – stojącej przy łóżku i znieruchomiał na podłodze.
  
Podeszła do niego ostrożnie. Wyglądało na to, że nie żyje lub jest nieprzytomny. Z rozwalonej głowy ciekła krew. Nie oddychał. Dotknęła lekko jego szyi. Cóż... I tak by nie przeżył. Nie mogła sobie na to pozwolić. Ale ginąc w mieszkaniu, poważnie utrudnił jej sprawę. Poza tym nie powiedział, gdzie ma kopie nagrania. A pewnie gdzieś ma... "Skurwysyn pewnie umieścił plik na wirtualnym dysku gdzieś w internecie..." – pomyślała. Nie wiedząc, gdzie, i nie mając przecież hasła, nic nie była w stanie wskórać. Choć teraz to było to jej najmniejsze zmartwienie.  

Przeszukała mieszkanie. Znalazła dwie kamery oraz całkiem sporą kupkę pieniędzy – albo tak dobrze zarabiał, albo widocznie szantażował nie tylko ją... I to wszystko. Oprócz tego, reszta gratów w mieszkaniu była jej nieprzydatna. Jedynie jeszcze dysk jego komputera i smartfon musiały zniknąć. Usiadła na kanapie, przyglądając się leżącemu obok na podłodze trupowi. I co teraz?  

Jej życie dobiegło końca. "Dotychczasowe życie" – poprawiła się w myślach. Nie zamierzała się wieszać z powodu jakiegoś zabitego skurwiela, który mógłby cieszyć się życiem nadal, gdyby mu się nie zachciało jej szantażować. Jej! Nie wiedział, na kogo natrafił... Choć na co dzień bardzo spokojna, nie krzywdząca nawet przysłowiowej muchy, potrafiła być tak bezwzględna, że przeciętnemu człowiekowi włosy na głowie mogły się zjeżyć. Miała jakby dwie osobowości – wystarczało, że miała ku temu powód, i zmieniała się o 180 stopni. Wiedziała, do czego jest zdolna. Od dziecka. Choć nigdy wcześniej nie musiała tak naprawdę z tej części swojej osobowości korzystać.

"Trzeba coś z nim zrobić..." – pomyślała, znów zerkając na zwłoki. Pokrzyżował jej plany. Zgona miał zaliczyć poza domem. Skombinowane w tym celu dopalacze miała przygotowane. A teraz cały ten plan wziął w łeb. Wytaszczenie go z mieszkania nie wchodziło w grę – facet ważył dobre 90 kilo... nie dałaby rady, i co gorsze, zwracałaby na siebie uwagę.  

Chyba, że w kawałkach... Ale tę opcję też sobie darowała. Narobiłaby tylko trudnego do uprzątnięcia – a właściwie niemożliwego do uprzątnięcia – bałaganu. Poza tym widok też nie należałby do najprzyjemniejszych, jeszcze by się porzygała przy tym. A śladów po sobie w jego mieszkaniu i tak zostawi mnóstwo i bez tego. Poza tym prędzej czy później i tak zaczną go szukać. No może to by potrwało nawet dłuższy czas, gdyby wylądował gdzieś na dnie jakiejś głębokiej, zapomnianej glinianki, albo w mało uczęszczanym lesie, ale prędzej czy później i tak pewnie wszystko by się wydało. Czyli to niczego nie załatwia. Co najwyżej może kupić jej trochę czasu. A i to pod warunkiem, że od razu nie trafią do niej, gdy zaczną go szukać. Wtedy, tak czy inaczej, znajdzie się na liście podejrzanych. Zwłaszcza, jeśli nagranie gdzieś wypłynie. A skoro i tak trzeba gdzieś spieprzać, to dziad może równie dobrze zostać w domu. Jej potrzeba tylko kilku dni, by zniknąć. Rzecz w tym, że on szybko zacznie śmierdzieć. Tym bardziej w tych upałach...

Wstała z tapczanu i poszła do kuchni. Otwarła lodówkę i szybko powyjmowała z niej wszystko, łącznie z półkami i pojemnikami.  

– Powinien się zmieścić... – mruknęła do siebie i wróciła do pokoju.

Złapała trupa pod pachami i zaciągnęła po podłodze pod samą lodówkę. Wysunęła ją z miejsca, w którym stała i ustawiła boczną ścianką do kredensu, tylną opierając o parapet okna. Z wpakowaniem go w nią było trochę kłopotu, bo niespecjalnie chciał współpracować, ale w końcu dał się w niej upchnąć. Teraz tylko trzeba było obrócić lodówkę, przyciskając jej drzwi do kredensu, żeby przypadkiem się nie otwarły i gotowe. Odsapnęła chwilę na kuchennym taborecie, popijając zimnego Sprite'a – wcześniejszego lokatora lodówki.

To kupi jej dodatkowe kilka dni. A może nawet i więcej, w zależności od tego, kiedy zaczną go szukać. Przez ten czas zdąży się ulotnić i nawet ślad nie zostanie. Mała zresztą strata, i tak niewiele miała z tego życia tutaj. Kiepsko płatną pracę bez perspektyw, wynajęty kąt i totalną samotność. Gdziekolwiek zamieszka, gorzej przecież jej się nie będzie żyło. Zresztą, skoro dotychczasowe, mało satysfakcjonujące, życie i tak się jej posypało, to co ma do stracenia? Wszystko jest lepsze od dożywocia. A ponieważ przestały ją właśnie ograniczać wynikłe z wpojonych norm społecznych ryzy, w jakich do tej pory żyła, i których starała się przestrzegać, to może zrobić, w końcu, co chce, nie martwiąc się o konsekwencje. Póki jej nie złapią, i póki jest w pełni sił i zdrowia, wszyscy jej mogą naskoczyć. Na nic się nie musi już oglądać. Pełna wolność, ograniczona jedynie środkami finansowymi. Zwieje gdzieś do Nepalu, ukryje się w jakimś buddyjskim klasztorze i pies z kulawą nogą jej tam nie znajdzie.  

Choć z drugiej strony, mimo iż święty spokój nie ma ceny, to życie w klasztornym rygorze o miseczce ryżu się jej nie uśmiechało. W jednej celi, jaką do tej pory było dla niej jej mieszkanie, już siedziała. Przez lata. Teraz chciała w końcu choć trochę pożyć... A może wybrać jakiś średniocywilizowany kraj z dużymi odludziami?  

Teoretycznie, na pierwszy rzut oka, fajnie. W praktyce, niespecjalnie. Na całkowitym odludziu żyć się nie da, bo nawet tam trzeba mieć środki na utrzymanie, a do tego głupi ból zęba może skomplikować sprawę. Zresztą, nawet na Syberii w czasach zsyłek często znajdowano zbiegłych zesłańców. Choć z drugiej strony są jeszcze społeczności, do których nawet wujek Google nie dociera...

Życie w społeczeństwie zaś jest ryzykowne, bo prędzej czy później zaczną jej szukać. Tym bardziej, że nie ma innych dokumentów.  

– Czyli, co? Klasztor – mruknęła niechętnie. "Ciekawe, czy oni tam tylko ten ryż jedzą..." – pomyślała.  

Ale była też jeszcze jedna opcja... Coś, o czym marzyła od dziecka, ale nigdy nie miała na tyle odwagi, żeby się odważyć. Zmiana płci...  

W końcu co stoi na przeszkodzie??? Tym bardziej teraz! Zmieni płeć, zrobi plastykę twarzy, skombinuje jakieś dokumenty, zamieszka legalnie w jakimś spokojnym kraju i będą mogli jej skoczyć. Dopóki nie zbadają i porównają DNA, jest bezpieczna. A komu do głowy przyjdzie, aby ją akurat badać? Wprawdzie odciski palców mogą ją łatwo zdradzić, ale i tak była z natury domatorką – gdy już gdzieś osiądzie na stałe, nie musi nigdzie daleko jeździć, żyjąc przykładnie i unikając jakichkolwiek kontroli. Może jakiś domek z ogródkiem na jakiejś odległej wysepce na Pacyfiku, lub na Karaibach? Albo choćby i syberyjska chatka u gospodina Putina. Hmm... Uczyła się kiedyś rosyjskiego... Podstawy zna...

Zabrała się za sprzątanie po sobie. Starając się zmyć krew z podłogi i wszelakie ślady, jakie podczas swoich dwóch wizyt w tym mieszkaniu mogła zostawić. Nawet jeśli nie zniszczy wszystkich śladów po sobie, to przynajmniej większość. Zawsze to coś.

...Tylko jak się dostać do Tajlandii... Jeśli chce zniknąć, to bezpośredni lot odpada, bo przydałoby się zmylić tropy...

...Poleci do Indii. Tam na lotnisku wyląduje facet, a z lotniska wyjdzie kobieta i rozpłynie się w tłumie. Charakteryzację miała opanowaną niemal do perfekcji. Niełatwo będzie poznać na pierwszy, przelotny rzut oka, że coś jest z babką nie tak.  

Choć może nie od razu z lotniska... Dziś wszystko jest monitorowane. Trzeba będzie znaleźć jakiś kąt na moment. Potem znajdzie jakiś transport lądowy i przez Birmę dotrze do Bangkoku. Jeśli się powiedzie, przynajmniej część problemów się skończy.

A potem się zobaczy.

MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i kryminalne, użyła 2852 słów i 15904 znaków. Tagi: #trans #seks #kryminał

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Zaskakujaca część. Tradycyjnie zestaw na tak. Pozdrawiam

  • MEM

    @AnonimS A bo będzie ciąg dalszy w trochę innych okolicznościach.  I stąd konieczność szybkiego i brutalnego "końca romansu". ;)

  • AnonimS

    @MEM dopisuje Ci poczucie humoru :) skoro to.nazywadz romansem.... czekam co dalwj powidzenia