Arystokrata rozdział 13

Arystokrata rozdział 13Widok rozpostartego wygodnie na kanapie brata z przymkniętymi oczami zadziałał na nią irytująco, ale dopiero gdy dostrzegła Alana w pozycji uległego tuż obok niego, spowodowało, że zagotowała się w sobie. Teraz już wiedziała, dlaczego pomimo wołań jej osobisty się nie pojawił. W momencie, gdy weszła, chciał się unieść, ale dłoń na jego ramieniu stanowczo powstrzymała go. Robert, słysząc, że weszła, nie otworzył oczu, tylko powiedział:
- Dzień dobry, siostrzyczko. - Wyczuła w jego głosie znużenie, nie wyglądał też najlepiej, był to zapewne efekt tęgiego picia i nieprzespanej nocy.  
- Rano wstałeś... - powiedziała, siląc się na spokój, ale chłodu powitania nie dało się ukryć - … cóż przygoniło cię do mnie o tej porze?
- Stęskniłem się za tobą – mówił cicho i sennie, denerwowało ją to, że nawet nie raczył na nią spojrzeć.
Zerknęła na klęczącego swojego osobistego, był napięty i sztywny jak struna.
- Alan... - chłopak drgnął, ale dłoń zacisnęła się mocniej, nie pozwalając mu się podnieść.
- Jest ci bardzo wierny... - powiedział tym samym sennym głosem - …i taki... przyjemny, zupełnie nie rozumiem, jak mogłem go przeoczyć.
Przełknęła ślinę i wzięła głębszy oddech, robiła się zła, ale jeśli miała pomóc Martinowi, to musiała trzymać nerwy na wodzy.
- Alan – powtórzyła ostrzej, udając, że nie zauważyła tego i poprzedniego gestu brata – podaj nam kawę.
Tym razem zabrał rękę, podniósł głowę z oparcia i odprowadził wzrokiem niewolnika, a gdy ten wyszedł z salonu, szybko spojrzał na nią. W jego czujnych, zwężających się oczach czaiło się słabo maskowane rozdrażnienie.  
- Musiałem przypomnieć mu pewne zasady panujące w tym domu – rzucił jakby od niechcenia.
- Uważasz, że mamy takie same zasady?  
- A nie mamy? - obserwował ją czujnie.
Usiadła na kanapie naprzeciwko niego, założyła nogę na nogę i przerzuciła sobie warkocz z pleców na piersi.
- Właśnie się zastanawiam, traktujesz mojego osobistego jak swojego własnego, a widziałeś, ma taką ładną obrożę, z imieniem właściciela i nie jest to twoje imię – mówiła, wolno cedząc słowa – a zasady mówią, że nie można dysponować czyimś osobistym bez wyraźnej zgody jego pana.
Prowokowała go teraz, właśnie miała u siebie jego osobistego niewolnika i nie do końca znalazł się tu tak, jak powinien, a właściwie wcale nie powinno go tu być. Złociste oczy skupiły się na niej, palce dłoni zaczęły wystukiwać na poręczy kanapy jakiś rytm, a lekki uśmiech cały czas błąkał się po twarzy.  
- Widziałaś obrożę Drugiego?
- Oczywiście i muszę przyznać, że jest imponująco bogata jak na ciebie, mocno poszalałeś z cennym kruszcem, obroża więcej warta niż sam niewolnik, nie uważasz, że to przerost treści nad formą? - po chwili dodała jeszcze - Chyba, że to jakiś szczególny niewolnik...
Odwrócił na chwilę twarz, ten gest uświadomił jej, że trafiła celnie. Wczorajsza nocna rozmowa z Martinem dała jej dużo do myślenia, ten niewolnik sporo znaczył nie tylko dla Martina.
- Widziałaś, kto jest jego właścicielem? Po co ci Drugi? - warknął nieprzyjemnie.
- Mówiłam ci już, chcę zadać mu kilka pytań.  
- Wiem, co mówiłaś, tylko nie rozumiem, czego możesz dowiedzieć się od niewolnika – pochylił się w jej stronę dokładnie tak samo, jak ona to zrobiła – Może chcesz mnie o coś spytać, będzie prościej?
- Dlaczego robisz o niego takie halo? - spytała, by odsunąć od siebie pytanie, na które nie miała sensownej odpowiedzi.
- Bo to jest mój osobisty?  
Przewróciła oczami i wzruszyła ramionami.
- Dziwi mnie, że nie pamiętasz, o wczorajszej rozmowie.
- Pamiętam doskonale... - popatrzył jej głęboko w oczy i na moment się zawahał, po czym zapytał wprost - Martin go tu przysłał?
- To chyba jasne, że on, a przynajmniej z jego polecenia, przecież nikt inny nie może dysponować niewolnikami... – zaczęła, z trudem wytrzymując ciężkie świdrujące spojrzenie – uważasz, że mógł mi odmówić?
Na moment zapanowało między nimi napięcie, mierzyli się wzrokiem, nawet nie zauważyła, jak podszedł do niej Alan z kawą na tacy. Dostrzegła na policzku mocne zaczerwienienie, uderzył go. Z trudem zapanowała nad sobą, żeby nie zareagować.
- Sprowadź tutaj Drugiego i przyłóż sobie lód – zwróciła się do niego.
- Tak, Pani.
Podszedł do Roberta i też podał mu filiżankę, jednak mężczyzna zignorował go. Zapach kawy podziałał na nią odprężająco, szkoda tylko, że ten codzienny rytuał został zakłócony. Zawsze po powrocie z objazdu terenu, piła kawę w towarzystwie swojego niewolnika, który w tym czasie informował ją o wszystkim, co się działo w rezydencji i przypominał o ewentualnych spotkaniach. Dzisiaj było inaczej, jej codzienny rytm został zburzony, a w dodatku została wmieszana w coś, co jej nie dotyczyło i nie wierzyła, że dała się w to wmanewrować.  
- A ty, pamiętasz wczorajszą rozmowę? - spytał, zaczepnie odbijając piłeczkę.
- Co masz na myśli? - doskonale wiedziała, o co mu chodzi, ale nie miała zamiaru mu ułatwiać. Jak widać słowa o tym, że go zniszczy, gdy zajdzie taka potrzeba, zabolały bardziej niż myślała.
- Przestań Marta! - poderwał się nagle i skierował w kierunku barku - Nie zgrywaj się, wcale nie masz ochoty na rodzinne spotkania, tak jak zresztą i ja – nalał sobie jakiegoś alkoholu do szklanki i wypił jednym haustem, po czym odetchnął głęboko – powiedz mi tylko, o co chodzi z Drugim i już mnie nie ma, nie mam czasu na te śmieszne gadki, a i ty też nie masz na to ochoty.
Dolał sobie znów, ale tym razem nie wypił od razu, chyba bardzo tego potrzebował, nie odzywała się, czekała obserwując, jak chodzi ze szklanką w ręku po pokoju. Był poddenerwowany i rozkojarzony, zastanawiało ją, dlaczego nie panował nad sobą, był przecież mistrzem w trzymaniu nerwów na wodzy. Wszystko wskazywało na sprawę z niewolnikiem, ale dlaczego? I Martin był w to zaangażowany, wyraźnie dał jej wczoraj do zrozumienia, że jeśli chłopak nie zostanie u niej, to świtu nie doczeka, bardzo mu zależało i to było co najmniej dziwne, bo Robert wykończył niejednego niewolnika i jakoś specjalnie nikt się tym nie przejmował.
- No dobrze, podoba mi się – rzuciła i skrzywiła wymownie, jednocześnie nie wierząc, że to mówi – to chciałeś usłyszeć? Że mam ochotę przelecieć twojego niewolnika! Zadowolony jesteś?!
Była zła, że musiała skłamać, ale dzięki temu jej kłamstwo było bardzo wiarygodne. W jego oczach pojawiła się konsternacja i niedowierzające rozbawienie, miał już coś powiedzieć, ale w tym momencie do salonu wszedł Drugi.  
- Pani - zwrócił się do niej i skłonił, a potem podszedł do Roberta.
- Panie.  
Nie trudno było zobaczyć, z jakim trudem przyjmuje pozycję uległego. Zanim spuścił głowę, zdążyła zauważyć skurczoną bólem twarz. Klęczał na szeroko rozstawionych kolanach, co świadczyło, że ma problem z utrzymaniem równowagi. Jej brat popatrzył na niego chwilę i odszedł w kierunku wielkiego panoramicznego okna.  
Podniosła się i podeszła do niego. Stanęła obok i przytuliła policzek do jego ramienia, przez chwilę patrzyła tak jak on w głąb parku.
- Czy teraz jesteś zadowolony z siebie? Usłyszałeś to, co chciałeś? Nie jestem taka niewinna, jak wszyscy myślicie...  
Jeszcze raz rzuciła okiem na Drugiego, był wycieńczony, posiniaczona twarz wyglądała strasznie, dużo gorzej niż wczoraj, jedno oko miał tak napuchnięte, że nie mógł go otworzyć, porozbijane usta, poobcierane do żywego nadgarstki i krwawe wybroczyny na całych rękach... zrobiło jej się niedobrze. On musiał tu zostać.
Robert objął ją ramieniem i przytulił.
- Jak widać – mruknął - Marta, co się z nami dzieje... dlaczego tacy jesteśmy? - wyszeptał, jakby wstydząc się swoich własnych słów, doceniała to, bo wiedziała, jak trudno mu było przyznawać się do swoich słabości, jak im obojgu było trudno.  
- Nic... chyba nic... nie wiem... - przyjemnie było być w jego ramionach, dawał jej jakieś poczucie bezpieczeństwa. Czuła się teraz koszmarnie, oszukując go w sprawie niewolnika, to, co teraz robiła, było podłe, czy był tego wart, czy wart był tego Martin?
- Mam wrażenie, że właśnie coś tracimy, że coś nam ucieka – mówił, przyciskając ją coraz mocniej do siebie, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało – jesteśmy tacy samotni...i oddaleni od siebie.
- Przestań, mamy siebie, nie jesteśmy sami, nic nas nie może rozdzielić. – powiedziała, a po chwili dodała – I nikt.
- Chciałbym - zabrzmiało to jakoś strasznie – bardzo bym chciał i obiecuję, że zrobię wszystko, by tak było.  
Nie mogła dotknąć jego myśli, w tych niewielu słowach, było tyle chaosu, że nie mogła wyczuć zupełnie nic. Wyczuwała w nim tylko coś niepokojącego, jakąś wewnętrzną barierę, coś skrywał i to coś go męczyło, ograniczało. Zauważyła, że prawie wcale się nie śmieje, jego spojrzenie zawsze jest czujne i zimne, a blask złotych oczu budził niepokój, którego nie potrafiła określić.
Odniosła też wrażenie, że jest bardzo rozdarty wewnętrznie i zupełnie sobie z tym nie radzi, maskując to, przynajmniej w stosunku do niej, jakąś pozorną, choć wyrafinowaną obojętnością. Chciałaby mu pomóc, ale nie miała pojęcia, jak to zrobić, jak dotrzeć do niego, co uczynić, by się otworzył, by znów był bratem, a nie partnerem biznesowym, momentami nawet rywalem.  
Delikatnie odsunął ją od siebie, położył dłonie na jej ramionach, popatrzył w oczy i pocałował w policzek.
- Gdzie ty tak rano jeździsz? - spytał, a jego twarz się rozjaśniła i pojawiło się zainteresowanie. Zmiana nastroju była błyskawiczna, przez moment zastanawiała się, czy aby nie jest to jakaś gra z jego strony.
- Dlaczego pytasz? - spytała niepewnie.
- Jeździsz sama i zupełnie nie dbasz o swoje bezpieczeństwo – mówił spokojnie i wyczuła w jego głosie troskę, prawdziwą, niepowodowaną uprzejmością lub chęcią zmiany tematu.  
- Jeżdżę na plantację, staram się doglądać wszystkiego, a poza tym, taka ranna przejażdżka dobrze robi mnie i Bagestowi – aksamitne ciepło w jego głosie sprawiło, że znów zapragnęła przytulić się do niego, poczuć jego zapach i bliskość, a jednocześnie odwzajemnić mu ten gest, który pozwoliłby obojgu przynieść odprężenie i skierować rozmowę na łagodniejsze tony.
- Zdajesz sobie sprawę, że grasz o wysoką stawkę i że ci, których zaatakowałaś, to nie są głupcy, w końcu wpadną na to, kto za tym wszystkim stoi. Albo ty, albo ja, co w sumie i tak nie będzie miało znaczenia, bo celem dla nich staniesz się głównie ty.  
- Tak, wiem, ale ostatnio to jest moja jedyna przyjemność – przyznała szczerze – tylko na koniu czuję się wolna i mogę być sobą, te dwie godziny sprawiają, że mogę odreagować to napięcie, w którym ostatnio żyję.
- To po co ci to? Wycofaj się z tego, póki jeszcze nie jest za późno... - w jego głosie słychać było prośbę, chociaż w oczach widać było żądanie.  
- Wiesz – przerwała mu, nie chciała, by ten miły nastrój znikł – odkryłam na nowo ruiny.
- Ruiny – bardzo wyraźnie widać było, jak zagłębił się pamięcią w odległą przeszłość – nie sądziłem, że jeszcze istnieją.
Uśmiechnęła się ciepło, do niedawna sama sądziła, że nie istnieją, zapomniała o nich, a było to dawne, stare siedlisko ich rodziny. Oddalone od rezydencji o kilka kilometrów, pochłonięte przez las i gęste zarośla, tajemnicze miejsce ich zabaw, o których oprócz nich nikt nie pamiętał i nie wiedział.
Została tylko północna ściana, zawaliły się już piwnice, ale jest jeszcze wejście z jednej strony i kawałek tej piwnicy ze schodami, zachował się w całkiem niezłym stanie – opowiadała zadowolona, widząc zaciekawienie brata – i jest nawet ten fragment komnaty z wielkim kominkiem.
- Muszę się tam wybrać, a właściwie...- poprawił się - musimy się tam wybrać razem, może nawet znów wsiądę na konia?
- No nie mów!– zaśmiała się – Kiedy ostatni raz siedziałeś w siodle?  
Mężczyzna zamyślił się przez moment i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Nie pamiętam, ale na pewno było to bardzo dawno temu.
- Więc koniecznie muszę to zobaczyć. Jesteśmy umówieni na dziki galop do ruin?- zapaliła się do tego pomysłu, kiedyś jeździli często razem, pamiętała też, że dołączali do nich bracia Standfordowie, było wtedy śmiesznie i wesoło, momentami szaleńczo niebezpiecznie.  
- Od razu dziki! Chcesz mnie zabić? Za co? Co ja takiego zrobiłem? - roześmiał się – Absolutnie nie poczuwam się do winy i proszę o złagodzenie kary.
- No dobrze, nie dziki galop, ale galop - patrząc na rozbawionego Roberta, przyszło jej nagle do głowy, że powinna odwiedzić panie Standford - a nawet mogę się poświęcić na spacerowy stęp.
- Teraz to już przegięłaś albo chcesz mnie zanudzić, albo zajeździć, na pewno nie masz nic do mnie?  
- Absolutnie nie! Jesteś mi przecież bardzo potrzebny – kokieteryjnie spojrzała na niego – ale małe zakwasy panu przewodniczącemu na pewno nie zaszkodzą.
- Jesteś niemożliwa!– spojrzał się na nią poważnie i przenikliwie, po czym roześmiał w głos - Ty mi tu nie ściemniaj, chodzi ci o mojego niewolnika, chcesz go przejąć po moim trupie – złapał ją w pasie i poderwał do góry - masz rację, niewiniątko to ty już nie jesteś, ale za to właśnie cię kocham.
- Robert... - musiała wykorzystać teraz tę sytuację, chociaż wszystko w niej krzyczało, żeby tego nie robiła - … zabierz Drugiego. Nie powinnam była go wzywać – jeszcze raz zerknęła na klęczącego Drugiego, a potem na brata, gdy tylko postawił ją na podłodze - i tak nie będę miała teraz z niego pożytku.
Zerknął na nią czujnie, odwzajemniła mu się rozbrajającym dwuznacznym mrugnięciem, a potem z wyraźnym wahaniem popatrzył na niewolnika. Podszedł do niego i złapał za obrożę. Wstrzymała oddech i spięła się, obserwując, jak podnosi mu głowę i zmusza do spojrzenia na niego. Zagrała va bank, zaraz miała się przekonać, czy dobrze rozegrała tę partię. Ta chwila trwała wieczność, zastanawiała się, dlaczego to robi, dla kogo i po co.
- Niech zostanie... - odwrócił się do niej, w ostatniej chwili przybrała obojętną minę, chociaż wszystko w niej drgało - …ale jak wrócę, ma być w rezydencji.  
Uśmiechnęła się z tłumioną ulgą.
- A ty nigdy więcej nie bij mojego osobistego - rzuciła za nim, nie mogąc się powstrzymać – wiesz, nie lubię porysowanych samochodów i poobijanych niewolników.  
- A ja lubię mieć swojego osobistego pod ręką... i nie tylko – puścił do niej oczko - W rezydencji – powtórzył - Jak wrócę ma tam być - wskazał na niego palcem i przymrużył złote oczy, posyłając jej bezczelny uśmiech, a kierując się w stronę wyjścia, rzucił jeszcze niedbale – nie sprzedaj mi go...
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, usiadła na kanapie i bezmyślnie patrzyła przed siebie, próbując dojść, w co wpakował ją Martin, bo to, że coś było na rzeczy, nie miała już żadnych złudzeń. I jeszcze jedna rzecz nie dawała jej spokoju, jakie konsekwencje z tego będą, jaką cenę za to wszystko przyjdzie zapłacić i kto będzie płacił. To wszystko było bardzo dziwne, z wyjaśnieniami musiała poczekać na zarządcę, chyba że przycisnęłaby Drugiego, bo, to on był przyczyną całego zamieszania, tylko gdy zerknęła na niego, natychmiast zrezygnowała z tego pomysłu, poczeka na to, co ma jej do powiedzenia Martin.
- Pani...
- Tak? - z zamyślenia wyrwał ją Alan.
- Tak myślę, że może zobaczyłby go lekarz.
Spojrzała najpierw na swojego osobistego, a potem na Drugiego.
- Masz rację - jak zwykle myślał o wszystkim – Sprowadź jakiegoś dyżurującego z rezydencji i umieść Drugiego w jakimś pokoju.
- Oczywiście. - Dostrzegła w jego głosie skrywane napięcie i jakby tłumiony entuzjazm, czyżby i on był w jakiś sposób zaangażowany w to, czy już miała jakąś paranoję w związku z tym nieszczęsnym niewolnikiem.  
- Dać mu pokój Kaja?
Zawahała się przez moment.
- Nie, daj mu jakiś inny.



Zerknął na plamę na koszuli. Chyba powinien dać zszyć sobie tę ranę po nożu Cichego. Cholerny czub dźgnął go całkiem nieźle, zapomniał, że ten skurwiel zawsze w rękawie ma jakiś nóż. Dobrze, że Marta nie zauważyła, bo pewnie musiałby się tłumaczyć. Tylko dlaczego tak boli, zatruty miał ten nóż, czy co? Po nim wszystkiego można się spodziewać. Oparł się o wielki pień drzewa i wciągnął rześkie powietrze do płuc, napawał się ciszą i spokojem, którego od dłuższego czasu mu brakowało. W życiu, by nie pomyślał, że do tego zatęskni. Starzeje się, czy co? Nawet Justina odpuścił Marcie. Swoją drogą nigdy nie potrafił czegokolwiek jej odmówić, miał do niej taką słabość, że czasami, aż się tego bał. Nawet był zazdrosny o to, że jego osobisty zostaje z nią, że będzie tak blisko niej, a to było chore, była jego siostrą... miał ochotę rozerwać go za to. Nawet ona napaliła się na niego, pieprzone życie, miał nadzieję, że chodziło tylko o seks, nic więcej. Nie miał ochoty tłumaczyć jej, o co chodzi z jego osobistym, to była sprawa między nim a Justinem, a na tyle co ją znał to dobrze, by się to nie skończyło dla niego i żadne tłumaczenie nie byłoby dobre. Marta miała pewne zasady i trzymała się ich, bez względu na okoliczności, a to, co zrobił, na pewno zaważyłoby znów na ich stosunkach. Zaskoczyła go swoim powrotem do domu, poprawiały się ich relacje, potrzebowali siebie nawzajem, dostrzegał to teraz jak nigdy przedtem i tylko dlatego nie chciał, żeby ta sprawa wyszła na światło dzienne, bo w każdym innym wypadku najzwyczajniej w świecie miałby to gdzieś, czy się wyda, czy nie. Przez moment miał wrażenie, że Martin coś kręci z Drugim, ostatnio za bardzo się nim zajmował, ale chyba jednak się mylił, jego zwykle chłodna i opanowana siostra, będąca zawsze ponad wszystkim, też ulegała słabościom i nie zamierzała sobie niczego odmawiać. Tak więc wszystko wyglądało na to, że był to jednak pomysł Marty, aby ściągnąć go dla siebie. Trochę się nie dziwił, ten gnojek ociekał seksem, jego ruchy, sposób bycia i przede wszystkim wygląd sprawiały, że nie dało się nie zwrócić na niego uwagi. Nawet dzisiaj, gdy wyglądał tak koszmarnie, budził litość pomieszaną z perwersyjną pożądliwością, normalnie zerżnąłby go... zastanawiając się, kto będzie w stanie mu go zastąpić. Jak do tej pory nie trafił jeszcze na takiego niewolnika, no, może ten, którego miał teraz u siebie. Na początku wydawał się taki miękki i roztrzaskany na kawałeczki, ale dzisiejszej nocy dostrzegł w nim jakiś przebłysk hardości, nie pogodził się z tym, co mu się przydarzyło i budziła się w nim potrzeba przetrwania, a to zapewniało, że czeka go niezła zabawa, przynajmniej przez jakiś czas i dobrze, był tego wart. Uśmiechnął się mimowolnie do siebie, żeby miał jeszcze tylko inteligencję i to wyrafinowane obycie Justina, ale cholera nie można było niestety mieć wszystkiego.
- Tu się ukryłeś!
Westchnął, słysząc ten głos i odwrócił się w kierunku nadchodzącego zwalistego mężczyzny.  
- Co z chłopakami? - Spytał, udając zainteresowanie towarzyszami od kieliszka.
- Ogólnie nieźle - Kunaj wyciągnął paczkę papierosów i skierował w jego stronę.  
Robert sięgnął po jednego i za chwilę obaj z przyjemnością zaciągali się dymem  
– Młody ledwie żyje i rzyga, dalej niż widzi, a reszta leczy się, już się leczy, próbując do kupy złożyć wczorajszy wieczór, bo Eminencja obudził się nie tam gdzie kładł spać i nie z tym z kim chciał, a Hugo za cholerę nie pamięta, dlaczego obudził się przykuty do łóżka kajdankami.
- A dlaczego był przykuty – ten fakt go zainteresował – chyba nie zmienił upodobań?
- Ja go przykułem – wyjaśnił Kunaj wzruszając ramionami – wziął coś i dostał szwendaczki, najpierw spierdolił się ze schodów, a później chciał pływać w basenie.
- Ale tam nie ma jeszcze wody... - spojrzał zdziwiony na mężczyznę.
- No właśnie.
- Powiedziałeś mu, że to ty?
- Pojebało cię? Nie jestem samobójcą! – obruszył się – Zaraz dorobiłby jakąś ideologię i chuj wie, co z tego by wyszło, nie znasz go?  
Na małą chwilę zapanowało zrozumiałe milczenie, Hugo był fajnym kumplem, tylko gdy pomieszał niektóre używki, to zaczynało go nosić, chciał latać, gdzieś jechać, szukać wrażeń i dla jego własnego dobra trzeba go było zawsze jakoś ograniczyć w tych zapędach, co w większości bardzo mu się nie podobało, ze względu na radykalne środki przymusu bezpośredniego, które nie były zbytnio wyrafinowane, bo w tym momencie ci, którzy je wtedy stosowali, przeważanie sami nie byli już na tym etapie, by działać bardziej finezyjnie.  
- Ty, o co wam wczoraj poszło z Cichym? - Kunaj spytał poważnie, z wyraźną nutą niepokoju – Nie uważasz, że trzeba coś z tym zrobić?
Popatrzył na niego uważniej, może i był tępym osiłkiem, ale momentami miał przebłyski poprawnego myślenia i śladowe ilości inteligencji. Na szczęście można go było odpowiednio ukierunkować i wykorzystać do własnych celów, co opanował do perfekcji, wykorzystując przy okazji też jego zdolności przywódcze. Zwykli szeregowi żołnierze kochali go za to, że na placu boju stawał się jednym z nich i zawsze był z nimi, więc chcąc mieć kontrolę nad wojskiem, które było bardzo trudne w dyscyplinowaniu i utrzymaniu w jakimkolwiek rygorze, wolał go mieć po swojej stronie.
- Może i uważam, ale Cichy jest trochę mało chętny do współpracy – powiedział ostrożnie – sam wiesz, że nigdy nie wiadomo co mu chodzi po głowie, zanim nie odpierdoli czegoś.
- Poszło wam o twojego niewolnika? - odwrócił się i splunął - Bo jeśli tak, to obaj macie nasrane w tych swoich arystokratycznych łepetynach.
- Posłuchaj Kunaj, są jakieś zasady i nie jesteśmy jakąś popieprzoną komuną, gdzie wszystko jest wspólne – mówiąc to, zastanawiał się, czy już rozmawiał z Cichym, a jeśli tak to, co mu tamten powiedział – jesteśmy u mnie w domu, a nie na dzielnicach...
- Bredzisz Rays – przerwał mu i splunął jeszcze raz – życie jest za krótkie, by je marnować na jakieś nieistotne rzeczy. Mógł cię przecież zabić, wszyscy wiemy, że nie pała do ciebie miłością.  
- To fakt. - przyznał.
Cichy nie uważał nikogo, kto nie był mocniejszy od niego i nie był mu do czegoś przydatny.
- Ja to bym mu przy najbliższej akcji palnął w łeb, zwalił na wypadek przy pracy i byłoby po sprawie – mówiąc to, był bardzo z siebie zadowolony, a prostota rozwiązania problemu, jak na niego była porażająca.  
- Chcesz zabić arystokratę? - spytał z wymuszonym niedowierzaniem – Wiesz, że to bardzo ryzykowne?
- Kurwa, Robson ogarnij się – mężczyzna popatrzył mu głęboko w oczy – wszyscy mamy dość tego popieprzonego milczka. Znasz kogoś, komu by nie grał na nerwach?
W sumie miał rację, ale nie spodziewał się, że chłopaki odbierają go w ten sposób, był z nimi od zawsze w przeciwieństwie do niego, a na dodatek był też ich nieformalnym przywódcą.
- Przecież on, kurwa, jest nieobliczalny i niebezpieczny, i tak naprawdę chuj go wie, o co mu chodzi. Zawsze trzyma się z boku, chodzi jak jakiś pojebany kot swoimi ścieżkami i co jakiś czas znika, cholera wie gdzie – nabrał powietrza i palcem dźgnął go w ramię, - a najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz, kiedy pojawi ci się za plecami, z tym swoim cholernym nożem, którym lepiej macha niż ja macham łapami - mówił zachęcony wyraźnym zainteresowaniem na twarzy Roberta, który już zastanawiał się, jak wykorzystać tę niechęć chłopaków do Cichego, To była okazja pozbycia się go, nie brudząc przy tym sobie rąk.
- Pomyśl Robert, pomyśl tym swoim ścisłym rozumkiem nad tym, co ci powiedziałem.
- Każdy ma coś na sumieniu – powiedział ostrożnie, próbując go wyczuć i podpuścić – jesteśmy jedną drużyną i w tym jest nasza siła – z trudem zachowywał powagę, mówiąc te bzdury, ale zauważył, że na Kunaju robiły wrażenie – inaczej będziemy mieli kłopoty na dzielnicach, sam wiesz, jak ciężko jest się tam utrzymać, dzielnic jest tylko kilka, a chętnych coraz więcej, jak się podzielimy, to nas wygryzą stamtąd.  
- Może i masz rację, ale on jest najsłabszym ogniwem, które może kiedyś puścić i jak to w życiu bywa w najmniej odpowiednim momencie – teraz to on go zaskoczył, chyba wspiął się na wyżyny swojej inteligencji, by wymyślić coś takiego – i powiem szczerze, nie chciałbym być wtedy odwrócony do niego plecami.
Robert popatrzył gdzieś przed siebie, o tym to już wiedział od bardzo dawna, ale mimo wszystko nie było to takie łatwe, jak mogło się zdawać. Cichy miał bardzo mocne powiązania, nie był sobie takim byle kimś, sprawdził to od razu na początku, gdyby to było takie proste, już dawno nie byłoby sprawy. Może pomysł Marty, by stanął na czele Rady, nie był taki głupi? Obserwował jej poczynania i to jak te przemądrzałe barany same pchają się pod nóż. To może się udać, ten jej pomysł, który początkowo wydawał mu się absurdalny, wcale nie był taki do końca głupi, bo gdyby rzeczywiście został przewodniczącym... Uśmiechnął się w duchu do siebie, życie stałoby się dużo łatwiejsze.
- Zawsze wiedziałem, że jesteś niegłupim gościem – Robert poklepał go poufale po ramieniu - więcej takich ludzi i świat byłby... prostszy i łatwiejszy w obsłudze.
Na twarzy mężczyzny rozkwitł uśmiech zadowolenia, kretyn nie zrozumiał ironii, ale akurat to dobrze.
- Nie myśl sobie, że nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam – Kunaj zadowolony z siebie kontynuował – ale pamiętaj, dopóki mogę robić to, co lubię i mieć za to przyzwoitą kasę, chuj mnie obchodzą wasze rozgrywki i będę zawsze za tobą Rays, bo jesteś jedynym, który mnie szanuje i bierze mnie takiego, jakim jestem. Idę się zaleczyć, idziesz ze mną odkazić tę ranę, czy masz zamiar kwitnąć pod tym drzewem?
Pokiwał głową z udawanym zrozumieniem i nie parsknął śmiechem, tylko dlatego, że właśnie zaczął się w jego głowie rodzić pewien plan, w którym ten mężczyzna miał odegrać główną rolę.
- Dzięki Kunaj, prawdziwy przyjaciel z ciebie, ale pozwolisz, że nie dotrzymam wam chwilowo towarzystwa, mam lepszy pomysł na spędzenie tego pięknego wczesnego przedpołudnia - świadomość, że w sypialni czeka na niego młodziutki niewolnik, była bardziej kusząca niż wysłuchiwanie pijackich przechwałek kumpli, z którymi i tak będzie musiał spędzić kolejne najbliższe dni, a za chwilę tygodnie, poza tym musiał wyprowadzić trochę procentów z organizmu. Wyraźnie już czuł zanik krwi w alkoholu, a to nie było najlepszym objawem, musiał zacząć szybko i jasno myśleć, w nadchodzącej rozgrywce nie było miejsca na najmniejszy błąd, więc musiał się sprężyć, a zacznie od odprężenia.

Poderwał się gwałtownie, wybudzając z niespokojnego snu. Ból żeber natychmiast dał znać o sobie, syknął i delikatnie opadł na poduszkę, wbijając wzrok w sufit. Cholera, już nie pamiętał, kiedy go nic nie bolało. Powoli przypominał sobie, co się stało, zegar wskazywał ósmą, tylko nie wiedział, czy rano, czy wieczór, bo okna były zasłonięte.
Pamiętał, jak prowadzono go gdzieś i że tracił co jakiś czas świadomość. Wiedział, że idzie służyć i że jest poza rezydencją, potem nagle czuł, jak zmuszają go do klęknięcia, jak skuwają mu ręce, wywołując przy tym koszmarny ból, który czuł pomimo tego, że był ledwie świadom tego, co z nim robią. Głowa opadała mu na pierś, jego umysł odpływał, dopóki czyjeś palce nie uniosły mu podbródka. Ostatkiem sił rozchylił powieki, widok pochylonej na nad nim Marty na chwilę go otrzeźwił, coś mówiła, ale nie był w stanie skupić się na tyle, by pojąć znaczenia słów. Miał jej służyć? To było nie wykonalne, nie był w stanie, chyba to widziała... oczy same się zamykały, nie miał siły walczyć ze snem, którego tak rozpaczliwie potrzebował. Kiedy to było? Wczoraj? Przedwczoraj? Rano był wezwany, był tam Robert i ona. Nie miał siły się pozbierać i nie miał siły myśleć, ale wiedział, że chodziło o niego. Został u niej i teraz sam nie wiedział, czy dobrze, czy źle dla niego. Z rozmowy wyczuł, o co jej chodzi, czego od niego chce, była taka sama jak inne. No to zawiedzie się, bez efronu nie ruszy, nawet gdyby chciał. Rozejrzał się po pokoju, wszystko było urządzone w stylu rezydencji, wiedział, że jest w małym domu dla gości, w którym zamieszkała Marta. Nigdy nie spodziewał się tego, że tu się znajdzie. Jeszcze raz spróbował się podnieść, wszystko go bolało, przez moment zakręciło mu się w głowie, był osłabiony. Powoli spróbował wstać, nawet całkiem nieźle mu to poszło, jednak naprawdę był słaby, nie pamiętał, żeby, aż tak się czuł nawet po największym biciu, jakie sprawił mu Robert. To chyba był kres jego wytrzymałości, wszystko ma swój koniec.  
Gdy dotarł do łazienki i spojrzał w olbrzymie lustro, nie poznał się. Teraz rozumiał skąd ta przerażona i pełna obrzydzenia mina Marty. Sam na siebie nie mógł patrzyć, ale nie długo dojdzie do siebie, zawsze goi się na nim jak na psie i tym nie miał zamiaru się przejmować, zastanawiał się tylko, co tu robi? Dlaczego tu jest i jak to się stało, że Robert zgodził się na to, żeby tu został? Pamiętał ich rozmowę, ale nie potrafił się na niej skoncentrować, próbując skupić się na utrzymaniu w pozycji uległego. Przypominał sobie też zaglądającego Alana i wiedział, że był u niego lekarz, za cholerę nie mógł jednak dojść, ile czasu już tu spędził. Miał jednak dziwne przeczucie, że źle na tym nie wyjdzie.
- Widzę, że wróciłeś do żywych? - rozbawiony głos Alana przywitał go, gdy tylko wrócił do pokoju.
- Chyba, choć do końca nie jestem tego pewien – mówienie sprawiało mu trudność, usta pękały i krwawiły – ale jest szansa na życie.  
- To dobrze, bo trochę byłeś mało kontaktowy przez moment – Alan przyglądał mu się z wyraźnym zadowoleniem.
- Jak to się stało, że tu jestem?
- Dobre pytanie! Nawet nie wiesz, ile nerw nas kosztowało, żeby cię tu sprowadzić.
- Nas? - spojrzał się na niego podejrzliwie – To nie Marta mnie tu wezwała?
- W pewnym sensie, można to też tak ująć – odparł Alan po chwili zastanowienia – tylko trzeba było jej to uświadomić.
Zaczynał go irytować, ta jego zadowolona nie wiedzieć z czego mina, zupełnie nie pasowała do jego samopoczucia i nie miał ani nastroju, ani siły na rozwiązywanie zagadek.
- Rozumiem, że to jakaś tajemnica – położył się ostrożnie z powrotem na łóżko i zamknął oczy, znów chciało mu się spać, był bardzo osłabiony – która nie powinna mnie obchodzić.
- Wyluzuj trochę, Drugi – chłopak spoważniał – nic ci już nie grozi...
- A groziło? - spytał przekornie, nie wiedzieć czemu irytacja w nim narastała.
- Biorąc pod uwagę, zaangażowanie Martina, sądzę, że tak. - w głosie Alana wyczuł chłód i nie dziwił się, bo nie wiedzieć czemu był nieprzyjemny i nie potrafił nad tym zapanować - Nie ma żadnej tajemnicy, Martin cały wieczór starał się skontaktować z panną Rays po to, aby wezwała cię do służenia – patrzył mu prosto w oczy, jakby chcąc zmusić go do skupienia się nad tym, co mówił – podobno szef, chciał cię wykończyć...
Chyba chciał, wtedy w korytarzu Robert wpadł w furię, bił go tak, jak jeszcze nigdy przedtem, zastanowiło go tylko późniejsze jego zachowanie, bo wydawało mu się, że w pewnym momencie, jakby przeraził się tego, co robił, jakby chciał go przeprosić, tylko że, to nie było w stylu Roberta. Mogło mu się też wydawać, był już wtedy przy mroczony i ogłupiały od tego ciągłego bicia, jego jedyną myślą i pragnieniem było, żeby to wszystko w końcu się skończyło, a gdyby to on z nim skończył, warunki kontraktu byłyby zachowane... może właśnie tego przestraszył się Rays? Że przegra zakład, przed tak bliskim już końcem, dla niego nie robiło to już różnicy, ale dla Roberta tak, on zawsze dotrzymywał słowa, szczycił się tym...cholera go wie, jest takim perfekcjonistą. Mógł być to jeszcze odruch litości, ale na to by nie liczył, takie uczucia już nie istniały dla Roberta, przynajmniej ich nie miał dla niego, podejrzewał, że umarły tamtego wieczora, kiedy się zawahał, kiedy nie miał świadomości, że jego milczenie i wstrzymanie się od głosu, będzie wyrokiem...  
- Drugi, wszystko w porządku? - głos Alana przywołał go do rzeczywistości.
- Tak, wszystko jest w najlepszym porządku – szybko odepchnął myśli, które niebezpiecznie zaczynały krążyć koło czegoś, co chciał wymazać z pamięci, bo już nie należało do niego i nigdy też nie będzie, a sprawiało ból, dużo większy niż ten, który zadawano mu tutaj. Znowu niepotrzebny żal...
- Powiedz mi – chłopak przyglądał mu się jakoś trochę dziwnie – dlaczego zarządca tyle ryzykuje, żeby uratować ci tyłek?
To było dobre pytanie, sam się nad tym zastanawiał, był przecież niewolnikiem praktycznie bez jakiejkolwiek przyszłości.  
- Nie wiem – odpowiedział mu szczerze - niczego już nie wiem. Nie wiem, ile tu jestem, nie wiem, jak się tu znalazłem, nie wiem, po co i nie wiem, czego ode mnie oczekują... – próbując zignorować ból głowy, znów się poderwał -...więc wybacz, że nie odpowiem na twoje pytanie, bo kurwa sam nie znam na nie odpowiedzi, a poza tym... zaraz się chyba... porzygam... - i nie zważając na zawroty głowy, pobiegł do łazienki.


Cichy bezskutecznie próbował oderwać jego rękę, a on z satysfakcją obserwował jego bezsilne próby. Podszedł go cicho i bezszelestnie, gdy ten stał za winklem filara i swoim zwyczajem obserwował chłopaków, początkowo miał zamiar przejść niezauważony, ale nie mógł powstrzymać się, żeby nie skorzystać z takiej okazji.  
- I co, przyjacielu? Zatańczymy teraz? - zapytał czule i z taką delikatnością jakby ściskał kochankę.
- Oo...odpier...dol się czuubie... - wychrypiał z trudem - puść mnie...
- Jakoś dzisiaj nie masz humoru – zakpił i chuchnął mu w ucho – nie miałeś co szlifować?
Zwiększył nacisk, mężczyzna szarpnął się, raz i drugi już dużo słabiej, jeśli liczył, że stracił czujność lub żartuje, to go nie doceniał.
- Wiesz, jak ja to robię... z nim? - rozkoszował się jego bezsilną wściekłością – Chcesz spróbować?  
- Na pewno chcesz...
- Robert, puść... skurwysy...nu...
Jeszcze raz się rzucił, zachwiało nimi oboma, ale nie udało mu się oswobodzić na tyle, aby móc cokolwiek zrobić, by się wyrwać z uścisku.
- Myślisz, że możesz się równać ze mną... z Raysem... - z trudem panował nad perwersyjną chęcią zrobienia mu krzywdy i powstrzymywała go tylko świadomość, że lepiej zrobić to czyimiś rękami – krzyżujesz mi plany, przeszkadzasz i nie szanujesz mojej własności...
Czuł, jak nacisk palców na jego przedramieniu zaczyna słabnąć, opór też jakby stawał się mniejszy, przydusił go chyba trochę za mocno.
- Powiedziałeś, że jest nam po drodze... na razie, więc niech tak zostanie ale pamiętaj - szeptał mu do ucha, powoli i irytująco łagodnie -....każdy, kto jest przeciwko mnie, ten nie żyje... już nie żyje.
Odepchnął go od siebie bardzo mocno, tak, aby ewentualnie nie miał czasu wyciągnąć noża, który bez wątpienia gdzieś miał. Ten jednak skoncentrował się na utrzymywaniu równowagi i łapaniu oddechu, i nie w głowie mu był atak na niego. Z jadowitą satysfakcją obserwował, jak próbuje dojść do siebie i maskować zażenowanie oraz strach, którego niewątpliwie mu napędził.
Przez moment mierzyli się wzrokiem, w oczach Cichego widział żądzę mordu za upokorzenie, które mu zafundował, czuł też, że nie zostanie mu to nigdy zapomniane i musi się mieć bardzo, ale to bardzo na baczności. Odsunął się do tyłu krok, uśmiechnął rozkosznie i mrużąc oczy, lubieżnie przejechał językiem po dolnej wardze, po czym rzucił od niechcenia z udawanym rozczarowaniem:
- Bez obawy, nie zerżnę twojej dupy, jest zbyt pospolita i za bardzo zeszlifowana, a poza tym nie interesuje mnie twój popierdolony świat – odwrócił się i na odchodne nie patrząc już na niego, dodał:
- Teraz będę zajęty, długo zajęty, ale później możemy pogadać o interesach, wspólnych interesach, jeśli masz jeszcze na nie ochotę.
Mina Cichego i świadomość przyjemności, która czekała na niego za chwilę w sypialni wprawiło go w doskonały nastrój. Może nawet będzie dobry dla tego delikatnego i młodego niewolnika, w którym pomimo paraliżującego go strachu, wciąż widział determinację przetrwania i wewnętrzną walkę o szacunek dla siebie samego, a to bardzo niewielu potrafiło, będąc w takiej sytuacji. Umiał to docenić, chociaż nigdy okazywać. Z perwersyjno-sadystyczną ciekawością obserwował, jak długo wytrzymują tą z góry przegraną walkę i na jak długo starczy sił, by nie stać się niewolnikiem nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Póki co, nie dał się tylko jeden, ale ten dzieciak, też miał mocną psychikę, czuł to, czuł, że będzie w stanie mu zastąpić niedługo Drugiego, którego nie potrafił złamać, nie umiał dotknąć jego "ja”. Szanował to w nim, mimo nierównych szans miał w nim godnego przeciwnika... będzie mu go brakowało, już nic nie będzie bez niego takie samo... Miał nadzieję, że nie myli się co do tego młodego chłopaka i długo będzie miał z niego zabawkę, bo o ile Drugi, musiał wytrwać, miał dla kogo i był elementem zakładu, to ten takiego bodźca do przetrwania nie miał.  
Wszedł do sypialni, od razu spojrzał na klęczącego nieruchomo niewolnika i na leżący obok pejcz. Uśmiechnął się zadowolony, albo rzeczywiście nie ruszył się od kilku godzin z tej pozycji, tak jak mu kazał pozostać, albo odkrył, dlaczego pejcz leży tak, a nie inaczej i w takiej odległości, a nie innej. Podszedł do niego, widział jak napręża mięśnie i jak przebiegł po nagich plecach dreszcz, poza tym nawet nie drgnął, złapał go z włosy i odciągnął do tyłu, chcąc zobaczyć jego twarz i sprowokować do spojrzenia na siebie. Nie zrobił tego, nie spojrzał, dwukrotnie popełniony błąd wystarczył, by zapanować nad odruchem spojrzenia w twarz swojego pana bez pozwolenia, szybko się uczył.  
Jednak od czegoś trzeba było zacząć zabawę.
- Rozporek - warknął, obserwując, jak się spina, nieźle panował nad sobą, bo po za tym nie było widać żadnych oznak strachu, który niewątpliwie w nim szalał.
Tak jak przypuszczał, z odruchem używania rąk bez pozwolenia, na początku wszyscy mieli problem. Zwrócił uwagę na jego dłonie, miał ładne, drobne i zadbane dłonie, o długich palcach, na pewno nie pracował fizycznie, przez moment przeleciało mu nawet przez myśl, żeby spytać kim był przedtem, ale w sumie nie było to teraz ważne. Ważne było to, że gdy chłopak odsunął zamek rozporka do połowy i dostrzegł swój błąd, on musiał zareagować. Uderzył błyskawicznie, mocno i z czystą przyjemnością, uważając jednak, by za bardzo nie uszkodzić ładniutkiej twarzy.
Zawsze znajdzie się powód, aby ukarać niewolnika.  

Podeszła do ogrodzenia padoku, z daleka obserwowała co się na nim dzieje. Na środku stał jasnowłosy mężczyzna, a w niewielkiej odległości od niego przestępował z nogi na nogę jej koń. Przez krótką chwilę idąc w ich kierunku, chciała krzyknąć, żeby ten ktoś wyszedł z ogrodzenia, bo Bagest mógł być niebezpieczny dla obcych, a poza tym nie życzyła sobie, by ktoś nieupoważniony kręcił się koło jej konia. Jednak gdy zbliżała się coraz bardziej i w miarę rozwoju sytuacji na padoku, postanowiła tego nie robić. Szybko poznała, że ten jasnowłosy mężczyzna to Drugi. Przyglądała mu się z uwagą, gdy tak stał odwrócony do niej tyłem, był dość wysoki, szeroki w ramionach, ale ogólnie sylwetka sprawiała wrażenie szczupłej. Widziała go już wiele razy, ale dopiero teraz dostrzegała w nim coś, czego nie dostrzegła wcześniej i tak naprawdę nie potrafiła tego określić, ale z każdą chwilą to coś urzekało ją w nim coraz bardziej. Na pewno było też to, że teraz nie widząc jej, nie będąc świadomy jej obecności, nie był niewolnikiem, był sobą. Jasne włosy niesfornie opadły mu na ramiona, tańcząc wraz z nim w rytm lekkich, sprężystych i pewnych kroków, człowieka świadomego swych umiejętności i tego, czego chce. Sposób, w jaki się poruszał budził, okrutną seksualność, chciał czy nie chciał, uwodził całym sobą. Patrzyła, jak zahipnotyzowana na niego i na to, co robił z jej koniem, który też był zdziwiony, że człowiek przed nim nie ucieka, gdy on z położonymi uszami próbuje na niego szarżować. Wystarczyła jednak tylko podniesiona do góry ręka i gwałtowny ruch całym ciałem w stronę zwierzęcia, by Bagest, wprawdzie niebezpiecznie blisko, prawie ocierając się o niego, w ostatnim momencie zmieniając kierunek, przegalopował tuż obok niego. Kary koń, zaskoczony taką reakcją człowieka, przechodził w wyciągnięty kłus, z fazą zawieszenia nogi w powietrzu, by po chwili odwrócić się nagle w stronę człowieka i stanąć nieruchomo przyglądając mu się z wyraźnym zaciekawieniem i zdziwieniem.  
Uśmiechnęła się na ten widok, kary przekrzywiając głowę, wyglądał śmiesznie, znała wszystkie jego sztuczki i przeważnie działały na stajennych, szczególnie że czasami udało mu się jeszcze przy tym ugryźć, a tu nagle pojawia się jakiś człowiek i ma za nic jego wysiłki. Stali tak naprzeciw siebie jeszcze chwilę, po czym Drugi zrobił dwa kroki w stronę konia, podchodząc ze spuszczoną głową i nie patrząc zwierzęciu w oczy, stanął i odwrócił się do niego bokiem. Koń, kładąc po sobie uszy, natychmiast ruszył na niego galopem, historia znów się powtórzyła. Bagest wrócił w to samo miejsce, tylko jeszcze bardziej zdziwiony i bardziej zainteresowany człowiekiem, który nie dał się wypłoszyć z jego pastwiska. Niewolnik zrobił dwa kroki dokładnie w ten sam sposób jak poprzednio, znacznie zbliżając się do konia. Kary położył uszy po sobie i pomyślała, że znowu ruszy na niego, ale on postawił uszy do góry, jedno nakierowując na człowieka i zagrzebał kopytem w ziemi, po chwili zmienił nogę i tupnął drugą, machając łbem w górę i w dół, po czym opuścił głowę i zaczął skubać trawę. Wiedziała, że to pozór, w dalszym ciągu czujnie obserwował. Drugi zrobił krok w jego stronę, na co ten zareagował natychmiast, podrywając łeb do góry, waląc kopytami w ziemię i parskając nieprzyjaźnie.
Niewolnik zatrzymał się na chwilę i poczekał, dopóki koń nie wróci znowu do skubania, a gdy tylko tak się stało, zrobił kolejny krok, tym razem Bagest tylko podniósł głowę i ostrzegawczo położył uszy po sobie, mimo to podszedł jeszcze dwa kroki. Kary zdawałoby się, że nie dostrzega tego, jedynie nakierował na niego jedno ucho, a po chwili drugie. Teraz Drugi znalazł się w niebezpiecznej sytuacji, był już zbyt blisko konia, by móc bezpiecznie zejść mu z drogi, gdyby ten zaszarżował, tylko szybki refleks mógłby go uratować, tymczasem niewolnik podniósł głowę i spojrzał w oczy wierzchowca, ten wyciągnął w jego stronę szyję, stali tak chwilę mierząc się wzrokiem. Wtedy jasnowłosy ostrożnie wyciągnął w stronę konia dłoń, w której trzymał cząstkę jabłka, kary nieufnie sięgnął pyskiem w stronę smakołyka i dmuchnął kilkakrotnie, by po chwili delikatnie zabrać owoc z dłoni mężczyzny.
- Brawo, brawo, właśnie skorumpowałeś mojego konia. - Odezwała się.
Odwrócił się gwałtownie, jego oczy zatrzymały się krótko na niej i szepnął:
- Pani - i opuścił głowę.
Zdążyła dostrzec zmieszanie i ten zaskoczony wyraz twarzy chłopca, który został złapany na psocie, a który mówił, że przecież miało cię tutaj nie być. I wiele się nie mylił, bo miała wyjechać na spotkanie, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła.  
- Dużo czasu zajęło ci, przekupywanie Bagesta? - spytała, gdy podszedł do niej pokonując drewniane ogrodzenie.
- To było tylko wczoraj i dziś – próbował się szybko wytłumaczyć, jego głos był niepewny, a on sam cały się spiął, oboje wiedzieli, że nie powinno go tu być - to piękny koń... proszę wybaczyć...
- Jak się czujesz? - spytała, przerywając mu, teraz mogła zobaczyć, że nie wygląda już tak źle, jak kilka dni temu, twarz prawie się wygoiła, choć pozostały jeszcze ledwo widoczne przebarwienia po sińcach. Szybko dochodził do siebie, biorąc pod uwagę stan, w jakim był, kiedy ponad dobę był prawie nieprzytomny, a później i tak ledwie chodził.
- Dobrze, Pani.
W odpowiedzi wyczuła wahanie, domyślała się, że zastanawiał się nad odpowiedzią, jego obecność tutaj nie była jednoznaczna.
- Patrz na mnie – rozkazała.
Nie od razu podniósł głowę i spojrzał na nią, ale gdy już to zrobił, spotkała się z inteligentnym, wnikliwym spojrzeniem. Ten niewolnik nie był buntownikiem i nie był skazańcem.
- Nie jesteś z dzielnicy, prawda? - spytała, patrząc mu w oczy i narzucając rodzaj emocjonalnej presji.
- Nie, Pani. - odparł spokojnie.
- Nie powiesz mi też, kim jesteś? - to było rzucone mu wyzwanie, które jak się spodziewała, podjął.
- Nie, Pani - odpowiedział głosem pełnym szacunku i wyprostował się, uświadamiając jej swą postawą, że pomimo tej wielkiej granicy, która ich dzieli, nie ugnie się.
- Niewolnik nie zna słowa "nie” - w jej głos wkradł się chłód, ale uśmiechnęła się leciutko i przymrużyła oczy - Więc słucham.
- Nie, nie z własnej woli.
Roześmiała się głośno.
- Uważasz, że masz tutaj własną wolę? - zadrwiła, chociaż nie było to jej celem.
- Tutaj nie mam – odparł szybko, ale konsternacji nie zdołał ukryć.
- Czyli i tak mi nie powiesz - stwierdziła, odwracając się na chwilę w stronę galopującego po padoku konia.
- Nie powiem, Pani.
- Wiesz, że mogłabym z ciebie to wydusić, są na to sposoby – znów spojrzała się w jego niebieskie oczy – proste i bardziej skomplikowane, bardziej i mniej przyjemne, ale są.
- Wiem, Pani – spuścił głowę, uciekając ze wzrokiem.
- Jest kilka osób, które cię znają, mam rację?
- Tak, Pani.  
- Ale nie chcesz, żebym ja wiedziała, dlaczego? - zapytała zdecydowanym głosem, choć widziała, jak zapada się w siebie. Był wyniszczony psychicznie, tego nie można było ukryć. – Spójrz na mnie!
Spełnił jej rozkaz natychmiast.
- Robert, szczególnie źle cię traktuje, dlaczego?
- Nie wiem, Pani, on nikogo dobrze nie traktuje...
- Nikogo też tak długo nie trzyma przy sobie, żaden niewolnik nie był z nim jeszcze tak długo! Nikt oprócz ciebie...
- Proszę, Pani... nie mogę... - w jego głosie było tyle cierpienia, że aż się wzdrygnęła – błagam... nie mogę.
Pozwoliła mu odejść, obserwując odchodzącego niewolnika, poczuła się przytłoczona czymś, jakby dotknęła czegoś strasznego, czegoś złego i miała przeczucie, że nic już nie będzie takie samo.  
- Jakiej i czyjej tajemnicy strzeżesz tak pilnie, Drugi? - powiedziała sama do siebie, próbując zapanować nad dreszczami, które nagle targnęły jej ciałem.

violet

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 8800 słów i 48640 znaków, zaktualizowała 11 lis 2019.

24 komentarze

 
  • agnes1709

    Końcówka powaliła, naprawdę. Sorry, że tak późno przeczytałam, ale mam troche zamieszania ostatnio. Pozdrawiam!

  • violet

    @agnes1709 Dziękuję bardzo za komentarz. Mam nadzieję, ze to pozytywne zamieszanie. Pozdrawiam serdecznie.

  • agnes1709

    @violet Nie bardzo, w poniedziałek pochowałam kumpla:(:(:(

  • violet

    @agnes1709 Przykro mi. Trzymaj się i nie poddawaj  :(

  • agnes1709

    @violet Mi tez, ale cóż - takie życie... ZJEBANE!

  • bradt

    Mocne w wyrazie, ciężkie w przekazie i odbiorze, ale interesujące. Tworzysz bardzo specyficzny klimat, niepowtarzalny i charakterystyczny, będę z uwagą obserwować rozwój tej historii.

  • violet

    @bradt Bardzo dziękuję za komentarz :)

  • jerzyk

    A byłem pełen nadziei, co się stało?

  • violet

    @jerzyk Życie, trochę trudno tak  na "dwa fronty". Jeszcze proszę o chwilę cierpliwosci.

  • kriswp

    Pani będzie dzisiaj?????

  • violet

    @kriswp Bardzo przepraszam, ale nie wyrabiam się. Część 14 jest już prawie na ukończeniu, proszę jeszcze o chwilkę cierpliwości.

  • ollesia

    Obiecujesz? :jupi:  Wybaczę ci każdą zbrodnie no poza taką na Drugim, tylko wstaw już. Plisss!

  • violet

    @ollesia Obiecuję  ;)

  • ollesia

    @violet udaje że nie widzę tego oczka  ;)  czekam więc z drżeniem kolan  :dancing:

  • violet

    @ollesia  :)

  • kaktus

    @ollesia dajcie dziewczynie spokój. Ona ma stajnie na g£owie i dwójkę dzieciaków, a do tego jest sama sobie. Więc odpuśćcie troszkę, bo to czas Hubertusów i dajcie jej zebrać myśli. Na pewno was nie zawiedzie tak, jak i mnie. Prawda?

  • ollesia

    @kaktus wiem, wiem, ale ja kocham ją i arystokratów. Cierpię, bardzo cierpię, zrozum i mie.

  • ollesia

    Ile jeszcze mam czekać? Zlituj się, ostatnie części znam już na pamięć! :sciana:

  • violet

    @ollesia Niedługo, pod koniec przyszłego tygodnia będzie czternasta część. Wybacz ale teraz dla mnie był bardzo pracowity i trudny czas.

  • Daniel

    Kiedy następna część? Długo każesz nam czekać :(

  • violet

    @Daniel W przyszłym tygodniu, obiecuję też nie robić więcej tak długich przerw. Pozdrawiam.

  • Ratka

    Czegos takiego to nie czytalam     chce wiecej . Czekam niecierpliwie na kontynuacje. :))

  • violet

    @Ratka Dziękuję za komentarz i obiecuję niedługo kolejną część.

  • kriswp

    Jak tam idzie pisanie? :rolleyes:

  • hugo

    To już pora na kolejną część! Kiedy?

  • violet

    @hugo Wiesz kiedy i nie marudź ;)

  • Lenka

    Cudowne opowiadanie. Przeczytałam to  nie mogąc się od tego oderwać i zakochałam się w nim i w niewolnikach :) Kiedy dalszy ciąg?

  • violet

    @Lenka Dziękuję za miłe słowa, ciąg dalszy niebawem  :)

  • KamiKam

    Kręci mnie to opowiadanie, coraz bardziej się w nim pogrążam. Nawet nie ma jak się do nich tam przypieprzyć, bo tak są popieprzeni, że bardziej nie można.  Szkoda że nie ma akcji Robert-Drugi :P  zobaczymy co wymyśliła Marta.

  • violet

    @KamiKam Masz rację są trochę " dziwni".  Robert i Drugi jeszcze nie raz wystąpią razem ;) Pozdrawiam serdecznie stałego czytelnika.

  • jerzyk

    Następna część sagi, jak tu niektórzy nazywają, ciągle wprowadza w ten egzotyczny świat. Te pojedyńcze sceny rozgrywające się w niewielkim odstępie czasu, pozwalają domyślać się, że opowieść nabiera rozpędu, nabiera formy czegoś zupełnie większego. Czy mam rację Autorko?  
    We wcześniejszych komentarzach  zwracałem uwagę na pewne studium psychlogiczne postaci, dobrze rozbudowane i niekonwencjonalnie ukazane. Drążysz przez to świadomość   czytającego tak umiejętnie, że nie sposób nie zastanowić się nad każdą z nich. Dobrze prowadzisz postać Drugiego. Coraz wyraźniej widać, pomimo skrywanej tajemnicy, że odstaje od reszty, jest inny i jego oczami pokazujesz i pozwalasz poczuć, co czuje niewolnik, traktowany jak zwierzę, odarty ze swojej osobowości. Ja poczułem dramat tego człowieka i ciężko mi z tym, chociaż to tylko fikcja. Przedstawiasz to niezwykle plastycznie, zgadzając się z TomaszemZ, nie sposób nie widzieć tych scen, które pomimo jeszcze wielu niedociągnięć warsztatowych, wywierają duże wrażenie. Pozdrawiam.

  • violet

    @jerzyk Dziękuję bardzo za komentarz.

  • jerzyk

    @violet Nie ma za co, przyjemność po mojej stronie. :)

  • zazula

    Witam. Kolejna część i kolejne odsłony mrocznego świata. Nie zgadzam się  z komentarzem poniżej że nie ma emocji, jest i to całkiem sporo. Zagłębiasz się coraz bardziej w tę historię. Zdaje się więc, że masz pomysl na coś większego i to mnie cieszy, bo przyznaję że wciągnęłam się. Byłby z tego niezły film dla dorosłych   ;)

  • violet

    @zazula Dziękuję bardzo za komentarz.

  • nefer

    Piękne porównanie: "seks bez ciebie to jak porsche bez kierownicy". Gratuluję pomysłowości.  :) Drugi, dając ten wykład Lanowi, ukazuje mechanizmy świata Rezydencji które zdążyliśmy już poznać w praktycznym działaniu, ale najwidoczniej nowicjusz ciągla ma jakieś złudzenia i to pewnie duża część jego uroku w oczach pana domu. Bardzo jestem ciekaw jak dalej to poprowadzisz.

  • violet

    @nefer Dzięki, przychodzi też czas na rozwinięcie i pewne wyjaśnienia, trochę się schodzi, ale cóż, jest jeszcze inny "świat", oprócz tego należącego do Raysów.

  • ?!

    Nie wiem jak to okreslic to sie nie czyta,to sie oglada jak najlepszy horror, boisz sie i chcesz wiecej :P tak napisac  odczucia i wymyslec taki swiat - mistrzostwo :D

  • violet

    @?! Dzięki za zajrzenie do tego horroru :)

  • zyx

    K....ko wciąga, włos na łysinie jeży,  momentami dech zapiera, to i owo podnosi,. Gratki za pomysł, o konkurencje w takiej kategorii nie masz się co martwic.

  • violet

    @zyx Dziękuję za tak obrazowy komentarz :)

  • ollesia

    Wchodzę i jest!!!!!! czytam i czytam, długie i tak za krótkie :rotfl: Kocham to opowiadanie, już chciałabym dalsze części, ciekawa jestem po co ci ten Lan :P A marta zaskoczyła mnie, popieram Agness dlaczego przerywasz w takich momentach? te złote oczy będą mi się po nocach śnić. Super częsć, pozdrawiam serdecznie.

  • violet

    @ollesia Dziękuję za komentarz i przerywam, bo ciągnęłoby się jeszcze długo, a w taich miejscach...żeby było ciekawiej ;)

  • ollesia

    @violet no i jest tylko trzeba długo czekac :sad: I niech się ciągnie jak najdłużej  :rotfl: Plisssss

  • violet

    @ollesia Mówisz i masz, trochę zaczyna się przeciągać, choć wcale w zamierzeniach początkowych tak nie było.

  • ollesia

    @violet o boziu kochana, super! :P

  • violet

    @ollesia   :)

  • garbaty

    Fajnie się czyta . Wciąga i intryguje. Wbrew pozorom wiele z opisanych scen sadyzmu czy sposobu prowadzenia biznesu jest w realnym życiu . Do tej pory nie komentowalem choć przeczytałem wszystkie odcinki. Ciekawi mnie co dalej. Pozdrawiam

  • violet

    @garbaty Dziękuję bardzo za zajrzenie do tego świata  ;) i za komentarz. Pozdrawiam

  • czarnyrafal

    To nie prwersja ,to coś po stokroć gorszego ,prawie nie wyobrażalnego tem Twój świat Autorko, ale - ale właśnie tą innością wciąga i nie pozostawia nic jak tylko czytac, czytać i czekać na rozwój wypadków.Bo to jest wbrew fszystkiemu - niesamowite. <3

  • violet

    @czarnyrafal Dziękuję bardzo za komentarz , nie zostawiłeś ani jednej części bez niego  :)

  • czarnyrafal

    @violet bo mimo wszystko - kocham to opowiadanie , niesamowite opowiadanie. <3

  • violet

    @czarnyrafal Dzięki :)

  • agness

    Nareszcie zlitowałaś się. Chyba najdłuższa część  :)  jak zwykle zakończyłaś tak żeby znów  wkurzyć. Mocny kawałek, odkryłaś trochę przeszłości, czyli Robert i Justin byli przyjaciółmi,ciekawe co jeszcze wymyślisz, jakieś mam wrażenie, że brakuje jakby tych charakterystycznych dla Ciebie emocji. Wtrącasz za to coraz  więcej wiadomości o tej rzeczywistości. To opowiadanie robi się coraz powazniejsze ;) jak możesz to pogadajmy na privie

  • violet

    @agness Dziękuję za komentarz. Ta część jakoś tak długa wyszła, chociaż już skrócona ;)  Trochę  mi się to rozrasta i ten punkt zwrotny tego opka  się odwleka.

  • agness

    @violet jesli o mnie idzie zupełnie mi to nie przeszkadza  ;)

  • TomaszZ

    Sadyzm i masochizm jak świat światem zawsze się przemiennie uzupełniały - kiedyś ten fizyczny, obecnie ten psychiczny - sam nie wiem, który gorszy :) Opisy niesamowite. Nie ma szans, żeby nie wyobrazić sobie tych scen.

  • Bitt

    Dziwne to twoje opowiadanie ale robi wrażenie. tylko nie wiem pozytywne czy negatywne. z jednej strony jakaś perwersyjna fascynacja, a  z drugiej  takie zwykłe ludzki odruch współczucia dla tych postaci. Będę w każdym razie wracać tutaj. Chyba jednak fascynacja :devil:

  • jackblack

    Ja cie kręcę pozazdrościć wyobraźni! Idę do początku