Zmaganie cz 1

Zmaganie

                             Przedmowa.
Na przestrzeni stuleci można to zauważyć. Nie sposób tego pominąć. Jak i w innych sprawach i w tej są różne opinnie i zdania dotyczące tej sytuacji. Niektórzy opierają swoje zdania i osądy na Świętych księgach. Wówczas ich osąd jest niejako uzasadniony. Czują, że mają prawo potępiać. Inni nie ustosunkowują się w sposób jednoznaczny. Jest i mała grupa, która sympatyzuje. Do niej należą osoby, które są takie. Inni natomiast solidaryzują się z tą grupą z bardziej nieokreślonych powodów. Chodzi mi o ludzi, którzy z różnych powodów preferują tą samą płeć. W moich poprzednich utworach dałem dowód na to, do której grupy należę. Nie sądzę abym kiedykolwiek napisał coś o miłości, czy wzajemnych kontaktach między dwoma mężczyznami. Nie czuję tego i pewnie z tego powodu nie mam inspiracji w tym kierunku.  
W wiekach starożytnych, szczególnie w Grecji i Rzymie homoseksualizm dotykał przewaznie wyższych sfer. Niektórzy upatrują upadek tych imperiów właśnie z tego powodów. W wieku XIX w Anglii, homoseksualizm karano bardzo surowo, z karą śmierci włącznie. W początkach XXI wieku większość rządów ustaliła bardziej liberalne podejście do tej sprawy. Sytuacja niejako się odwróciła. Teraz prześladowanie w jakimś stopniu osób, które nie są heteroseksualne, może spowodować określone kary, z pozbawieniem wolności włącznie.  
Ciekawe i w pewnym sensie prawdziwe jest domniemanie, że pewne używki mogą zmienić poziom hormonalny w ludzkim organiźmie. Chodzi o chmiel i alkohol, całościowo. Dotyka to zarówno danej jednostki jak i następnego pokolenia. Te i inne toksyczne substancje powodują wzrost testosteronu u kobiet i wzrost estrogenu u mężczyzn. Reasumując i kończąc te rozważania, można dojść do konkluzji, że społeczeństwo homoseksualne zakończyłoby się po jednym pokoleniu. Oczywiście współczesna medycyna zna zapładnianie in vitro. Jednak nadal potrzebna jest kobieta i jej łono. Być może powstaną sztuczne macice, ale na razie jest to fantazja. Medycyna nie potrafi jak do tej pory stworzyć komórki. Ani męskiej ani żeńskiej. Tak dla ścisłości, żadnej. Człowiek potrafi tylko przetwarzać i powielać. Przeważnie na swoją zgubę.
Nowe opowiadanie jest znowu o miłości. I tym razem o miłości dwóch kobiet. Znowu jest to fikcja, lecz tym razem nie fantastyka naukowa, chociaż opisaną historię można uznać za niemożliwą. Na koniec muszę dodać, że czytelniczka, która preferuje żeńską płeć może poczuć się zawiedziona. A może nie...

                                     Sarah
— Już widać główkę. Jeszcze jeden raz.
Linda zrobiła jeszcze jeden wdech. Ból spowodował, że nic inne nie miało znaczenia. W tym stanie nie pamiętała, że sama nie chciała znieczulenia. Lekarz nie widział potrzeby nacięcia. Ostatni wysiłek i krzyk Lindy zrównał się z pierwszym krzykiem Sarah. Po chwili Linda miała śliczne maleństwo na swojej piersi. Wszystkie negatywne odczucia rozprysnęły się jak mydlane bańki. Linda tuliła swoje trzecie dziecko. Miała już dwóch chłopców. Pięcioletniego Josha i trzyletniego Clarka. W tej ciąży, od kilku miesięcy wiedziała, że to dziewczynka. Z łzami szczęścia całowała córeczkę.
— Witaj na Ziemi, kochanie — szepnęła wzruszona.
Następnego dnia była już w domu wraz z dzieciątkiem. Swoich pierwszych synów urodziła w domu. Tym razem sama zdecydowała się na szpital. Kochała swoje dzieci i dawała im dużo miłości. Linda była szczęśliwą żona i matką. Jej mąż, Samuel pochodził z bogatej rodziny z tradycjami prowadzenia bussinesu. Rodzice Lindy też nie byli ubodzy, ale ich majątek nie mógł się równać z bogactwem rodziny Sama. Linda pracowała do szóstego miesiąca ciąży z Joshem. Potem została w domu. W wolnych chwilach pomiędzy gotowaniem i prowadzeniem domu, malowała. Miała w tym kierunku zdolności. Poza portretami lubiła malować naturę. Czuła się dobrze zarówno w akwareli, oleju i weglu. Lubiła pastele, szczególnie odcienie różu i fioletu. Linda miała wrażliwą duszę. Czytała czasem książki. Swoje życie prywatne i intymne z Samem, określała bardzo pozytywnie. Nie myślała o tym, ale czuła się szczęśliwa. Samuel miał zdolności organizatorskie i sprawdzał się doskonale w tym co robił.  
Linda kochała dzieci, ale wraz z Samem zdecydowali, że Sarah będzie ich ostatnim dzieckiem.
Kryzys gospodarczy tylko w małym stopniu osłabił finanse Samuela Longridge. Zniszczenie dwóch wież w Nowym Yorku wstrząsnęło jego rodziną. Nie do końca wierzył w oficialną teorię. Sam nie był głupi. Miał oczy i uszy. Ale to w co wierzył w swoim sercu, zachował dla siebie. Był bussinesmanem i nie mógł pozwolić sobie na pewne rzeczy. Poza prowadzeniem wielkiej kompanni, miał dom i rodzinę. I to również miało dla niego wielkie znaczenie. Sarah rosła. Bracia traktowali ją dobrze. Czuła się jak piskle w gnieździe. Uczyła się dobrze. Kiedy dzieci dorastały, Sam już wiedział, że Josh nie będzie prowadził po nim interesu. Jego najstarszy syn bardzo chciał być chirurgiem. Był przodującym studentem wydziału. Clark studiował ekonomię. Sam wiedział, że jego młodszy syn doskonale sprosta w prowadzeniu majątku. A Sarah? Prawdopodobnie po matce odziedziczyła zdolności artystyczne. Kiedy Linda to zauważyła zaczęła wspomagać uzdolnienia córki. Ale przełom nastąpił kiedy Sarah skończyła osiem lat. Zakochała się w violonczeli. Urzekł ją dźwiek tego pięknego instrumentu. W drugim roku nauki próbowała też skrzypiec, ale ostatecznie zdecydowała się na cello. W wieku dziewiętnastu lat miała już kilka koncertów. Zaczeła być sławna. Potrafiła zagrać na basie, gitarze, fortepianie, skrzypcach i altówce. Miała wielu przyjaciół. Wielu.  
Najbliższa jej sercu była Linda, chociaż i z ojcem miała dobrą relację. Bracia kochali ją, a ona ich. Jednak z nikim nie była tak blisko jak z matką. I to właśnie Linda pierwsza to zauważyła. Zabrało jej rok, żeby delikatnie zapytać o to córkę.
— Masz jakąś sympatię?
— Mam wielu przyjaciół — odrzekła wcale nie urażona.
— Wiem, ale...
— Nie mamo, nie miałam jeszcze chłopaka.
— Masz wiele koleżanek, chyba więcej niż kolegów...
— Nie interesują mnie dziewczyny, jeśli ci o to chodzi.
— Ależ, nie kochanie, nie to miałam na myśli...
— Dokładnie to miałaś, mamusiu.
Linda milczała chwilkę.
— Tak, to prawda. Wybacz. Chciałam ci tylko powiedzieć, że twoje szczęście ma dla mnie największe znaczenie.
— Czuję się dobrze z tym jak jest. Może jeszcze nie spotkałam tego wybranego.
— Jesteś taka zajęta, wciąż ćwiczysz.
— Nie jestem najlepsza, ale myślę, że idzie mi dobrze.
— Och, wiesz, że możesz zrobić w tym karierę na skalę światową! Chociaż już teraz jesteś sławna.
— Nie chodzi o to. Gram, bo sprawia mi to radość. Nie jestem zainteresowana robić tego dla kariery.
Linda popatrzyła na Sarah. Była jej matką ale zdawała sobie sprawę, że jej córka ma piękne, zgrabne ciało. Linda wiedziała, że kilka magazynów mody chciało zrobić z jej córką sesję zdjęć. Bez efektu.  
Sarah miała zdolności i słuch, ale sukces osiągnęła dzięki pracy i umiejętności organizacji czasu. Przeważnie grała sześć godzin dziennie, ale zdarzało się, że ćwiczyła i osiem.
— Sądzę, że ża dużo pracujesz — rzekł Sam w czasie kolacji.
Przeważnie jedli w piątkę tylko w czasie weekendu, ale zdarzało się sporadycznie, że cała trójka dzieci miała czas na rodzinne spotkanie i w środku tygodnia.
— Mam koncert w Seattle, zawsze przed koncertem więcej ćwiczę.
— To w przyszły wtorek. Jak dam radę to przylecę — rzekł Sam.
— Będzie mi miło. Mam nadzieję, że nie wypadnie ci jakieś ważne spotkanie.
— Jedziesz na dwa dni?
— Nie, mamusiu. Chcę zostać kilka dni. Bardzo chciałabym zobaczyć tą wystawę w Vancouver.
— Och, też bym chciała, ale mam kilka ważnych spraw.
— Zostanę do piątku. Firma Sonny chce nagrać ze mną kilka utworów, a może całą płytę. Obiecali mi wspaniały instrument. Jeszcze nigdy nie grałam na Stradivarius. Ale to nic pewnego. Jeśli nie, pewne jest Gennaro Galiano.
— Drogie? — zapytał Clark.
— Około 250 tysięcy.
— Och, to dużo pieniędzy.
— Nie chodzi o to, ma podobny ciepły dźwięk jak Bonjure Stradivariusa, ale prawdopodobnie nie będę miała okazji grać na tym cacku.
— Stradivarius pewnie kosztuje ponad milion.
— Ponad sześć — odrzekła Sarah, dopijając kawę.
— Może ci dadzą zagrać, jesteś w pierwszej dwudziestce na świecie.
— Może. Ale to tylko unikalny, chociaż piękny instrument.
— Tylko? To co dla ciebie ma znaczenie? — zapytał Sam.
— Pewnie się zdziwisz! Miłość. A tego nie można kupić za żadne pieniądze.
— Och kochanie, jesteś piękna, uzdolniona i wiem, że masz dobre serce. Z pewnością masz powodzenie...
— Nie chcę o tym mówić, tato.
Sarah wstała i poszła do swojego pokoju. Miała swoje studio gdzie czasem spała i często ćwiczyła, ale wciąż mieszkała z nimi.
— Czy powiedziałem coś niewłaściwego?
— Może nie, ale to pewnie jest jej czuły punkt — szepnęła Linda.
Po chwili usłyszeli, ,,Łabędź” Camille Saint-Seans.
— Sądzicie, że powinienem do niej pójść?
— Nie, tata. To nie jest najlepszy pomysł. Może nie powinienem tego mówić. Ale Sarah jest najbardziej delikatną duszą jaką znam. Musi dostać klejnot, bo tylko taki ktoś ją doceni — rzekł Clark.
Nostalgia u Sarah trwała krótko, bo po chwili usłyszęli muzykę jazzową.  
   Ostatecznie Clark i Linda odwieźli ją na lotnisko. Po sprawdzeniu papierów, weszła do sali odlotów. Usiadła na fotelu. Patrzyła na ściany i wykładzinę na podłodze. Zaczęła obserwować ludzi.
Czy naprawdę jestem szczęśliwa? Pewnie nie do końca, inaczej nie myślałabym o tym, pomyślała.
Potem zaczęła myśleć o koncercie. Opanowała jedno. Niezależnie od nastroju, kilka minut przed koncertem potrafiła się całkowicie zrelaksować. Nauczyła się tego od swojego pierwszego nauczyciela. Przekazał jej wiedzę, że najlepszy artysta potrafi stopić się z instrumentem. Sarah myślała czasem o genialnej cellistce, której chroba przerwała karierę. Po dziesięciu latach nieznana choroba zmusiła ją do zakończenia publicznych koncertów. Ostatecznie rozpoznano później stwardzenie rozsiane.
Z Salem, w którym mieszkała Sara, nie było daleko do Seattle. Lot zajął tylko godzinę. Sarah miała grać w sali Benoraya hall.  
To nowoczesna sala miała bardzo dobre nagłośnienie. Przy jej budowie, jeśli chodzio akustykę wykorzystano nowe technologie wspomagające uzyskanie dobrego i czystego dźwieku.
Z lotniska wzięła taksówkę i po około trzech kwadransach weszła do hotelowego pokoju. Seattle wyglądało dużo bardziej nowocześnie niż jej rodzinne Salem. Firma ojca znajdowała się w Portland, a jego biuro w Salem. Czasami jechał do Portland samochodem, niekiedy leciał helikopterem.  
Sarah od młodych lat przyzwyczaiła się do podróży. Tak naprawdę, wielką karierę, zaczęła w wieku siedemnastu lat. Miała już wówczas ustaloną markę. Ponieważ grała świetnie, wszystko ustawiano, żeby się nadal rozwijała. Miała indywidualny program nauczania. Aż trudno uwierzyć, że nawet w szkole miała świetne wyniki. Uczyła się również Tae kwon do. Nie chciała uszkodzić dłoni, wobec tego wybrała wschodnią sztukę walki, która preferuje większe wykorzystanie nóg niż rąk.  
Sarah miała dar rozmowy. Coś w niej było, że zawierała znajomości bardzo szybko. Ale ponieważ miała mało prywatnego czasu, ograniczało się to przeważnie do wymiany listów elektronicznych. Kochała muzykę i podporządkowała swoje prywatne życie do ćwiczeń i koncertów.  
Podeszła do okna. Budynki, miasto.  
Miała sny jak każdy człowiek. Ale nigdy nie śniła miast. Zawsze zieleń, lasy, morze. Czyżby jej dusza pragnęła właśnie tego?
Nie zabrała swojego instrumentu. Zmiana ciśnienia powodowała rozstrojenie. Poza tym, miała grać i nagrywać na jednym z najlepszych instrumentów. Od jutra miała ćwiczyć dwa dni. Potem koncert i nagrania. W piątek rano zaplanowała polecieć do Vancouver na wystawę malarstwa. Wieczorem miała samolot powrotny do Salem.
Dojechała do hotelu. Rozpakowała się szybko. Zastanowiła się gdzie zjeść obiad. Zdecydowała się na hotelową restaurację.
Weszła do sali. Prawie pusto, nie licząc kilku gości.  
— Co dla pani? — zapytał kelner.
— Proszę saładkę i hinduski zestaw. Poproszę dodadkową porcję chapati.
Już w wieku dziwięciu lat zrezygnowała z mięsa. Chociaż i wcześniej nie przepadała za burgerami, stekami i innymi potrawami mięsnymi. Przez następny rok jadła ryby. W końcu i z nich zrezygnowała. Linda gotowała dla niej osobno. Matka jadła ryby, natomiast cała męska reszta jej rodziny preferowała soczyste steki. Na początku ojciec próbował ją przekonać, ale zrezygnował po kilku tygodniach. Sarah była bardzo łagodna, ale stanowcza. Prawie nigdy nie zmieniała zdania. Musiał być ku temu naprawdę bardzo solidny argument.  
Po kilku minutach kelner przyniósł ryż z lekko pikantnym sosem. Jarzyny, odmiana fasoli. Na deser Sarah zamówiła czekoladowy mus i mango shake.
Właśnie kończyła deser, kiedy dostrzegła kątem oka młodego mężczyznę, który podszedł do stolika
— Przepraszam bardzo, czy pani nazywa się Sarah Longridge?
— Tak, to ja. Czy my się znamy?
— Och nie. Nazywam się Randy Oxing, jestem pani fanem i wielbicielem. Specjalnie przyjechałem na pani koncert, aż z Nowego Yorku. Bardzo przepraszam, jeśli przeszkadzam. Jeśli można, chciałbym prosić autograf.
Randy wyjął dysk z kilkoma utworami, jakie Sarah nagrała rok temu. Sarah napisała swoje imię i nazwisko. Młody męzczyzna uśmiechnął się i wziął delikatnie płytę. Prawdopodobnie przypadkowo dotknął jej palców. Sarah poczuła elektryczny szok. Szarpnęła odruchowo ręką.
— Bardzo przepraszam, proszę wybaczyć. Nie zrobiłem tego celowo.
Mężczyzna mógł mieć około trzydziestu lat. Przystojny. Sądząc po ubiorze, dobrze sytuowany. Sarah była dobrym obserwatorem. Umiała dostrzec detale. Włoskie buty, złoty zegarek, dobry markowy garnitur.
— Nic się nie stało. Nie sądzę, żeby chciał pan mnie dotknąć.
— Jeszcze raz najmocniej przepraszam.
Zamierzał odejść.
— Mieszka pan w tym hotelu, mniemam.
Sarah nie pamiętała, aby kiedykolwiek tak zareagowała. Randy zatrzymał się.
— Tak, przyjechałem wczoraj. Mieszkam na czwartym piętrze.
— Proszę nie mówić numeru pokoju. I tak nie przyjdę.
Randy delikatnie się zarumienił.
Co się dzieję? Dlaczego zachowuję się jakbym go chciała poderwać! I to w sposób dość prostacki.
— Mieszkam w 413. Mówię na wypadek, jakby pani zmieniła zdanie.
— Teraz ja przepraszam. Naprawdę nie wiem czemu tak powiedziałam. Raczej nie jestem towarzyska. A już na pewno nie jestem TAKA.
— Jestem trochę miło zaskoczony. Trochę czytałem o pani, Sarah. Młoda, zdolna, piękna i samotna.
— Zapomniał pan dodać, bogata.
— Mój ojciec prowadzi interesy z pani ojcem.
— Och, więc pan jest synem Jamesa Oxinga!
— Jestem człowiekiem interesu, ale mam również serce. Prawdę mówiąc, ojciec ma czasem zastrzeżenia co do moich decyzji.
— Masz rodzeństwo, Randy?
— Nie, jestem jedynakiem. Po śmierci mamy, ojciec pozostał wdowcem. Chociaż wiele kobiet próbowało.
— Pewnie z powodu fortuny.
— Nie tylko, James nie jest złym człowiekiem. Myślę, że nadal kocha Ruth, może kiedy się pogodzi, że odeszła, zwiąże się z kimś. Ma dopiero 53 lata i trzyma się nieźle.
— Niektórzy ludzie są jak łabędzie. Mają partnera na życie.
— Przepraszam za śmiałość. Może pozwolisz Sarah zaprosić się na wspólne zwiedzanie miasta.
— To betonowa dżungla. Pewnie zostaje jakaś inna restauracja. Nie lubię klubów.
— Planuję pojechać po twoim koncercie do Vancouver na wystawę malarstwa.
— To zaczyna być interesujące. Ja po koncercie i nagraniach też mam zamiar tam lecieć.
— Och doprawdy? To wygląda na zrządzenie losu.
— Może na przypadek.
— Wiesz Sarah, nie bardzo wierzę w przypadki.
— Prawdę mówiąc, ja również. A ponieważ już powiedziałam kilka głupstw, to powiem jedną prawdę. Nigdy nie byłam w klubie. Więc nie wiem na pewno czy nie lubię.
— Ja prawdę mówiąc nie przepadam, ale chętnie ci dotrzymam towarzystwa, gdziekolwiek będziesz chciała pójść.
— Tylko jeśli naprawdę nie będę się tam dobrze czuła, wyjdziemy. Dobrze?
— Oczywiście.
— Jutro i pojutrze cały dzień ćwiczę. Jak będę miała szczęście, będę grała na orginalnym Stradivarius.
— Czasami szczęściu można pomóc.
Randy uśmiechnął się subtelnie.
— Co masz na myśli?
— Miałem nie mówić, ale skoro pytasz. Ojciec dał kilkanaście tysięcy w tej sprawie. Prawdę mówiąc, poprosiłem.
— Chcesz powiedzieć, że będę grała na Bonjure?!
— Tak, wiem to.
Sarah pocałowała policzek Randy.
— Och teraz to ja przepraszam. Jestem czasami impulsywna.
— Nie powiem, że się gniewam — powiedział Randy.
— To gdzie mnie zapraszasz?
— Znam jeden klub. Grają tam dobry jazz.
— Och myślałam, że miałeś na myśli disco.
— Jest dopiero druga, do wieczora jest jeszcze dużo czasu.
— OK, tylko nie piję. W ogóle nie piję, a szczególnie przed koncertem.
— To znaczy jeszcze nie piłaś alkoholu, nigdy?
— Raz, może pięć lat temu. To był jakiś francuski szampan. Chyba z żółtą nalepką.
— To mógł być Veuve Clicquot lub Moet & Chandon.
— Pamiętam czarną butelkę.
— To piłaś pewnie Czarną damę.
— Nie piłam, tylko umoczyłam usta. Ale było niezłe.
— Z winami musującymi jest to, że czasem różnica ceny jest dziesięciokrotna, a smak prawie taki sam.
— Dobrze, Randy. Możemy spotkać się za trzydzieści minut na dole, przy windach.
— Dobrze, dziękuję
Poszli razem do wind. Randy wysiadł z Sarah i odprowadził ją do drzwi jej pokoju.
Sarah zamknęła drzwi. Dopiero ochłonęła.
— Chyba zwariowałam. Owszem miły i przystojny. Ale czemu to zrobiłam?

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 3145 słów i 18456 znaków, zaktualizował 30 maj 2017.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Dobrze się zaczyna, ciekawy ma życiorys. Standardowo wegetarianka  ;)

  • Somebody

    Fajny początek. Czekam na rozwinięcie:)