Nowy Świat Czarownic, cz. 65.

Aurora udała się na poszukiwanie Marty, by zlecić jej przygotowanie ubrań i zapasów. Następnie odczekali jakiś czas w ponurym milczeniu, wszystko zostało już powiedziane. Odgłosy wieczornego życia dworzyszcza zaczęły wreszcie zamierać, pojawiła się gospodyni z wiadomością, iż wszystko, co potrzebne, zgromadziła ukradkiem w stajni. Aurora pochwaliła tę przezorność i razem z Martą ruszyła przodem, by odprawić ewentualnych, wałęsających się po nocy mieszkańców grodu. Marcus wolał nie odstępować Lucjusza, wszystko odbyło się jednak bez kłopotów. Stajnie zastali puste i sami musieli przygotować konie. Chłopak uwinął się szybko z wiernym Demonem, panu Trzeciemu zajęło to więcej czasu. Podczas gdy krążył wśród boksów w poszukiwaniu wierzchowca, Marcus raz jeszcze zagadnął Aurorę.
     - Jeżeli plan się nie powiedzie, jeżeli wiedźma zaatakuje gród... Pamiętaj o tym, co obiecałaś.
     - To niełatwe, moi ludzie...
     - Nasz syn musi przeżyć, to najważniejsze ze wszystkiego. Pomyśl, że stanie się wówczas największą nadzieją wszystkich Ludzi Północy. Jeżeli przeżyje...
     - Wiem o tym i zrobię wszystko, by go ochronić. Ale to niełatwe... A nawet, jeżeli wam się uda, co uczyni Berenika, nowa księżna Siedmiu Bram, dowiadując się o wszystkim?
     - O wielu rzeczach już wie, przekonam ją. Ona nie chce tej wiecznej wojny z Ludem Północy.
     - Zobaczymy, Marcusie... Uważaj na siebie, trzymaj moc w pogotowiu, nie ufam do końca Lucjuszowi.
     W odpowiedzi potrafił tylko objąć i przytulić dziewczynę.
     Przerwał im pan Trzeci, prowadząc osiodłanego wreszcie konia. Odziali się w zgromadzoną przez Martę zimową odzież, rozmieścili w sakwach różnorodne i obfite wiktuały.
     - Nie potrzebujemy aż tyle...
     - Nikt nie powie, że panienka Aurora wypuściła gości w środku zimy bez zapasów na drogę. - Marta ucięła dyskusję w zarodku. - Zimy mamy tu ciężkie, a wasze zadanie nie jest łatwe. Niech was Dobrzy Bogowie wspierają, paniczu Marcusie. I ciebie również, Lucjuszu.
     Pan Trzeci burknął niezrozumiale coś, co przy odrobinie dobrej woli można by uznać za podziękowanie. Marcus nie znalazł słów i tylko uścisnął dłonie gospodyni. Marta sprawdziła, czy droga wolna, Aurora osobiście odprowadziła ich do bocznej furty, przy której strażował któryś z najbardziej zaufanych wojowników. Nie zadając pytań, uchylił odrzwia.
     Ciemna, bezksiężycowa noc sprzyjała ukradkowemu odjazdowi, chłopak sięgnął zresztą po żywioły powietrza, by ukryć siebie i Lucjusza za zasłoną podniesionych lekkim wiatrem płatków śniegu. Wszystko przebiegło bez kłopotów i wkrótce zagłębili się w leśną gęstwinę. Pamiętając przestrogi Aurory, Marcus utrzymywał moc w gotowości i natychmiast wyczuł, gdy pan Trzeci sięgnął po żywioł ognia. Alarm okazał się fałszywy, towarzysz podróży ogrzał tylko niewielką bańkę otaczającego ich powietrza.
     - Zostaw to, Lucjuszu.
     - Jest bardzo zimno.
     - Ja się tym zajmę. Pilnujmy się już teraz, by wiedźma nie wyczuła użycia przez ciebie mocy. O mnie i tak już wie. I jeszcze jedno... Zabrało ci to trochę zbyt wiele czasu, musisz szybciej rzucać czary, jeżeli chcesz ją zaskoczyć.
     - Postaram się – burknął pan Trzeci. - Teraz i tak już za późno, by ćwiczyć. Uważaj na drogę, ja z pewnością pogubiłbym się w tych ciemnościach.
     Na tym zakończyli rozmowę i podążali dalej w milczeniu. Marcus przebył szlak ku polanie z samotnym dębem już kilka razy i orientował się w terenie całkiem dobrze. Lucjusz nie próbował sięgać po moc.
     Na miejsce dotarli wkrótce po świcie i mogli dokładnie przyjrzeć się obozowisku, rozbitemu na wolnej od zarośli przestrzeni rozległej polany, z dala jednak od pamiętnego dębu. Tak jak się spodziewał, wiedźma przybyła z niewielkim orszakiem. Doliczył się jedenastu namiotów, z których żaden nie wyróżniał się rozmiarami. Do tego kilka prowizorycznie skleconych, chroniących przed wiatrem osłon dla zwierząt. Obóz otaczała zresztą bariera żywiołów, tworząc bańkę nieco cieplejszego powietrza. Pomimo wczesnej pory pomiędzy namiotami poruszały się ludzkie sylwetki, niektóre spośród nich wpatrywały się w krawędź lasu, gdzie pod osłoną ostatnich drzew zatrzymali się przybysze. Marcus zrozumiał, że zostali wykryci, zapewne skutkiem używania przezeń mocy. Nie przejął się tym, to już nie miało znaczenia. Ruszył naprzód, pociągając za sobą Lucjusza i rezygnując z osłony. Pomimo dostarczonych przez Martę ubrań natychmiast odczuł przenikliwy chłód mroźnego poranka.
     Centralną osobą oczekującej ich grupki okazała się, oczywiście, wiedźma. Poczuł ukłucie w sercu, przybrała przecież postać jego ukochanej Bereniki. Nawet bezkształtne i grube zimowe futro nie potrafiło odebrać naturalnego, czy w tym wypadku udawanego, wdzięku nowej pani Siedmiu Bram. Przypomniał sobie, że przecież Berenika jest w zaawansowanej ciąży, a wiedźma musi symulować również i ten stan. W czym obszerne futro znakomicie pomagało. Złudzenie spotkania z Bereniką prysło, gdy stanęli przed obliczem księżnej.
     Ponieważ witała ich stojąc, zgodnie z etykietą Lucjusz natychmiast zeskoczył z konia i pochylając głowę przyklęknął w śniegu na jedno kolano. Marcus z opóźnieniem poszedł w ślady towarzysza, nie należało zapominać o dobrych manierach, a odegranie stosownego przedstawienia nie leżało przecież tylko w interesie samej wiedźmy.
     - Sir Marcusie, sir Lucjuszu! Z radością widzę moich ukochanych, prawowitych małżonków, uwolnionych z rąk barbarzyńskich dzikusów. Wybaczcie, że wasza niewola trwała aż tak długo. Dokładałam wszelkich starań, by was oswobodzić i w tym celu osobiście przybyłam na te pustkowia. Wasz widok w dobrym zdrowiu wynagradza wszelkie trudy. Witajcie w ramionach stęsknionej i kochającej żony. - Postąpiła kilka kroków, chłopak wyczuł, że utrzymuje moc w gotowości
     - Szlachetna pani, my również radujemy się powrotem na twój dwór, a okazana troska przepełnia nas wdzięcznością. - Lucjusz z zapałem ucałował podaną sobie dłoń rzekomej Bereniki.
     - Witaj, dostojna księżno. - Marcus nie zdobył się na bardziej wylewne słowa i pospiesznie musnął wargami obleczone w skórzaną rękawiczkę palce.
     - Powstańcie, moi panowie. - Pani Siedmiu Bram podniosła Lucjusza z kolan, Marcus dźwignął się samodzielnie. - Dość już tych ceremonii, które i tak nie potrafią oddać przepełniającego mnie szczęścia. Macie za sobą ciężkie przeżycia i długą drogę. W tej dziczy nie mogę zaoferować wam wygód należnych szlachetnie urodzonym panom, za co raz jeszcze proszę o wybaczenie. Tym niemniej, chcę okazać moją radość w sposób, który powinniście docenić. Zapraszam na śniadanie, a słudzy przygotują tymczasem kąpiel.
     - Kąpiel, szlachetna pani? - Marcus nie potrafił ukryć zdziwienia.
     - Oczywiście, przecież nie możemy rezygnować z podstawowych wygód. Nie zapominajcie, że wasza pani i małżonka jest nie tylko władczynią księstwa, ale również mistrzynią magicznej mocy. Wyczekującą od dawna waszego powrotu i  pragnącą uprzyjemnić to szczęśliwe spotkanie. Kąpiel z pewnością nie zaszkodzi.
     „A więc to tak... Cóż, balia z wodą nie powinna powstrzymać żywiołu ognia. Jeżeli Lucjusz zrobi to, co do niego należy.”
     Przy wejściu do namiotu oczekiwał odrobinę speszony, młody chłopak, którego twarz wydała się Marcusowi znajoma. Przerażająco znajoma i przywołująca najgorsze wspomnienia.
     - Panowie, pozwólcie że przedstawię wam sir Olgierda, dawniej z Głębokich Ostępów, obecnie z Siedmiu Bram. Mojego drugiego małżonka. Sir Olgierdzie, oto twoi bracia i towarzysze, sir Marcus niegdyś z Międzyrzecza oraz sir Lucjusz z Wysokiego Lasu, panowie Pierwszy i Trzeci. To w celu ich uwolnienia podjęliśmy wszyscy tę trudną podróż. Oczywiście, zapraszam na śniadanie również i ciebie.
     Podczas gdy Lucjusz i Olgierd wymienili kilka niezobowiązujących grzeczności, Marcus obsesyjnie wpatrywał się w postać pana Drugiego. Czy poza zewnętrznym podobieństwem chłopak przejął chorobliwe upodobania wuja? Czy wiedźma spróbuje je odnaleźć, rozwinąć i wykorzystać?Czy już podjęła takie próby i czy sir Olgierd zdoła się im oprzeć?
     Otrząsnął się z podobnych rozważań, nie czas na to. Miał nadzieję, że młodzieniec, sprawiający zresztą sympatyczne wrażenie, nie zdążył wstąpić na ścieżkę, którą podążał sir Oswald. Jeżeli powiedzie się planowany zamach, prawdziwa Berenika nigdy nie sięgnie po takie metody i sir Olgierd zostanie uratowany. - „Jestem niesprawiedliwy.” - Skarcił się w duchu. - „Przecież nie mogę obwiniać tego chłopaka o zbrodnie wuja, najpewniej nie ma zwyrodniałych upodobań i tak czy inaczej, oparłby się podobnym próbom wiedźmy, która poszukałaby innego sposobu pobudzania żądzy”. - Tym niemniej, twarz pana Drugiego budziła najgorsze skojarzenia.
     Śniadanie okazało się nadspodziewanie obfite, wykwintnie i wytwornie podane. Księżna towarzyszyła im przez chwilę, jedząc niewiele i tłumacząc się z uśmiechem swoim stanem. Pozbyła się wierzchniego futra, pod którym ukazały się jednak kolejne warstwy grubej odzieży. Wreszcie przeprosiła współbiesiadników, oświadczając, że musi dopilnować przygotowania obiecanej kąpieli. Oczywiście, tylko ona była w stanie wytopić i ogrzać przy użyciu magii odpowiednią ilość wody. Każdy niezorientowany rozmówca uznałby jednak zapewne, że to elegancki wykręt, pozwalający ukryć i uporać się na osobności z dolegliwościami ciąży. Doprawdy, musiała posiadać duże doświadczenie w tego typu sprawach.
     Pomimo pewnych wysiłków sir Olgierda rozmowa toczyła się opornie, każdy z niedobranych towarzyszy miał własne powody, by oddawać się nieprzyjemnym myślom. Ponura twarz Lucjusza ujawniała rosnące zdenerwowanie. Może wiedźma uzna to za wyraz niepokoju spowodowanego niepewnością przyjęcia po samowolnej ucieczce z zamku? Z ulgą doczekali się przybycia trzech służek, które oznajmiły, iż kąpiel jest już gotowa i oczekuje na wszystkich szlachetnie urodzonych panów. A więc księżna zabrała ze sobą jakieś kobiety. Oczywiście, przecież ktoś musiał zajmować się pozostającą w rzeczywistej ciąży Bereniką, a może również i Sudrun. Żadnej z nich dotąd nie zauważył, nie zostały również wspomniane w rozmowie. Musiały przebywać w którymś z namiotów. - „Ciekawe, czy nie czekają tu gdzieś również sir Adrian oraz ci dwaj, sir Waldemar i sir Roger? Wyruszając w taką misję wiedźma musiała zabezpieczyć sobie dostęp do jak największej liczby źródeł mocy.”
     Dał się zaprowadzić do jednego z namiotów, którego podłogę wyłożono drewnem, a w którym królowała dużych rozmiarów balia z parującą wodą. Służka pomogła Marcusowi pozbyć się ubrania, po czym rozsiadł się wygodnie i pozwolił wyszorować sobie barki oraz plecy... Prawdę mówiąc, nie tylko barki i plecy, dziewczyna wykazała się bowiem dużą zręcznością, a także znajomością męskiej anatomii. Przypominało to jako żywo dawne czasy na zamku Margrabiny i chłopak pomyślał, że kąpiel może dostarczać różnego rodzaju przyjemności. Zdawał sobie sprawę, że jest przygotowywany na szczególne spotkanie z wiedźmą, która z pewnością zechce skorzystać z jego mocy. Z mocy wszystkich, oficjalnie posiadanych małżonków. A więc i z mocy Lucjusza, a zapewne również Olgierda. Którego z nich wybierze jako pierwszego? Wytężył magiczne zmysły, poszukując śladów użycia żywiołów. Niczego szczególnego jednak nie wyczuł, może tylko niewielkie drgnięcia splotów ognia i powietrza. Zbyt słabe, by mogło chodzić o poważny atak i związane raczej z osłoną i utrzymywaniem odpowiedniej temperatury wewnątrz obozowiska. Czy Lucjusz nie znalazł okazji, nie znalazł odwagi, a może wycofał się z realizacji ułożonego planu? Niepokój sprawiał, iż wysiłki dziewczyny nie dawały zadowalających rezultatów. Zdesperowana pochyliła się i wzięła w usta ledwie sterczącego penisa.
     - Nie trzeba, zostaw. – Spróbował łagodnie odsunąć jej głowę.
     - Proszę, panie. Dostojna Pani będzie niezadowolona. Proszę...
     Ponownie zacisnęła wargi na fallusie, język podjął rozkoszny taniec, dołączyła ssanie oraz delikatne podgryzanie prącia... Czemuś takiemu nie potrafił się oprzeć i nawet odczuwany niepokój nie przeszkodził w narodzinach gorącego żaru w trzewiach. Penis nabrzmiał i stwardniał w ustach służki, gotowy do wykonania swego zadania. Dziewczyna znała się jednak na rzeczy i wiedziała, na czym polegają jej obowiązki. Uwolniła przyrodzenie Marcusa i powróciła do szorowania pleców chłopaka, od czasu do czasu dotykając dłonią fallusa i utrzymując go tym samym we właściwym stanie.
     Poła namiotu odchyliła się i w wejściu stanęła owinięta futrem Berenika... Oczywiście, musiała to być wiedźma. Pojawiła się boso, co w absurdalny sposób przywiodło myśli chłopaka do pytania, czy posłużyła się odrobiną magii, by ogrzewać stopy podczas marszu po śniegu. Niczego takiego nie wyczuł, ale przecież przed chwilą był bardzo zajęty...
     Pani Siedmiu Bram władczym ruchem wolnej ręki odprawiła służkę.
     - Wiesz, co macie zrobić. Niech czekają w pogotowiu.
     Po wyjściu dziewczyny odstawiła trzymaną w prawej dłoni szkatułkę i zrzuciła futro. Kształty księżnej wydały się nieco zaokrąglone, mogło to uchodzić za niezbyt uciążliwą ciążę, zapewne wiedźma nie zamierzała narażać się na zbędne niewygody oraz ograniczać własną swobodę ruchów. Przez lata zdobyła w tych sprawach duże doświadczenie...
     Lady Berengaria dostrzegła badawcze spojrzenie chłopaka.
     - Mam nadzieję, że nadal budzę twoje pożądanie, sir Marcusie, nawet wtedy, gdy cieszę się błogosławieństwem Dobrej Bogini – rzekła z uśmiechem.
     - Przede mną nie musisz odgrywać komedii.
     - Oczywiście. W takim razie przyznam, że ostatnimi czasy pozwalałam sobie na pewne pofolgowanie szkodliwym upodobaniom kulinarnym. To jedna z niewielu korzyści płynących z podobnych sytuacji. Mam nadzieję, że śniadanie przypadło ci do gustu?
     - Co z prawdziwą Bereniką?
     - Ma się dobrze, chociaż przechodzi ciążę znacznie trudniej. Taki już los przeznaczyła swoim wybrankom Dobra Bogini. Może to sprawiedliwa zapłata za wszelkie inne przewagi, którymi nas obdarzyła?
     - Jeżeli tak, to ty oszukujesz Boginię już od bardzo dawna.
     - W końcu obdarzyła mnie również rozumem. Ale w tej chwili najważniejsza wydaje się inna z tych przewag. - Spojrzała znacząco na nadal sterczącego fallusa, który zdradziecko wynurzał się z wody. - Sylwia zrobiła, co do niej należało, teraz twoja kolej, sir Marcusie. Bogini zadbała także o to, by zesłać na was tę słabość, zesłać niemożność oparcia się naturalnym instynktom, nawet jeżeli oznacza to oddanie mocy i władzy. My natomiast, jej wybranki, przejmujemy tę moc oraz władzę w sposób jak najbardziej z tymi instynktami zgodny. I nie bez przyjemności, której zresztą nie odmawiam również tobie, sir Marcusie.
     A więc to jednak on sam miał usłużyć wiedźmie jako pierwszy, może dlatego, że uchodził za najlepszego dawcę magicznej siły. Cóż, nie powinno to zrobić większej różnicy. Nie tracąc czasu księżna wsunęła się do balii, obejmując udami biodra Marcusa. Penis nadal wykazywał twardość, bardziej nawet zdecydowanie niż uprzednio, potwierdzając tym samym prawdziwość szyderstw pani Siedmiu Bram. Pochyliła się i pocałowała chłopaka w usta.
     - To nie musi być nieprzyjemne... przecież wiesz. Zdążyłam cię poznać i postaram się dać ci rozkosz, jak przystało na dobrą panią i małżonkę.
     Poprawiła dosiad i pomagając sobie dłonią umieściła fallusa wewnątrz własnego miejsca rozkoszy, ciepłego i wilgotnego. Ponownie wycisnęła pocałunek i wykorzystując okazję uchwyciła uszy Marcusa.
     - Ruszaj, mój pierwszy małżonku!
     Poparła rozkaz ciągnąc w dół głowę towarzysza, spienione mydliny przykryły usta. Parsknął przez nos i usiłował się unieść, co jednak uniemożliwiły niewygodna pozycja oraz dosiad Lady Berengarii. Ukarała krnąbrnego wierzchowca szarpiąc go za uszy i ochlapując twarz. Równocześnie uniosła biodra i opadła zdecydowanie na przyrodzenie chłopaka. Oczekujący gdzieś w głębi wulkan drgnął natychmiast i lawa podjęła wędrówkę ku naturalnemu ujściu. Nie potrafił się temu oprzeć, nawet wtedy, gdy wiedział, że oddaje w ten sposób moc i wzmacnia tylko potęgę wiedźmy. Naturalny instynkt i odczuwana rozkosz okazały się silniejsze. Kolejne szarpnięcie za uszy okazało się w istocie niepotrzebne, sam podjął galopadę poszukując wzmocnienia tej rozkoszy. Księżna dostosowała własne ruchy bioder, nie zanurzała już ponownie głowy chłopaka, pozwalając, by woda pozostawała tuż poniżej linii ust. Nie zamierzała też zwlekać czy przedłużać aktu. Zgodnie z obietnicą, nie odmówiła Marcusowi rozkoszy, o własną mniej może dbała, a może przyjęcie mocy i tak stanowiło rozkosz najwyższą? Oczywiście, nie wytrzymał zbyt długo. Lawa jak zawsze trysnęła obfitym strumieniem, nieporównywalne z niczym uczucie spełnienia i uwolnienia połączyło się z wrażeniem ssania, by przejść wkrótce w znajomą słabość. Wiedźma pocałowała raz jeszcze usta chłopaka i powstała z wanny. Obraz jej ociekającego wodą ciała musiał działać na zmysły mężczyzny, nieważne, szlachetnie czy też pospolicie urodzonego. Bezsilnie przymknął oczy.
     - Sir Marcusie, pierwszy małżonku księżnej Bereniki z Siedmiu Bram, ułożyłeś w istocie zdradziecki plan. Mogłabym go nawet podziwiać, chociaż wymierzony został przeciwko mnie samej. Mogłabym, gdyby się powiódł.
     Drgnął i otworzył oczy. Wiedźma unieruchomiła chłopaka splotem powietrza. Wyczuł ten splot, rozpoznał sposób użycia żywiołu, ale nie potrafił się przeciwstawić. Moc nie zadziałała. Zorientował się też, że księżna użyła odrobiny świeżo pozyskanej siły do ponownego podgrzania powietrza w obrębie obozowiska.
     - Popełniłeś zasadniczy błąd, źle wybrałeś głównego wykonawcę. Sir Lucjusz to uroczy, dobrze wychowany młodzieniec, prawdziwy szlachetnie urodzony pan. Jest jednak słaby, podobnie jak wszyscy błękitnokrwiści panowie. Czyż o tym właśnie nie mówiłam? Dobra Bogini w naturalny sposób stworzyła nas do posługiwania się mocą i sprawowania władzy. Wam dała wprawdzie zdolność zbierania tej mocy, po to jednak tylko, by wyostrzyć nasze własne talenty w wynajdywaniu sposobów jej przejmowania i tym samym zapewnić przewagę najinteligentniejszym oraz najbardziej... zmysłowym paniom szlachetnej krwi.
     - A także najbardziej bezwzględnym i okrutnym. Istotnie, potrafisz jak nikt inny wykrywać oraz wykorzystywać cudze słabości. Co się stało i co zrobiłaś z Lucjuszem?
     - Ach, od samego początku okazywał zadziwiająco wielki niepokój i niepewność, niczym młodzieniec przed pierwszym spotkaniem damy w sypialni. Zamierzałam ośmielić Lucjusza kilkoma miłymi gestami, okazaniem życzliwości. I wtedy wyznał mi wszystko. O tym, jak go uprowadziłeś, jak oddałeś tym  barbarzyńskim dziewkom, jak Aurora przekazała mu wiedzę o magii oraz o tym, co naopowiadałeś na mój temat i jak nakazałeś zaatakować mnie ogniem, strasząc, że w przeciwnym razie pozbawię życia. Potem unieszkodliwiłam tego uroczego chłopca.
     - Zabiłaś sir Lucjusza?
     - Och nie, unieszkodliwiłam. Domyśl się, w jaki sposób.
     - To nie wystarczy na długo. Odrodzi moc i zna sposoby jej użycia.
     - Potrzebowałby jeszcze woli i siły. A tych mu brakuje. Uczyniłeś Lucjuszowi wielką krzywdę, wciągając w swoje plany i ucząc sposobów rzucania czarów. Bo to przecież ty namówiłeś do tego tę całą barbarzyńską księżniczkę.
     Milczał, zdruzgotany upadkiem własnych planów.
     - On niczego bardziej nie pragnie, niż pozbyć się tej niechcianej wiedzy – kontynuowała wiedźma. - Ale to niemożliwe, a pomimo całej dobrej woli pana Trzeciego muszę mieć pewność. Sam rozumiesz, nie mogę ryzykować.
     - Skoro jeszcze go nie zabiłaś...
     - To byłaby duża strata, postaram się sięgnąć po inne metody. Podobnie, jak w twoim własnym przypadku.
     - Wtedy wystarczyło zabić margrabinę, która zresztą sama zasłużyła na swój los. Obecnie nie zdołasz tego powtórzyć, zbyt wiele kobiet z Ludu Północy stoi ci na drodze. A Lucjusz to głupiec, prędzej czy później przypłaci życiem swoją naiwność i zbyt szczere wyznania.
     - Raczej twoje nieudolne intrygi, panie Pierwszy. Zdajesz niezbyt przejmować się śmiercią nieodżałowanej lady Mirandy? Może i masz swoje powody. A tych kobiet z Ludu Północy owszem, jest sporo, ale akurat wszystkie mam pod ręką, w grodzie Aurory. Ona sama też do nich zresztą należy.
     - Część z nich wyprawiliśmy do domów na wiadomość o twoim przyjeździe.
     - Przeceniasz własny spryt, panie Pierwszy. A przy tym nie doceniasz sir Lucjusza. Owszem, tak mu powiedziałeś, ale to nieprawda. Przekonał się o tym dziś w nocy, w stajni. Stały tam wszystkie ich wierzchowce i widział je podczas waszych przygotowań do odjazdu. Chyba nie wyruszyły pieszo? Lucjusz też ma oko do koni, ta spostrzegawczość uratowała mu teraz życie, chociaż może jeszcze o tym nie wie. Wolę zabić tamte kobiety niż jego, tym bardziej, że Dobra Bogini mogła akurat na chwilę odwrócić łaskawe spojrzenie od Królestwa i sprawić, że noszą w łonach dzieci pana Trzeciego. A może również i twoje, zwłaszcza Aurora? To niebezpieczeństwo też muszę wyeliminować.
     - Nie zdołasz tego uczynić.
     - Z pewnością spróbuję. I to natychmiast. Wybacz, długie rozmowy z wartymi tego rozmówcami to moja słabość. Słabość, która kilkakrotnie okazała się już szkodliwa. Dokończymy naszą pogawędkę później.
     - Lubisz popisywać się swoją przewrotnością.
     - Może i tak, bo nieczęsto miewam okazje, by ujawnić komuś moje osiągnięcia. Ale teraz naprawdę powinnam wyciągnąć naukę z własnych błędów. Na koniec ofiaruję ci jeszcze możliwość ujrzenia, w jaki sposób pani Siedmiu Bram gromadzi oręż i zbroi  się na ważną rozprawę.
     - Nie mam na to ochoty i nie działają na mnie takie widoki.
     - To się dopiero okaże. A przynajmniej docenisz może, że pomimo braku czasu potraktowałam cię w sposób szczególny. Pozostań tymczasem w wannie.
     Księżna, nadal naga, uchyliła połę namiotu i wezwała kogoś ruchem ręki. Do środka wkroczyli kolejno sir Olgierd, sir Adrian, a także, co wcale nie zdziwiło Marcusa, sir Waldemar z Samotnej Wieży i sir Roger z Zachodnich Rozstajów. Sir Olgierd oraz obydwaj dawni małżonkowie Lady Berengarii owinięci w futrzane opończe, sir Adrian przeciwnie, bosy, nagi i skuty łańcuchami. Pojawiło się też kilka służek oraz gwardzistka Olga. Te pierwsze w szatach mogących pobudzać pożądanie mężczyzn, ta ostatnia odziana w strój odpowiadający upodobaniom dawnego pana Trzeciego, również zresztą skutecznie drażniący zmysły. W dłoni dzierżyła bicz.
     - Oczekuję waszych usług, moi panowie. A wy, utrzymajcie ich w gotowości – zadysponowała rzekoma Berenika.
     Opadła na kolana, podparła się dłońmi. Jako pierwszy wykonał swój obowiązek sir Olgierd. Zajął właściwe miejsce za plecami wiedźmy i korzystając z wprawnej pomocy jej dłoni wszedł sterczącym dumnie penisem. Poruszał się szybko, a księżna nie próbowała przedłużać zbliżenia. Pan Drugi też nie starał się niczego przeciągać. Wytrysnął  i oddał moc z przeciągłym jękiem, by po chwili osunąć się bezwładnie na deski podłogi. Osłabienie dawcy mocy dopadło i jego. Nie zmieniając pozycji, wiedźma przyzwała kolejno sir Waldemara i sir Rogera. Tym razem trwało to dłużej, obydwaj nie byli już młodzieńcami. Przez chwilę wydawało się, że sir Roger nie zdoła stanąć na wysokości zadania, co napełniło Marcusa złośliwym zadowoleniem. Ostatecznie jednak i on wytrysnął ze słyszalnym jękiem ulgi. Jeszcze większa ulga odmalowała się na twarzy jednej z służek. Najprawdopodobniej to ona odpowiadała za gotowość pana szlachetnej krwi.
     Wreszcie przyszła kolej na sir Adriana. Tym razem księżna powstała z kolan, podczas gdy dawny pan Trzecie przeciwnie, opadł na nie, popchnięty przez Olgę. Na skinienie księżnej gwardzistka smagnęła starego arystokratę biczem, zmuszając, by legł na podłodze. Nie było to jakieś szczególnie silne czy złośliwe uderzenie, miało raczej podziałać na emocje sir Adriana. Czy istotnie podziałało, trudno było w tej pozycji ocenić.
     Lady Berengaria odepchnęła byłego czy może nadal aktualnego małżonka.
     - Odwróć go na plecy! - rozkazała Oldze.
     Ta, w sposób bardziej tym razem zdecydowany, wykonała polecenie wspierając w bok arystokraty obutą stopę. Zabiegi te okazały się o tyle skuteczne, że penis sir Adriana ukazał się teraz w pobudzonej postaci. Księżna skonstatowała to z zadowoleniem i bez zwłoki opadła na biodra pana Trzeciego.
     - Ruszaj do galopu!
     Nie czekając na wykonanie rozkazu, sama zaczęła ujeżdżać wierzchowca. Nie do końca zadowolona z efektów, skinęła na Olgę, która smagnęła biczem stopy sir Adriana. Wyraźnie podskoczył z głośnym jękiem, ale pożądanych efektów nadal to nie przyniosło. Być może postać jego własnej córki, przybrana przez wiedźmę, stanowiła jednak przeszkodę.
     - Jeszcze raz! - poleciła wiedźma. - Nie mam czasu na strojenie się, takie czy inne, więc bicz musi wystarczyć.
     - Dostojna Pani, jeśli pozwolisz... Przyszedł mi do głowy lepszy pomysł. - Gwardzistka ośmieliła się zaoponować.
     - Rób co uważasz, byle wreszcie oddał moc.
     Olga wsparła podeszwę wysokiego buta na gardle arystokraty, rzemieniem biczyska drażniła twarz. Po chwili wsunęła w usta sir Adriana wąski, metalicznie zakończony obcas. Marcusa nie zdziwiło szczególnie, że posłusznie i bez oporu rozsunął wargi, a następnie zdawał się ssać narzędzie swego zniewolenia i upokorzenia.
     - Masz natychmiast usłużyć naszej pani, najdostojniejszej księżnej Siedmiu Bram! Natychmiast, nędzny sługo!
     Sir Adrian przymknął oczy i wykonał chyba zadanie, bo na twarzy wiedźmy pojawił się wyraz zadowolenia.
     Po chwili powstała z podłogi, a Olga cofnęła stopę z twarzy pana Trzeciego.
     - Wybacz mi, Bereniko, wybacz mi Berengario – wyszeptał ledwie słyszalnie.
     - Dziękuję wam, moi panowie. Każdy z was uczynił to, co do was należało, na miarę swoich możliwości. I nie zapominajmy o sir Lucjuszu. Wybaczcie mi teraz, oczekują mnie sprawy nie cierpiące zwłoki. Ach, jeszcze pewien drobiazg. Powstańcie, proszę.
     Sir Olgierd uczynił to już wcześniej, obecnie dołączyli doń wyraźnie wyczerpani i nadal osłabieni sir Roger oraz sir Waldemar. Wiedźma uwolniła też Marcusa, by wygramolił się z balii. Skutemu sir Adrianowi pomogła Olga.
     Księżna sięgnęła po przyniesioną do namiotu szkatułkę i wydobyła z niej ochraniacz.
     - Ty pierwszy, sir Marcusie.
     Zdążył się już odzwyczaić, jakie to uczucie. Odzwyczaił się, ale nie zapomniał. Wiedźma szybko mu przypomniała, sprawnie nakładając znienawidzone pierścienie. A jednak, tym razem pojawił się pewien nowy szczegół. Rozpoznał sploty, których użyła! Rozpoznał i potrafiłby zapewne powtórzyć sztukę ich zasupłania! Cóż z tego jednak, skoro jego moc nie działała wobec czarów Lady Berengarii. Ona sama w żaden sposób nie ujawniła, że jest świadoma nowej wiedzy Marcusa, może nie zdawała sobie z niej sprawy? Nie zwlekając, zajęła się kolejno sir Olgierdem oraz dawnymi małżonkami, zostawiając na koniec sir Adriana. Po chwili wszyscy nosili już swoje obręcze, a Marcus również i teraz rozpoznał zastosowane sploty.
     - Zajmijcie się szlachetnie urodzonymi panami i zapewnijcie im wszelkie wygody, dostępne na tych pustkowiach. – Księżna wydała rozkazy służkom. - Ja wyruszam przeciwko barbarzyńcom. Spodziewam się, że skończę z nimi przed zmierzchem. Panowie, życzcie mi zwycięstwa i oczekujcie rychłego powrotu.
     Otuliła się futrem i zabierając pustą zapewne szkatułkę opuściła namiot, a Marcus przeklął w duchu zarówno swoją nieskuteczną moc jak i jeszcze bardziej bezużyteczną wiedzę, która w niczym nie mogła pomóc ani jemu samemu, ani tym, których kochał.

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 4968 słów i 28869 znaków.

3 komentarze

 
  • Leszek

    Mam nadzieję to nie koniec mistrzu ?

  • nefer

    @Leszek Jeszcze kilka scen przewidziałem, przychodzą też do głowy kolejne. Wszystko to zamierzam opisać, chociaż koniec już niedaleko. Kiedyś zresztą skończyć wypada.
    Dzięki za wpis i pozdrawiam.

  • papcio

    Opowiadanie jak zawsze super, tylko przerwy strasznie długie.

  • nefer

    @papcio Wybaczcie, bywa, że nie daję rady wstawiać częściej.
    dzięki za wizytę i pozdrawiam.

  • emeryt

    @nefer, co prawda, to już od dłuższego czasu wspominasz o zakończeniu tej powieści, lecz sądzę że jeszcze kilka odcinków uda się Tobie wykreować. A poza tym to ten odcinek napisałeś wspaniale. Co prawda, to długo na niego musiałem czekać, lecz rozumiem że proza obowiązków dnia codziennego mają pierwszeństwo. Dziękuję Tobie za ten odcinek i serdecznie pozdrawiam.

  • nefer

    @emeryt Kilka scen jeszcze przewidziałem.  ;) Prawda, czasu brakuje, ale postaram się wstawiać kolejne odcinki częściej. Dzięki za wizytę i życzę zdrowia.