Amerykański sen

Amerykański senOd autora.

Opowiadanie ma charakter sensacyjny ze szczyptą czarnego humoru. Sceny poważne przeplatają się z humorystycznymi. Czytelnikowi pozostawiam ocenę, które fragmenty należy traktować poważnie, a które wręcz przeciwnie.

W tekście pojawiają się odniesienia do konkretnych filmów. Zwykle dzieje się to nieprzypadkowo. Może komuś uda się odkryć te małe zagadki wiążące się akcją opowiadania.

Ponieważ w tekście pojawiają się drastyczne opisy, nie polecam go osobom wrażliwym.


*


Jeszcze jako dziewczynka lubiłam oglądać amerykańskie filmy drogi. Oglądać i marzyć, że to ja jadę przez pustkowia Stanów kabrioletem, a wiatr rozwiewa mi włosy, albo prowadzę wielką ciężarówkę. Jako nastolatka byłam już pewna, że kiedyś zrealizuję to marzenie. Zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie. Będąc nastolatką, nie mogłam sama, później studia na iberystyce, a pierwsza kiepsko płatna praca wykluczała realizację. Dopiero gdy zostałam tłumaczką literatury iberoamerykańskiej, moja sytuacja finansowa uległa radykalnej poprawie. Mogłam już spełnić swoje marzenie, ale… Pojawił się w moim życiu mężczyzna. Bardzo ważny mężczyzna, który wkrótce został moim mężem. A potem ciąża. Tak więc musiałam znowu odłożyć na później swoje wielkie marzenie. Bez żalu, ale nigdy nie zrezygnowałam z niego.
Dopiero będąc żoną i matką ślicznej trzylatki, nadarzyła się, trochę przypadkowo, okazja spełnienia mojego snu. Miałam już trzydzieści dwa lata i zdawałam sobie sprawę, że albo teraz, albo nigdy. Za kilka lat, gdy na dobre ugrzęznę w codzienności, będzie za późno, może dopiero na emeryturze; tak czułam. Jednak emerytura była dla mnie zdecydowanie zbyt odległą perspektywą, a więc teraz i tylko teraz!
Wówczas od ponad roku obok mnie pomieszkiwała pewna 28-latka, Barbara. Wcześniej studiowała w USA, później przez jakiś czas tam pracowała, by ostatecznie wrócić do Polski. Z racji podobnych zainteresowań, zaprzyjaźniłyśmy się. Z kolei w USA Barbara przyjaźniła się z czarnoskórą Florence, pielęgniarką w mniej więcej moim wieku. Barbara chwaliła się, że nauczyła Florence mówić po polsku. Dla mnie to bez większego znaczenia, bo mój angielski jest całkiem przyzwoity. Ot taka ciekawostka. I tak od słowa do słowa, doszłyśmy do wniosku, że to dobry pomysł, aby we trzy dziewczyny przejechać samochodem wszerz USA, omijając duże skupiska ludzkie, zaglądając tylko do małych miasteczek. To było moim warunkiem, miało być jak w filmach drogi.

     * * *

I tak od pięciu dni podróżujemy kabrioletem Florence po „dzikiej” Ameryce, a wiatr rozwiewa mi włosy. Trzy dziewczyny w T-shirtach i obcisłych spodenkach albo kusych spódniczkach, zależnie od kaprysu, i kowbojskich kapeluszach, też od czasu do czasu. Jest gorąco i tak cudownie przyjemnie, że bardziej nie mogłabym pragnąć. Całkowite spełnienie mojego amerykańskiego snu.  
Na nocleg zjechaliśmy do takiego miasteczka. „Populacja 997” – głosił napis przy wjeździe. Ciarki mi po plecach przeszły; tak jakoś dziwnie się poczułam, jakbym przekraczając granicę miasta, z filmu drogi niespodziewanie przeniosła się do jakiegoś thrillera. Na szczęście nic w miasteczku nie potwierdzało moich obaw. Rano przy śniadaniu w barze rozwiały się całkowicie. O tej porze, tuż po otwarciu, w lokalu prócz nas i dwóch wyglądających trochę jak Flip i Flap mężczyzn, chyba miejscowych, nikogo nie było. Barmanka okazała się bardzo sympatyczna i rozmowna, więc pochwaliłyśmy się naszym pomysłem na podróż wszerz Ameryki.
– Jak „Thelma i Louise”, tylko trzy – skomentowała krótko nasz pomysł.
Domyśliłam się, że dla niej podróżowanie po bezludziu nie było żadną atrakcją. Mieszkała na takim prawie bezludziu zapewne od urodzenia. Niemniej zmroziło mnie to porównanie do Thelmy i Louise, ale to przecież XXI wiek, środek cywilizowanego państwa, co mogło się stać?
– Raczej jak „Thelma, Louise i Chantal” – z uśmiechem słowa barmanki skomentowała Barbara, tym samym poprawiając mi humor.
– Jest tu stacja benzynowa? – zapytałam na wszelki wypadek, kończąc śniadanie i zarazem temat.
Według mapy była, ale wolałam się upewnić. Mapa. Koniecznie musiała być papierowa, a nie żaden GPS, aby było jak w „prawdziwych” filmach drogi.
– Przy wyjeździe. Warsztat Barta. – Leniwym ruchem dłoni barmanka wskazała kierunek. – Do następnego miasta macie ponad dwieście mil, a tą drogą mało kto jeździ. Zadzwonię do szeryfa Red Rock. Jeśli do wieczora się nie pojawicie, rano zacznie was szukać. Tam jest martwa strefa, komórki nie działają – wyjaśniła.
– Dzięki – odezwała się Florence.
To, co powiedziała kelnerka o martwej strefie, nie zdziwiło mnie. Nawet w miasteczku łączność była kiepska. Wczoraj, aby porozmawiać z mężem, musiałam wyjść na zewnątrz budynku, bo połączenie przerywało. Nie przejmowałyśmy się jednak tym i pół godziny później tankowałyśmy do pełna paliwo u Barta, ruszając w dalszą drogę.

Jakieś dziesięć mil za miastem silnik naszego kabrioletu zaczął tak jakoś niepokojąco prychać, a pojazd szarpać.
– Co się dzieje? – zapytała zaniepokojona Barbara.
– No właśnie nie wiem – odpowiedziała siedząca za kierownicą Florence. – Zrobiłam gruntowny przegląd przed wyjazdem, wszystko powinno być w porządku – zdziwiła się.
Jednak było coraz gorzej. Kilka mil dalej, samochód definitywnie odmówił posłuszeństwa. Zapadła niepokojąca cisza. Wysiadłyśmy. Florence spojrzała pod maskę, a my z nadzieją na nią. Coś tam poruszała, zanim się odezwała:
– Wiecie dziewczyny, ale nie bardzo wiem, co mogło się zepsuć. Nie znam się na silnikach – dodała z rozbrajającą szczerością.
Obie z Barbarą podeszłyśmy bliżej, wbijając wzrok w plątaninę pod maską. Stałyśmy tak, gapiąc się dłuższą chwilę, jakbyśmy liczyły, że pod wpływem mocy naszego wzroku silnik sam się naprawi. Podobno co trzy głowy, to nie jedna, ale w tym przypadku nie pomogło. W końcu Florence ponownie przerwała ciszę:
– Chyba będziemy musiały wrócić na piechotę do warsztatu Barta… to nie tak daleko… przejechałyśmy nie więcej niż piętnaście mil.
Szybko przeliczyłam: to dwadzieścia kilka kilometrów.
Barbara wyciągnęła komórkę i unosząc ją nad głowę, obróciła się wkoło, jakby to miało w czymś pomóc.
– I co? – zapytałam z nadzieją.  
– I nic – westchnęła z rezygnacją. – Może poczekajmy, ktoś powinien jechać… – dodała bez przekonania, chowając w torebce, teraz bezużyteczny gadżet.
– Słyszałaś, co mówiła barmanka. Tą drogą prawie nikt nie jeździ, a szeryf zacznie nas szukać dopiero jutro. Nie ma mowy, nie spędzę nocy na pustyni – odpowiedziała Florence, wyraźnie przestraszona perspektywą nocowania pod gołym niebem.
– Dlaczego? Nie bądź taką panikarą, noc może być przyjemna – odrzekłam, zauroczona nową przygodą.
– Wiesz, jakie tu stworzenia nocą się pojawiają? Ja nawet nie chcę wiedzieć. – Przestraszona Florence zamachała dłońmi. Wracamy do miasta! – Zdecydowanie zakończyła.
– Florence ma chyba rację – niepewnie poparła ją Barbara.
O tym, co może się pokazać nocą na pustyni, nie pomyślałam. Poczułam strach.
– Dobrze, wracamy – zgodziłam się z ociąganiem. – Dwadzieścia kilometrów to rzeczywiście nie tak dużo.
– Może będziemy miały szczęście i po drodze ktoś nas podwiezie – dodała otuchy Barbara.
– To nie ma co marnować czasu – zdecydowanym głosem odezwała się Florence. – Bierzemy tylko picie i kanapki, i w drogę.
Przeszłyśmy jakieś dwie mile, gdy na horyzoncie pojawił się jakiś pikap. Jechał akurat w stronę naszego miasteczka.
– Mamy szczęście – zawołała Barbara, z radości aż podskakując.
Pikap zatrzymał się tuż przed nami.
– Wskakujcie – zawołała siedząca obok na oko czterdziestoletniego kierowcy kobieta w podobnym wieku – podwieziemy was do miasta.
W tym czasie mężczyzna otaksował nas. Normalnie nie wzbudziłoby to mojego niepokoju. Byłam przyzwyczajona, że mężczyźni gapią się na mnie, jak na potencjalną zdobycz, ale ten… Ten raczej patrzył na nas, jakby oceniał, czy możemy stanowić jakieś zagrożenie. Aż poczułam się nieswojo. Coś mi mówiło, że nie powinnyśmy wsiadać do tego samochodu, ale wyboru nie miałyśmy.
– Macie szczęście – kontynuowała ciepło kobieta – jak na tym odludziu zepsuje się samochód, to nie jest wesoło.
Tuż po tym, jak zapakowałyśmy się na tylne siedzenie półciężarówki, kobieta przedstawiła siebie z imienia i mężczyznę jako swojego męża. Okazali całkiem miłym małżeństwem. Uśmiechnęłam się do siebie, że na początku zrobili na mnie takie dziwne wrażenie.  

Daleko nie ujechaliśmy, gdy nagle z kierunku miasteczka pojawiła się dość potężna osobówka, z pewnością SUV. Z tyłu przez okno wychylił się jakiś mężczyzna, z pistoletem, jak mi się wydało. Ta twoja wyobraźnia, pomyślałam, karcąc się za taki pomysł. Broń? Tu na odludziu? Po co? Gdy tylko to pomyślałam, mężczyzna za kierownicą zawołał:
– Kurwa! Zawracamy! Trzymajcie się! – po czym krótko zwrócił się do żony: – Dzwoń.
Gwałtownie zahamował, zawracając pikapa, aż wszystkie trzy krzyknęłyśmy ze strachu, po czym ruszył z kopyta w kierunku, skąd niedawno przyjechaliśmy.  
Przecież tu nie ma zasięgu, pomyślałam, widząc, jak kobieta próbuje się z kimś połączyć.
– Niech to szlag! Nie ma zasięgu! – Jak na potwierdzenie mojej myśli chwilę potem warknęła zdenerwowana kobieta.
Zbliżając się do miejsca, gdzie stał nasz zepsuty samochód, mężczyzna powiedział do sąsiadki:
– Cholera, za szybcy, nie uciekniemy im.
Na te słowa, kobieta wyciągnęła ze schowka broń. Widząc to, przestraszyłam się już nie na żarty. Obrzuciłyśmy się wzrokiem. W oczach przyjaciółek też zobaczyłam strach. Nic jednak teraz nie mogłyśmy zrobić, jedynie siedzieć cicho i mieć nadzieję...
Mijając nasz zepsuty kabriolet, kierowca mocnym głosem zawołał ponownie do nas:
– Trzymajcie się!
Zanim coś zrobiłyśmy, gwałtownie zahamował z udziałem naszego pisku. Chyba jedno koło złapało pobocze, bo pikapa postawiło niemal w poprzek drogi.
– Na podłogę!!! – ryknął do nas mężczyzna, wyskakując z samochodu wraz z kobietą.
Schyliłyśmy się, jak mogłyśmy najniżej. Zdążyłam tylko spostrzec, jak mężczyzna wyciąga swoją broń, a kobieta kładzie na siedzeniu pudełko z amunicją. Chwilę potem usłyszałyśmy strzały. Małżeństwo również odpowiedziało ogniem i… rozpętało się piekło. Tuż nade mną świsnął pocisk, przebijając przednią szybę i rozbijając tylną. Kilka sekund później szyba, przy której stała kobieta zrobiła się czerwona od krwi, a ona sama osunęła się do wnętrza pojazdu, obficie tryskając krwią na fotel, na którym jeszcze niedawno siedziała. Mężczyzna jakby nie zwrócił na to uwagi, tylko strzelał nadal. Jednak i on wkrótce z głośnym okrzykiem bólu osunął się na ziemię obok pojazdu. Nie został zabity, bo cały czas jęczał z bólu. Strzały ucichły, a my nawet nie drgnęłyśmy, dosłownie sparaliżowane strachem i świadomością, że napastnicy nadal tam są.
Usłyszałyśmy jakieś głosy, z których jeden wyraźnie się przybliżał. Struchlałyśmy jeszcze bardziej. Ledwo mogłam oddychać ze strachu. Nagle tuż koło nas padł strzał. Kierowca pikapa przestał jęczeć. Wiedziałam, co to oznacza.
– Chodźcie tu! – nagle zawołał głos obok samochodu – zobaczcie, co znalazłem! – Był wyraźnie zadowolony. – Trzy zgrabne sikoreczki!
Ośmieliłam się spojrzeć na napastnika, jednak uwagę bardziej przykuła lufa pistoletu wycelowana w moją głowę.
– No, wychodzić dziewczyny. – Napastnik machnął pistoletem.
Gramoląc się, spojrzałam na przedni fotel. Na mocno zakrwawionym siedzeniu dojrzałam roztrzaskaną głowę kobiety, tej samej, która jeszcze niedawno zapraszała nas do pojazdu. Reszta jej ciała spoczywała bezładnie z nogami na zewnątrz kabiny. Zrobiło mi się najpierw słabo, pociemniało w oczach, a potem poczułam, jak robi mi się mdło. Szybko wyszłam na zewnątrz i nie zważając na nic, oparłam się o skrzynię pojazdu i zaczęłam rzygać.
Gdy w końcu odwróciłam się, zobaczyłam trójkę rozbawionych mężczyzn. Nie wiedziałam tylko, czy z powodu mojej reakcji, czy dlatego, że trafiły im się trzy dziewczyny.
Jeden z nich gestem ręki nakazał mi, abym się zbliżyła. Podeszłam do moich przestraszonych koleżanek. Zdążyłam jeszcze zauważyć, że czwarty mężczyzna siedział na brzegu swojego pojazdu z niewyraźną miną, trzymając się za ramię. Pewnie go ranili, pomyślałam z satysfakcją, chociaż nie wiem czemu. Nasza sytuacja i tak była nie do pozazdroszczenia.
– Przepraszam – szepnęła Baśka ze wstydem, gdy stanęłam obok niej.
– Za co? – zdziwiłam się.
– Wstyd mi… posikałam się...
Zerknęłam dyskretnie. Na jej spodenkach w kroczu widać było plamę wilgoci.
– Nie przejmuj się – odszepnęłam – ja też bardzo się boję. I dla dodania otuchy objęłam ją i przytuliłam.
Spojrzałam jeszcze na Florence. Też ledwo trzymała się na nogach.
– Cisza! – ryknął chyba ich szef. Szeptałyśmy w niezrozumiałym dla niego języku, więc pewnie poczuł się zagrożony. – Idziemy! – krótko warknął, równocześnie ruchem pistoletu wskazując nasz samochód.
– Nigdzie nie idę! – pisnęła trzęsąca się Baśka.
– Jak wolicie – odpowiedział tym razem już spokojniej szef, po czym odbezpieczył broń.

– Lepiej róbmy, co nam każe – odezwała się Florence drżącym głosem, pierwszy raz od dłuższego czasu.
– Mądra dziewczynka – skomentował szef.
Florence pierwsza ruszyła we wskazanym kierunku, a my podtrzymując się nawzajem zaraz za nią. Odwróciłyśmy się natychmiast, gdy doszłyśmy do samochodu.
– Rozbierać się! – wydał komendę szef, wzbudzając zarazem jakiś taki niezdrowy śmiech pozostałych obwiesiów.
– Do naga! – dodał jeden z nich i całe towarzystwo jeszcze bardziej zarechotało.
Na czoło wystąpiły mi kropelki potu, strach jeszcze bardziej się wzmógł. Już nie miałam wątpliwości, że za chwilę zostaniemy zgwałcone. Mimo to nie śmiałyśmy się przeciwstawiać. Powoli zaczęłyśmy się rozbierać. Niewiele było do zdejmowania, więc wkrótce stałyśmy przed nimi kompletnie nagie, wystawione na spojrzenia bandziorów, które koncentrowały się głównie na naszych piersiach i kroczach. Ja i Basia byłyśmy zawstydzone tym gapiostwem, ale ku mojemu zdziwieniu, Florence wydawała się nawet zadowolona i jakby bardziej pewna siebie. W tym czasie lekko ranny czwarty z bandytów, zapewne zwabiony widokami, dołączył do swoich kompanów.
Po tej sesji gapiostwa padło kolejne polecenie szefa:
– Odwróćcie się i oprzyjcie rękami o maskę! – Gdy to uczyniłyśmy, padł następny rozkaz. – Wypiąć tyłki! – Tym ostatnim jego słowom towarzyszył rechot pozostałych.
Zrobiłyśmy to, ale szef był nadal niezadowolony, bo zniecierpliwionym głosem rzucił:
– Szerzej nogi! Wyglądacie jak cholerne dziewice, a macie wyglądać jak kurwy! Jasne?!
Posłusznie stanęłam w rozkroku, dziewczyny również, czemu oczywiście towarzyszył rechot oprawców. Było to uwłaczające, doskonale zdawałam sobie sprawę, że teraz dokładnie widać nam wszystko, co mamy między nogami. Starałam się jednak o tym nie myśleć, bo co można było w tej sytuacji zrobić?
– Dobrze! – tym razem zadowolonym głosem warknął szef, gdy poniżające śmiechy ucichły. – A teraz nie ruszać się – kontynuował znowu tym swoim zdecydowanym, twardym głosem. – Jeśli któraś się odwróci lub chociaż obejrzy, wszystkie, powtarzam: wszystkie, będziecie miały po dodatkowej dziurce, tylko że w głowie! Zrozumiałyście?! – W trakcie tego wywodu, zszokowana zauważyłam, że dwóch bandytów zręcznie rozpoczęło opróżnianie bagażnika i wnętrza naszego samochodu ze wszystkich rzeczy.
– Nie słyszę! – twardo rzucił szef, gdyż się nie odzywałyśmy.
Nasza odpowiedź typu „tak” i „rozumiemy”, każda inaczej, była bez ładu i składu. Najwyraźniej nie zadowoliło go to.
– Macie powiedzieć „rozumiemy, proszę pana i będziemy posłuszne”.
Cichy śmiech towarzystwa zdradzał, że świetnie bawią się naszą bezsilnością.
– „Rozumiemy, proszę pana i będziemy posłuszne” – chórem piskliwie z powodu strachu wyrecytowałyśmy formułkę.  
Ponownie rozległ się śmiech mężczyzn, a zaraz potem głos jednego z nich, chyba tego rannego, pełen uznania:
– Ta to ma cipę!
– Aha – potwierdził drugi, właśnie zbierający za naszymi plecami ciuchy, które musiałyśmy zrzucić z siebie.
Nie miałam pojęcia, o którą z nas im chodziło, miałam tylko nadzieję, że o mnie.
Po tych słowach zaległa pełna napięcia długa cisza, coraz trudniejsza do zniesienia, i to pomimo że cały czas pracowały silniki znajdujących się za nami samochodów. Pierwsza przerwała ją stojąca w środku Basia.
– Dlaczego nic nie robią – szepnęła z rozpaczą – chcę to już mieć za sobą. – Odezwała się po polsku, aby bandyci, jak się domyślałam, nie wiedzieli, o czym mówi.
– Może im nie stają? – podałam w wątpliwość męskość bandytów.
– Niemożliwe – syknęła również po polsku, stojąca po lewej Florence. – Nigdy mi się nie zdarzyło, aby na widok mojego pięknego nagiego ciała facetowi nie stanął.
Sięgnęłam głęboko pamięcią, aż do moich erotycznych początków i musiałam przyznać, choć w duchu, że też nie pamiętam takiego przypadku.
– Zawsze marzyłam o niespodziewanym seksie z obcym mężczyzną. Dlatego zostałam pielęgniarką – kontynuowała Florence. – Strasznie kręci mnie jak facet ogląda mnie nagą. Teraz jestem już tak podniecona, że chyba cieknie mi po udach…
– Jesteś zboczona! – syknęłam zszokowana tym wyznaniem. I nie miałam pojęcia, jak to się ma do bycia pielęgniarką.
– Cicho tam! – krzyknął jeden z bandytów.
– Zostaw – odpowiedział drugi – baby muszą gadać. Jeśli takiej zabronisz, to się udusi.
Znowu dobiegł do nas poniżający rechot mężczyzn, zapewne z dobrego w ich mniemaniu dowcipu. Za to Florence niezrażona moją uwagą i rechotem, kontynuowała:
– Mam sąsiada, szesnastoletniego chłopaka. Wiem, że jest napalony na mnie. Muszę przyznać, chłopak całkiem do rzeczy, cukiereczek mniam, mniam. Jak tak się o mnie ociera, to aż mi się robi gorąco, sama też czasami się o niego ocieram, hi, hi, żeby go podrażnić, hi, hi. Tuż przed wyjazdem pokazałam mu się nago. Oczywiście zaaranżowałam to tak, aby wyglądało na przypadek. I wiecie co? – zawiesiła głos. – Omal nie rozerwało mu spodni! Biedak, gdy zorientował się, że widzę, co dzieje się w jego spodniach, zawstydzony uciekł – parsknęła śmiechem.
– Przespałaś się z nim? – zaciekawiła się Baśka.
– Jeszcze nie, ale jak dobrze się zakręci, to kto wie – znowu parsknęła śmiechem.

– A ja mam takie pragnienie, aby zrobić to z zupełnie nieznajomym mężczyzną – rozmarzyła się Baśka. – Tylko nie tak. Wchodzę do takiej dużej łazienki i widzę, że jest tam jakiś przystojniak. Spogląda na mnie tak z góry, przygląda się uważnie, a mnie od tego jego spojrzenia robi się gorąco. Podchodzi, bez słowa przygarnia do siebie i całuje. Rozpina mi spodnie i rozbiera do naga. Przygląda mi się chwilę nagusieńkiej z aprobatą i rosnącym pożądaniem, po czym jednym szybkim ruchem odwraca mnie tyłem do siebie. Ja już wiem, że muszę wypiąć dupkę i robię to, a on szybkim zdecydowanym uderzeniem wbija się we mnie i posuwa tak, że ja już nie mogę powstrzymać się, aby nie krzyczeć z rozkoszy. Po wszystkim wychodzi z łazienki, zostawiając mnie samą. A ja wiem, że więcej go nie zobaczę i robi mi się smutno, bo nawet mu nie podziękowałam. – Zakończyła namiętnym westchnięciem swoją opowieść Baśka. – O rany – zdziwiła się – od tej historii aż się podnieciłam.
– Dziewczyny, co wy wygadujecie?! – syknęłam przerażona – zaraz nas zgwałcą a wy co? Może się podnieciłyście, ale ja tak nie mogę! Jestem sucha jak… ta pustynia!
Może nie było to właściwe porównanie, ale innego w tym momencie nie udało mi się znaleźć. Musiałam jednak w duchu przyznać, że strach i napięcie towarzyszące nam, teraz mocno opadły.
– Ewa – zwróciła się do mnie Florence – wiesz, że to nieuniknione, nic na to nie poradzimy.
– Lepiej, aby byli z nas zadowoleni – jęknęła Baśka.
– Właśnie! – podchwyciła Florence. – Inaczej mogą nas zabić.
Niby nic nie można było zarzucić logice dziewczyn, ale ja tak nie mogłam. A jeszcze po ostatnich słowach Florence, poczułam się znowu gorzej. Po co ona to powiedziała?!
Zapadła pełna napięcia, długa cisza, a narastający lęk związany z niepewną sytuacją stał się dla mnie wręcz duszący. Ciszę w pewnym momencie płaczliwym głosem przerwała Barbara.
– Ja już tak nie mogę… ile to jeszcze będzie trwało! Chcę już być zgwałcona!
Czułam, że Basia jest na skraju załamania nerwowego. Mnie to czekanie na nieuniknione też już wykańczało, ale jej słowa „ile to jeszcze będzie trwało”, wzbudziły dodatkowy niepokój. Uświadomiłam sobie, że stoimy tak z wypiętym tyłkami już sporo czasu. Nie miałam pojęcia, ile, ale byłam przekonana, że dziesięć minut najmniej. W dodatku od jakiegoś czasu z tyłu nie dochodziły do mnie żadne odgłosy. Żadnych rozmów, stukania, kroków. Po prostu nic, nie licząc cały czas pracującego silnika pikapa, którego od momentu strzelaniny nie było komu wyłączyć. Wolniutko zaczęłam odwracać głowę.
– Nie ruszaj się, bo nas zabiją – pisnęła Florence.
Ja jednak nie mogłam już inaczej. Po prostu musiałam wiedzieć, cokolwiek miałoby się wydarzyć. Odkręciłam głowę, jak mogłam najbardziej, ale niczego ciekawego nie dostrzegłam. Powoli wyprostowałam się i odwróciłam. To był po prostu szok!
– Dziewczyny! – zawołałam – tu nikogo nie ma! – I dopowiedziałam ciszej: – Przynajmniej żywych. – Napięcie związane z obawą gwałtu i bólu z tym związanego, a także możliwością utraty życia, szybko ustępowało złości. – Nie ma co, zrobili z nas idiotki! – zakończyłam wściekła.
Wyszłyśmy na środek drogi, nie dowierzając jeszcze, że zostałyśmy same.
– Nic nam nie zrobili? – zdziwiła się Baśka.
– Trochę sobie nas pooglądali… – chichotnęła Florence.
– I pokpili – westchnęłam. – To nic, żyjemy i jesteśmy całe, to najważniejsze.
Pomyślałam, że przez tego głośnego pikapa nie usłyszałyśmy, jak odjeżdżają, a i nasze nerwy były w strzępach, więc mogłyśmy się nie zorientować. Tylko po co zabili to miłe małżeństwo? Było to dla mnie zagadką.
– A gdzie nasze ciuchy? – zapytała Barbara.

Nerwowo rozejrzałam się po okolicy. Nic, nawet naszych kapeluszy. Baśka na wszelki wypadek podbiegła do otwartego teraz bagażnika kabrioletu.
– Nic nie ma! – zawołała spanikowana.
Przebiegła na drugą stronę drogi, do pikapa, starannie omijając zwłoki mężczyzny i zajrzała do wnętrza przez przednią podziurawioną kulami szybę. Zaraz pisnęła, odskakując od samochodu.
– T… ttam… tam jest pełno krwi! – zawołała, wskazując ręką kabinę pojazdu.
– A nasze ciuchy? – zapytałam.
– Nie ma! – Baśka aż podskoczyła ze zdziwienia.
– Trudno idziemy nago. – Florence wzruszyła ramionami. Nie sprawiała wrażenia zakłopotanej tym faktem.
– Zgłupiałaś? – syknęłam – wiesz, co będzie, jak wejdziemy do miasteczka?!
– Co? – Florence wydawała się nieświadoma konsekwencji.
– Trzy nagie baby znikąd! – starałam się ją uświadomić. – Pół miasta będzie robiło zdjęcia, a drugie pół będzie się chichrać! Na całym świecie będą nas pokazywać! W telewizji, radiu, Internecie. Pewnie nawet w Korei Północnej pokażą… Rany! Internet! Mój mąż… – zamilkłam przestraszona własnymi słowami.
– W radiu to raczej tylko będą mówić – zauważyła niepewnie Barbara.
– To co? Będziemy sławne – niezrażona moim wywodem odrzekła Florence. – Może nawet znajdę lepiej płatną pracę? – zastanowiła się.
– Dziewczyny! Ja mam męża! – desperacko zawołałam.
– Już wolę, aby mnie nagą filmowali, przynajmniej będę żyła, a na tej pustyni w nocy na pewno napadnie na nas jakiś lew! – Niespodziewanie Baśka poparła Florence.
– Tu nie ma lwów – mruknęła zdziwiona Afroamerykanka.
– Wszystko jedno, na pewno w nocy są tu jakieś straszne drapieżniki i nas rozszarpią i pożrą! – zapiszczała ze strachu Baśka – Nie będę czekała do rana na szeryfa, bo będą tu już tylko nasze zwłoki!
– Mogą być kojoty – poinformowała Florence.
– Kojoty nie atakują ludzi – zauważyłam. – Jedynymi groźnymi drapieżnikami, jak na razie, są tu tylko ludzie.
– Chyba że śpisz – ripostowała Florence w sprawie kojotów.
O tym nie pomyślałam. Nie odezwałam się jednak, aby bardziej nie straszyć i tak już wystraszonej Baśki.
Zapadła kilkusekundowa cisza.
– Dziewczyny, wiecie co? Chyba naprawdę jesteśmy idiotkami. – Florence spojrzała na nas z politowaniem.
Wbiłam w nią zdziwiony wzrok.
– No przecież możemy jechać autem tego zabitego małżeństwa! – zawołała zadowolona.
– Nic z tego! Ja nie wsiądę! Za dużo krwi!– zaprotestowała zdecydowanie Baśka.
– Też nie wsiądę! – poparłam ją. Na samą myśl, co tam widziałam, wysiadając, żołądek zaczął podchodzić mi do gardła.
– Tam jest kałuża krwi i… i… jakieś kawałki mózgu! – desperacko zawołała Baśka – będę rzygała całą drogę!
– Samochodem będziemy w mig! – przekonywała Florence – Zamkniecie oczy i już! Ja poprowadzę. Krew jest tylko na siedzeniu obok kierowcy. Chyba. No i może trochę na podłodze. Zasłonimy czymś fotel i nie będzie widać.
– Czym? – jęknęła Baśka – nie mamy nawet ubrań!
– Oj… – zastanowiła się Afroamerykanka – w ostateczności nasypiemy piachu. Naprawdę nic nie będzie widać. – Intonacja jej głosu świadczyła, że sama nie bardzo wierzyła w to, co powiedziała.
– Nie ma mowy! Nie wsiądziemy i koniec dyskusji! – zdecydowanie starałam się zakończyć sprawę.
– No dobrze, to zróbmy tak. Pojadę do miasteczka i sprowadzę pomoc, a wy… – urwała, po czym zrezygnowana dorzuciła: – Nie pojadę… popatrzcie na koła.
Spojrzałam za wzrokiem Florence. Pamiętałam, że po strzelaninie jedna przednia opona pikapa była przebita. Teraz przebita była też tylna. Domyśliłam się, że po drugiej stronie samochodu może być tak samo. Naiwna. Jasne, przecież bandyci nie zostawiliby nam sprawnego środka transportu.
Przygnębione kolejnym niepowodzeniem, stałyśmy bezradnie, sflaczałe jak te opony. Mimo wszystko żadnej z nas nie uśmiechała się dwudziestokilometrowa wędrówka i to nago.
– A może nie będzie trzeba… – powiedziałam wolno, mając na myśli pieszą wędrówkę, próbując równocześnie upewnić się, czy ten odległy jeszcze samochód pędzący z kierunku Red Rock nie jest fatamorganą. Wyciągnęłam rękę, a dziewczyny jak na komendę odwróciły się, patrząc we wskazanym kierunku.

– Samochód! – zawołała Baśka i aż podskoczyła z radości. – Jesteśmy uratowane!
Ogarnęła nas euforia. Zaczęłyśmy skakać, machać rękami, krzyczeć, nie zważając, że nie mamy na sobie nawet skrawka ubrania. Kierowca chyba nie dowierzał własnym oczom, bo gdy samochód zbliżył się, przez boczne okno wychynęła na moment niezwykle zdziwiona jego twarz. Był bardzo młody i niezwykle przystojny, co od razu zauważyłam. Taki młody Leonardo DiCaprio z „Romea i Julii”. Może nie miał nawet dwudziestu lat. Patrzył na nas z otwartą buzią i jechał prosto na przeszkodę w postaci blokującego jego stronę drogi pikapa. Pierwsza zorientowała się w zagrożeniu Florence i zaczęła krzyczeć, próbując ręką wskazać kierowcy przeszkodę. Niestety, ten tylko gapił się na nas jak zahipnotyzowany i jechał prosto ku przeznaczeniu. Dalsze wypadki pamiętam, jakby toczyły się w zwolnionym filmie. Samochód młodziaka walnął w półciężarówkę, spychając z drogi, odbił się od pojazdu, rozjeżdżając leżące obok zwłoki zastrzelonego mężczyzny, wlokąc go pod spodem niemal na drugą stronę drogi, po czym z impetem wbił się w bok kabrioletu Florence. Całość przy akompaniamencie zgrzytu giętej, rwanej, łamanej i ściskanej blachy, charkotu przesuwanych pojazdów i naszych krzyków. A potem zapadła krótka cisza, którą przerwał histeryczny krzyk roztrzęsionej Florence:
– Moje ukochane auto!
– No to chyba nie musimy już iść do warsztatu Barta – skomentowałam katastrofę. Po tym, co przeżyłam i teraz zobaczyłam, już nic nie było w stanie mnie zaskoczyć.
Florence natychmiast spiorunowała mnie wzrokiem. We trzy spojrzałyśmy na siebie i… jak sądzę, wszystkie pomyślałyśmy o tym samym, bo równocześnie, jak na komendę, rzuciłyśmy się w kierunku roztrzaskanego samochodu przybysza.
Nie było łatwo dostać się do zmiażdżonego pojazdu. Na szczęście drzwi obok kierowcy wygięły się na zewnątrz i udało nam się jeszcze je na tyle otworzyć, choć z niemałym trudem, aby Florence mogła się tam dostać.
– Co za przystojniak – rzuciła Florence, zanim jeszcze udało się jej wcisnąć w szczelinę uchylonych drzwi – takiemu od razu mogłabym dać – chichotnęła.
– Aha… ja chyba też – wtórowała jej Barbara, spoglądając znacząco na mnie.
– Mnie nie pytajcie – odpowiedziałam – ja mam męża.
– Ewka, nie bądź taką sknerą. Za uratowanie życia należałoby mu się – z wyrzutem w głosie zwróciła się do mnie Baśka.
– Może… – zgodziłam się, chociaż bez przekonania, ale nie chciałam dłużej kontynuować tego tematu.
– Nie żyje. – Niemal w tym samym momencie z wnętrza pojazdu dobiegł nas głos Florence.
Obie z Baśką równocześnie odskoczyłyśmy krok, przerażone wiadomością.
– Jesteś pewna? – zapytałam z niedowierzaniem.
Florence wypełzła z rozbitego pojazdu.
– Tak, jestem, chyba ma złamany kark – odpowiedziała poważnym tonem, patrząc na nas. – Jestem pielęgniarką – przypomniała po chwili, widząc nasz pełen niedowierzania wzrok.
– No to nadal nie mamy czym jechać – powiedziałam.
– Ewka, co ty gadasz, taki fajny chłopak nie żyje, a ty o tym…
Może rzeczywiście moja wypowiedź nie była na miejscu, ale fakt faktem, że nasza sytuacja się nie poprawiła ani o centymetr. W międzyczasie, gdy stałyśmy zszokowane wiadomością, Florence odeszła kawałek i usiadła na poboczu.
– To wszystko przez nas... – chlipnęła. – Głupie pizdy… – jęknęła ze złością w głosie. – Gdyby nie my… ten chłopak by żył… – Dziewczyną wstrząsnęły spazmy płaczu.
Zamierzałam odwrócić się w jej kierunku, jakoś pocieszyć, ale niespodziewanie mój wzrok padł na zwłoki mężczyzny przywleczone z drugiej strony drogi przez samochód chłopaka. Teraz, z częściowo zerwaną skórą twarzy, bardziej przypominały krwawy, niemiłosiernie poharatany strzęp, niż człowieka. Żołądek znowu podszedł mi do gardła. Zrobiło się jeszcze bardziej ponuro. Do kompletu brakowało tylko złowrogich odgłosów ptactwa. Zamknęłam oczy i odwróciłam głowę. Dopiero gdy byłam pewna, że ten straszny widok jest poza moim zasięgiem, otworzyłam je ponownie. Podeszłam do Florence i usiadłam obok. Objęłam ją i przytuliłam.
– Nie płacz, nikt nie mógł przewidzieć… Co miałyśmy robić… potrzebowałyśmy pomocy. – Starałam się ją pocieszyć, ale i mnie było blisko do płaczu.
Z drogiej strony przysiadła się do nas Basia i przytuliła się do płaczącej dziewczyny, delikatnie gładząc ją po ramieniu.
– Tak, wiem – odezwała się przez łzy Florence – ale tak cholernie mi go żal… – rozpłakała się jeszcze bardziej.
Zobaczyłam, jak z oczu Baśki popłynęły łzy. Nie dałam rady i też się rozpłakałam. Nic dziwnego. Przez ostatnie pół godziny znajdowałyśmy się w gigantycznym stresie. Żadna z nas nie przypuszczała, nie była przygotowana do radzenia sobie z czymś takim. Musiałyśmy jakoś odreagować. Po jakimś czasie wypłakałyśmy się, ale nadal żadna z nas nie miała siły ani ochoty się ruszyć. Siedziałyśmy tak przytulone do siebie. W końcu poczułam, że trzeba jakoś przerwać ten zaklęty krąg rozpaczy i niemocy.

– Ale jaką miał minę, gdy zobaczył trzy nagie dziewczyny – odezwałam się. – Co byś zrobiła – zwróciłam się do Florence – gdybyś na odludziu zobaczyła trzech nagich mężczyzn, machających do ciebie rękami… i pewnie nie tylko rękami – uśmiechnęłam się.
Baśka tylko cicho parsknęła, zakrywając sobie usta dłonią, aby się nie roześmiać. Florence też niemrawo się uśmiechnęła.
– Pewnie bym dodała gazu i uciekła… Jeden to jeszcze, jeszcze, ale trzech bym się wystraszyła – Florence uśmiechnęła się szerzej.
– Że trzem nie dałabyś rady – parsknęła śmiechem Baśka.
– Tak słabo mnie oceniasz? – Florence udała obrażoną.
– Faceci przynajmniej mają czym machać – rozmarzyła się Baśka.
– My też. Możemy pomachać cyckami – odezwałam się z dumą, łapiąc się za nie od spodu i poruszając. Nie bez powodu o tym wspomniałam. Z naszej trójki ja miałam największe i nie omieszkałam wykorzystać okazji, aby się pochwalić.
Obie dziewczyny prychnęły śmiechem.
– Ale z ciebie świnia – odezwała się żartem Baśka.
Powoli wracałyśmy do równowagi.
– Chodźmy stąd dziewczyny – powiedziałam – im szybciej wrócimy do cywilizacji, tym lepiej.
– I musimy zawiadomić władze o tym… o tym…
– Bałaganie – dokończyłam za Florence.
Dając dobry przykład, wstałam pierwsza. Spojrzałam na mocno uszkodzonego pikapa, który jeszcze niedawno miał być naszym ratunkiem. Rozbity, zepchnięty z drogi, stał teraz odwrócony tyłem do nas. Zdziwiło mnie to, co znajdowało się na jego pace. Gdy wsiadałyśmy, zauważyłam, że znajdowała się tam jakaś skrzynka czy coś podobnego. Nie pamiętam dokładnie, bo nie zwróciłam wówczas na to uwagi, podekscytowana, że udało się złapać podwózkę. Teraz było tam coś bezkształtnego pod burym brezentem czy folią plastikową. Nie miałam pojęcia co, ale z pewnością było to coś innego.  
– Czekajcie dziewczyny – powiedziałam, podchodząc do samochodu.
Wzdrygnęłam się. Brezent był nie tylko brudny, ale też tu i tam poprzylepiane były truchła jakichś owadów. Dotknęłam go; brud lepił się nieprzyjemnie do palców.
– Nie ruszaj! – w tym samym momencie zawołała Florence. – Tam może być trup! Pewnie to małżeństwo kogoś zabiło i tam go zostawili!
– Albo bomba! – zapiszczała przestraszona Barbara.
Po co mieliby coś takiego robić? – pomyślałam. Nie mogłam się już powstrzymać. Szybkim ruchem zadarłam kawał brezentu, tak gwałtownie, aż przyglądające się temu towarzyszki niedoli pisnęły.
– Dziewczyny – zawołałam – tu są nasze rzeczy… ciuchy... chyba wszystko!!!
Nie mogłyśmy uwierzyć. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Nie zabierałyśmy ze sobą zbyt dużo rzeczy. Musiałyśmy się mocno streszczać, aby wszystko zmieściło się w niewielkim bagażniku kabrioletu Florence, który tak haniebnie nas zawiódł. Nic nie zginęło, nawet pieniądze, jedynie ubranie, które musiałyśmy zdjąć, leżało w nieładzie, przemieszane ze sobą.
To jednak znaczyło, że napastnicy nie pojawili się przypadkowo. Musieli mieć ściśle określone zadanie, czyli przejęcie owej tajemniczej skrzynki czy czegoś tam, a my byłyśmy raptem takim nadprogramowym „bonusem”. Tylko co takiego tam się znajdowało, że było warte życia? Nie miałam pojęcia i nie chciałam wiedzieć. Zadowolona z odzyskania tego, co jeszcze przed chwilą uważałam za stracone, nie zawracałam sobie głowy takim problemem. To już sprawa dla policji. Obie z Barbarą złapałyśmy nasze torby, aby założyć świeże ubranie. Florence natomiast wygrzebała majtki, które miała na sobie ostatnio, z zamiarem założenia.
– Fuj! – odezwałam się – ja bym ich nie założyła.
– Dlaczego? – zdziwiła się Florence.
– Te bandziory ich dotykały. Może nawet wąchali, zboczeńcy.
Florence tylko uśmiechnęła się rozbawiona, ale też sięgnęła po swoją torbę. Tymczasem Baśka, jeszcze naga, zniknęła za furą z butelką wody, chusteczkami higienicznymi i ręcznikiem. Domyśliłam się, że przed założeniem nowych ciuchów, chciała się obmyć po tym nieszczęsnym wypadku w trakcie strzelaniny.
Ubrane, odzyskałyśmy równowagę psychiczną. Poczułyśmy się po prostu normalnie.
– Wyglądamy jak siostry – zachichotała Baśka.
Spojrzałyśmy z uśmiechem po sobie. Rzeczywiście, nie umawiałyśmy się, ale wszystkie założyłyśmy niemal identyczne dżinsowe obcisłe spodenki. Różniłyśmy się praktycznie tylko koszulkami.
I wtedy Florence się odezwała:
– Muszę siusiu – a po krótkim namyśle – i się wykupkać.
– Nie mogłaś o tym pomyśleć, zanim się ubrałaś? – powiedziałam z wyrzutem. Chciałam jak najszybciej oddalić się z tego okropnego miejsca.
– Rzeczywiście jakoś tak nie pomyślałam – odrzekła zawstydzonym głosem, po czym ponownie zaczęła się rozbierać.
– Idź z drugiej strony, za ten samochód – zaproponowała Baśka.
– Po co, nie wstydzę się was – z rozbrajającą szczerością, wzruszając ramionami, odpowiedziała Florence.
– Wiemy – rzuciłam – ale może my niekoniecznie chcemy patrzeć jak kupkasz.
– Ale tam jest trup tej miłej pani, z roztrzaskaną głową – zauważyła Florence.
– Jej już wszystko jedno, nie żyje. Na pewno nie będzie miała ci za złe, że kupkasz obok – zauważyłam.
– No dobrze… – Florence ociągając się, ruszyła za rozbitego pikapa.
Nabrałam powietrza w płuca, patrząc w dal, napawając oczy dziką przyrodą. Ubogą w tej okolicy, ale jednak; i dla mnie egzotyczną.
– Patrz! – Usłyszałam zdziwiony głos Basi. – Znowu ktoś jedzie. A barmanka mówiła, że nikt tędy nie jeździ.

Rzeczywiście, ponownie od strony miasteczka, które opuściliśmy, zbliżał się samochód.  
– Ruch jak w dużym mieście – odpowiedziałam sarkastycznie.
Tym razem ze spokojem, a nawet z lekkim zaniepokojeniem obserwowałam przybyszów. Po ostatnich doświadczeniach straciłam entuzjazm i nie tylko ja. Barbara też wykazywała powściągliwość.
Samochód powoli podjechał i zatrzymał się jakieś dziesięć metrów od nas. W przybyszach rozpoznałam nieznajomych z baru, „Flipa i Flapa”, jak ich w myślach nazwałam, bo nigdy się nie przedstawili. Gdy wyskoczyli z auta, okazało się, że Flap trzyma w rękach jakąś strzelbę, a Flip jakąś armatę. Nie znam się na broni, ale wydało mi się, że taką posługiwał się Clint Eastwood w filmie „Brudny Harry”, czyli »44 Magnum«, ale może to tylko strach miał wielkie oczy… Wówczas, w barze, wzięłam ich za miejscowy folklor, teraz jednak zupełnie nie sprawiali takiego wrażenia.
– Łapy w górę – ryknął Flip.
Gwałtownie wykonałyśmy polecenie. Jego głos tak nas wystraszył, że nawet bez wycelowanego gnata byśmy to zrobiły. Tymczasem Flap trzymając oburącz strzelbę, rozglądał się uważnie po pobojowisku, w którego centrum stałyśmy my dwie, biedne wystraszone sierotki.
Po zlustrowaniu otoczenia odezwał się Flap:
– To wasza robota?
Jego twarz wyrażała zaskoczenie czy raczej niedowierzanie, ale w głosie słychać było pewność. A może tylko pewność siebie. Obaj podeszli bliżej, ale stanęli w pewnej odległości od nas.
– To nie my. Nie mamy z tym nic wspólnego! – pisnęła Barbara.
– Nie udawajcie niekumatych laleczek – warknął Flap. – To, że sprzątnęłyście kurierów, mam w dupie, ale co zrobiłyście z towarem! Kto go przejął i gdzie teraz jest!
Nie miałam pojęcia, o co mu chodziło. Domyślałam się tylko, że miał na myśli ten tajemniczy ładunek, który zniknął z paki samochodu małżeństwa. Zaciekawiło mnie, co tam mogło być, jednak instynkt podpowiadał, że lepiej, abym nie wiedziała.
– My naprawdę nic nie wiemy – zaczęłam paplać – wsiadłyśmy do tego samochodu, bo zepsuł się nasz i potrzebowałyśmy pomocy. Potem zatrzymał nas inny samochód z czterema mężczyznami, zaczęła się strzelanina i tamci – wskazałam na pikapa – zginęli. Naprawdę nic nie wiemy…
– Ta… – rzucił Flap – kurierów załatwili, a was nawet nie ruszyli… I ja mam w to uwierzyć, ha, ha, ha. – Mężczyzna wydawał się rozbawiony.
– Tak było – odezwała się z przekonaniem Barbara.
Mężczyzna jakiś czas patrzył na nas rozbawiony, po czym wyraz jego twarzy w jednej chwili zmienił się na wściekły.
– Wsiadłyście do tego samochodu, sterroryzowałyście kurierów, a potem rozwaliłyście jako zbędnych świadków! Tylko, kurwa, kto przejął towar!? Bo wy go nie macie. Dla kogo pracujecie!!! – ryknął na koniec.
Zastraszone nie odzywałyśmy się, zresztą co miałyśmy powiedzieć? Za to odezwał się Flip:
– Możemy tę sprawę załatwić na dwa sposoby. Pierwszy, powiecie nam, co chcemy wiedzieć i rozstaniemy się w pokoju – w tym momencie z ironicznym uśmieszkiem nakreślił palcem w powietrzu pacyfę – albo drugi, bardzo bolesny dla was, a na koniec i tak powiecie nam wszystko. Wybór należy do was. Tylko szybko, bo cierpliwość nie jest naszą mocną stroną! – zakończył twardo.
– Powiedziałyśmy prawdę! – jęknęłam z desperacją.
– Dlaczego te baby są takie durne. – Flap odezwał się do kompana. – Jak nie przyłożysz, nic taka nie rozumie.
Podszedł blisko do Baśki, uniósł strzelbę i przełożył w rękach, tak, że kolba skierowana była ku jej twarzy, po czym wykonał ruch, jakby zamierzał uderzyć. Baśka skuliła się ze strachu przed ciosem, zamykając oczy.
– Czekaj, czekaj – zawołałam histerycznie.
Musiałam coś zrobić. Gdyby uderzył kolbą Baśkę w twarz, z pewnością co najmniej wybiłby jej zęby. Mężczyzna spojrzał na mnie, opuszczając broń.
– Przemoc jest niepotrzebna – dodałam spokojniej. – Na pewno jakoś się dogadamy. – Tę kwestię słyszałam w jakimś filmie i tam podziałała. Miałam nadzieję, że tu również, szczególnie że mężczyzna postąpił krok w moją stronę, z zainteresowaniem na twarzy.
– O! – odezwał się – widzę, że jesteś rozsądniejsza od swojej przyjaciółki. W takim razie słucham. – jego głos i zachowanie stało się nagle niezwykle uprzejme, jakbym miała do czynienia z dżentelmenem w każdym calu, a nie zwykłym brutalnym bandziorem.
– Nic mu nie mów! – po polsku syknęła do mnie Baśka, która zdążyła już otworzyć oczy. Intonacja jej głosu świadczyła, że jest głęboko zraniona świadomością, iż mężczyzna chciał ją uderzyć, i to brutalnie.
– Baśka, to nie film! – skarciłam koleżankę.
Nie warto było drażnić bandytów. W niczym to nie pomagało, a mogło tylko pogorszyć naszą sytuację.

– Nie szwargotać mi tu po arabsku – warknął Flip.
– To było po polsku! – burknęła nadal urażona Baśka.
Jednak teraz to na mnie skupiała się uwaga mężczyzn. Zyskałam trochę czasu, ale wiedziałam, że już się kończy. Musiałam coś zrobić, tylko co? Nie miałam żadnego pomysłu, kompletna pustka w głowie, jak nigdy, nawet zalążka pomysłu. A właśnie teraz, jak nigdy, potrzebowałam czegoś, co uratowałoby naszą skórę. Przydałby się akurat jakiś patrol policji. Uczepiłam się tej myśli, ale wiedziałam, że to nie film z happy-endem, tylko rzeczywistość. To działo się naprawdę! Nagle zrobiłam coś, o co normalnie bym siebie nie podejrzewała. To był, jak sądzę, instynkt, on podsunął mi ostatnią deskę ratunku.
Cały czas, zgodnie z życzeniem bandziorów, trzymałyśmy ręce w górze. Teraz powoli opuściłam je, łapiąc się dłońmi za cycki i dwukrotnie je unosząc. Mężczyźni wymienili między sobą krótkie uśmiechy zadowolenia. Wolno przesunęłam dłonie niżej, po brzuchu, a następnie przeniosłam je na biodra, równocześnie wykonując owymi biodrami krótki ruch w lewo i prawo. Zeszłam dalej w dół, na uda, tak nisko, jak mogłam. Następnie prawą rękę wsunęłam sobie między nogi, łapiąc się zdecydowanym gestem za krocze, równocześnie wydając z siebie syk podniecenia i stając w większym rozkroku, tak abym mogła wsunąć czubki palców głęboko między uda, zaraz po tej czynności wydając z siebie zmysłowe „ach”, pełne podniecenia, chociaż udawanego. Natychmiast po owym „ach”, ruchem głowy odrzuciłam w tył włosy, niczym niesforna klacz. Mężczyzna stojący naprzeciwko oblizał wargi lubieżnie, wydając z siebie pomruk akceptacji. Jego spojrzenie zaś, w trakcie moich wygibasów zmieniło się niepostrzeżenie z zadowolonego na pełne pożądania. Za to w tym samym czasie jego kompan z uśmiechem potaknął głową niczym profesjonalista oceniający z aprobatą występ amatorki. Odsunęłam lekko dłoń od krocza, wszakże nie odrywając dwóch palców, którymi przesunęłam powoli w górę po rozporku obcisłych spodenek. Przez chwilę bawiłam się guziczkiem, zarazem wsuwając kciuk pod spodenki.
Co ja wyprawiam, przemknęło mi wówczas przez myśl. Czułam się, jakbym się znajdowała w jakimś koszmarnym, surrealistycznym śnie, z którego chcę się obudzić, ale nie mogę. Przypomniał mi się na dodatek cytat z „Seksmisji”: „Dajcie tu jakąś muzyczkę”, co jeszcze pogłębiło dziwaczność sytuacji. Złapałam rękami brzeg koszulki i kręcąc biodrami jak w jakimś kiepskim tańcu erotycznym, zaczęłam ją podciągać. Dopiero teraz spostrzegłam, zajęta „czarowaniem” oprychów, że Baśka stoi jak słup soli, gapiąc się na mnie z otwartymi ze zdziwienia ustami. Trąciłam ją biodrem, aby wyrwać z osłupienia i mimiką twarzy nakazałam, aby robiła to samo, co ja. Baśka złapała brzeg T-shirta i kręcąc biodrami, też zaczęła podciągać go, odsłaniając podobnie jak ja, coraz więcej gołego ciała. W chwili, gdy moja koszulka była już na tyle wysoko, że zasłoniła mi oczy, usłyszałam „bach”, „bach” i chwilę potem trzecie „bach”. Chciałam jak najszybciej zobaczyć, co się dzieje, ale spanikowana zaplątałam się w koszulkę i gdy w końcu odsłoniłam oczy, zobaczyłam biegnącą z uśmiechem w naszą stronę Florence, trzymającą jeszcze w dłoni pistolet. Za to dwaj oprawcy leżeli na drodze nieruchomo. Momentalnie rzuciłyśmy się na nią, gorąco dziękując za uratowanie życia.
– Oj tam – na moim miejscu zrobiłybyście to samo – odezwała się skromnie Florence, po czym dodała rozbrajająco: – Na szczęście w porę zdążyłam się wykupkać.
Po mnie przeszedł dreszcz, bo przeraziła mnie myśl, co by mogło się stać, gdyby miała zatwardzenie.
– Skąd umiesz strzelać? – zapytałam.
– Regularnie chodzę na strzelnicę – pochwaliła się. – Dzisiaj życie staje się coraz bardziej brutalne. Kobieta musi umieć się obronić.
Zawsze byłam przeciwniczką broni palnej, ale teraz przyznałam Florence stuprocentową rację.
– Nie żyją? – odezwała się Baśka, patrząc na leżących bezładnie mężczyzn. Mimo wszystko nadal budzili lęk.
– Chyba tak – odpowiedziała Florence – ale nie mam ochoty sprawdzać. Wynośmy się stąd.
– Słusznie – poparłam ją.
Wreszcie miałyśmy czym. Samochód, którym przyjechał Flip i Flap, nie był im już potrzebny.
– Pakujcie rzeczy, ja poprowadzę – kontynuowała Florence.
Szybko się uwinęłyśmy i z piskiem opon ruszyłyśmy w kierunku miasteczka, z którego niedawno wyjechałyśmy. Nam jednak wydawało się, że minęła wieczność.

     * * *

Ostatnie dni mojego urlopu spędziłyśmy na składaniu wyjaśnień na Policji i pobycie w hotelu, ale nie na odludziu, tylko w dużym mieście. Wychodziłyśmy wyłącznie do pobliskich lokali, aby się rozerwać, zapomnieć o niedawnym koszmarze. Mówi się, że w dużych miastach jest większa przestępczość. My jednak czułyśmy się bardziej bezpiecznie niż na prowincji.
Zostałyśmy uwolnione od zarzutu spowodowania śmierci tego młodego kierowcy. Stany to jednak cywilizowany świat. Uznano, że byłyśmy nagie nie z własnej woli. W Polsce pewnie by nas posadzono za, jak to się mówi, spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym ze skutkiem śmiertelnym. Florence nie postawiono zarzutu zabójstwa, uznano, że była to obrona konieczna. Tym bardziej poszło łatwo, że jak się okazało, „Flip” i „Flap” posiadali już bogatą kartotekę policyjną.
Nie powiem, policjanci byli dla nas bardzo mili, jedyne co ich zdziwiło, że ja i Basia kategorycznie odmówiłyśmy kontaktu z przedstawicielem Ambasady Polskiej. Po prostu nie chciałyśmy, aby sprawa się rozniosła. Szczególnie ja nie chciałam, aby o wszystkim dowiedział się mój mąż. Bo i co miałabym powiedzieć? Że w przeciągu niespełna godziny omal nie zostałam dwa razy zgwałcona i dwa razy zabita? Może kiedyś opowiem o tym mojej córce, ale nie wcześniej, niż skończy osiemnaście lat i jeśli będzie przygotowana na to psychicznie.
W sumie przeżyłam swoje odwieczne marzenie, swój amerykański sen, i to dosłownie przeżyłam. A że nie tak, jak sobie wyobrażałam? No cóż, w życiu nie można mieć wszystkiego. Czasami tylko wydaje mi się, że lepiej jest, jeśli marzenia nigdy nie udaje się zrealizować i pozostaje ono na zawsze jedynie marzeniem wielkiej przygody.

2 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 15 gru 2018

    Hehe, trzy durnowate rozdziawy, nie dziwne więc, ze prześladuje je nie lada pech Trochę nie do końca mój klimat, ale nie powiem, żebyś nie poprawił mi humoru, a "zatwardzenie" tylko dopełniło dzieła Szósta ode mnie

  • AnonimS

    AnonimS · 14 gru 2018

    Ciekawie to wymysliłeś. Zestaw na tak.