Rycerz zakonny

RYCERZ ZAKONNY

     W chałupie, mimo że obszernej, niewiele było światła. Okna z błon z trudem wpuszczały  promienie słońca, a i pora dnia była późna więc zmierzchać poczynało rychło. Półmrok wnętrza rozświetlało jedynie ognisko pośrodku izby rozpalone bezpośrednio na ulepionej z gliny podłodze, z którego to ogniska dym wznosił się pod pułap i tam wydostawał na zewnątrz przez szpary. Obok ognia stał pniak, a na nim przysiadł stary Maciej patrząc w skry, podkręcając co chwila wąsa i grzebiąc drzewcem w palenisku.
     – Małgochnie na świętego Wawrzyńca piętnaście roków będzie szło – ozwał się ni to do siebie, ni do żony, która tuż obok uwijała się przy stole krojąc płat combra jeleniego i odkładała poćwiartowane kawałki na cynową misę.
     – A jużci, za mąż jej dawno trza – potwierdziła Maciejowa znów wznosząc słusznej wagi topór nad głowę i rozmachem rąbnęła w mięso, aż ostrze wbijało się w deski. Znać było, że w ramionach tej zadzierżystej baby tęga drzemie krzepa.
     Stary Maciej podgarnął kijem tlące się polano.
     – Bóg kawalera nijakiego nie zsyła.
     – Dyć nie zsyła – żachnęła się. – Przeca za miedzo Ostaszkowie żyjo. Młody Ostaszek już zeszłej wiosny z winem u drzwi stawał.
     – Prawda. Jeno Małgochna nie była go rada.
     – A co ona tam wie. – Kolejne łupnięcie topora. – Płoche to dziewczę, głupie, żywota nie zasmakowało, a sama uradzać o swoim losie by chciała. Każe tatula pójść za Ostaszka, to pójdzie.
     – A ja ci powiadam, że ona nie chce Ostaszka.
     – Czemu? Chłop jak schwał, niedźwiedzia może wpół obłapić.
     – Nie przeczę, mocny on. Mocny kiej tur, jeno głupi kiej ten pniak. – Uderzył płaską dłonią we własne siedzisko i zaśmiał się gromko na całą izbę.
     Maciejowa wyrwała obuch z desek i przeszyła męża szczególnym spojrzeniem.
     – Głupi, nie głupi, ale majętny. Kiejby Ostaszka zagony z naszemi połączyć...
     Nie dokończyła mowy bo drzwi do izby otwarły się z hukiem i wpadł do środka zdyszany czeladnik.
     – Dla Boga! Panie! Rycerz jakowyś w śniegu leży – ryknął od progu nie zważając na chłód i na zawieję śnieżną jaka wpadła do izby przez otwarte odrzwia.
     – Pochwalone imię Pańskie. – Stary Maciej dźwignął się z pniaka. – Któże to? Gdzie?
     – Na gościńcu leży, podle góry. – Przybysz wskazał ręką kierunek. – Nie wiem, panie, kto ów człek, ale znaczny musi być. Na Krzyżaka wygląda. Cały zakuty w żelazo, a na tarczy krzyż wymalowany. Leży w zaspie, a obok koń stoi i pilnuje upadłego jeźdźca.
     Maciej spojrzał na Maciejową. Ta pobladła natychmiast.
     – Krzyżak? – powtórzyła nakrywając dłońmi pyzowate poliki. – Chryste Panie, mało to zbójów po lasach chodzi, by teraz jeszcze i Krzyżaka Bóg zesłał? Za jakie to grzechy? Za jakie? – Wzniosła ręce ku niebu i poczęła lamentować. – Ileż to dopustów bożych musim jeszcze zdzierżć? Dobry Ojcze, skoroś nas stworzył i na zagonie tym osadził, to teraz pieczę nad nami sprawuj, abyśmy zaś nie sczezli kiej psy bezpańskie!
     – Cichaj! – huknął na nią Maciej i zakomenderował do czeladnika: – Weź kilku pachołków i szybko tam. Ja jeno się przyodzieję i już śpieszę za wami.
     Mówiąc to chwycił z haka kubrak gruby, futrem niedźwiedzim podszywany, i naciągając na ramiona wydawał dalsze polecenia, by sanie szykowano, by konie zaprzęgano, by łuczywo wzięto bo zmrok zaraz ziemię ogarnie i złe duchy mogą powyłazić z lasu.
     – Krzyżak nie Krzyżak – prawił sięgając po futrzaną czapę – ale my jako prawdziwe chrześcijany, pomocy konającemu nie odmówim.
     Spokojne dotąd domostwo nagle zaroiło się od gwaru wzajemnych przekrzykiwań, od chaotycznej bieganiny i rzucanych naprędce komend usiłujących zapanować nad całym tym zgiełkiem.
     Dwa pacierze później stary Maciej wraz z kilkoma rosłymi już mknęli saniami po ubitym śniegu w asyście kilku konnych. Mknęli, a zwierzęce chrapy parskały kłębami pary na siarczystym mrozie.
     – Daleko jeszcze? – krzyczał Maciej osłaniając twarz szerokim kapturem.
     – Za mniej niż dwa stajania dojedziem – odkrzyknął czeladny wskazując kierunek przed siebie. – Jeżeli go wilcy nie pożarli to pewnikiem dalej tam leży.
     – A czemuście mu od razu nie pomogli?
     – Nie było rozkazu, panie. Dyć nie wiadomo kto ów, czy swój, czy wróg. Krzyż na tarczy ma więc pewnie Niemiec jakowyś albo na niemieckim żołdzie służy. Psubraty najeżdżają przygraniczne wioski, a że zakuci cali w żelazo, że ledwie psiajuchom oczy zza krat dojrzysz, to chłopi nie mogą zdzierżyć z takimi w boju. Ale może tym razem naszym się poszczęściło i roznieśli Niemców, a ten salwował się ucieczką i galopując aż tu zawędrował, by zdechnąć na mrozie.
     Maciej potrząsnął lejcami. Sunął saniami gościńcem naprzeciw zawiei i zamyślił się nad słowami czeladnika. Rzeczywiście mogło być jako prawił tamten. Obecność Krzyżak tu nie była rzeczą niemożliwą, ani niespotykaną.
     Jeszcze kilka pacierzy i ujrzeli za zakrętem samotnego wronego konia stojącego na uboczu i zwieszającego łeb ku leżącej w śniegu ludzkiej sylwetce.
     – Tam! – wykrzyknął czeladny choć wszyscy już patrzyli w tę właśnie stronę.
     Bat świsnął nad końskimi zadami i sanie przyspieszyły. Kopyta biły w skrzypiący śnieg, chrapy parskały kłębami pary, szyje końskie wyciągały się jedna przed drugą, aż cały orszak dotarł wreszcie do samotnego konia i leżącego obok rycerza. Ściągnięte lejce sprawiły, że kopyta zaryły się nagle w śniegu, aż Maciej musiał zaprzeć się ręką o poręcz by nie dać nura do przodu. Zatrzymawszy konie poczęli ludzie zeskakiwać z sań i z luźnych wierzchowców i podchodzili pół kołem do leżącego. Niektórzy dzierżyli w garściach topory na wypadek wszelaki, bo to z Niemcami nigdy nic nie wiadomo.
     Rycerz nie reagował na przybyłych. Zakuty w zbroję leżał bezwładnie na śniegu, z zamkniętym szyszakiem na głowie, z mieczem w pochwie i dużą tarczą przymocowaną do jednej ręki.
     – Dalibóg, to Krzyżak! – Jeden z pachołków wskazał brązowy krzyż zdobiący tarczę.
     – Głupiś! – fuknął Maciej także stając na leżącym. – Krzyżaki mają czarne krzyże na białym tle. Ten krzyż jest inny, brązowy. To rycerz zakonny, niechybnie, ale to nie Krzyżak.
     Przez długą chwilę Maciej przyglądał się zarówno potężnej tarczy, której grubość zniosłaby każdy cios oraz równie grubej zbroi. Z pewnością nie była to zbroja ozdobna, jaką rycerze częstokroć wdziewali tuż przed wyjazdem do co bardziej okazalszego miasta, aby swój wjazd uczynić równie okazałym i równie dostojnym. To był pełny rynsztunek bojowy łącznie z wojennym szyszakiem, w którym tylko dwie szpary dla oczu zostawiono i kilka pomniejszych otworów dla lepszego oddychania. Poniżej lśniły naramienniki i całe ramiona okryte błyszczącą stalą jaką widywał u fryzejskich rycerzy. Stary Maciej, jako że w młodości liczne wojny odprawował, miał pojęcie o rzeczach bitewnych i teraz bez trudu poznał, że cały pancerz musiał być kowany przez mediolańskich płatnerzy, bodaj najlepszych na świecie. Wiedział też, że każda taka zbroja za dobrą majętność mogła starczyć i że jeno najbogatsi mogli wspomóc się takową. Poniżej pancerza ochraniającego pierś układał się fartuch z nachodzących na siebie płyt stalowych, a spod niego wystawały dwie długie nogi całe także obute w żelazo łącznie z żelaznymi trzewikami, nagolenniki, nakolanniki i całą resztą.
     – Żyw on? – pytał Maciej pochylając się na leżącym. – Dycha jeszcze?
     Ktoś ze służby podbiegł natychmiast i podniósł zaśnieżoną przyłbicę woja odsłaniając trzydziestoparoletnią twarz porośniętą szczeciną, spotniałą i bladą, bez ruchu, z zamkniętymi oczyma, do trupa bardziej podobną niźli do żywej istoty.
     – Usta sine ale para z gęby idzie. Żyw, panie! – odpowiedział.
     – Chwalić Boga! Na sanie go. A chyżo!
     Wciągnięto zaraz zziębnięte ciężkie ciało zakute w jeszcze bardziej zziębłą stal i obłożono go szybko furtami dla zachowania resztek ciepłoty. Jego wronego konia już wiązano do sań i po niespełna jednym pacierzu cały orszak zawracał, by ruszyć w drogę do domu. Jadąc deliberowano głośno między sobą któż to może być ten tajemniczy rycerz jeśli nie Niemiec.
     – Może to Francuz? –  ozwał się ktoś wskazując imponujących rozmiarów miecz wystający spod stosu skór nakrywających nieznajomego. – Do tak długich brzeszczotów nie masz lepszego nad Francuza.
     – Pierwej Czech niźli Francuz – poprawił drugi. – Obaczcie na toporzysko przytroczone do siodła jego rumaka. Czechowie takimi toporami sieką. Okrutnie sieką. Widziałem ich na Dolnym Śląsku niegdyś. Żywa noga z pola nie uszła.
     – Może być, że i Czech – dodał kolejny. – Jeno kusza... – Tym razem spojrzenia wszystkich powędrowały za jego ręką wskazującą drewnianą broń uwieszoną z tyłu kulbaki. – Ta kusza to Angielczyków robota niechybnie. Do kuszy i łuków najlepsi są Angielczycy. Taki potrafi pancerz na wylot przedziać. Celność u nich szatańska, że i jastrzębia w locie utrafi i to na sto kroków!
     Słuchacze pokiwali z uznaniem głowami. Ktoś inny próbował jeszcze sugerować Szwajcara ale nie za bardzo go słuchano boć przeca wiadomym było wszystkim, że Szwajcary byli bardziej radzi żelaznymi cepami w hełmy tłuc niźli z łuku szyć. Tak oto rozprawiając, o ile lodowaty wiatr pozwalał słowa wypowiadać, dotarli wreszcie do domostwa.

* * *

     Mężczyzna dźwignął powieki. Ujrzał belki stropu wysoko nad sobą. Zdał sobie sprawę, że leży na wznak, na miękkich skórach i że jest również przykryty skórami, co wyczuł dłonią sunąc palcami po włosiu niedźwiedzia. Chwilę później obraz przysłoniła mu anielska twarz. Twarz piękna, dziewczęca, niemal dziecinna jeszcze, ozdobiona długimi ciemnymi włosami, które przy pochyleniu głowy opadły na jego policzki tak, iż mógł poczuć ich przyjemną woń. Leżał i patrzył z bliska w te dwie niebieskie źrenice zdające się być jak dwa oceany: głębokie i bezkresne, a przy tym tak nieziemsko pociągające, że można się było zapatrzyć w nie na całe wieki wieków.
     – Czy umarłem i jestem w niebie, że widzę anioła? – wyszeptał spieczonymi wargami.
     Anioł na te słowa zerwał się z krawędzi łoża i krzycząc cienkim głosikiem „Tatulu, tatulu, pan rycerz się obudzili!” wybiegł z tupotem z izby. Mężczyzna próbował podążyć wzrokiem za uciekającą postacią ale nie dał rady obrócić głowy. Zdołał jedynie pojąć, że chyba mu się nie zmarło jednak, bo wnętrze izby w której się właśnie znajdował, przedstawiało się niezbyt okazale. Zaraz potem kroki znowu rozbrzmiały. Tym razem były to ciężkie stąpania zbliżające się gdzieś z tyłu, od strony głowy.
     – Pochwalony Jezus Chrystus! – rzekł czyjś gardłowy głos zanim jeszcze podkręcająca wąsa postać mówiącego pojawiła się nad łożem.
     – Na wieki wieków – odparł leżący znacznie cichszym sapliwym jeszcze tonem.
     – Chwalić Boga, mówicie po polsku. Frasowaliśmy się z żoną, żeście może Niemiec alibo Niemcom służycie. – Oczy spod krzaczastych siwych brwi utkwiły w nim czujne spojrzenie.
     – Jam Polak. Sławoj z Oławy mnie zowią. Jeno pancerz mam cudzoziemski bom w Ziemi Świętej jako rycerz zakonny służył.
     – Zakonny? – Brwi ściągnęły się jeszcze surowiej. – Ale chyba nie u Krzyżaków w zakonie służyliście, co?
     – Nie. Posługę swą sprawowałem w Zakonie Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona.
     – Aaa… – Brwi tym razem uniosły się w wyrazie pełnym zdumienia i uznania zarazem. – Toście Templariusz! Ale czy przypadkiem Templariusze nie zostali rozwiązani i heretykami ogłoszonymi?
     Po twarzy leżącego przemknął cień boleści.
     – Miarkujcie co rzeczecie – wycedził przez zaciśnięte nagle zęby. – Jam nie heretyk. A w ogóle z kim mam do czynienia? Gdzie jestem? – Rozejrzał się dookoła przytomniejszym już wzrokiem.
     – Nie chciałem was urazić. – Stary Maciej skłonił lekko głowę. – Darujcie też, żem się w przódy nie przedstawił. Jestem Maciej, ślachcic tutejszy choć niezbyt majętny. Znaleźliśmy was, rycerzu, blisko dwie niedziele temu leżącego na śniegu w zaspie. Od tamtej pory jesteście moim gościem. Bliscy byliście śmierci. Gorączka was trawiła, majaczyliście w maglinie, ale staranie o wasze zdrowie powierzyłem mej córuchnie, temu oto małemu skrzatowi, któren dzień i noc nie odstępował od waszego łoża i jak widać dobrze się sprawił, bo do zdrowia poczynacie wracać.
     Zza pleców ojca wysunęła się młodziutka dziewczynka. Chory natychmiast rozpoznał jej anielską twarz. Dziewczyna dygnęła grzecznie, jak ją matula uczyła dobrych obyczajów, po czym skromnie nakryła oczka długimi rzęsami i stała tak świadoma męskiego spojrzenia na sobie. Stała z ciemnymi włosami rozpuszczonymi na ramiona, odziana w suknię spod której uwypuklały się dwa jabłuszka rosnących dopiero piersi. Cerę miała delikatną, rysy twarzy subtelne i przywodzące na myśl figurki świętych jakie Sławoj widywał w najprzedniejszych katedrach Rzymu. Nigdy nie mógł się dość nadziwować nad ślicznością tych figurek, a dziś taka oto właśnie śliczność, tylko zupełnie żywa, stała przed nim i mógł z bliska popatrzeć na jej niewinne oczęta, na smukłą kibić i na paluszki mnące nieświadomie brzeg odzienia.
     – Bóg ci zapłać, dobry aniele – wysapał spieczonymi wargami.
     – Małgochna dali my jej na chrzcie. – Stary Maciej położył sękate palce na młodziutkim ramieniu.
     – Bóg ci zapłać Małgoniu i wam wszystkim za opiekę i ratowanie mego żywota. – Sławoj chciał dźwignąć się na łokcie ale przeliczył się z siłami znów opadł na miękkość skór.
     – Odpoczywajcie. – Stary szlachcic cofnął się od łoża. – Słabiście jeszcze więc leżcie i odpoczywajcie. Gdybyście czego potrzebowali, to Małgochna jest zawsze na podorędziu. – Dziewczyna ponownie dygnęła na te słowa. Maciej ruszył ku drzwiom. – Każę żonie przygotować wam posiłek jakowyś.
     – A ja przyniosę świeży przyodziewek bo ten już sfatygowany mocno – zawtórowała córuchna i ruszyła w ślad za ojcem pozostawiając chorego samego w izbie.
     Sławoj pomacał koszulę, którą miał na sobie. Szorstkie lniane włókna rzeczywiście były przepocone. Zdziwiło go, że poniżej, głęboko pod skórami jakie go okrywały, nie ma nic więcej na sobie. Żadnych spodni ani niczego. Zaraz potem znów weszła dziewczyna tym razem niosąc na rękach czystą wypraną koszulę. Podeszła do łoża i odruchowo chwyciła brzeg skór chcąc je podnieść lecz mężczyzna natychmiast pochwycił jej nadgarstek.
     – Co czynisz, niewiasto? – spytał.
     – Pomóc chciałam... – wyszeptała zaskoczona z przegubem uwięzionym w jego garści.
     – Chcesz mnie odkryć? – Patrzył na nią świadomy, że pod spodem nie ma nic więcej na sobie prócz koszuli. – A rzeknij no, kto zmieniał mi ubrania przez czas mej niemocy?
     – Ja i matula, panie rycerzu – odparła natychmiast i równie natychmiast zawstydziła się na wspomnienie tego co czasem widywała między owłosionymi udami zanim matula zdążyła narzucić szmatę na męskie przyrodzenie.


     Tego samego dnia wieczorem, a w zasadzie już w nocy, Małgochna leżała nogami do rodzicieli, na jednym z nimi łożu, nakryta wspólną pierzyną. Mimo później pory nie mogła zasnąć. Łuczywa były już dawno pogaszone i wszędy naokół nastała jeno ciemność chłodna, zaś za chatą hulała lodowata wręcz nicość, jakby jakaś otchłań okropna wypełniona pokutującymi duszami, których wycie uderzało gwałtownymi powiewami o błoniaste okna. Małgochna lękała się nocnych zjaw i rada była spać u nóg rodzicieli lecz dziś jej myśli wcale nie krążyły wokół duchów. Ilekroć zamknęła oczy tylekroć pod powiekami zjawiała się męska zarośnięta twarz o rysach twardych, rzekłbyś – z kamienia ciosanych. Nie tylko samą twarz widziała ale i całą resztę zahartowanego w bojach ciała, odkrytego z niedźwiedzich i żubrzych skór, z grubym wałem wyrastającym z gęstwiny czarnych włosów między nogami. Małgochna właśnie wtedy pierwszy raz w życiu obaczyła to coś co mężczyźni noszą w spodniach. Trwało to jedną krótką chwilkę zanim matula narzuciła na męskie przyrodzenie kawał szmaty. Jednak nawet ta chwilka wystarczyła, by lico młodej dziewki spłonęło intensywnym rumieńcem. Małgochna zastanawiała się czy wszyscy mężczyźni mają takie samo długie coś. Czy każdemu tak zwisa? Ciekawe. Ciekawe tym bardziej, że przeca białogłowy mają zgoła inaczej. Na ten przykład ona ma rozcięcie w tym miejscu. Jakby na dowód sięgnęła ręką głęboko pod pierzynę i namacała własne krocze. Namacała ostrożnie, by nie zbudzić nikogo gwałtowniejszym ruchem. Kiedyś matula przyłapała ją, jak przeczesuje palcami własne loczki łonowe. Strasznie się wtedy matula rozeźliła. Wzburzona krzyczała coś o grzechach nieczystych i o mękach piekielnych, a Małgochna zaskoczona nie miała pojęcia o co chodzi. Przeca tylko się dotknęła. Cóż w tym złego? Czemu można się złapać za łokieć albo za kolano ale wsadzić rękę między nogi to już nagle nie? Nie rozumiała tego. Próbowała o to zagadywać matkę lecz ta słysząc tak sprośne pytania rozsierdziła się jeszcze bardziej i zamiast odpowiedzi zdzieliła córę mokrą ścierą przez głowę. Od tamtej pory Małgochna wolała być ostrożną w tej materii. Nawet gdy teraz namacała krocze pod pierzyną to zwiedzanie tego miejsca zaczęła dopiero po uprzednim upewnieniu się, że oboje rodziciele śpią. Wsłuchała się w miarowy oddech matuli i regularne chrapanie tatula i dopiero wtedy zagłębiła palec w swoje rozcięcie. Namacała tam pewną miłą wypukłość. Miłą, bo okrążanie opuszką palca tej wypukłości sprawiało Małgochnie wiele przyjemności. Teraz też czuła, że to właśnie stąd bierze źródło cała rozkosz, cały żar jaki stopniowo ogarniał jej młodziutkie ciało, gdy tak okrążała to miejsce i okrążała. Okrążała najpierw powoli, nieśpiesznie, potem nieco szybciej i jeszcze szybciej zauważając przy tym, że wilgotnieje w środku. Wyraźnie czuła śliskość pod palcami. Zaciekawiona wyjęła rękę spod pierzyny jednak mrok nie pozwolił przyjrzeć się lepkim nitkom rozciąganym między palcami. Zatem tylko powąchała. Powąchała ale i po chwili wahania odważyła się wysunąć język i ostrożnie samym koniuszkiem spróbowała smaku. Ekscytujące doznanie. W przeciwieństwie do moczu wydał się wręcz słodziutki. Oblizała śmielej palce i wróciła ręką pod pierzynę, by znów zająć się tajemniczą wypukłością ukrytą w równie tajemniczym łonie. Zauważyła, że ta wypukłość jest teraz dziwnie nabrzmiała. Im dłużej się nią bawiła tym bardziej stawała się wrażliwsza i tym więcej przyjemności dostarczała. Miłe doznania w połączeniu z wyobrażeniem nagiego mężczyzny sprawiły, że pracowała dłonią zawzięciej i dłużej niż zazwyczaj. Na tyle długo, że w końcu poczuła jak wzbiera w niej jakaś ogromna, wszechwładna, nieznana dotąd fala. Brzuch zaczął wciągać się spontanicznie, nogi zadrżały pod pierzyną i otarły się niechcący o czyjąś szorstką piętę, usta otworzyły się niemo i szeroko, jak u ryby wyrzuconej na brzeg i nagle całe młodziutkie ciało wyprężyło się gwałtownie w pałąk eksplodując nagłą rozkoszą i skurczami cipki. Przeciągły jęk sam wyrwał się z gardła i trwał dopóki dziewczyna nie opadła z powrotem na posłanie i nie poczuła jak fala odpływa. Leżała teraz z walącym sercem, słysząc własną krew łomoczącą w skroniach, i nie rozumiała co się właśnie z nią stało. Nigdy wcześniej nie przeżyła tak intensywnej przyjemności, która by aż wycisnęła łzy jej oczu.
     W następnej chwili zamarła z przerażenia ujrzawszy ponad pierzyną wpatrzone w siebie czyjeś oczy. Oczy spoglądające spod gęstych krzaczastych brwi po drugiej stronie łoża. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że już od jakiegoś czasu nie słychać chrapania ojca. Ze ściśniętym gardłem leżała tak czekając straszliwego gniewu rodziciela. Czekała ryku głośniejszego od wszystkich krzyków matki. Czekała razów wymierzanych nie mokrą ścierką, a skórzanym ciężkim pasem spadającym boleśnie na plecy i na głowę. Czekała i czekała, a każda chwila oczekiwania zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Lecz nie następował żaden gniew, żaden krzyk, ani żadne bicie. Zamiast tego ojcowa głowa po jakimś czasie opadła bez słowa z powrotem na poduszkę i tak już została oddychając tam miarowo. Małgochna nadal leżała strwożona i uspokoiła się dopiero gdy owo oddychanie przeszło z czasem znów w chrapanie.

     Następnego dnia o świtaniu, gdy dziewczyna, nie śmiąc spojrzeć ojcowi w oczy, czym prędzej opuściła izbę i poszła po świeże mleko z porannego udoju, stary Maciej tak ozwał się do tęgiej małżonki:
     – Małgochna nie powinna więcej z nami spać.
     – A to niby czemu? – Maciejowa przerwała rozpalanie ognia i zmierzyła męża nieco zdumionym spojrzeniem. – Ona zawżdy duchów się bojała.
     – Była dzieckiem to się bojać mogła. Teraz zaś dorasta.
     – A jużci że dorasta. Przecież że nie młodnieje i nie do kolebki jej trza, tylko za męża jakowegoś.
     – O tym właśnie prawię. – Maciej zgodnie pokiwał głową. – Ciągoty poczyna mieć.
     Krzesiwo znieruchomiało w rękach tęgiej kobiety.
     – A tobie skąd to wiadomo? – Ciężka tusza kobiety podniosła się z kucek. – Znowu pod pierzyną coś swawoliła? Znowu mucha uprzykrzona wróciła do swoich zwyczajów? Mało to ścierką po łbie nadostawała, by znowu zaczynać? To mogę ją jeszcze zdzielić. Niech no jeno wróci, to już ja jej...
     – Ostaw dziołchę w spokoju – przerwał Maciej. – Nie oznajmiam ci tego dla karania, a jeno dla spania osobnego, i tyla...
     – Osobnego? O! wtedy to dopiero zacznie sobie dogadzać. Młoda i głupia.
     – Młoda to i krew wrze. Co się dziwujesz? Na noc niechaj wraca do swojej komnaty.
     – Ha! kiedyście tacy dla niej dobrzy to sami jej zakażcie bezbożnych czynów.
     – A i owszem, zakażę.

C.D.N.

lolowiec

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i historyczne, użył 4077 słów i 22832 znaków, zaktualizował 29 sty o 13:41. Tagi: #Rycerz #krzyżak #templariusz #masturbacja

9 komentarzy

 
  • Yubi

    Od 7 miesięcy NIC?

  • lolowiec

    @Yubi  
    Napisałem "Izolatkę". Jest w poczekalni. Taki naprędce napisany erotyk ale ponoć fajnie się go czyta więc zapraszam :)

  • lolowiec

    @Yubi  
    a jeśli chodzi to kontynuację RYCERZA ZAKONNEGO to muszę poczekać na natchnienie. Bez weny twórczej nie umiem pisać. Ale Rycerza zamierzam kontynuować, zamierzam.

  • Dyzio55

    Jak na lodowca to hyba się roztopisz. Ten kawałek jest gorący a jeśli będzie dalsza część to raczej nie zapowiada się chłodna atmosfera. Czekam na kontynuację. Pozdrawiam. :bravo:  :sex:

  • lolowiec

    @Dyzio55  
    Dzięki serdeczne!
    Jasna sprawa, że planuję dalsze części :)
    Pozdrawiam również ;)

  • MrHyde

    " – Ha! kiedyście tacy dla niej dobrzy to sami jej zakażcie bezbożnych czynów.
         – A i owszem, zakażę."

    Do proboszcza na spowiedź wysłać, a nie ścierą karać.  :rolleyes:

  • lolowiec

    @MrHyde  
    Utrafiłeś Waść w sedno! Trza dziołchę do opata na egzorcyzmy wysłać :D

    Nie no, naprawdę dobry pomysł mi podsunąłeś. Warto rozważyć tę opcję. O kurczę, już się zapaliłem do tego pomysłu :D :D

  • MrHyde

    @lolowiec do klasztoru po nauki ;)

  • lolowiec

    @MrHyde  
    Może niekoniecznie od razu do klasztoru ale na przykład dobra szczegółowa spowiedź, powtarzam: szczegółowa, chyba byłaby wskazana. Opat mógłby być bardzo wnikliwy w niektóre grzechy.

  • MrHyde

    @lolowiec miałem na myśli zgromadzenie żeńskie, ale opat też zacna figura. Z tym że w jego wnikliwość wolę nie wnikać, żeby mnie tu znowu ktoś nie zdemaskował, żem bezbożnik i komunista ;)

  • lolowiec

    @MrHyde  
    Nie no, jesteś NIESAMOWITY!
    Zgromadzenie żeńskie. To jest TO!!!
    Bomba! Już mi się podoba pomysł,hahaha

  • Qaas

    Fajne. Kiedy kolejna część?

  • lolowiec

    @Qaas  
    Czekam na natchnienie. Jak tylko się pojawi natychmiast skrobnę dalszą historię ;)

  • Krokodylek13

    Rozpocząłem czytanie z dystansem, zakończyłem zdumiony! Stało się! Na naszych oczach powstają "Krzyżacy" wersja dla dorosłych.  :bravo:

  • lolowiec

    @Krokodylek13  
    No dokładnie, powstaje wersja Krzyżaków dla dorosłych :D Ja nawet początkowo myślałem aby głównymi bohaterami uczynić Zbyszka i Jagienkę (Danuśka za młoda) no ale w końcu zdecydowałem się na zupełnie nowe postacie  
    Miło mi, że opowiadanko się podoba, a przynajmniej wprawia w - pozytywne mam nadzieję -zdumienie ;).

  • eksperymentujacy

    Mam nadzieję że natchnienie przyjdzie szybciej niż później. Znakomicie napisane i wciąga w epokę w której się dzieje.  
    Czekam z niecierpliwością bo teraz już nie wiem, rycerz, ojciec czy sąsiad  ;)

  • lolowiec

    @eksperymentujacy  
    Dzięki za miłe słowa :) Postaram się w miarę szybko skrobnąć następną część.

  • Black Crowe

    Język 👏 Język 👏 Język 👏 tego opowiadania 👏👏👏 czuję się powalony...
    Dużo pracy włożyłeś w napisanie tej opowieści... Znakomicie się zapowiada!
    Tylko....nie każ czekać nie wiadomo jak długo na kolejne części! No i.... nie zepsuje tego. Pozdrawiam 👍👍👍

  • lolowiec

    @Black Crowe  
    Dzięki serdecznie za miłe słowa :)
    Co do drugiej części to... U mnie jest tak, że sam nie wiem kiedy najdzie mnie natchnienie. A tylko pod natchnieniem umiem pisać. Nic na to nie poradzę. Postaram się zmieścić we w miarę sensownym czasie.
    Jeszcze raz dzięki za słowa i za brawa! ;)
    Również pozdrawiam.

  • Jane

    Jestem pod ogromnym wrażeniem i chylę czoła. Świetnie napisane opowiadanie. Nie mogę się doczekać kontynuacji   :)

  • lolowiec

    @Jane  
    Dziękuję :) Miło mi to przeczytać taką pochwałę :)

  • AlexAthame

    Fajnie się zaczyna. Starasz się pisac specjalnym językiem, widzę. Kiedys chyba tak bylo, że wszyscy spali razem. To zapowiada sie romans Małgosi z  rycerzem, tak myslę.Dobra postawa Macieja.Pewnie cięzko mu bylo potem zasnąc  :D

  • lolowiec

    @AlexAthame
    Haha, no właśnie, pewnie ciężko było potem zasnąć Maciejowi :D Ciekawe jak długo patrzył i czemu od razu nie zareagował? Oto jest pytanie :D :D