Nowy Świat Czarownic, cz. 49

- Co o tym wszystkim myślisz, Marcusie?
     - Nie wiem, Bereniko. Naprawdę nie wiem. Jestem jednak przekonany, że sir Adrian mówi prawdę. Jego historia za bardzo przypomina moją własną. Przypomina naszą wspólną historię.
     - Ty również zostałeś poślubiony przez pierścień, przybyła po ciebie wiedźma i ostatecznie uległeś jej wdziękom, usługiwałeś w łożu oraz oddawałeś moc, zanim nawet zdążyliśmy się spotkać.
     - A potem ty dopomagałaś jej w kontynuowaniu oszukańczej gry. Już wtedy, gdy się poznaliśmy.
     - Zostawmy te wzajemne wyrzuty Marcusie, przejrzałeś oszustwo i potrafiłeś się sprzeciwić.
     - Tylko dzięki temu, że to ty odmówiłaś współpracy, ukochana, ofiarowałaś mi czar ognia...
     Chłopak objął Berenikę, która chciwie poszukała wsparcia.
     - Ona chciała, żebym urodziła córkę... Jak pani i żona sir Adriana... A potem najpewniej  zabiła prawdziwą lady Berengarię. Masz rację, stanowiła zbyt wielkie zagrożenie, żeby zostawić ją przy życiu. Mnie także gotowała podobny koniec, bo ja również nie zgodziłabym się służyć wiedźmie. Wiedźmie, którą przez całe lata miałam za matkę... A ona zabijała własne córki, wnuczki, prawnuczki, może od wielu pokoleń...
     - Jeżeli nawet, to tym razem jej plan się nie powiódł, jesteś bezpieczna, zasiadasz na tronie Siedmiu Bram, a ona ukrywa się w jakiejś głuszy. Oboje znamy magię, dysponujemy potężną mocą, nie potrafi nam zagrozić, wszyscy jesteśmy bezpieczni. - Wzmocnił uścisk.
     - Jeszcze nie! Jeszcze nie, Marcusie. - Dziewczyna uwolniła się z objęć. - Prawdziwa Berengaria również posiadała moc i znała się na czarach, ale podobno jej magia w starciu z wiedźmą nie zadziałała. Musimy dowiedzieć się, dlaczego.
     - Chyba mogę się tego domyślić, Bereniko.
     - Przecież nie dlatego, że ta cała Beatrycze była zapewne jej matką, babką albo prababką. Ja również walczyłam z wiedźmą i moje czary okazały się skuteczne, sam widziałeś. A jestem córką Berengarii...
     - Nie, to nie ten powód. Liczy się to, od kogo pochodzi moc. Od kogo brałaś ją ty i od kogo miała ją wcześniej prawdziwa Berengaria.
     - Mnie moc dałeś ty sam, a Berengaria czerpała od sir Adriana oraz od tamtych dwóch, Waldemara i Rogera.
     - Właśnie, sir Adrian... W czym opowieść pana Trzeciego najbardziej uderzająco przypomina naszą, a zwłaszcza moją własną historię?
     - W tym, że oboje zostaliście poślubieni przez pierścień i sama księżna Siedmiu Bram pofatygowała się osobiście, aby dopełnić ceremonii.
     - Tak, nawet do odległego Archipelagu. A co najważniejsze, przed formalnymi zaślubinami zażądała przeprowadzenia tej próby zdolności ofiarowywania mocy.
     - Czyli, mówiąc wprost, zażądała, abyście obydwaj usłużyli jej w łożu i oddali magiczną siłę razem z nasieniem.
     Dokładnie tak. Dlaczego zależało jej na tym tak bardzo, że odbywała te wszystkie podróże, nawet do księstwa Archipelagu? Bo nie wątpię, że przybywała w tym właśnie celu. Aby zostać pierwszą szlachetnie urodzoną panią, pierwszą czarownicą, która weźmie moc i nasienie od dorastającego, błękitnokrwistego młodzieńca.
     - Myślisz, że to może coś oznaczać? Że to dawało jej jakąś władzę nad jego mocą? Nad twoją mocą?
     - Tak właśnie uważam. Fałszywej Berengarii oraz równie może fałszywej Beatrycze za bardzo na tym zależało. Wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo. To musi być ważne.
     - Sądzisz, że uzyskiwała w ten sposób jakąś odporność na moc mężczyzny, od którego jako pierwsza pani szlachetnej krwi tę magiczną siłę przejęła?
     - To tylko przypuszczenie, ale zdaje się pasować do wszystkiego, co wiemy. I tłumaczyłoby też, dlaczego dawni czarodzieje-mężczyźni tak łatwo utracili władzę. Mieli o wiele więcej słabości, niż wszyscy dotąd przypuszczali.
     - Ale byli jeszcze sir Waldemar i sir Roger...
     - W stosownym czasie księżna Beatrycze odwiedziła zapewne również hrabstwo Samotnej Wieży oraz księstwo Zachodnich Rozstajów. A panowie Pierwszy i Drugi wydawali się zawsze bardzo oddani fałszywej Berengarii. Twoja matka, prawdziwa lady Berengaria, może i brała od nich moc, ale niczego to raczej nie zmieniło.
     - Nie, jednak się mylisz, Marcusie! - wykrzyknęła triumfalnie Berenika, dostrzegając lukę w rozumowaniu chłopaka. - W takim razie twoja moc również nie zadziałałaby przeciwko wiedźmie. A przecież użyłam jej skutecznie, ty sam również, podczas bitwy o ten barbarzyński gródek. Nie mówiąc już o tej całej Aurorze. Przecież brała siłę właśnie od ciebie.
     - Bereniko... Właśnie to, o czym mówisz, najbardziej potwierdza moje podejrzenia. Bo Berengaria, to znaczy wiedźma, nie była jednak pierwszą panią szlachetnej krwi, której oddałem moc...
     - Co chcesz przez to powiedzieć, Marcusie?
     - Zaraz po tym, gdy stałem się do tego zdolny, ale zanim jeszcze matka nałożyła mi po raz pierwszy ochraniacz, w tę noc odwiedziła mnie w sypialni dziewczyna...
     - A ty natychmiast, z ochotą, wciągnąłeś ją do łoża?
     - To nie odbyło się akurat w ten sposób, ale nieważne... Liczy się to, że ostatecznie napełniłem ją nasieniem i mocą. Tak, mocą również. Przybrała postać Anity, jednej z służących na zamku margrabiny. Znałem ją od dawna, matka przydzieliła Anitę do mojej służby. Ale musiała być szlachetnie urodzoną, poczułem ssanie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale teraz wiem. Czuję  to szczególne ssanie zawsze, gdy oddaję magiczną siłę pani błękitnej krwi. Tobie, fałszywej Berengarii, Aurorze...
     - A skąd możesz znać różnicę?
     - Wiesz, że mogę...
     - Sudrun... A może jeszcze ktoś?
     - Nie... Ale to nie ma znaczenia. Wtedy też poczułem, chociaż udawała zwykłą służącą z ludu.
     - Mów dalej.
     - Lady Berengaria coś wyczuła, domagała się wyjaśnień, domagała się imienia tej pani szlachetnej krwi, bardzo jej na tym zależało. A ja... Ja pomyślałem, że zostałem oszukany, oszukany przez Anitę. Chciałem pomóc potraktowanej niesprawiedliwie dziewczynie, a jej chodziło tylko o moją moc... I podałem imię oraz nazwę folwarku, do którego zesłała ją moja matka. Byłem głupcem, może Bogini się nade mną zlituje...
     - Założę się, że wiedźma już jej tam nie znalazła. Ta nieznana czarownica dostała to, czego chciała i zniknęła. Oddała nam zresztą obojgu przysługę.
     - Nie do końca zniknęła. Słudzy wiedźmy znaleźli jednak na tym folwarku Anitę. Prawdziwą Anitę, zwyczajną dziewczynę z ludu. Znaleźli i porwali. Berengaria sprowadziła ją na zamek i oddała szalonemu sir Oswaldowi. A ten zamordował Anitę na moich oczach, przy wydatnej pomocy księżnej. Zaprzeczała, by to ona uwiodła mnie tamtej nocy, błagała o pomoc, a ja nie potrafiłem nic zrobić... Nie potrafiłem... Opowiadałem ci o tym. To dlatego później, w podobnej sytuacji, pomogłem Aurorze. Nie mogłem po raz drugi przyglądać się czemuś takiemu obojętnie...
     Tym razem to Berenika objęła chłopaka.
     - Przynajmniej w tym mogę cię zrozumieć, Marcusie.
     - Wiedźma zarzuciła mi kłamstwo i oświadczyła, że płaci za nie właśnie nieszczęsna Anita. Bo to nie ona skradła mój pierwszy wytrysk mocy, okazała się przecież tylko zwykłą dziewczyną z ludu. A ja nie miałem o niczym pojęcia. Ale i tak wydałem ją na śmierć.
     - Jeżeli to nie była ta Anita, to ktoś musiał podszyć się pod nią tylko tamtej nocy, jakaś pani szlachetnej krwi. O ile masz rację, to ona też musiała wiedzieć o tym ograniczeniu skuteczności magicznej siły i z jakiegoś powodu chciała zabezpieczyć się przed twoją.
     - Albo może dać nam szansę, przede wszystkim dać szansę tobie, Bereniko. Bo jeżeli przypuszczamy słusznie, to tylko dzięki niej moja moc okazuje się skuteczna wobec wiedźmy.
     - W takim razie, dlaczego księżna zdecydowała się jednak na dopełnienie naszego małżeństwa?
     - Może zależało jej za bardzo na mojej sile? Podobno jest wyjątkowa, wszyscy to powtarzają.
     - Pochlebiasz sobie, mój pierwszy panie i mężu. - Berenika na wpół żartobliwie uderzyła go dłonią w tors. - A powtarzają wszystkie te damy i barbarzyńskie księżniczki, którym usługiwałeś w łożu.
     - Sama możesz ocenić najlepiej, porównując moją moc z siłą tego Lucjusza – odparował.
     - Może i coś w tym jest – dodała, kończąc krótką sprzeczkę. - Ale w takim razie, wiedźma tym bardziej powinna trzymać cię z daleka od Siedmiu Bram i zerwać zaręczyny pod pierwszym lepszym pretekstem, choćby takim, że spisałeś się niewystarczająco dobrze.
     - Może okazała się zbyt pewna siebie, może liczyła, że wszystko da się takim czy innym sposobem odmienić, bo nie przypadkiem tak bardzo interesowała się nie tylko osobą tej pani szlachetnej krwi, ale i miejscem jej pobytu. Z jakiegoś powodu poleciła odszukać i porwać Anitę. Przecież nie tylko dlatego, żeby dostarczyć rozrywki sir Oswaldowi, a mnie ukarać.
     - Myślisz, że śmierć tej pierwszej czarownicy mogłaby przenieść domniemaną władzę nad mocą na kolejną, której służyłeś w łożu? Na samą rzekomą Berengarię?
     - Nie wiem. Oboje za mało o tym wszystkim wiemy, a nie mamy możliwości przeprowadzenia w tej sprawie eksperymentów. Zresztą, wcale bym ich nie chciał.
     - W tej chwili niczego więcej nie wymyślimy. To i tak tylko przypuszczenia. Ale jeżeli są trafne, to tymczasem wiedźma nie zdoła nam zagrozić. Chyba, że znajdzie i zabije tę tajemniczą czarodziejkę. O ile masz rację. I pozostaje pytanie, kim ona naprawdę była?
     - Może lepiej, żebyśmy nigdy się tego nie dowiedzieli? Podobnie jak lady Berengaria?
     - Może i tak... - odparła bez przekonania Berenika. - Ale teraz mamy jeszcze jedną, pilniejszą sprawę. Przeszukując ukryte lochy zamku odkryłam kilku szczególnych więźniów. A właściwie, wskazały ich Edyta i Olga, które od czasu do czasu zajmowały się również nimi. W specyficzny sposób. Większość z nich to barbarzyńcy, dzikusy z Północy, pojmani przez wiedźmę podczas poprzednich wypraw.
     - Tak, mówiono mi o tym. To ludzie obdarzeni mocą, chociaż rozmytej i słabej krwi. Tanowie i przywódcy klanów musieli ich wydawać, by kupić pokój. Znali różne czary, których wiedźma zawsze pożądała i które potrafiła z nich wydusić.
     - Nie tylko czary. Mocą również nie gardziła i też ją brała, chociaż gromadzą magiczną siłę powoli. To dlatego zostawiła ich przy życiu, przynajmniej niektórych.
     - Nie obawiała się ich, skoro potrafią posługiwać się magią?
     - Zbierają moc powoli. Wiedźma przejmowała ją od nich zanim zdążyli zgromadzić jej na tyle, by w jakikolwiek sposób zagrozić pani Siedmiu Bram. Miała też inne sposoby, chodźmy, to sam się przekonasz.
     Po dłuższym krążeniu krętymi przejściami, lochy zamku zdawały się nie mieć końca, dotarli do kolejnego ich odgałęzienia. Wrota otwarł tym razem zwyczajny strażnik. Wewnątrz znaleźli  kolejny korytarz oraz około dwudziestu odrębnych cel z zakratowanymi drzwiami. Tym razem nie było mowy o żadnych luksusach, świetlikach, dywanach czy księgach. Płomienie lamp i pochodni oświetlały proste, niewyszukane sprzęty, prycze, dzbany z wodą, wiadra dla załatwiania osobistych potrzeb. Mniej więcej połowa pomieszczeń pozostawała pusta. W innych Marcus dostrzegł postacie mężczyzn w różnym wieku, przeważnie starszych. Niektórzy leżeli apatycznie na siennikach, kilku przylgnęło jednak do krat zamykających drzwi, wpijając się w nie twarzami i obejmując uchwytem bezsilnie zaciśniętych dłoni. Dzięki temu Marcus mógł się dokładnie przyjrzeć tym nieszczęśnikom. Istotnie, wyglądali na barbarzyńców. Wskazywały na to rysy twarzy, upodobanie do długich włosów i zarostu, wreszcie dzikie zachowanie. Na widok wkraczającej do lochu Bereniki przynajmniej dwaj spośród szarpiących kraty wydali głośne okrzyki.
     - Ja też! Ja też chcę! Zebrałem dużo mocy. Przysięgam, jeszcze chwila i rozwalę tę norę! - przekrzykiwali jeden drugiego.
     Strażnik od niechcenia smagnął biczem po drzwiach obydwu cel. Odskoczyli i zamilkli.
     - Wybacz, Szlachetna Pani. Są dzisiaj pobudzeni.
     - Co tu się dzieje, Bereniko?
     - Nie pojmujesz? Sam zobacz.
     Zobaczył, a raczej najpierw usłyszał. Gdy tylko umilkły przeraźliwe wrzaski tamtych dwóch, uszu Marcusa dobiegły inne odgłosy. Tym razem nie pozostawiające miejsca na żadne wątpliwości okrzyki przeżywającego rozkosz mężczyzny.
     - Tak, tak! Więcej, szybciej! Już już, szybciej!
     Podeszli do ostatniego z zakratowanych pomieszczeń. Widok wydał się dziwnie znajomy. Stosunkowo młody wiekiem, pozbawiony górnej części odzienia barbarzyńca leżał na pryczy z opuszczonymi spodniami, dosiadany przez Olgę, która ujeżdżała go z zapałem wprawnej amazonki. - „Niczym Lady Berengaria w najlepszej formie.” - Pomyślał chłopak. Wrażenie to potęgował zwykły strój gwardzistki, przeznaczony zazwyczaj dla pobudzania emocji sir Adriana: lekki, skórzany pancerz i wysokie buty. Może tutaj również się sprawdzał? A może po prostu nie miała ochoty tracić czasu na zmianę odzienia? Przynajmniej nie używała bicza ani szpicruty, zadowalając się ruchami bioder i wpijając dłonie w uszy więźnia. Obok stali jeszcze dwaj strażnicy, przytrzymujący nadgarstki barbarzyńcy. Z nogami wierzgającego entuzjastycznie wierzchowca, skrępowanymi na wpół opuszczonymi spodniami, amazonka radziła sobie sama dzięki zdecydowanemu dosiadowi. W celi znajdowała się jeszcze Edyta, z zainteresowaniem przyglądająca się poczynaniom koleżanki.
     - Ja już, już! Błagam, szybciej!- zawył więzień.
     - Jeszcze nie pozwoliłam!
     Olga puściła uszy dzikusa i odzianymi w skórę palcami brutalnie szarpnęła za jego sutki. Wykorzystał okazję, by unieść głowę i spróbował sięgnąć ustami opadających włosów kobiety. Marcus nie był pewien, czy z zamiarem ucałowania ich, czy może zaciśnięcia zębów i przyciągnięcia twarzy gwardzistki. Tak czy inaczej, nie dostał szansy ani na jedno, ani na drugie. Amazonka uderzyła silnie otwartą dłonią, odrzucając te niewczesne zaloty.
     - Teraz, teraz możesz! Tryskaj, głupcze! Aaaachhh!
     Okrzyk pani Olgi przeszedł w jęk rozkoszy, zawtórowały mu równie entuzjastyczne odgłosy zadowolenia rumaka. Jeszcze przez jakiś czas oboje zgodnie pracowali biodrami, powoli zwalniając rytm. Wreszcie kobieta zakończyła przejażdżkę i zręcznie zsunęła się z ciała wierzchowca. Ten leżał bezsilnie, ciężko oddychając. Olga poprawiła i obciągnęła dolną krawędź skórzanego pancerza.
     - Z tym tutaj będziemy mieli na jakiś czas spokój, Szlachetna Pani – zameldowała, dostrzegając obecność młodej księżnej. - Poradzimy sobie z nimi wszystkimi, bez obawy.
     - Nie wątpię. Róbcie, co trzeba.
     Strażnicy uwolnili ręce więźnia, po czym cała czwórka gwardzistów opuściła celę, starannie zamykając i zabezpieczając drzwi. Barbarzyńca nadal tkwił bez ruchu na swojej pryczy
     - Teraz moja kolej – przypomniała o sobie Edyta. - Mamy jeszcze jednego, który mógłby okazać się niebezpieczny, gdyby mu na to pozwolić.
     - Masz na myśli tego młodego Edgara? To chyba twój ulubieniec.
     - Nie taki on już młody. Ale ale, słyszę, że zapamiętałaś jego imię?
     - Bo ostatnim razem wykrzykiwałaś je, gdy tryskał nasieniem.
     - No proszę, a ja zdążyłam zapomnieć.
     Obydwie kobiety roześmiały się, dając wyraźny dowód, że wymieniając się docinkami tylko żartowały.
     - Jeśli pozwolisz, Szlachetna Pani? - spytała Edyta.
     - Róbcie, co trzeba – powtórzyła Berenika.
     Gwardzistka podeszła do drzwi jednej z cel, której lokator leżał spokojnie na sienniku.
     - Edgarze, jak słyszysz, zapamiętałam jednak twoje imię. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie traktować cię niczym krnąbrnego wierzchowca, który przypadł w udziale pani Oldze?
     - Przecież wiesz, że nie mam wyboru – odparł ponuro więzień.
     - Ale nie musisz zabierać się do tego niczym skazaniec. Postaraj się znaleźć w tym wszystkim odrobinę przyjemności. Widziałeś tamtych dwóch? Z radością znaleźliby się na twoim miejscu, ale muszą jeszcze poczekać. Długo poczekać, nawet, jeżeli nikt nie ma ochoty w jakikolwiek sposób ryzykować.
     - Wy nigdy niczym nie ryzykujecie, dobrze o tym wiesz. Gdybym tylko dostał więcej czasu...
     - Wiem, Edgarze, rozwaliłbyś tę norę. Dlatego właśnie zajmujemy się tobą tak często. No, bądź grzecznym chłopcem i wyskakuj z tych łachów. Może będę dla ciebie miła, bo chyba naprawdę trochę cię lubię. Przecież dobrze wiesz, że nie musimy robić tego osobiście, ani ja, ani pani Olga.
     Więzień bez słowa zaczął ściągać ubranie, a strażniczka odszukała klucz od jego celi i otworzyła zamek.
     - Oczywiście, miejcie na niego oko. - Gwardzistka rzuciła ten rozkaz kolegom.
     - Jak zawsze, Edyto.
     - Czy musimy na to wszytko patrzeć? - zapytał Marcus, domyślając się, co za chwilę nastąpi.
     - Właściwie, niekoniecznie. Miałam wprawdzie inne plany, ale to może trochę poczekać. Edyta i Olga powinny wykonać swoje obowiązki na czas, to bardzo ważne. Ale nie zapomnijcie o sir Adrianie, dopytywał się już o was obydwie.
     - Jak rozkażesz, Dostojna Pani. Dotrzymujemy towarzystwa szlachetnemu panu z przyjemnością. Szanuje nas niczym prawdziwe damy, nie to, co ci tutaj.
     - Wy też macie traktować go odpowiednio do urodzenia i pozycji. Nawet, jeżeli zechce akurat wylizać wasze buty. Które powinnyście oczyścić zawczasu z zebranego tutaj łajna. Czy to jasne?
     - Oczywiście, Pani.
     - Chodźmy więc stąd, Marcusie. To nie jest odpowiednia pora na nasze zamiary.
     - Mieliśmy jakieś plany wobec tych nieszczęśników? - spytał chłopak gdy znaleźli się już za drzwiami.
     - Owszem. Wiedźma sprowadziła ich tutaj, żeby wydostać wiedzę o czarach, które posiadali. A potem pozwoliła żyć, aby czerpać moc, którą gromadzą. Ja również, my oboje, powinniśmy poznać te czary. Wprawdzie zdążyłam ich już przepytać i pokazali mi to i owo, ale może nie wszystko? Może wiedzą coś więcej? O magii przedłużania życia albo o przyczynach odporności wiedźmy na rzucane przeciw niej zaklęcia? Trzeba ich przycisnąć, a jeśli trzeba, to poddać torturom.
     - Nie mówisz chyba poważnie?
     - Jak najbardziej poważnie. Musimy wiedzieć to samo, co wiedźma. Ale to nie jest odpowiednia chwila. Najsilniejsi z nich zgromadzili zbyt dużo mocy, abyśmy mieli ryzykować. A po spotkaniu z Edytą albo Olgą tę moc stracą i nawet gdyby chcieli, nie zdołają nam niczego pokazać. Trzeba poczekać przynajmniej kilka dni, będą wtedy nadal słabi i niegroźni, ale zdolni do magicznego przekazania swojej wiedzy.
     - Rozumiem, że gwardzistki zmuszają ich regularnie do oddawania mocy, by nie mogli tych swoich czarów użyć?
     - Tak. Z tego, co opowiadały, zazwyczaj czyniła to sama wiedźma, w końcu tylko dlatego pozwalała im żyć. Ale wyruszając na wojnę, pozostawiła to zadanie Edycie i Oldze. A one wykonują swoje obowiązki bez zarzutu. I tak naprawdę, to wcale nie trzeba nikogo do niczego zmuszać. Niektórzy z tych dzikusów są młodsi i silniejsi, dlatego wymagają częstszych zabiegów.
     - A wiedźma nie nałożyła im ochraniaczy... Wszystko przewidziała i zaplanowała.
     - W przypadku naszych dzikusów ochraniacze przeszkadzałyby jedynie w pozbawianiu ich magicznej siły wtedy, gdy sami uznamy, że należy to uczynić. A zebranej mocy użyliby zapewne przeciwko nam. Gdyby tylko im na to pozwolić.
     - Jak zdążyłem się dowiedzieć, mężczyzna traci całą posiadaną moc z każdym wytryskiem. Nie potrzeba do tego nawet kobiety.
     - Ale tak idzie to szybciej, pewniej i skuteczniej. Po co ryzykować? A Olga i Edyta nie mają nic przeciwko temu. W końcu sir Adrian to zupełnie inny przypadek i nie zdoła usłużyć im w pełni, jak może by tego chciały.
     - Nie zna żadnych czarów, a ochraniacz nie pozwala mu na wytrysk i oddawanie magicznej siły nikomu poza wiedźmą - zauważył gorzko Marcus.
     - One obydwie dbają o niego i chyba naprawdę polubiły. Nie będę żałowała im odrobiny rozrywki, zwłaszcza, gdy odpowiada to naszym celom. Ci dwaj, którymi zajęły się dzisiaj, wydają się najbardziej obiecujący, jeśli chodzi o moc, a może również i posiadaną wiedzę. Gwardzistki przygotują ich na właściwą rozmowę za kilka dni. Porozmawiamy zresztą z wszystkimi.
     - Naprawdę chcesz ponownie przesłuchiwać tych nieszczęśników, nawet poddać torturom?
     - Bez szczególnej przyjemności, jeśli o to ci chodzi. Ale muszę mieć pewność, że niczego nie zataili i nauczyli nas tych samych czarów, które poznała wiedźma.
     - To nie jest dobry pomysł, Bereniko. Proszę, zaniechaj tych planów.
     - A to dlaczego? To tylko dzikusy, z którymi walczymy od pokoleń.
     - Z którymi od pokoleń walczyła wiedźma. Głównie po to, by wydzierać im wiedzę, której zdajesz się tak pożądać. Chcesz ją naśladować? Staniesz się taka sama jak ona. I może nawet... - ugryzł się w język.
     - Co nawet? - Wyraz zrozumienia ujawnił się na twarzy Bereniki. - Nie, mój pierwszy panie i małżonku. Coś ci obiecałam i ta obietnica obejmuje również tych barbarzyńców. A księżna Siedmiu Bram zawsze dotrzymuje słowa.
     - Kiedyś już to słyszałem... Proszę, zrezygnuj z tego przesłuchania i tortur. Można ich wykorzystać z o wiele większym pożytkiem. Mocy i tak mają niewiele, dam ci jej dużo więcej, zawsze, gdy tylko zechcesz. I nie musisz niczego obiecywać, ufam ci całkowicie... - Objął dziewczynę ramionami. - Proszę, okaż wspaniałomyślność. Oni i tak nie ukrywają zapewne żadnych wielkich tajemnic. Gdyby któryś znał jakieś ważne czary, wiedźma na pewno nie zostawiłaby go przy życiu. Przecież nie ryzykowałaby możliwości ich ujawnienia dla tej odrobiny mocy, którą gromadzą ci barbarzyńcy. I nie więziłaby wszystkich w jednym miejscu, jeszcze podzieliliby się tymi rzekomymi, niebezpiecznymi zaklęciami.
     - Może i coś w tym jest...
     - Podejrzewam, że tych, którzy posiadali i przekazali naprawdę istotne zaklęcia, zaraz potem zabiła. A ty możesz okazać wspaniałomyślność. Postąpić inaczej. Przecież nie chcesz chyba kontynuować tej wojny? Zwłaszcza przy pomocy lady Lawinii? Uwolnienie tych nieszczęśników mogłoby stać się dobrym wstępem do trwałego pokoju. Możesz to obecnie uczynić po największym w dziejach zwycięstwie nad Ludem Północy. Twoim zwycięstwie.
     - Tak naprawdę, wcale nie było moje! Nie musisz mi o tym przypominać, gdy tylko dopuściłam cię do spraw państwowych i obiecałam wysłuchiwać twoich rad.
     - Nieważne, czyje. W oczach wszystkich i tak pozostanie twoje. A pokój stałby się jeszcze większym triumfem. Triumfem nad okrucieństwem wiedźmy.
     - Wymagasz ode mnie zbyt wiele, Marcusie.
     - Bereniko...
     - Zastanowię się. Nic więcej nie mogę ci obiecać, ale zastanowię się. Nich to ci na razie wystarczy.
     - Jak rozkażesz, pani i małżonko. Jak rozkażesz, księżno Siedmiu Bram.
     - Marcusie... - Teraz to ona wzmocniła uścisk. - To nie tak. Wiesz, że nie o to mi chodzi. Ale to trudne, naprawdę trudne. Muszę to przemyśleć. Nazwałeś mnie księżną, a pani Siedmiu Bram zawsze dotrzymuje słowa. Ale też nigdy nie daje go pochopnie. Czy to ci wystarczy, ukochany?
     - Tak, Dostojna Pani. - Ujrzał zawód w jej oczach, ale zanim przerodził się w coś więcej, dodał pospiesznie. - Tak, Bereniko. Przyjmuję to, co możesz w tej chwili obiecać.
     Miał ochotę zakończyć tę dyskusję pocałunkiem, wydało mu się, że ona również, ale to nie był właściwa chwila. Rozmawiali o sprawach zbyt ważnych, by pocałunek mógł o czymkolwiek zadecydować.

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 4276 słów i 23956 znaków.

5 komentarzy

 
  • Almach99

    Pieknie. Troche to skomplikowane.

  • nefer

    @Almach99 Lubię zagmatwane fabuły, mam nadzieję, że jednak zarazem logiczne.
    Pozdrawiam

  • Ckm

    Kiedy czesc dalsza??

  • nefer

    @Ckm Pisze się, ale wymaga jeszcze doszlifowania.
    Pozdrawiam i zapraszam

  • Kylie

    A będzie dalszy ciąg?
    Czekam z niecierpliwością
    Gratuluję pomysłu i talentu
    Pozdrawiam

  • nefer

    @Kylie Staram się kontynuować tę powieść, na ile czas i wena pozwalają. Ostatnio idzie to wolniej niż poprzednio, ale zamierzam doprowadzić historię do końca. Tymczasem, jeśli zainteresowała Cię moja pisanina, zapraszam do innych utworów zamieszczonych na Lol: powieści "Pani Dwóch Krajów" (akcja osadzona w starożytnym Egipcie) oraz cyklu powiązanych ze sobą opowiadań "Sługa Płomieni" (fantasy w świecie równoległym, przypominającym wczesne średniowiecze). Dzięki za wpis i pozdrawiam.

  • AnonimS

    Jak zwykle mnożysz tropy i niewiele odkrywasz a mimo to.akcja posuwa się  naprzód.  Przewidzenie ruchów wiedżmy jest dla nich konieczne , jeśli  chcą utrzymać władzę  i życie. Jak widać wiedźma  potrzebowała dużo więcej mocy niż lady Berenika . Podejrxewam, ze duzą jej ilość zużywała na kamuflaż i zmiany postaci . Myślę  że zdobywanie niewolników dysponujących mocą, było głównym.celem  wypraw na ziemie barbarzyńców .  Poizdrawiam

  • nefer

    @AnonimS Bardzo trafne uwagi, dopełniające logicznie zamysł autora. Istotnie. podtrzymywanie czaru "długiego żyycia" oraz kamuflaż postaci (to drugie praktykują prawie wszystkie damy z Królestwa, zwłaszcza w bardziej dojrzałym wieku - ułatwia to zadanie Berengarii, bo tłumaczy towarzyszącą jej stale magiczną aurę, a zrywanie czarów "upiększających" przez inną osobę uchodzi za najwyższy nietakt i obrazę - ale wiedźma musi zużywać o wiele więcej mocy) wymaga stałego, obfitego dopływu magicznej siły. To dlatego ostatecznie zaryzykowała i zdecydowała się "poślubić" Marcusa (pomimo pewnych niedogodności). A ciągła wojna z Ludem Północy (tłumaczona rzekomymi najazdami barbarzyńców) miała istotnie na celu zdobywanie obdarzonych magicznym potencjałem niewolników, z których można wydobyć zarówno wiedzę, jak i samą moc.
    Pozdrawiam.

  • emeryt

    @nefer, dzięki za kolejny odcinek. Co prawda, to spodziewałem się jak by rozwinięcia poprzedniego odcinka, a właściwie jego dalszego ciągu, lecz zawsze to przyjemne przeczytać dalszy kawałek tej wspaniałej opowieści. Przesyłam najserdeczniejsze podziękowania i pozdrowienia.

  • nefer

    @emeryt W sumie, to jest rozwinięcie poprzedniego odcinka, bezpośrednio do niego nawiązujące. Przynajmniej, tak to odbieram. Pojawiają się pewne wyjaśnienia dotyczące wydarzeń z przeszłości oraz, oczywiście, nowe zagadki.
    Ja również dziękuję za zainteresowanie i pozdrawiam.