
Za nim słychać było tupot butów -ciężki, chaotyczny, coraz bliższy. Jeźdźcy schodzili w pościgu, ich głosy odbijały się od ścian jak warczenie wściekłych psów.
-Kurwa, gdzie on jest?!
Krzyknął ktoś z góry, głos ochrypły od whiskey, papierosów i gniewu.
-Łapcie skurwiela! Reaper chce go żywego!
-Żywego? Ja chcę mu jaja wyrwać!
Dodał drugi, śmiech zmieszany z wściekłością.
Patrick nie zatrzymywał się. Pot spływał mu po plecach pod skórzanym płaszczem, mieszając się z krwią z drobnych skaleczeń na twarzy. Dotarł do końca schodów -przed nim ciężkie metalowe drzwi z zardzewiałą kłódką wielkości pięści. Nie miał czasu na delikatności. Wyciągnął Colta -stary, niezawodny rewolwer, który czuł w dłoni jak przedłużenie własnego ciała -i strzelił w zamek. Huk wypełnił korytarz, odbił się echem jak grom w tunelu. Drzwi otworzyły się z jękiem metalu o metal, a zapach benzyny i rozkładu uderzył go w twarz jak pięść. Wbiegł do środka, broń gotowa, oczy przyzwyczajające się do półmroku.
Piwnica była labiryntem -skrzynie z bronią poukładane w stosy, worki z białym proszkiem ustawione jak barykady, stare motocykle pokryte kurzem i pajęczynami, ich chromowane elementy matowe od lat bez ruchu. Podłoga była lepka od czegoś, co mogło być olejem albo krwią. W powietrzu unosił się zapach benzyny, oleju silnikowego i rozkładu -słodkawy, mdlący, taki, który osiadał na języku. Gdzieś w głębi słyszał stłumione jęki -kobiece, pełne bólu i rezygnacji, przerywane łańcuchami brzęczącymi o beton. Cela po celi -niektóre puste, inne z cieniami sylwetek skulonych w kącie, ale żadnej twarzy, którą rozpoznał. Żadnej Sarah. Każda pusta cela była jak cios w brzuch -przypominała mu noce, kiedy nie mógł spać, przeglądając akta zaginionych, patrząc na jej zdjęcie z szesnastych urodzin, z tym uśmiechem, który kiedyś rozświetlał cały pokój.
Pierwszy Jeździec wypadł zza rogu -wielki byk z łańcuchem owiniętym wokół pięści, tatuaże na twarzy jak mapa wojen ulicznych, oczy czerwone od furii i alkoholu.
-Tu jesteś, glino!
Warknął, zamachując się łańcuchem z siłą, która mogła złamać kość.
Patrick uchylił się w ostatniej chwili -łańcuch świsnął nad jego głową, uderzył w ścianę, sypiąc betonowym pyłem i iskrami. Odwrócił się błyskawicznie, strzelił raz -kula trafiła w udo napastnika, rozrywając mięśnie. Facet zawył jak zwierzę, upadł na kolana, chwytając się za ranę, krew trysnęła na podłogę czarną plamą w półmroku.
-Kurwa mać!
Krzyknął, próbując sięgnąć po nóż przy pasie, palce ślizgały się po krwi.
Patrick nie czekał -kopnął go w twarz, but uderzył w nos z chrzęstem łamiącej się chrząstki. Facet padł bezwładnie, głowa odbiła się od betonu. W tej chwili Patrick poczuł coś w środku -nie ulgę, nie satysfakcję. Tylko pustkę. Każde uderzenie, każdy strzał był próbą wypełnienia tej dziury, która powstała dziesięć lat temu, kiedy Sarah zniknęła. Ale dziura rosła.
Za nim nadbiegali kolejni -dwóch, trzech, może czterech, uzbrojeni w noże, kije bejsbolowe, jeden z shotgunem na ramieniu. Piwnica zamieniła się w pułapkę śmierci.
-Rozwalić go!
Wrzasnął jeden z nich, głos wysoki od adrenaliny.
Patrick schował się za najbliższą skrzynią -drewnianą, pachnącą prochem i smarem. Strzelił dwa razy zza osłony -pierwsza kula trafiła w ramię faceta z shotgunem, druga w nogę drugiego. Krzyk bólu, upadek, broń potoczyła się po podłodze z metalicznym brzękiem. Trzeci rzucił się z nożem -długim, ząbkowanym, takim, którym kroją ciała na pustyni. Patrick złapał go za nadgarstek, wykręcił brutalnie -kość trzasnęła jak sucha gałąź. Uderzył kolanem w brzuch, czując, jak powietrze ulatuje z płuc napastnika, potem łokciem w kark. Facet padł jak szmata, twarz w kałuży własnej krwi.
Cisza na moment -tylko ciężkie oddechy, jęki rannych i kapanie krwi na beton. Patrick poczuł, jak ramię boli go od wstrząsu, ale adrenalina zagłuszała ból. W głowie kłębiły się obrazy: Sarah jako dziecko, śmiejąca się na huśtawce; Sarah jako nastolatka, z tatuażem motyla na ramieniu, który zrobiła w tajemnicy przed nim; Sarah znikająca, a on, wujek-glina, bezsilny. Te obrazy paliły go mocniej niż rany.
Ruszył głębiej, mijając cele -małe, brudne klatki z grubych krat, zapach moczu i potu. W jednej siedziała dziewczyna -skulona w kącie, łańcuch na nodze, siniaki na twarzy i ramionach jak mapa cierpienia. Podniosła głowę, oczy rozszerzone strachem i nadzieją.
-Proszę...
Szepnęła, głos zachrypnięty od krzyku.
Patrick klęknął przy kracie, broń wciąż w ręku.
-Gdzie jest Sarah? Ta blondynka z tatuażem motyla na ramieniu?
Zapytał ostro, ale głosem, który próbował być spokojny.
Dziewczyna przełknęła ślinę, łzy spłynęły po policzkach.
-Ona... nie tutaj. Reaper ją przeniósł. Dwa dni temu. Do magazynu na pustyni, koło Nogales. Mówił, że na handel... że El Diablo bierze ją osobiście. Że jest „specjalna”.
Słowa uderzyły go jak cios w brzuch. Bliżej, ale wciąż nie dosięgalny. Zacisnął pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę dłoni. Gniew mieszał się z bezsilnością -tą samą, którą czuł przez lata, gdy szukał jej wszędzie, gdy nocami budził się z krzykiem, widząc jej twarz na każdej ulicznej latarni.
-Jak daleko?
-Godzina jazdy... może mniej. Ale oni już jadą. Reaper kazał przygotować dostawę na dziś w nocy.
Patrick skinął głową, otworzył zamek wytrychem -ręce drżały mu lekko, ale nie od strachu. Od gniewu.
-Wstawaj. Wyciągniemy cię stąd.
Pomógł jej wstać -była słaba, nogi uginały się pod nią. Oparła się o niego, pachniała potem, strachem i czymś słodkim -resztkami perfum, które kiedyś nosiła.
Nagle drzwi piwnicy zatrzasnęły się z hukiem. Reaper stał w wejściu, otoczony resztkami swoich ludzi -pięcioma, z pistoletami i nożami w rękach. Bliznowata twarz wykrzywiona triumfem, cygaro wciąż tlące się w zębach, dym unosił się leniwie w górę.
Reaper nie zawsze był taki. Kiedyś nazywał się Marcus Hale -były żołnierz, sierżant piechoty morskiej, który wrócił z Iraku z medalami i koszmarami. Wojna zabrała mu brata, żonę i wiarę w system. Kiedyś wierzył w honor, w braterstwo broni. Potem, po powrocie, gdy nikt nie chciał go zatrudnić, gdy koszmary nie pozwalały spać, znalazł się na ulicy. Jeźdźcy Apokalipsy dali mu cel -władzę, pieniądze, poczucie rodziny. Ale władza go wypaczyła. Blizna na twarzy -pamiątka po nożu rywala -stała się symbolem. Z czasem Marcus stał się Reaperem -żniwiarzem, który nie miał litości, bo nikt nie miał litości dla niego. Sarah... ją wybrał specjalnie. Bo przypominała mu córkę, którą stracił w rozwodzie. Bo w jej oczach widział odbicie własnej słabości. Dlatego łamał ją najmocniej.
-Witaj w piekle, glino.
Warknął, celując w Patricka z ciężkiego Desert Eagle.
-Myślałeś, że wejdziesz tu jak do siebie i dowiesz się wszystkiego? Że zabierzesz moją zabawkę?
Patrick osłonił się za skrzynią, broń gotowa, serce biło mu w uszach.
-Sarah nie jest niczyją własnością, ty skurwysynu.
Odparł zimno, głos twardy jak stal, ale w środku czuł, jak pęka tama. Dziesięć lat czekania, dziesięć lat bezsennych nocy, dziesięć lat winy.
Reaper zaśmiał się -niski, gardłowy śmiech, który odbijał się echem po piwnicy.
-Jest moją. Zawsze była. Pamiętasz, jak ją złapaliśmy? Miała osiemnaście lat, niewinna jak łza. Krzyczała, gdy ją łamałem. Błagała. A potem... potem nauczyła się lubić. Ale nie powiem ci więcej. Tu umrzesz, glino. Powoli. Jak ja umierałem w tym piekle, które nazywają wojną.
Jeźdźcy ruszyli jak sfora.
Patrick strzelił pierwszemu w pierś -facet upadł z jękiem, krew rozlewająca się po betonie jak czarna farba. Drugi rzucił się z nożem -Patrick uchylił się, uderzył kolbą w twarz, łamiąc nos. Krew trysnęła, wrzask bólu wypełnił powietrze.
Walka wybuchła na dobre. Kolejny złapał go od tyłu, dusząc ramieniem -mięśnie jak stal. Patrick wbił łokieć w żebra, czując trzask, obrócił się, strzelił w brzuch z bliska. Ciało osunęło się, gorąca krew zalała mu buty.
Reaper podszedł bliżej, pistolet wycelowany prosto w głowę.
-Koniec zabawy.
Powiedział, naciskając spust.
Kula świsnęła obok ucha Patricka, odrywając kawałek skóry. Rzucił się na Reapera -obaj upadli w plątaninie ciał, broń wypadła z ręki szefa gangu. Reaper był silny, pięści jak młoty -uderzył Patricka w twarz, krew popłynęła z nosa, świat zawirował.
-Umrzesz powoli, glino.
Wysyczał, chwytając za gardło, palce zaciskające się jak imadło.
Patrick walczył -wbił palce w oczy Reapera, ten zawył z bólu, puścił uścisk. Kopnął go w brzuch, przetoczył się, chwycił nóż z podłogi -długi, zakrzywiony, pokryty plamami.
-Myślisz, że to koniec? Gang jest większy niż ja. Apokalipsa nadejdzie! Sarah jest już w drodze do Meksyku! El Diablo ją weźmie jako trofeum!
Reaper splunął krwią, oczy błyszczące szaleństwem.
Patrick chwycił pistolet Reapera, przyłożył lufę do czoła szefa.
-Magazyn... na pustyni, koło Nogales. Dziś w nocy. Ciężarówki czekają. Ale El Diablo już wie o tobie. Przygotował pułapkę.
Patrick nacisnął spust. Huk wypełnił piwnicę. Reaper padł martwy, krew rozlewająca się wokół głowy jak aureola.
Cisza. Tylko ciężkie oddechy Patricka i jęki rannych. Wstał powoli, ranny w ramię -kula drasnęła skórę, ale nie głęboko. Dziewczyna z celi patrzyła na niego, oczy pełne łez.
-Zabierz mnie stąd...
Błagała, głos drżący.
Patrick podszedł, otworzył zamek wytrychem. Pomógł jej wstać -była słaba, nogi uginały się pod nią. Oparła się o niego całym ciężarem.
-Jak masz na imię?
Zapytał cicho.
-Kara...
Szepnęła.
-Kara... wytrzymaj jeszcze chwilę.
Na górze chaos -syreny policyjne wyły coraz bliżej, światła migotały przez okna klubu. Patrick wezwał wsparcie anonimowo wcześniej, zanim wszedł do środka. Wyprowadził Karę przez tylne wyjście, mijając ciała i wrak motocykli. Na parkingu jego ford stał wciąż tam, gdzie go zostawił.
Wepchnął Karę na tylne siedzenie -była lekka, drżąca.
-Jedziemy na pustynię. Do magazynu.
Powiedział, odpalając silnik.
-Sarah tam jest?
Zapytała cicho.
-Tak. I tym razem ją znajdę.
Patrick jechał ciemną szosą, silnik forda warczał równomiernie, ale w jego głowie panował chaos. Ramię pulsowało bólem od rany, krew wciąż sączyła się powoli pod opatrunkiem z podartej koszuli, ale to nie ból był najgorszy. Najgorszy był ciężar w piersi -mieszanka ulgi, że uratował choć jedną dziewczynę, i palącego gniewu, że Sarah wciąż była w rękach tych skurwysynów. Każde uderzenie opon o asfalt przypominało mu bicie jej serca -słabe, ale żywe. Kara siedziała z tyłu, skulona, ramiona otulone jego kurtką, oczy wpatrzone w ciemność za oknem. Drżała lekko, nie tylko z zimna pustyni, ale z szoku -jej oddech był płytki, przerywany.
Zerknął w lusterko wsteczne. Kara patrzyła na niego, jej twarz blada jak papier, siniaki pod oczami ciemniejsze w świetle deski rozdzielczej.
-Dokąd... dokąd jedziemy?
Zapytała cicho, głos drżący.
Patrick zacisnął dłonie na kierownicy, knykcie pobielały.
-Najpierw na posterunek. Zostawię cię tam. Będziesz bezpieczna. Medycy, ochrona, nikt cię nie ruszy.
-Ale Sarah...
-Sarah poczeka. Nie mogę ryzykować twojego życia. Reaper nie żyje, ale jego psy wciąż krążą. A ty... ty już dość przeszłaś.
Kara skinęła głową, łzy błysnęły w jej oczach.
-Dziękuję... nikt nigdy nie...
Urwała, odwracając wzrok. Patrick poczuł ukłucie w sercu -przypomniało mu Sarah, tę małą dziewczynkę, którą kiedyś niósł na barana. Obiecał jej wtedy, że zawsze będzie bezpieczna. Zawiódł. Teraz nie mógł zawieść znowu.
Droga do posterunku ciągnęła się przez pustynię -prosta, ciemna, z reflektorami wyławiającymi kaktusy i skały. Minęli kilka opuszczonych przyczep, ale Patrick nie zwalniał. W głowie przewijały się obrazy: piwnica, krew na betonie, śmiech Reapera. Musiał zabezpieczyć Karę, zebrać myśli i... zabrać kogoś, kto znał szczegóły magazynu. Melanie. Ta suka z gangu wciąż siedziała w celi przesłuchań. Złamał ją raz -złamie znowu, jeśli będzie trzeba.
Po czterdziestu minutach latarnie posterunku zamigotały w oddali -szary budynek tonący w blasku jarzeniówek, z kilkoma radiowozami na parkingu. Patrick zaparkował z tyłu, z dala od głównego wejścia. Wysiadł, otworzył tylne drzwi i pomógł Karze wyjść. Była słaba, oparła się o niego całym ciężarem.
-Chodź. Wszystko będzie dobrze.
Wprowadził ją bocznym wejściem -strażnik rozpoznał Patricka, skinął głową bez pytań. W środku zapach kawy, papierosów i papieru. Dyżurny sierżant podniósł wzrok znad biurka.
-Patrick? Co tu robisz o tej porze? I kto to?
-Kara. Uratowana z piwnicy Jeźdźców. Potrzebuje lekarza, ciepłego posiłku i ochrony. Żadnych pytań do rana. Zrozumiano?
Sierżant skinął głową, widząc krew na jego ramieniu i determinację w oczach.
-Jasne. Medyk zaraz przyjdzie.
Patrick zaprowadził Karę do małego pokoju wypoczynkowego -kanapa, koc, automat z kawą. Usiadła ostrożnie, jakby bała się, że podłoga się pod nią zapadnie.
-Będziesz tu bezpieczna. Zamknij drzwi od środka. Nikt nie wejdzie bez mojego pozwolenia.
Powiedział, kładąc jej rękę na ramieniu.
Kara chwyciła jego dłoń.
-Uważaj na siebie. Sarah... ona czeka.
Patrick skinął głową, gardło ścisnęło mu się z emocji. Wyszedł, zamykając drzwi. W korytarzu skręcił w stronę cel.
Sala przesłuchań była pusta, ale Melanie wciąż siedziała w jednej z tymczasowych cel -skulona na pryczy, w podartej bluzce, tatuaże gangu widoczne na ramionach. Podniosła głowę, gdy usłyszała kroki. Jej oczy błysnęły mieszanką strachu i rezygnacji.
-Ty...
Warknęła słabo.
Patrick otworzył celę kluczem.
-Wstawaj. Jedziesz ze mną.
-Gdzie? Do piekła?
-Do magazynu na pustyni. Sarah tam jest. Wiesz więcej, niż powiedziałaś. Pomóż mi -albo wrócę po ciebie z czymś gorszym niż kajdanki.
Melanie wstała powoli, ciało wciąż bolało po „przesłuchaniu”. Spojrzała na niego wyzywająco, ale w oczach był cień strachu.
-Reaper mnie zabije.
-Reaper nie żyje a ja tak. Wybieraj.
Milczała chwilę, potem skinęła głową.
Zabrał ją -kajdanki na rękach, kurtkę zarzucił na ramiona. Wyszli tylnym wyjściem, wsiedli do forda. Kara została bezpieczna na posterunku, pod ochroną. Teraz miał dwa cele: Sarah i zniszczenie gangu.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz