Nowy Świat Czarownic, cz. 43

     Zgodnie z przewidywaniami Marcusa narada przebiegła bez większych problemów. Chłopak towarzyszył Sudrun, co ściągnęło kilka zdziwionych spojrzeń, ale nikt nie ośmielił się sprzeciwić czy zadawać pytań. Plotki o tym, że nowa księżna darzy prawdziwą miłością i faworyzuje swojego pierwszego małżonka zdążyły się już rozejść, znajdując nowe potwierdzenie.
     - Moi panowie – oświadczyła rzekoma Berenika. - Po śmierci matki próbowałam zawrzeć rozejm z tymi barbarzyńcami. Udało się dzięki temu uwolnić porwanego sir Marcusa, ale te dzikusy po raz kolejny złamały wstępne układy. Jak donoszą zwiadowcy, sprowadzili nową hordę i zamierzają wydać nam bitwę. Nie mamy innego wyjścia i przyjmiemy ich godnie. Może to i lepiej, wypada bowiem pomścić śmierć lady Berengarii. Siły wroga można oszacować na jakieś siedem, osiem tysięcy wojowników, dwa razy liczniejsze od naszych. Nasi żołnierze są jednak lepiej wyszkoleni i uzbrojeni, mamy przewagę dyscypliny oraz dysponujemy jazdą, której tamci prawie wcale nie posiadają. To powinno zapewnić nam przewagę. Jedyny problem może stanowić ich magia.
     - Ale nie teraz, gdy odzyskałaś małżonka, pani, gdy dysponujesz pełnią sił – zauważył jeden z oficerów.
     Marcus pomyślał, że przemowy Lady Berengarii zapewne żaden z nich nie ośmieliłby się przerwać. Armia musiała odczuwać niejaką nerwowość po poprzednim, nieudanym magicznym starciu. Nawet oficerowie potrzebowali poczucia siły i pewności, pewności, że nowa księżna poradzi sobie z każdym przeciwnikiem. Sudrun też chyba to zrozumiała, znała przecież nastroje szeregowych żołnierzy.
     - Oczywiście, mając przy sobie sir Marcusa pokonam każdego barbarzyńskiego maga czy wiedźmę, których zdołają sprowadzić. Wiadomo przynajmniej o dwóch czarownicach w ich obozie. Ostatnio jedna z nich zdołała zaskoczyć moją matkę zebraną przez siebie mocą. To się już nie powtórzy, możecie być pewni.
     - Nikt nie wątpi w twoją potęgę, Milady. Siedem Bram zwycięży, jak zawsze.
     - Tym niemniej, będę zmuszona skupić się na walce magicznej i nie mogę dowodzić osobiście w polu. Dlatego powierzam to zadanie tobie, generale Haroldzie. Jak wiem, dobrze spisałeś się jako dowódca wschodniej kolumny. Liczę na twoje umiejętności i oddanie.
     - Nie zawiedziesz się, pani. - Jeden z obecnych mężczyzn zasalutował, uderzając pięścią w tors okryty nabijaną metalem skórą. - Przypuszczam, że barbarzyńcy, nie mając godnej tego miana jazdy, zajmą pozycje obronne na jakimś wzgórzu, chroniąc się za murem tarcz. Nie będzie łatwo ich stamtąd wykurzyć, ale poradzimy sobie, z twoją pomocą, Milady.
     - Zrobię co w mojej mocy. - Sudrun jakby się zawahała. - Tym razem nie możemy jednak liczyć na wyraźną przewagę w sferze mocy. Barbarzyńcy nie są bezbronni. Osłonię naszych żołnierzy, to gwarantuję, ale resztę będą musieli zapewne zrobić sami.
     Marcus przyjął te słowa z ulgą. Stawianie osłony, nawet dla zbrojnych z Siedmiu Bram, to jedna sprawa. Uderzanie ogniem albo innymi żywiołami w ludzi Aurory i Arnolda, a choćby i tych z klanu Srebrnego Lisa, to co innego. Mimo wszystko, nie chciał stać się kimś takim, jak dawni czarownicy z legend.
     - Nasi żołnierze są lepiej wyszkoleni, poradzimy sobie – powtórzył generał.
     - Pozostaje jeszcze jedna sprawa, trzeba zapewnić ochronę sir Marcusowi. Nie możemy pozwolić sobie na jego ponowną utratę.
     - Wyznaczę najlepszych ludzi i zostanie bezpiecznie na tyłach – zapewnił Harold.
     Chłopaka zdumiał ten nagły zwrot rozmowy, przecież ustalili coś innego! I przecież tak naprawdę, to on miał walczyć przy użyciu mocy. Dopiero po chwili pojął, ku czemu zmierza rzekoma Berenika.
     - Szlachetna pani i małżonko, pozwól, bym stanął u twojego boku i chociaż przyglądał się bitwie!
     - To niemożliwe, sir Marcusie. Dobrze wiesz, że błękitnokwiści panowie trzymają się z daleka od walki. To odwieczny zwyczaj.
     - Dostojna Pani, proszę o tę łaskę. To będzie wielka bitwa! Barbarzyńcy jeszcze nigdy nie wystąpili w polu z taką siłą. O tym triumfie Siedmiu Bram bardowie ułożą pieśni. Oczywiście, to ty odniesiesz zwycięstwo, ale chciałbym, by choć o mnie wspomnieli. Wspomnieli, że u twego boku stał pierwszy małżonek. Proszę!
     - To zbyt niebezpieczne, Marcusie.
     - Bereniko, błagam, pozwól mi ujrzeć twój triumf na własne oczy. I gdzież będę bezpieczniejszy niż przy tobie, potężnej władczyni mocy?
     - Marcusie...
     - Szlachetna Pani, błagam, pozwól mi sobie towarzyszyć. Błagam o tę łaskę jako twój wierny poddany i małżonek.
     Rozpędziwszy się w swoich prośbach, upadł przed Sudrun na kolana. Nie przyzwyczajona do takich sytuacji, dziewczyna okazała zakłopotanie. Czy aby nie przesadził? Jednak nie, niepewny uśmiech rzekomej księżnej wszyscy obecni uznali za przejaw jej uczuć, a te ostatnie za powód, który sprawił, że zmieniła zdanie.
     - Dobrze, sir Marcusie, skoro aż tak bardzo ci na tym zależy.
     - Dziękuję, Bereniko!
     Kończąc przedstawienie, poszukał ustami jej dłoni. Miał wrażenie, że odsunęła ją w końcu i nakazała mu wstać równie niechętnie jak wówczas, gdy witali się na granicy obozu. To też nie umknęło zapewne uwagi obecnych, wzmacniało jednak wrażenie, że oto zauroczona dziewczyna uległa prośbom ukochanego.
     - Skoro to mamy ustalone, to zajmijmy się porządkiem marszu i rozmieszczeniem naszych oddziałów.
     Dalszy ciąg narady przybrał postać nudnego omawiania szczegółów. Sudrun zostawiła tutaj dużo swobody oficerom i nie wtrącała się do ich dyskusji, akceptując tylko podjęte decyzje. Marcus nie miał pojęcia, czy jej szkolenie obejmowało kwestie strategii i staczania bitew, ostatecznie służyła uprzednio jako zwykła gwardzistka. No, może nie aż tak bardzo zwykła, ale powierzane jej zadania specjalne dotyczyły jednak zupełnie innego zakresu obowiązków. On sam uczył się tylko sztuki jeździeckiej oraz ćwiczył we władaniu bronią. To zresztą zawsze interesowało go najbardziej, toteż wkrótce znużył się dyskusjami o kolejności przemarszu i sposobie rozstawienia wojsk. Pojął z tego wszystkiego, iż przewidując obronną taktykę barbarzyńców, generałowie Siedmiu Bram podejmą próbę sprowokowania ich do zejścia ze wzgórza silnym ostrzałem podjętym przez łuczników. Rzekoma Berenika powtórzyła bowiem, że tym razem nie mogą polegać wyłącznie na atakach magicznych. Na równym terenie jazda Siedmiu Bram powinna bez trudu poradzić sobie z Ludźmi Północy, niezdolnymi zwykle do dłuższego utrzymywania zwartego szyku. Wobec szczupłości własnych sił, wydzielono niezbyt liczne odziały do ochrony taborów, licząc na mobilność jazdy w razie ewentualnego zagrożenia. W pewien sposób uzasadniało to decyzję rzekomej Bereniki w sprawie pierwszego małżonka.
     Wreszcie Sudrun zamknęła naradę, co wobec planowanego, bardzo wczesnego wymarszu wszyscy obecni przyjęli ze zrozumieniem. Marcus odniósł nawet wrażenie, że ich oboje ten i ów obrzucił znaczącym, wyrażającym jednak aprobatę spojrzeniem. Powód nie wydawał się szczególnie trudny do odgadnięcia.
     - Oni wszyscy spodziewają się, że udamy się teraz prosto do łoża czy raczej legowiska i będziemy kochać się jak szaleni. Myślą, że to z tego powodu zakończyłaś odprawę. - wypowiedział te słowa gdy tylko zostali sami.
     - I tak pewnie by się stało w normalnych okolicznościach, pani mocy powinna pozyskać jak najwięcej siły przed nadchodzącą bitwą. I wiesz, Marcusie, w tej akurat chwili zazdroszczę tym czarownicom zdolności posługiwania się magią. Bo kochałabym się z tobą chętnie, czy dałbyś mi moc, czy nie. Ale nie mogę, pozbawiłabym cię sił.
     - Sudrun...
     - Rozumiem to, Marcusie. Przecież wynik walki zależy w dużej części od ciebie. Podejrzewam, że nie pałasz ochotą do atakowania ludzi tej Aurory, dlatego nie robiłam generałom zbyt wielkich nadziej na ofensywne czary bojowe. I tak będziesz miał mnóstwo roboty, a ja w niczym nie zdołam ci pomóc.
     - Poradzę sobie. - Żywił nadzieje, że nie rzuca słów na wiatr. - A twoja rola jest bardzo ważna.
     - Rola parawanu albo kukły. Tak naprawdę, mogę pomóc ci tylko w jeden sposób, tu i teraz. I to w taki, na który nie mam najmniejszej ochoty. Pozwalając, żebyś po prostu poszedł spać. Wiem, że musimy zostać tu razem, ale śpijmy lepiej osobno. I nazywaj mnie Bereniką albo panią i małżonką, pamiętasz?
     W taki oto sposób zyskał możliwość odpoczynku przez kilka choćby godzin najgłębszej nocy, ale niepokój i napięcie nie pozwalały na spokojny sen. Z zadowoleniem przyjął więc wczesną pobudkę i pospieszne przygotowania do wymarszu. Otuchy dodawało towarzystwo Demona, na którym wyruszał na swoją pierwszą, prawdziwą bitwę. Okazało się, że generałowie trafnie przewidzieli poczynania przeciwników. Barbarzyńcy również wyruszyli bladym świtem i zajęli pozycje na upatrzonym wzgórzu, niezbyt nawet odległym od gródka. Marcus zastanawiał się, dlaczego nie schronili się za jego wałami i tam nie oczekiwali ataku. Pojął jednak, że siły przyprowadzone przez Rogwolda są na to zbyt liczne. W dodatku wódz klanu Srebrnego Lisa zamierzał przecież rzucić wyzwanie najeźdźcom, zmusić ich do bitwy, pociągając za sobą gospodarza i jego ludzi. Chowając się w twierdzy niechętnego sojusznika nie osiągnąłby tego celu. Te ofensywne zamiary Rogwolda ułatwią zapewne wykonanie planu generała Harolda.  
     Tymczasem chłopak musiał przyznać, że pozycja barbarzyńców wydaje się silna. Rozległe wzgórze, opadające długim stokiem ku wojskom Siedmiu Bram, osłaniały z obydwu stron dość strome, zalesione jary. Tyły również porastał las. Nawet Marcus zrozumiał, że obejście  przeciwnika będzie trudne i pozostaje frontalny atak pod górę na chroniących się za murem tarcz wojowników. Frontalny atak, albo wywabienie ich ze wzgórza.
     Razem z rzekomą Bereniką wybrali dla siebie niewielkie wzniesienie na lewym skrzydle. Powiewał nad nimi sztandar Bramy, otaczała niezbyt liczna eskorta. Sudrun nakazała zresztą żołnierzom nieco odstąpić, oznajmiając, iż spodziewa się silnych ataków magicznych. Marcusa, oczywiście, zatrzymała. Prawdę mówiąc, liczył na to, że chorągiew przyciągnie ofensywne poczynania przynajmniej Ragnegi. Łatwiej przyjdzie mu bronić się samemu, niż wykonać to samo zadanie wobec całej armii. Wypatrywał wśród wrogich szeregów obydwu młodych kobiet, ale tymczasem dostrzegał jedynie wojowników. Zauważył, że tan Arnold oraz Rogwold zajęli oddzielne, oddalone od siebie stanowiska. Szyki zbrojnych tana stały dokładnie naprzeciwko ich własnego wzniesienia, ludzie spod znaku Srebrnego Lisa ustawili się po przeciwległej stronie. Miał nadzieję, że wcześniejsze nieporozumienia pomiędzy sojusznikami utrudnią im albo wręcz uniemożliwią jednolite kierowanie bitwą. Tym niemniej, gęste szeregi ukrytych za tarczami barbarzyńców robiły duże wrażenie, zwłaszcza, gdy podnieśli gwałtowną wrzawę, dostrzegając rozwijające się odziały Siedmiu Bram. Przynajmniej moc go nie zawodziła. Czuł w sobie jej odrodzoną potęgę, chociaż kochał się przecież z udającą Berenikę Sudrun nie dalej niż dobę wcześniej. A i przedtem dostarczał regularnie nasienia i magicznej siły Aurorze oraz Ragnedze. Siły, której teraz użyją pewnie przeciwko niemu. Pomyślał jednak również, że gdyby nie nauki Aurory, nie potrafiłby zdziałać zbyt wiele. Czy naprawdę muszą tu ze sobą walczyć? Dlaczego Bogini urządziła to  w taki sposób?
     Ponieważ nikt nie przejawiał tymczasem aktywności magicznej, na pytający gest dowodzącego z centrum generała Harolda Sudrun uniosła rękę, dając znak do rozpoczęcia bitwy zgodnie z planem. Przed szeregi wysunęli się łucznicy i sypnęli strzałami. Barbarzyńcy chronili się za swoimi tarczami, ale na dłuższą metę nie uniknęliby pod takim ostrzałem poważnych strat, a nadto wojownicy zmęczyliby się, unosząc nieustannie w górę dzierżące osłony ramiona. Marcus spodziewał się reakcji i nie pomylił się. Łuki Ludzi Północy, nawet stojących na wzgórzu, nie miały porównywalnej siły i zasięgu, pozostawała więc magia.
     Wyczuł pojawienie się splotu mocy wśród szeregów Arnolda. Jakimś sposobem wiedział, że ktoś użyje żywiołu powietrza. I rzeczywiście, strzały posłane przez wojska Siedmiu Bram napotkały niewidzialną barierę, opadając bezsilnie w pewnej odległości od celu. Wiedząc dzięki swemu instynktowi, co zamierza niewidoczny do tej pory przeciwnik, zapewne Aurora, mógłby się wtrącić i zakłócić jej czar. Nie potrafił jednak zmusić się, by użyć mocy akurat przeciwko niej. Zresztą, w końcu w tej chwili broniła tylko swoich ludzi. Tym bardziej, że po drugiej stronie szyku wyczuł magię ognia. Ragnega, o ile to ona wspierała ludzi ojca, nie przejmowała się stawianiem osłon. Po prostu uderzyła kulą żaru we wrogich łuczników. Zdążył z osłoną na czas i powstrzymał ogniste pociski, jeden, drugi trzeci. Przeciwnik zmienił taktykę i zaatakował magią ziemi. To również zdołał w niewyjaśniony sposób przewidzieć i zablokował próbę wstrząśnięcia stokiem wzgórza pod stopami szeregów armii Siedmiu Bram. Podczas ich magicznego starcia strzały zbierały pierwsze ofiary wśród wojowników klanu Srebrnego Lisa. Ragnega, o ile to z nią walczył, przeszła do obrony i podobnie jak Aurora postawiła osłonę przy użyciu powietrza, być może na polecenie zaniepokojonego stratami ojca. Tym razem Marcus objawił mniejsze skrupuły i przeciwdziałał, rozpraszając obronny czar. Część strzał ponownie zdołała przedrzeć się przez wirujące powietrze i  opadła na szyki wroga. Czyżby zdobywali przewagę?
     Popadając w przedwczesne zadowolenie omal nie dał się zaskoczyć. Nie wyczuł niebezpieczeństwa, bo Aurora użyła magii powietrza, tej samej, którą chroniła ludzi swego ojca. Wymagało to mniejszej zmiany splotów, a on tego nie dostrzegł. Wietrzny wir runął na ich własne stanowisko, omal nie sięgając celu. Zdążył w ostatniej chwili, postawił osłonę. I tutaj wyszedł na jaw brak doświadczenia, dał się złapać na podobny manewr jak Aurora podczas bitwy o gródek. Instynktownie użył do obrony całej siły, wycofując się z pojedynku z Ragnegą. Ona też nie zmieniła splotów, może nie chcąc tracić czasu, albo też celowo unikając zaalarmowania przeciwnika. Powietrze uderzyło w szeregi łuczników i piechoty z Siedmiu Bram. Żywioł nie okazał się na szczęście równie niszczycielski jak ogień i nie poniesiono zbyt wielkich strat, ale szyk rozpadł się, a ostrzał ustał. Barbarzyńcy wznieśli okrzyk zwycięstwa i potrząsali wymownie bronią. Marcus ponownie osłonił całość armii, obiecując sobie, że nie da się po raz drugi zaskoczyć. Nie ulegało jednak wątpliwości, że pierwsza runda została przegrana i sam ostrzał z łuków nie zmusi Ludzi Północy do ataku. Z drugiej strony, najmniejszy nawet sukces mógł ich do takowego pobudzić.
     Głównodowodzący doszedł zapewne do podobnych wniosków, reorganizował bowiem pospiesznie swoje oddziały. Wyekspediował też gońca na stanowisko rzekomej księżnej.
     - Dostojna Pani, generał Harold przesyła wyrazy szacunku i prosi o pozwolenie ataku oraz osłonę twojej magii.
     - Ruszajcie! Ich magowie trzymają się mocno, ale tym razem się nie przebiją!
     Marcus pomyślał, że musi spisać się zdecydowanie lepiej, jeżeli nie chce, by nowa księżna Siedmiu Bram nie straciła poważania wśród żołnierzy.
     Skoncentrowany, obserwował jak piechota wspina się głębokimi, zwartymi szeregami na wzgórze. Dzielił teraz uwagę pomiędzy Aurorę i Ragnegę, wyczuwając na czas rodzaj żywiołu, którego zamierzają użyć i stawiając skuteczne osłony. Po chwili przeciwnicy zwarli się w boju, zdyscyplinowanie, wyszkolenie i lepsze uzbrojenie żołnierzy Siedmiu Bram przeciwko zapalczywości oraz przewadze liczby i pozycji barbarzyńców. Żadna ze stron nie potrafiła w tej sytuacji zyskać przewagi. Pojedynek magiczny chwilowo ustał, trudno było bowiem uniknąć rażenia również własnych ludzi.
     Widząc impas na wzgórzu w zmaganiach piechoty, generał pchnął silny oddział jazdy w stronę jaru okalającego od jego strony pozycje barbarzyńców. Być może liczył mimo wszystko na możliwość oskrzydlenia albo zamierzał przeprowadzić zwiad. Okazało się to niepotrzebnym ryzykiem. Poczynania te nie uszły uwagi Ragnegi i Rogwolda. Marcus zdążył z zablokowaniem ponownej próby użycia magii ziemi i wzbudzenia lokalnej lawiny, ale ludzie z Klanu Lisa zachowali odwody i zaatakowali skuteczniej w bardziej tradycyjny sposób, rzucając się z góry w głąb jaru. Ścieśniona i niezdolna do użycia swoich zwykłych atutów, jazda nie zdołała oprzeć się tej nowej nawale. Wkrótce bezładną gromadą, ponosząc spore straty, zaczęła wyrywać się z pechowego wąwozu. Zamieszanie przeniosło się na całe skrzydło wojsk Siedmiu Bram, także na część walczącej na wzgórzu piechoty. Żołnierze cofali się w mało uporządkowany sposób, spore gromady po prostu uciekały. Chcąc nie chcąc, zorganizowany odwrót podjęto również na ich własnym skrzydle. Tutaj sytuacja wydawała się opanowana, ale po drugiej strony szyk rozpadał się. Część barbarzyńców, wznosząc okrzyki zwycięstwa i nie bacząc już na nic, runęła w dół na podobieństwo niemożliwej do powstrzymania fali. Jeszcze chwila i wojska Siedmiu Bram pójdą na tym odcinku w rozsypkę.
     - Musimy coś zrobić! - zwołała Sudrun. - Użyj mocy!
     Uderzył magią powietrza, nie chcąc mimo wszystko sięgać po morderczy ogień. A raczej próbował uderzyć, bo tym razem to on sam został zablokowany. Zablokowany przez działające wspólnie Aurorę i Ragnegę. Zdobywał wprawdzie przewagę i na dłuższą metę zapewne przełamałby ich opór, tego czasu jednak nie mieli.
     - Nie zdążę! - wydyszał, podczas gdy zamieszania na skrzydle narastało.
     - W takim razie zostaw to mnie – zawołała Sudrun, poganiając konia.
     Porwała wbity w ziemię sztandar i ruszyła w kierunku największego ośrodka chaosu. Odruchowo podążył jej śladem, co pozwoliło poderwać się także zdezorientowanym przez chwilę ludziom z eskorty, odpowiedzialnym przecież głównie za jego własne bezpieczeństwo. Dzięki temu rzekoma pani Siedmiu Bram nie szarżowała samotnie, ale na czele doborowego oddziału.
     - Tutaj, tutaj. Do mnie!
     Sudrun wzniosła wysoko dzierżoną chorągiew, dając się poznać i skupiając ludzi. Zgarnęła jeszcze jakąś odwodową grupę jazdy, powiększając siłę ataku skierowanego w bok bezładnej już fali barbarzyńców spływającej ze zbocza. Marcus rejestrował to wszystko tylko częścią świadomości, zmuszony nie tylko do uczestnictwa w tym szalonym galopie i wymachiwania mieczem, ale również do jednoczesnego przeciwstawienia się uderzeniom ognia i powietrza, wyprowadzanym przez Ragnegę i Aurorę. Nie dał się zaskoczyć i osłonił wojsko na czas. Po chwili wpadli w tłum wrogów. Ludzie z klanu Srebrnego Lisa nie trzymali już szyku, rozproszyli się w pościgu, pewni zwycięstwa. W tych warunkach klin jazdy Siedmiu Bram wbił się w nich z siłą oszczepu przeszywającego ciało dzika. Doświadczeni zbrojni z wojsk księżnej otrząsnęli się z poprzedniej paniki i widząc odwracające się losy bitwy, przyłączali się do decydującego ataku, organizowani na nowo przez oficerów. Na tłoczące się u stóp wzgórza tłumy barbarzyńców spadały kolejne uderzenia, kosząc ich niczym zboże podczas żniw. Marcus starał się przebić do przodu, licząc na to, że może uda mu się wreszcie wziąć udział w prawdziwej walce, wykorzystać ćwiczone całymi miesiącami umiejętności. Nic z tego, ludzie z eskorty zręcznie zagrodzili mu drogę, ścinając przy okazji najbliższych wrogów. Osłonili też Sudrun, która nie kwapiła się zresztą do udziału w bezpośredniej rąbaninie, nadal wznosząc chorągiew ze znakiem Bramy i zachęcając ludzi do walki. Zrozumiał, że on sam również ma ważniejsze zadania, niż zwykłe wymachiwanie mieczem.
     Rozejrzał się z wysokości siodła, na ile tylko pozwalały mu tłumy walczących postaci. Szyk klanu Srebrnego Lisa został całkowicie rozbity. Większość wojowników, nadal beznadziejnie zmieszana, walczyła rozpaczliwie u stóp wzgórza z osiągającymi już zdecydowaną przewagę oddziałami Siedmiu Bram. Barbarzyńcy nie próbowali nawet uciekać, padali całymi dziesiątkami, a wkrótce już setkami. Na drugim skrzydle tan Arnold zachował więcej rozsądku i w przeciwieństwie do Rogwolda utrzymał kontrolę nad swoimi ludźmi. Uprzednio nie próbowali oni atakować bezładnie w dół zbocza i obecnie wycofywali się powoli na szczyt wzgórza, naciskani przez przeciwników, ale z zachowaniem zwartości szyku. Tym niemniej, z tamtej strony nic w tej chwili nie groziło. Niebezpieczna mogła okazać się sama tylko Aurora, widoczna teraz na wzniesieniu. Ataki z jej strony jednak ustały, zmieszanie wojsk obydwu armii praktycznie uniemożliwiało użycie magii. Nie zrezygnowała natomiast Ragnega. Raz jeszcze poczuł, jak dziewczyna zbiera moc ognia i rzuca ją w sam środek kłębowiska walczących, nie bacząc na możliwość porażenia własnych ludzi. Zdążył postawić osłonę, wychodziło mu to coraz lepiej. Po chwili pojął też motywy Ragnegi. Widoczny w największej gęstwie, wyróżniający się potężną posturą Rogwold usiłował przebić się z okrążenia na czele zorganizowanej przez siebie grupy wojowników. Córka zamierzała prawdopodobnie oczyścić mu drogę. Gdy to zawiodło, atak zakończył się niepowodzeniem. Marcus przyglądał się zafascynowany jak Rogwold walczy z otaczającymi go coraz ciaśniejszym kręgiem żołnierzami, zabija lub rani kilku z nich, jak padają dookoła jego ludzie, jak zostaje sam, a w końcu i on ginie, powalony ciosami mieczy. Jak gdyby w odpowiedzi, Ragnega posłała w to miejsce kilka silnych kul ognia, wszystkie zdołał już jednak bez większego trudu powstrzymać.
     Dostrzegł, że wojownicy Arnolda cofnęli się na szczyt wzgórza i znikają powoli za jego grzbietem. Wycofywali się w uporządkowany sposób, nadal nie pobici, ale niezdolni już do samotnego utrzymania pozycji. Oddziały Siedmiu Bram posuwały się do przodu w umiarkowanym tempie, zachowując szyk i nie kwapiąc się do jakiegoś szaleńczego pościgu. I bardzo dobrze, skutki podobnej nierozwagi dały się już poznać podczas tej bitwy. Tan zatrzymał się na grzbiecie, ocenił sytuację, wydawał rozkazy. Ruszył w stronę córki, osłaniającej teraz odwrót ostatnich grup wojowników ojca przed strzałami łuczników.
     I wtedy, ku zdumieniu Marcusa, w kierunku Aurory pomknął ognisty pocisk. Nie wyczuł jego narodzin, nie wyczuł żadnych splotów mocy, do czego zdążył się już podczas tej bitwy przyzwyczaić. Dlatego dał się zaskoczyć, nie wiedział nawet, kto i z jakiego miejsca ten pocisk posłał. Dziewczyna zareagowała z opóźnieniem, musiała wycofać ochronę magii powietrza, którą dawała ludziom ojca. On sam zdążył w ostatniej chwili, pewnie dlatego, że akurat i tak stawiał odpowiednie osłony przeciwko ognistym czarom Ragnegi. Kula żaru nie zdołała ogarnąć Aurory, zatrzymała się przed błękitem. Zanim jednak mógł odetchnąć z ulgą, wydarzyło się coś jeszcze. Ponownie został zaskoczony, nie wyczuł bowiem formowania również drugiego pocisku. Ten mknął w stronę tana Arnolda. Aby uratować ojca Aurory musiałby cofnąć osłonę wojsk Siedmiu Bram, osłonę dzierżącej sztandar i przyciągającej ogólną uwagę Sudrun. A właśnie zaatakowała ją na nowo Ragnega, to akurat wyczuwał doskonale i z wyprzedzeniem. Gdyby tylko miał więcej czasu! A tak, nie dostał szansy. Pocisk ogarnął Arnolda, spopielając go na miejscu. Przeklęta magia wojenna zebrała kolejną ofiarę. Dostrzegli to niektórzy z walczących, wznieśli okrzyki triumfu.
     - Niech żyje Berenika, niech żyje pani Siedmiu Bram!
     To jej przypisywali powalenie drugiego wodza barbarzyńców, to ona odmieniła losy bitwy, nie tylko przy pomocy magii, ale i własną odwagą oraz szybkością działania. Nowa księżna z miejsca zdobyła serca żołnierzy. On natomiast stracił zapewne serce Aurory. Gdy ponownie omiótł spojrzeniem grzbiet wzgórza, nie odnalazł już ani dziewczyny, ani cofających się wojsk poległego tana. Z pewnością uzna, że to on posłał ten przeklęty pocisk. Widziała już kilka razy, jak skutecznie potrafi to uczynić. Czy kiedykolwiek mu uwierzy? I co właściwie się stało? Trzeba jak najszybciej wyjasnić tę tajemnicę.
     Ze szczytu wzniesienia zniknęła też Ragnega, podobnie jak i resztki rozbitych wojsk klanu Srebrnego Lisa. Z pewnością, dla barbarzyńców nastanie dzień żałoby. Oddziały Siedmiu Bram niespiesznie zajmowały wzgórze.
     - Zwyciężyliśmy, Marcusie! Zwyciężyliśmy!
     Sudrun nie potrafiła oprzeć się entuzjazmowi. W końcu było to w dużej mierze jej zwycięstwo, chociaż odniosła je w obcej skórze i na cudzy rachunek. Tak, uczynili dzisiaj nieobecną Berenikę największą pogromczynią barbarzyńców i prawdziwą panią magii. Jeszcze niedawno, w Międzyrzeczu, on sam marzył o podobnych triumfach, obecnie czuł tylko niepokój i gorzki posmak klęski.

4 182 czyt.
100%366
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 4346 słów i 25760 znaków.

6 komentarzy

 
  • Almach99

    Almach99 · 23 paź 23:22

    Z deszczu pod rynne. Wlasnie autor usmiercil 2 wodzow z polnocy. W jakim celu, ja sie pytam?

  • Dytyk

    Dytyk · 7 sierpnia · 193143531

    Ile jeszcze mistrzu będziemy musieli czekać na następną część? Pozdrawiam  

  • krzys

    krzys · 5 sierpnia · 210934185

    Nefer nie czekaj tak długo z następnym odcinkiem. Niedługo już będzie prawie miesiąc jak czekamy na następny odcinek. Pozdrawiam i życzę jeszcze więcej wielkich bitew i nieoczekiwanych zwrotów akcji.  

  • emeryt

    emeryt · 27 lipca · 202091556

    Czyżbyś chciał z kolejnym odcinkiem poczekać aż minie równy miesiąc? Jestem pewien że twoi czytelnicy (nie tylko ja) . Chyba nie miałeś do tej pory tak długiej przerwy. Serdecznie pozdrawiam i życzę powrotu twojej weny.

  • CzarnaKaczuszka

    CzarnaKaczuszka · 11 lipca · 194008868

    Czyżby stara wiedźma się znalazła? Jeśli to ona, wreszcie zaczynam wierzyć w szybki pozytywny koniec - jeśli zużyła moc na ten atak, będzie dla niej zbyt niebezpieczne mierzyć się z Marcusem. Ale mam jakieś przeczucie, że to jednak nie ona i może wyjaśni się wreszcie, kto podszył się pod Anitę na samym początku tej historii.

  • emeryt

    emeryt · 10 lipca · 202091556

    @nefer, nareszcie, ten odcinek będę musiał przeczytać jeszcze kilka razy, zanim pojawi się następny. Ale to i chyba dobrze, bo i Ty będziesz miał trochę czasu. A mnie też to się porządnie ugruntuje, bo opis tej bitwy jest naprawdę wspaniale przedstawiony. Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia .