Nowy Świat Czarownic, cz. 57

Wyruszyli pomimo zbliżającego się już zmierzchu. Nie najlepsza pora na zimową wyprawę, ale Marcus wolał nie ryzykować. Wiedźma również potrafiła podróżować pomimo zimowej, niepewnej pogody, mogła też przesłać w jakiś sposób wieści i rozkazy załodze zamku. W tym drugim przypadku zdołałby zapewne uciec, posługując się mocą,  ale pojawienie się samej Lady Berengarii oznaczałoby katastrofę. Chciał jeszcze tej nocy oddalić się od Złotej Bramy, a przynajmniej przebyć przełęcz i ominąć wysunięte posterunki. Posługując się ostrożnie żywiołami powietrza i wody powstrzymywał nawrót śnieżycy, przecierał też z pewnym wyprzedzeniem szlak, usuwając zawczasu najgorsze zaspy. Dzięki temu posuwali się szybko i jeszcze przed północą opuścili górskie przejście, wkraczając na ziemie barbarzyńców. Jakiś czas później Marcus zezwolił na rozbicie obozu. Nie zapomniał o zasypaniu przebytej drogi, przed normalną pogonią mógł więc czuć się bezpiecznie. Gdyby ścigała go osobiście wiedźma, wtedy i tak nie miałby w obecnej chwili żadnych szans. Pozostawało liczyć na łaskawy uśmiech Dobrej Bogini oraz zaabsorbowanie Lady Berengarii porządkowaniem armii i przejmowaniem władzy. O świecie musieli ruszać dalej. Pozostawała jednak do załatwienia jeszcze jedna sprawa. Żołnierze eskorty zorientowali się już, w jakim kierunku podąża niewielki oddział. Dosiadając Demona chłopak wezwał dowodzącego strażą dziesiętnika.
     - Tu się rozstaniemy – oznajmił podoficerowi - Wracajcie do zamku, pomimo śniegu powinniście dotrzeć przed zmrokiem przynajmniej do strażnicy na przełęczy.
     - A ty, panie?
     - Ja ruszam dalej.
     - Nie możemy cię zostawić, sir Lucjusza również.
     - To rozkaz! Poradzę sobie ze wszystkim.
     - Nie możemy was zostawić.
     - Masz słuszność, dziesiętniku! - wtrącił się do rozmowy Lucjusz. - Ale ja nie chcę jechać dalej, zabierz mnie z powrotem do Złotej Bramy.
     Marcus zaklął w duchu. Powtarzał się dylemat z pamiętnej wyprawy na niedoszłe spotkanie z Aurorą. Nie zamierzał ciągnąć żołnierzy do osady barbarzyńców i musiał się ich pozbyć, zwłaszcza po nieproszonej interwencji pana Trzeciego, ale nie chciał po prostu zabijać, ogniem czy w inny sposób. Podobnie jak wówczas, pozostawało użycie żywiołów powietrza i wody, już wcześniej przygotował odpowiednie sploty. Tym razem nie uda się chyba uniknąć podejrzeń, że posłużył się magią, ale nie dbał już o takie szczegóły. Posiadając siłę, wiedzę i doświadczenie zesłał nagły atak śnieżycy, skierowany przede wszystkim na zbrojnych z Siedmiu Bram. Oberwało się również sir Lucjuszowi i więźniom, bo chłopak nie był jednak w stanie aż tak precyzyjnie kierować  zawieruchą, ale nie w aż tak porażającej sile. Pana Trzeciego obezwładnił za to czarem unieruchomienia, poganiając jednocześnie jego wierzchowca. Podjechali razem ku przygotowanej do drogi kolumnie barbarzyńców.
     - Zabieram was do waszych ludzi i zamierzam uwolnić, ruszajcie za mną!
     Okrzyk Marcusa porwały porywy wiatru, a może otępiali długotrwałą niewolą więźniowie nie potrafili zdobyć się na żadne działanie. Nieważne, ich konie powiązano w szereg, wystarczyło więc zmusić do ruchu pierwszego, by pozostałe podążyły jego śladem. Podobnie postąpił z kolumną dźwigających juki z zapasami luzaków. Nie zdołałby utrzymać długo aż tak precyzyjnej kontroli nad śnieżycą i zwierzętami, gdy tylko oddalili się od smaganych wichrem żołnierzy mógł jednak poprzestać na ogólnym wzmaganiu zawieruchy przy zachowaniu wolnej drogi przed własną grupą. Po pewnym czasie zaprzestał zresztą zsyłania kolejnych tumanów śniegu. Zasypani do cna strażnicy stracą dużo czasu, zanim zdołają wygrzebać się spod zwałów białego puchu i zorganizować w zdolny do działania oddział wojska. Liczył, że odnajdą się wszyscy, a następnie podejmą rozsądną decyzję zaprzestania pościgu i powrotu do zamku. Nie mieli zresztą żadnych szans, by sprostać władającemu mocą przeciwnikowi i nawet Lady Berengaria nie mogła wziąć im tego za złe. Oczywiście, o ile nie będą szerzyli plotek o tym, co rzekomo spotkało ich na dzikich, śnieżnych pustkowiach. Spodziewał się, że wiedźma ma jeszcze wobec niego własne plany, a ujawnienie magicznych umiejętności pierwszego małżonka również i jej samej nie będzie na rękę.
     Tymczasem miał na głowie inne sprawy. Gdy ustabilizował już sploty żywiołów i dziwny orszak poruszał się sprawnie, bez konieczności skupiania całej uwagi Marcusa, podjechał do sir Lucjusza.
     - Co ze mną zrobiłeś? - spytał gniewnie więzień.
     - Unieruchomiłem cię splotami powietrza. - Nie widział już potrzeby dalszego ukrywania posiadanych umiejętności.
     - Musisz znać zaklęcia mocy! Ale skąd... Oczywiście, nauczyła cię lady Berenika. - Lucjusz nie okazał się głupcem.
     - Tak, tak właśnie uczyniła. - Nie zamierzał wchodzić we wszystkie szczegóły.
     - To sprzeczne z wszelkimi zasadami! - wyrzucił z siebie pan Trzeci. - Nie powinienem krytykować własnej pani i małżonki ale to... Nie ujdzie jej to płazem. Damy Królestwa nie pozwolą na coś takiego. Tobie również nie!
     - Być może, teraz jednak mamy wszyscy inne problemy.
     - Właśnie! Dlaczego wleczesz mnie przez śniegi do tych dzikusów? I jeszcze w takim pośpiechu? Nie wierzę, aby to nasza pani wydała takie rozkazy. Chociaż, po tym, gdy nauczyła cię władać mocą, wszystkiego można się po niej spodziewać.
     - Tym niemniej, nadal pozostaje naszą panią i małżonką, a my winniśmy jej posłuszeństwo. Ty również, sir Lucjuszu z Siedmiu Bram, trzeci mężu szlachetnej księżnej Bereniki. Winien jesteś lojalność własnej żonie, a nie matce. Od chwili, gdy oddała cię Berenice w ceremonii zaślubin. A tymczasem, potajemnie przekazywałeś wiadomości lady Lawinii, chociaż wystąpiła przeciwko naszej pani oraz Siedmiu Bramom.
     - Nie zdradzałem żadnych tajemnic, prosiłem tylko o radę.
     - Radę, w jaki sposób wkraść się w łaski małżonki oraz do jej łoża. A ostatnio użaliłeś się na tę podróż do dzikich barbarzyńców, czyż nie?
     - Owszem, jeśli już o tym mówimy. To nie miejsce dla szlachetnie urodzonych panów.
     - Nie ty będziesz o tym decydował. Nie chcę jednak wlec cię niczym więźnia, jak sam się wyraziłeś. Mógłbym, ale to kłopotliwe. Proponuję układ, uwolnię cię, a ty nie będziesz próbował ucieczki i odbędziesz resztę podróży na tyle wygodnie, na ile to możliwe.
     - Dlaczego miałbym zgodzić się na coś takiego?
     - Spójrz, gdzie jesteśmy. Bez użycia magicznej siły nikt z nas nie przeżyje tej podróży, a ty nie zdołasz już wrócić samotnie do zamku. Ci tutaj, owszem, potrafią posługiwać się magią, ale pozbawiono ich niedawno mocy, a gromadzą ją powoli. Nie ufam im do końca i wolałem się zabezpieczyć. Tylko ja chronię nas wszystkich przed zimnem i śniegiem.
     - A mnie ufasz?
     - Nie we wszystkim, ale wierzę, że nie okażesz się głupcem. Nie będziesz próbował uciekać, ani nie wbijesz mi noża w plecy. Nie przeżyłbyś w tej zawierusze nawet jednego dnia. Musisz teraz jechać ze mną, a potem może interwencje lady Lawinii odniosą skutek i księżna zechce sprowadzić cię z powrotem. A barbarzyńcy nie tacy straszni, sam się przekonałem. Kto wie, czy i tobie się u nich nie spodoba?
     - Nie sądzę, sir Marcusie.
     - Przyjmujesz moje warunki?
     - Tak, przyjmuję - wyrzucił niechętnie Lucjusz.
     Chłopak uwolnił pana Trzeciego od krępujących splotów mocy i pozwolił na swobodne powodowanie koniem. Oczywiście, swobodne na tyle, na ile pozwalała wolna od śniegu i wichru bańka powietrza kontrolowana przez Marcusa. Sam mógł teraz zająć się barbarzyńcami. Powtórzył, że zamierza odprowadzić ich w ojczyste strony i uwolnić. Przyjęli to z niedowierzającym powątpiewaniem, widzieli jednak przecież, że orszak zmierza na północ. Pojęli też bez zdziwienia, że Marcus posługuje się magią i tylko on chroni ich wszystkich przed śmiertelnym uściskiem zimy. Okazało się, że jeden z więźniów pochodził z klanu tana Arnolda i znał nawet niegdyś Aurorę, jeszcze jako dorastające dziecko. Chłopak zdjął również sploty ograniczające swobodę poruszania się Ludzi Północy, mimo wszystko ufając ich słowu bardziej niż zapewnieniom sir Lucjusza. Nie rezygnując z zachowania czujności chłopak mógł wreszcie nieco się odprężyć, ciągłe użycie wielu splotów mocy okazywało się wyczerpujące. Musiał też kiedyś spać, a zresztą potrzebował tych ludzi do rozbijania obozowisk, przygotowywania posiłków i zajmowania się końmi, a w tym wszystkim trudno było raczej liczyć na pomoc pana Trzeciego.
     Reszta dziesięciodniowej podróży przebiegła w miarę spokojnie. Wyczerpany zachowywaniem nieustannej czujności Marcus odczuwał jednak zmęczenie i ucieszył się, gdy dotarli na skraj znajomej równiny, z pamiętnym strumieniem oraz poturbowanym przez żywioły dębem. Tylko potężne drzewo górowało obecnie nad zaspami pokrywającymi zamarzniętą strugę oraz kości Orła. Rozbili obóz i spędzili noc pod osłoną lasu, ranek powitał niedobraną kompanię słonecznym blaskiem. W ciągu nocy chłopak użył mocy, by odmienić pogodę. Wydobył przechowywany starannie bukiet nadpalonych stokrotek, który w tym samym miejscu pozostawiła niegdyś dla niego Aurora i wręczył każdemu z barbarzyńców po jednym, wolnym od śladów ognia kwiatków.
     - Ruszajcie do grodu tana Arnolda, rządzi tam teraz jego córka, pani Aurora. Powiedzcie jej, że dobro zawsze powraca, a zło i nienawiść służą tylko naszym wspólnym wrogom. Sir Marcus z Siedmiu Bram czeka tu, aby raz jeszcze prosić o pomoc i udowodnić prawdziwość tych słów.
     Odjechali, odprowadzani wzrokiem obydwu szlachetnie urodzonych panów z Królestwa.
     - Kim jest ta Aurora? - spytał sir Lucjusz.
     - To przywódczyni tutejszego klanu barbarzyńców i moja przyjaciółka. A przynajmniej mam taką nadzieję, w obydwu sprawach.
     - Przyjechaliśmy tutaj, aby prosić o pomoc jakąś barbarzyńską księżniczkę?
     - Nie lubi, gdy nazywać ją księżniczką, chociaż musi mieć w żyłach szlachetną krew, ponieważ potrafi posługiwać się magią. I tak, potrzebujemy pomocy Aurory. Przede wszystkim, potrzebuje jej lady Berenika. Ty również odegrasz w tym ważną rolę, dlatego cię tutaj sprowadziłem.
     - Nie wierzę, żebyś zrobił to na jej rozkaz. I nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mogłoby to pomóc naszej pani, naszej prawdziwej pani. Bo zaczynam wątpić w twoją lojalność, panie pierwszy mężu księżnej Bereniki z Siedmiu Bram.
     - Przekonasz się w swoim czasie, panie Trzeci. Tymczasem nie masz innego wyjścia, jak czekać. Ja zresztą także – dodał w myślach.
     Czekali dwa kolejne dni. Na wszelki wypadek Marcus ponownie sprowadził złą pogodę, otaczając obóz zawieruchą. To ostudzi wszelkie pomysły sir Lucjusza, a Aurora poradzi sobie z każdą śnieżycą, w kierowaniu pogodą, zwłaszcza zimową, barbarzyńcy okazywali dużą biegłość. Nie zdziwił się więc, gdy drugiego popołudnia powiał łagodniejszy wiatr, a przez pękającą pokrywę chmur przebiły się promienie słońca, oświetlające pokrytą śniegiem równinę. Wyczuł, oczywiście sploty mocy, ale nie zamierzał przeszkadzać Aurorze, o ile to ona odmieniła pogodę. Zachował czujność w obawie, że mógłby szukać go w złych zamiarach jakiś inny władca magii, porzucił jednak obawy, gdy ujrzał samotną sylwetkę wynurzającą się z przeciwległej ściany lasu i podążającą powoli ku samotnemu dębowi. Polecił sir Lucjuszowi, by schronił się w jednym z namiotów i na wszelki wypadek unieruchomił żywiołem powietrza, po czym dosiadł Demona i ruszył naprzeciw. Tak, w odzianej w futra postaci rozpoznał dosiadającą Stokrotkę Aurorę. To, że wybrała właśnie tę klacz uznał za dobrą wróżbę. Podjechał do drzewa i zeskoczył z konia, dziewczyna pozostała w siodle. Wyczuwał, że otoczyła się gotowymi do użycia splotami żywiołów.
     - Dziękuję, że  przybyłaś, Auroro.
     Zamierzasz urządzić kolejną próbę przejażdżki na Demonie? W przeciwieństwie do pań i gwardzistek z Południa nie jestem zbyt wprawna w dosiadaniu koni i z pewnością nie podołam takiemu wyzwaniu. A może chcesz i mnie spalić ogniem?
     - Widzę, że zabezpieczyłaś się mocą żywiołów, ale nie używasz czaru zmiany postaci. I to nie ja spaliłem tana Arnolda.
     - Powtarzasz się, taką wiadomość przesłałeś już przez jeńców wziętych w bitwie. Nabrałeś nowego zwyczaju uwalniania pojmanych Ludzi Północy? I każdemu z nich ofiarowujesz na drogę stokrotkę, oto dowód dziwactwa szlachetnie urodzonych z Południa. Chociaż tym razem musiałaby dać na to zgodę twoja pani, księżna Berenika.
     - Uczyniłem to sam. Berenika, prawdziwa Berenika, wpadła ponownie w ręce wiedźmy, a ja musiałem uciekać. Waszych ludzi zabrałem ze sobą.
     - W jaki sposób zdołała was pokonać? Z twoją siłą oraz wiedzą szlachetnie urodzonej małżonki? A i ty coś tam przecież wiesz o magii.
     - Tylko dzięki tobie, Auroro. Oszukała nas, to długa i skomplikowana historia. Ona zna się na działaniu mocy lepiej niż my wszyscy razem wzięci i wykorzystała to. A także nasz egoizm oraz głupotę, moją i Bereniki.
     Przypominając o swojej roli nauczycielki, nie zarzuciła tym razem Marcusowi zamordowania jej ojca. Czy tylko z mimowolnej ciekawości, czy może nie była już do końca przekonana o winie chłopaka? Podszedł do nadal dosiadającej końskiego grzbietu dziewczyny i padając na kolana podał wyciągniętą z zza pazuchy wiązkę nadpalonych stokrotek.
     - Oto prawdziwe dziwactwo szlachetnie urodzonego pana z Południa, składa w pokrytej śniegiem dziczy zgodny z najlepszym wychowaniem hołd barbarzyńskiej księżniczce, która nie cierpi, gdy nazywać ją księżniczką, ale ofiarowuje tylko bukiet starych, polnych kwiatków.
     - Jesteś niemożliwy, sir Marcusie z Królestwa.
     Roześmiała się mimo woli i przyjęła dar. Zmarszczyła jednak brwi, widząc ślady po ogniu. To była decydująca chwila. Rzuciła bukiecik na wiatr, stokrotki rozsypały się na śniegu.
     - Nie chcę wierzyć, że mogłeś spalić mojego ojca. Ale widziałam to na własne oczy!
     - Widziałaś kulę ognia, która go spopieliła. To nie ja ją posłałem, to ukrywająca się w lesie wiedźma!
     Zeskoczyła z siodła i chwyciła w dłonie twarz chłopaka. Poczuł chłód przylegającego do jej rękawic śniegu.
     - Udowodnij to! Nie wierzę, że to byłeś ty, ale potrzebuję dowodu!
     - Nie potrafię, mogę tylko prosić, żebyś jednak uwierzyła. Mogę okazać, że ufam ci i oddam się w twoje ręce. Jeśli zechcesz, możesz wtedy dokonać zemsty.
     - Wstań wreszcie. - Silnym szarpnięciem podniosła Marcusa z kolan. - To nie żaden z bogatych dworów Południa, gdzie damy i panowie bawią się w takie gry. Tu chodzi o lojalność, zaufanie i zdradę, jak sam powiedziałeś. O życie i śmierć.
     - Tam, na Południu, chodzi dokładnie o to samo. A te zabawy to tylko zasłona, mająca zamaskować walkę o władzę. Wiedźma nie cofnie się przed niczym, dowiedziałem się o niej strasznych rzeczy. Ona znowu więzi Berenikę i zabije ją zaraz po tym, gdy tylko urodzi córkę. Mam pewien pomysł, ale musisz mi pomóc. Musisz pomóc nam wszystkim, bo pozostając u władzy, lady Berengaria na pewno będzie kontynuowała wojnę i najazdy.
     - A o nasze dziecko nawet nie zapytałeś, Marcusie?
     - Mam nadzieję, że wszystko w porządku, z tobą i z nim? - Zaskoczony, tylko na tyle zdołał się zdobyć.
     - Ech, mężczyźni. - Aurora ponownie natarła mu twarz śniegiem. - Tak, oboje mamy się dobrze. A Ragnega jednak nie otrzymała swojej nagrody, nie urodzi syna ani córki z twojej krwi.
     - To nie jest moja wina, wina albo zasługa. - Darował sobie nasuwającą się odpowiedź „Eh, kobiety.”
     - Wiem, Marcusie. A skoro już mowa o zaufaniu, to w jaki właściwie sposób zamierzasz dowieść swojej dobrej woli i sprawić, żebym ci zaufała?
     - Wiesz dobrze, w jaki... Pozbywając się mocy, oddając ją tobie, a siebie w twoje ręce.
     - Nie potrzebuję takich dowodów.
     - To dlaczego tu przyjechałaś?
     - Sama nie wiem. W końcu chciałam chyba otrzymać stokrotki bezpośrednio od ciebie. Potrafisz być uparty.
     - Robi się późno, może zechcesz jednak odebrać ten dowód zaufania?
     - Tutaj, w śniegu?
     - A dlaczego nie? Potrafię ogrzać wystarczająco dużo miejsca i nie potrzebuję do tego namiotu. - Nie chciał kochać się z Aurorą w bezpośrednim sąsiedztwie pozostającego w obozowisku Lucjusza, przynajmniej jeszcze nie teraz. - Sądziłem, że barbarzyńcy to twardzi ludzie, gotowi parzyć się choćby w przeręblu.
     - Jeszcze zobaczymy, kto jest tutaj prawdziwym człowiekiem śniegu, a kto mięczakiem i pałacowym pieskiem z Południa.
     - Ostatnio awansowałaś mnie na mastiffa.
     - Bierz się więc do roboty i pokaż, co potrafisz, niezdarny uczniu.
     Tym razem cisnęła mu w twarz garść śniegu używając żywiołu powietrza. Nie dał się zaskoczyć i stworzył na czas ochronną barierę. Rozszerzył ją następnie, osłaniając oboje przed zimnem i wiatrem. Ogrzał nieco powietrze, pamiętając jednak, by nie roztopić śniegu wewnątrz ochronnej bańki. Ostatecznie, nie chciał przecież kochać się z Aurorą w czymś przypominającym przerębel. Dziewczyna zdjęła tymczasem futro i rozścieliła je na grubej warstwie białego puchu. Pomagali sobie wzajemnie przy zdejmowaniu zimowej odzieży, w końcu stanęli nadzy, chronieni tylko magiczną barierą przed narastającym na zewnątrz mrozem. Niecodzienny widok wśród zimowego pustkowia. Objęli się i opadli na przygotowane przez dziewczynę posłanie. Złączyli się ustami, poszukał dłonią sutków Aurory, pieszcząc je na zmianę palcami. Ona sięgnęła od razu po penisa, zaciskając uchwyt i drażniąc przyrodzenie chłopaka posuwistymi ruchami. Fallus stwardniał niemal natychmiast.
     - Wolniej, moja pani. - Jęknął, przesuwając wolną dłoń ku jej dolinie rozkoszy i wyczuwając dopiero zaczątki wilgoci.
     - Chcę jak najszybciej otrzymać ten dowód zaufania, pamiętasz?
     Wzmocniła tempo, wzbudzając znajome drgnięcie żaru w trzewiach chłopaka. Żar ten narastał i wzbierał razem z kolejnymi poczynaniami dziewczyny, która uchwyciła też zębami płatek ucha Marcusa. On sam także przyspieszył, kwiat jej rozkoszy ślizgał się między opuszkami palców, w końcu zdołał pochwycić go niczym płochliwego ptaka i nie pozwolił już na ucieczkę. Ale nadal przegrywał, czy też zwyciężał w tych zawodach, zależy jak na to spojrzeć. Bo żar stał się uczuciem przemożnym, pochłaniającym wszystko inne, jeszcze chwila i przebije się na zewnątrz, tryskając gorącą lawą. Nie potrafił już zatrzymać tego przypływu i w tej chwili wcale zresztą tego nie pragnął. Aurora wyczuła właściwy moment, puściła fallusa, sięgając ręką gdzieś w bok i jednocześnie mocno przygryzła ucho chłopaka. Zanim zdążył jęknąć z bólu, poczuł na przyrodzeniu nagły, lodowaty chłód. Dziewczyna nabrała wolną dłonią śniegu i wcierała go teraz w rozpalone genitalia kochanka. Szarpnięcie głową przyniosło tylko nowy paroksyzm w uwięzionym płatku ucha. Uwolniła jednak w końcu zdobycz i wspaniałomyślnie przyłożyła do cierpiącego miejsca garść zimnego, na wpół stopionego śniegu, którym ostudziła uprzednio przedwczesne zapały chłopaka. Ulga w obydwu wrażliwych miejscach okazała się prawdziwie oszałamiająca.
     - Mimo wszystko, nie spiesz się aż tak bardzo, książę. Mogę trochę poczekać z tymi dowodami twojego zaufania, ale sam nie przestawaj, proszę.
     - Nie wiem, czy to tobie można w czymkolwiek zaufać, barbarzyńska księżniczko.
     - Ogień i woda, czyż pan mocy powinien lękać się żywiołów?
     - Może jednak należało poddać cię tej próbie przejażdżki na Demonie?
     - Wolę inną jazdę, mój książę.
     Ujmując fallusa wolną od śniegu i ciepłą dłonią sprawiła, iż pomimo niedawnej, lodowatej przygody, nie utracił na długo twardości. Uniosła się i zgodnie z zapowiedzią dosiadła chłopaka, pomagając mu wsunąć penisa w miejsce, w którym znalazł wreszcie bezpieczne, wilgotne ciepło.
     - A teraz ruszaj, skoro tylko przejażdżki ci w głowie!
     Nie dał sobie tego powtarzać i podjął energiczną pracę biodrami, do której również Aurora dostosowała rytm własnej jazdy w siodle. Okazało się, że wygnany chwilowo lodem i śniegiem żar wcale nie wygasł, ukrył się tylko w głębinach, z których obecnie wypływał równie szybko jak poprzednio. Jeszcze kilka kilka chwil galopady i amazonka wydała z siebie okrzyk rozkoszy, po czym pochyliła się i ponownie chwyciła Marcusa za uszy, podczas gdy jej ciałem targały dreszcze. On również nie utrzymał ognia pod kontrolą i tryskał lawą, dodając własne jęki do spazmatycznych oddechów dziewczyny. Znajome ssanie i nieuchronne osłabienie potwierdziło dokonujące się przekazanie mocy. Na nowo poczuł lodowate zimno, gdy zniknęła chroniąca ich miłosne gniazdo niewidzialna bariera.
     - Widzisz, wygrałam! - zawołała Aurora, puszczając uszy Marcusa i triumfalnie wyrzucając ręce w górę. - Wygrałam wyścig jazdy konnej z najlepszym jeźdźcem Królestwa!
     - Tak, moja pani. Dowiodłaś swoich umiejętności ponad wszelką wątpliwość. - Poczuł kąsające nagie ciało, lodowate podmuchy wiatru. - Ale teraz przywróć, proszę, osłonę.
     - Wcale nie jest mi zimno, sir Marcusie, wręcz przeciwnie, płonę od żaru, który ofiarowałeś.
     - Ale ja umieram z chłodu, księżniczko.
     - Widzisz, nie muszę nawet używać ognia, by wywrzeć zemstę. Wystarczą śnieg, lód i wiatr naszej północnej krainy.
     - Raz jeszcze nabrała białego puchu i zasypała nim twarz chłopaka. Osłabiony, nie potrafił się temu sprzeciwić, ani też wydostać spod dosiadu, którym nadal unieruchamiała jego biodra. Poczuł lekkie drgnienie niepokoju.
     - Przecież tego właśnie chciałeś, po to tutaj przybyłeś, po to słałeś moich ludzi z zaproszeniami. Aby udowodnić swoją niewinność, oddając moc i stając przede mną bezbronnym. - Kolejna porcja śniegu spała na głowę Marcusa, zakrywając usta i uniemożliwiając odpowiedź. - A raczej leżąc, ściśle rzecz biorąc.
     Nie potrafiła jednak odgrywać dłużej przyjętej roli i ostatnie słowa zakończyła szczerym wybuchem śmiechu. Zmiotła biały puch z twarzy chłopaka i wpiła się wargami w jego usta. Przynajmniej w tym miejscu poczuł przypływ gorąca. Po długiej, naprawdę długiej chwili, w trakcie której szaleńczo zmagały się ich języki, przerwała pocałunek i uczynionym od niechcenia splotem powietrza postawiła własną osłonę przed wiatrem, mrozem oraz śniegiem. Chłopak wyczuł to zarówno rozpoznając sploty żywiołu, jak i korzystając z błogosławionej ulgi od najgorszego zimna.
     - Tak, wierzę ci Marcusie. Wierzę, że to nie ty zabiłeś mojego ojca. Może oślepia mnie sympatia dla ciebie, ale morderca nie zdobyłby się na złożenie takiego dowodu wobec nieobliczalnej, barbarzyńskiej czarownicy. A teraz wstawaj wreszcie i ubierz się, bo nie zamierzam tracić z twojego powodu zbyt wiele mocy. - Powstała i sama rozejrzała się za porzuconym odzieniem.
     - Moja moc odradza się ostatnio szybciej niż niegdyś. - Drżąc nadal z chłodu, pospiesznie nakładał fragmenty garderoby.
     - Ale jeszcze nie w tej chwili. Skoro takiś pewny siebie, to zdejmę ochronę.
     - Powstrzymaj się, proszę. Wygrałaś. - Na znak poddania uniósł ręce. - W tej chwili zamarzłbym tutaj bez ciebie.
     - W takim razie ruszajmy. Może zaprosisz mnie do swojego obozowiska? Trochę już za późno, żeby wracać po nocy do grodu.
     - Oczywiście, jedźmy.
     W tej chwili przypomniał sobie jeszcze o czymś. Skoro po utracie mocy nie był w stanie utrzymać osłony przed zimnem, rozpadły się też więzy powietrza, którymi unieruchomił sir Lucjusza. Miał nadzieję, że nie wykorzystał on tej okazji, by uczynić coś głupiego.
     - Jedźmy tym bardziej, że chciałbym ci kogoś przedstawić.
     - Wiem już, że przywiozłeś ze sobą jeszcze jednego, szlachetnie urodzonego pana.
     - To sir Lucjusz, mój brat i towarzysz w małżeństwie z lady Bereniką.
     - Ciekawe macie zwyczaje na tym waszym cywilizowanym Południu, bo nie wyczuwam szczególnie braterskich uczuć w twoim tonie głosu.
     - Istotnie, nie darzymy się z sir Lucjuszem wielką przyjaźnią.
     - To po co go tutaj przywiozłeś?
     - Bez niego nie zdołamy pokonać wiedźmy. Odgrywa wielką rolę w moich planach i zmusiłem go do tej wyprawy, ale będę też potrzebował twojej i nie tylko twojej pomocy.
     - Pomogę, na ile tylko zdołam.
     - To może okazać się niełatwe i wymagać ofiar.
     - Poniosłam już wiele ofiar, podobnie jak i mój lud. Ale co z tym Lucjuszem? Jak skłonisz go do udziału w twoich planach, skoro niezbyt się lubicie i przybył tu pod przymusem?
     - Znajdę sposób, by zmusić go również do innych rzeczy. Ale teraz ruszajmy do obozu.

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 4423 słów i 25344 znaków.

5 komentarzy

 
  • Almach99

    Marcus ma zostac drugi raz ojcem. Rozkreca sie chlopak.
    Mnie bardziej ciekawi czy tez czasem Lucjusz nie skorzystal z okazji by uciec.
    Inna sprawa, to od pierwszych odcinkow nie daje mi spokoju kwestia "barbarzyncow". To w wiekszosci nie sa dzicy mieszkancy obszarow poza cywilizacja. Sa niezle zorganizowani, mowia tym samym jezykiem.

  • nefer

    @Almach99 Termin "barbarzyńca" wprowadzili do obiegu starożytni Grecy, nazywając tak wszystkich, którzy nie byli Hellenami i nie przynależeli do greckiej kultury. Czyli po prostu wszystkich obcych, niekoniecznie przedstawicieli ludów prymitywnych. Później przejęli go Rzymianie, na oznaczenie tych, którzy pozostają poza zasięgiem władzy i wpływów rzymskich. Nadano temu terminowi znaczenie negatywne (dzikusy, prymitywy), chociaż niekoniecznie odpowiadało to prawdzie. Posiadali często własne struktury społeczne i polityczne, rozwiniętą obyczajowość, własną kulturę, może mniej wyrafinowaną, ale jak najbardziej obecną. I ostatecznie, to ci "barbarzyńcy" obalili państwo rzymskie, okazali się przy tym zdolni do przejęcia różnych elementów jego dziedzictwa i stworzyli na gruzach Imperium Romanum system, w którym żyjemy po dziś dzień. Mniej więcej tak postrzegam barbarzyńców z tej opowieści. Mniej wyrafinowani niż mieszkańcy Królestwa, ale bynajmniej nie prymitywni.
    Pozdrawiam

  • Choc

    Jestem,jak zwykle pod wrażeniem.
    Znowu zamąciłeś we wszystkim.
    Ale , to wychodzi tylko na dobre,opowiadaniu.

  • nefer

    @Choc Lubie skomplikowane fabuly. 😉

  • ham57

    ja mam tylko jedno pytanie kim jest pan drugi

  • nefer

    @ham57 Hej. Wspominano o nim tu i tam. To małżonek Bereniki (formalnie), ktorego faktycznie poślubiła wiedźma i bierze od niego moc. To krewny nieslawnej pamięci sir Oswalda.

  • emeryt

    @nefer, opowiadanie wspaniale napisane, jednak Marcus udał się na północ. Nie sądziłem że to zrealizuje. Ale takie było życzenie autora, dziękuję Tobie za ten odcinek. A ja zacząłem przypuszczać że  zacznie wykorzystywać bardziej szare komórki niż zawodną moc. Życzę Tobie dużo, dużo zdrowia, nie zapominam też o twojej Pierwszej Czytelniczce, życząc dużo zdrówka oraz samych pogodnych dni.

  • nefer

    @emeryt Masz pelna racje co do tego, ze moc potrafi okazać sie zawodna, zwlaszcza, gdy ktos jest zbyt pewny siebie. Magię musi wspierać rozum. Do tej pory zwykle gotowała w tym wiedźma, dysponująca tez o wiele wieksza wiedza. Ale Marcus udał sie na Północ m. in. dlatego, ze tez ma obecnie większą wiedze i chce to wykorzystać. Bez rozumu i podstępu nie wygra.
    Pozdrawiam i rowniez zdrowia zycze.

  • emeryt

    @nefer, częściowo masz rację: magię musi wspierać rozum. Lecz ja bym to zamienił miejscami: rozum powinna i musi wspierać magia, oczywiście porządna porcja szczęścia jest również potrzebna, jak też łaskawość Bogini. Pozdrawiam i również zdrowia życzę.

  • AnonimS

    Krótkie ale treściwe. Sir Marcus przekonał Aurorę. Ciekawe co dalej. Pozdrawiam

  • nefer

    @AnonimS W sumie, to ona chciala dac sie przekonać.
    Dzięki za wizyte i pozdrawiam.