Zaskakujące Lądowanie rozdział 55

Zaskakujące Lądowanie rozdział 5555  
Mia  

  Pierwszą rzeczą, którą dostrzegam po przekroczeniu baru, jest parujący burger na talerzu leżący tuż obok serwetek. Na jego widok ślina napływa mi do jamy ustnej. Kieruję wzrok na Kaia, skupionego na kartce z zamówieniem, następnie spoglądam na Sama, napełniającego kieliszki wódką, później rzucam okiem na lokal, który faktycznie pęka w szwach. Dziewczyny, jak i dwóch kelnerów biegają między masą ludzi, zbierają puste szklanki, przecierają stoły, zapisują nowe życzenia gości. Rozmowy są głośne, przekrzykują się przez muzykę w lokalu. Z jednej strony horror, a z innej super utarg. Kto by pomyślał, że Happy Hour stanie się taką furorą. Siadam na standardowym miejscu, biorę mojego hamburgera i odgryzam kęs. Od momentu, gdy Lilly wezwała ekipę do pracy, na twarzy Samuela widoczna była wściekłość, a kiedy zamknął oczy i masował skroń, pomyślałam, że może ma ból głowy. Jednak, kiedy otworzył powieki, jego spojrzenie było łagodne, kolor oczu nabrał głębi błękitu, w którym widoczne było, iż znajduje się w kompletnie innym wymiarze. Tak jakby podejmował decyzję o życiu lub śmierci, a gdy otworzył usta, chcąc mi coś powiedzieć, Joschua wyrwał go z kontekstu. Samuel wydał z siebie tylko warknięcie, wziął mnie za rękę i bez żadnego słowa poprowadził do baru. Był zły i to jak jakiś pitbull ze wścieklizną razy dwa. Przełykam pierwszy kęs, biorę następny. Zaczynam się zastanawiać, co chciał mi chłoptaś powiedzieć. Moje myśli pędzą coraz szybciej, wymijają się nawzajem, a cały entuzjazm znika przez jedno ryjące czachę pytanie. Czy on chce…? Odwracam głowę w kierunku chłopaka, rozlewającego kolejne miksy do szklanek. TO chciał mi powiedzieć?  
Robi mi się niedobrze. Posiłek, który mam w buzi smakuje na papier, z trudnością go przełykam. Apetyt znika w trybie natychmiastowym zastąpiony przez skręt żołądka. Odstawiam na ladę talerz z nadgryzionym burgerem. Przerażające obrazy wypalają mi dziury w głowie. Boję się tego, co może nadejść. Zimny pot oblewa czoło oraz kark. 
– Wszystko ok? Jesteś blada jak trup. – Moja twarz podąża za męskim głosem. Stojący obok mnie Kai odstawia wcześniej zamówiony koktajl. Oczywiście wklejam sobie sztuczny uśmiech, aby zatuszować przerażające myśli.  
– W jak najlepszym. Pewnie to te oświetlenie – odpieram, ale Kai patrzy na mnie sceptycznie, marszcząc przy tym brwi.  
– Jesteś tego pewna? Nawet nic nie zjadłaś. – Wskazuje ruchem głowy na Samtajlburger- special.  
– Jo. A teraz wara. – Nic a nic nie jest w porządku. Odwracam spojrzenie, poświęcając uwagę spływającym po szklance skondensowanym kroplom wody.
  Od samego początku wiedziałam, że nie powinnam dopuszczać Samuela tak blisko siebie, ponieważ zakończenie tego, co mamy będzie bardziej bolesne niż ciosy zadane przez Eliasa.  
Zaufałam szczeniakowi, opowiedziałam mu przeszłość, oddałam mu siebie i moje serce, wszystko dla jakieś…? Będę na dnie, jeśli moje podejrzenia są słuszne.
Wzrastająca panika ściska brutalnie gardło, staram się o równomierny oddech, ale i tak nie umiem zatrzymać dudniącego w klatce serca oraz brakującego w płucach powietrza, a na języku czuję gorzki smak żółci.  
– Sam. Mia jest zielona. – Słyszę jak w tunelu słowa barmana.  
Ja zielona? Przecież znakomicie się czuję! Odzywa się sarkastycznie podświadomość.  
Potrzebuję świeżego powietrza. Już teraz. Właśnie zamierzam podnieść się z krzesła, kiedy czyjeś dłonie podnoszą moją twarz. Samuel. Jego zmartwione, głębia niebieskiego koloru oczu, prosty nos oraz zmysłowe usta. Nic dziwnego, że… przecież ja nie posiadam niczego imponującego, oprócz zrytej psychiki.
– Słońce, patrz na moje usta. Wdech, wydech. Słyszysz? – mówi spokojnym głosem, który dobiega do mnie jak pod wodą. A co ja cały czas próbuje robić?  
W pełni koncentracji na podawanym przez Sama rytmie próbuję opanować roztargnienie, lecz potrzeba wyjścia na świeże powietrze jest stokroć silniejsza.  
– Puść mnie – proszę słabym tonem. Nie chcę zrobić mu obciachu przy tylu ludziach, zepsuć reputacji baru, czy też zostać plotkarskim tematem numer jeden. Odsuwam dłonie Brutusa, zeskakuję z krzesła barowego i…  
Głupi. Oj bardzo głupi pomysł. Przez uginające się pode mną nogi, tracę równowagę, a obawa padnięcia na twarz doprowadza do zawrotu głowy. Oblewa mnie kolejny deszcz zimnego potu. Chcę zrobić krok do przodu, lecz grunt pod stopami znika, aż z przerażenia zamykam oczy. Spadam. 
Do mojego przyćmionego umysłu dociera coś w stylu: 
„Kai, dwie minuty… Nie odlatuj, mała… Zaraz jesteśmy na zewnątrz.”
Powieki mam ciężkie jak z ołowiu, odczuwam lekkie kołysanie oraz zanikający szum. Nagle chłodne powietrze muska skórę twarzy, a dudnienie w głowie cichnie. Cisza.
Czuję parę pchnięć i dwa klepnięcia w policzek.  
– Sam! Co się dzie… Cholera. – Męski głos, lecz nie mogę go zidentyfikować.  
Jest mi niedobrze, chłodne powietrze kończącego się lata wcale nie pomaga z wirówką w czaszce.  
– Nie wiem. Pomóż mi. – Pach, pach i leże na czymś twardym.  
– Jak to się stało? – pyta męski głos.  
– Wszystko było w porządku. Siedziała na krześle i jadła twojego burgera, więc nie zwracałem na nią uwagi, tylko koncentrowałem się na pracy. Zrobiłem jej drinka i kazałem go podać Kaiowi, ale on trzepie mnie w ramię, mówiąc, że Mia zrobiła się zielona. Wstała na nogi, tracąc równowagę, dlatego wyniosłem ją na zewnątrz. Nie mam bladego pojęcia, co się dzieje… Boże, Tom… mam wrażenie, że to moja wina. – Ok, ten drugi męski głos to Tom.
– Może coś zjadła i jej zaszkodziło?  
– Od poniedziałku nie widziałem, aby coś tknęła. A ty?  
– Nie. Właśnie dziwiłem się, dlaczego nie włożyła od wtorku nosa do mojego raju… może jest w ciąży?  
– Nie ma takiej opcji.  
Na te słowa zaczynam drżeć, chcę odepchnąć chłopaka, lecz masa mięśni nie reaguje na moje polecenie. Zapiera mi dech w piersiach, chaotycznie nabieram powietrza, którego jest coraz mniej, a pot spływa ciurkiem z czoła.  
– Przynieś jakieś okrycie i szklankę wody. – Słyszę rozkaz. – Zaraz ci przejdzie. – Ruchy, szelest, a za chwilę materiał niczym płatek otula mnie w kokon.
– Idźcie na stanowisko. Mam wszystko pod kontrolą – informuje Sam, po czym zapada dłuższa cisza.
Obracam się na plecy, z ust wychodzi mi ciche jęknięcie, szum w uszach pomału ustaje, oddech również powraca do normy, lecz drgawki przeszywające ciało pozostają. Otwieram ostrożnie powieki, usiłując się podnieść.
– Powoli – mówi chłopak, pomagając mi usiąść. Lekko kręci mi się w głowie, całe ciało jest jak z gumy, nie jestem pewna czy będę w stanie sama siedzieć.
– Poczekaj, usiądę za tobą, abyś mogła się oprzeć. – Parę sekund później, przyciąga mnie do swojej klatki i podaje szklankę z wodą, którą z wdzięcznością odbieram. Niestety przez drżące dłonie pół zawartości ląduje na mojej bluzce, zanim upijam spory łyk.  
  Zamykam ponownie oczy, nabieram do płuc tyle powietrza, na ile mi pozwalają. Boję się tego, co może za chwilę nastąpić. Mój chłopak opuszkami palców zgarnia przyklejone z potu włosy do twarzy.  
– Lepiej? – Chce wiedzieć, jego ton jest cichy i miękki. Krótko się zastanawiam i słabo przytakuję. – Chcesz o tym porozmawiać?
Czy chcę? Tego jeszcze nie wiem, acz wyłożyć wszystkie karty na stół byłoby najlepszym rozwiązaniem, aby wyjaśnić sobie sprawę, lecz położyć się do łóżka, zamknąć oczy i włączyć „stand by”dla ciała oraz umysłu jest mi teraz bardziej potrzebne.  
– Samuel. Kai nie wyrabia. Zostanę przy Mii. – Odwracam głowę w stronę dobiegającego głosu Karin.  
– Idź, ja pójdę do domu. Przepraszam za kłopot – mówię cicho, tłumiąc na chama okropne uczucie. Chcę właśnie wstać, lecz Sam zatrzymuje mnie w pół ruchu.  
– Po moim trupie gdziekolwiek pójdziesz. Co sobie wpajasz do głowy, Mia?  
Ja sobie wpajam coś do głowy? Ha! Zawiódł mnie na całej linii i nikt nie kazał mu tu ze mną być. Narastająca złość daje napęd do osłabionej masy mięśni oraz odświeża mi umysł.  
– Nic! Do budy Brutus! – Podnoszę głos. Karin podaje mi rękę, którą ignoruję. – Nie jestem ułomna, żeby nie potrafić wstać – warczę w stronę koleżanki. Już na nogach, otrzepuję ręką tyłek, a później dłonie.  
– Mia, co w ciebie weszło? Od poniedziałku kompletnie cię nie poznaję. Co się z tobą do cholery dzieje? – dopytuje Sam również podniesionym tonem, odwracając mnie w swoją stronę.  
– Kai potrzebuje twojej pomocy i nie wierć dziury – wypowiadam to spokojnie, acz stanowczo. Chłopak bierze głęboki oddech, dłonią przeciera sobie twarz i wzdycha.  
– Jak chcesz, ale albo idziesz z Karin do biura, albo wyrzucam ludzi z baru i go na dzisiaj zamykam. Wybieraj.

AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 1591 słów i 9115 znaków, zaktualizowała 11 lis 2020.

5 komentarzy

 
  • Kocwiaczek

    Bardzo dobry rozdział. Świetnie oddane emocje.

  • AHopeS

    @Kocwiaczek Dziękuję bardzo. Miło mi.

  • Shogun

    Intrygujące

  • AHopeS

    @Shogun Dziękuję :)

  • Basiaa

    Tak, Mia ma problemy a może sobie wmawia coś, fajna dawka adrenaliny  :D

  • AHopeS

    @Basiaa Dziękuje. :)

  • nanoc

    Fajowe te odcinki. co jeden to lepszy  :dancing:

  • AHopeS

    @nanoc Dziękuję.

  • Margerita

    łapka w górę aż sama zgłodniałam  :jem: Dobre pytanie co w Mię wstąpiło to pewnie hormony

  • AHopeS

    @Margerita Dziękuję.