Pęknięty diament — rozdział 7

Matthew

Przygotowania do ślubu ruszyły pełną parą, a razem z nimi kurs Cat, co w połączeniu z jej zajęciami tanecznymi przekładało się na brak czasu. Jeśli już go znalazła, to najczęściej siedziała zapatrzona w telefon, szukając coraz to nowszych inspiracji odnośnie bukietów, dekoracji i wymarzonej sukni ślubnej. Ja też zgarnąłem więcej zleceń, głównie pisemnych, więc przesiadywałem całymi dniami w gabinecie i tłumaczyłem. Staraliśmy się razem jeść śniadania i kolacje, bo z obiadami to było ciężko. Nie raz i nie dwa rano Cat nie miała czasu nawet, żeby przekąsić coś na szybko, bo się spieszyła. Oddalaliśmy się od siebie w dzień, żeby ponownie zbliżyć się w nocy, starając się wynagrodzić sobie brak czasu.  
Zbliżały się urodziny Cat, więc szykowałem dla niej małą niespodziankę. Godzinami szukałem w internecie pomysłu na prezent, aż w końcu znalazłem. Zaczynałem się jednak obawiać, że moja narzeczona może nie znaleźć czasu, więc któregoś późnego wieczoru, kiedy leżeliśmy już w łóżku, oznajmiłem:
— Kochanie, odwołaj ostatnie zajęcia w piątek.
— Dlaczego? — Zerknęła na mnie, marszcząc brwi.  
— Bo zabieram cię na kolację. Do tej twojej ulubionej włoskiej knajpy. — Uśmiechnąłem się.
Choć wyraźnie była zmęczona, jej twarz rozświetlił promienny uśmiech.
— Poszukam zastępstwa — stwierdziła. — Jeśli się nie uda, najwyżej odrobię to później. Ale warto. Dzięki, że pomyślałeś. — Wychyliła się i cmoknęła mnie w policzek.
— To jesteśmy umówieni. A teraz śpij, bo nie wstaniesz jutro. — Pocałowałem ją na dobranoc.
— Ty też już idź spać — wymamrotała, opadając na poduszkę i przymykając oczy. — Jak ja, to i ty. Jesteśmy jednością, czy coś.
— Czy coś — mruknąłem, przytulając ją i zamykając oczy.


Caterina

Na szczęście udało mi się znaleźć zastępstwo na piątek. Obiecałam koleżance czekoladę za fatygę i już cieszyłam się na wspólną kolację z Matthew. Ostatnio nie mieliśmy za dużo przyjemności — on pracował, ja zresztą też, w dodatku musiałam dojeżdżać na kurs. Chwilami myślałam, czy tego nie rzucić, ale powtarzałam sobie, że w końcu to było moje marzenie. Problemem było to, że doba miała tylko dwadzieścia cztery godziny i nagle było to za mało. Przyswajanie coraz to nowszych informacji i technik makijażowych mieszało mi się z wybieraniem sukni, fryzury, wystroju sali… nocami mój przemęczony mózg wymyślał bardzo dziwne sny. Nawet nie myślałam o swoich urodzinach, bo tak bardzo skupiłam się na ślubie, dlatego tym bardziej cieszyłam się, że Matthew pamiętał.  
Rano jak zwykle byłam zabiegana i zaspana. Chciałam tylko szybko wychylić kubek kawy i przemknąć przez drzwi, ale Matthew w ostatniej chwili złapał mnie za rękę.
— Hej, hej, a jakieś dzień dobry? — zapytał, przyciągając mnie do siebie.  
— Dzień dobry. — Uśmiechnęłam się i wtuliłam w niego. — Myślałam, że jesteś w łazience.
— Zamierzałaś uciec tak bez słowa? — Zrobił smutną minę.
— Wysłałabym ci smsa. — Zaśmiałam się krótko. — Jak dotarłabym już na zajęcia.
— Smsa? Następnym razem wyślę ci takiego na dobranoc z emotką buziaka, zamiast prawdziwego.  
— Ale to byłby bardzo sprośny sms.
— W to nie wątpię — zamruczał i pocałował mnie czule. — No leć już, bo się spóźnisz. Widzimy się niedługo.
Cmoknęłam go szybko, po czym wypadłam przez drzwi jak burza. Zwykle jeździłam na zajęcia autobusem, ale dzisiaj była piękna pogoda, więc po krótkim namyśle wyciągnęłam z garażu mój rower, uważając, by nie obić samochodu Matta. Uwielbiałam ten rower, niesamowicie wygodny, w kolorze morza. Ostatnio trochę go zaniedbałam, ponieważ niemal wszędzie jeździłam z Mattem jego autem. Chyba trzeba było to zmienić.
Przez parę następnych godzin umysł i ciało miałam zajęte tylko tańcem. Wciąż przyjmowałam gratulacje, bo niektóre dziewczyny dopiero teraz miały okazję podziwiać mój pierścionek. Dziękowałam z uśmiechem, ale w głowie miałam już tylko kolację z Matthew i to, co zrobimy po niej.  
Po skończonych zajęciach z powrotem wskoczyłam na rower i pognałam do mieszkania. Matthew jeszcze nie było, więc wykorzystałam okazję i poszłam wziąć szybki prysznic. Starannie wysuszyłam i wyprostowałam włosy, później delikatnie się umalowałam. W końcu stanęłam w garderobie w szlafroku, niepewna, co na siebie włożyć. Ostatecznie zdecydowałam się na sukienkę na cienkich ramiączkach w kolorze brudnego różu, do tego srebrne kolczyki i kremowe sandałki na obcasie. Gdy szukałam żakietu, usłyszałam, jak trzasnęły drzwi. Matthew wrócił. Uśmiechnęłam się sama do siebie, zdjęłam z wieszaka czarny żakiet i poszłam dać buziaka narzeczonemu.  
— Witaj ponownie, kochanie. — Podeszłam do niego, stukając obcasami o podłogę. Matt położył na blacie torbę z laptopem i uśmiechnął się na mój widok.  
— Gotowa? — Złożył szybki pocałunek na mojej skroni. — Tylko wezmę coś z gabinetu i możemy jechać.  
— Jestem gotowa, chyba że wyglądam, jakbym potrzebowała jeszcze jakichś poprawek.
— Żartujesz? Wyglądasz idealnie.
Uśmiechnęłam się tylko i poczekałam, aż Matt pójdzie do gabinetu i wróci. Chwyciłam klucze od mieszkania i już po chwili byliśmy na zewnątrz, czekając jeszcze na taksówkę. Gdy przyjechała, Matt pomógł mi wejść do samochodu, po czym zamknął za mną drzwi i przeszedł od drugiej strony do swojego miejsca.  
— Teraz dotrzemy na kolację? — zapytałam, a gdy posłał mi pytające spojrzenie, uśmiechnęłam się i dodałam: — Ostatnio nie dotarliśmy, bo mieliśmy malutki przystanek po drodze. — Lekko ironicznie zaakcentowałam “malutki”, nie chcąc dodawać nic więcej ze względu na taksówkarza.
— Tym razem dotrzemy, nie martw się — zaśmiał się.
Dwadzieścia minut później byliśmy na miejscu i siedzieliśmy przy zarezerwowanym stoliku, przeglądając menu. Uwielbiałam tą knajpkę, bo nie była za duża, a więc nigdy nie było tu zbyt głośno. Wnętrze było przytulne, jedzenie przepyszne. Jedyną wadą była momentami kiepska obsługa, ale dało się to znieść.  
Zamówiłam faszerowane ravioli, a Matt spaghetti arrabbiata. Jako że żadne z nas nie prowadziło, zdecydowaliśmy się na czerwone wino. Gdy nam je przynieśli, stuknęliśmy się kieliszkami. Matthew wpatrywał się we mnie zatroskanym wzrokiem, i gdy upił łyka wina, odezwał się:
— Wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczoną, kochanie.  
— Jestem trochę zmęczona — przyznałam. — Może nie powinnam była zaczynać tego kursu akurat teraz. Ale hej, wyśpię się po śmierci. — Spróbowałam się uśmiechnąć.
— Nie za dużo na siebie wzięłaś? Może przydałby ci się ktoś do pomocy?
— Jeśli mówisz o mojej matce, to…
— Nie. Mówię o kimś, kto się zajmuje tym zawodowo.
Nie przyszło mi to wcześniej do głowy i nie byłam pewna, jak mam na to zareagować.
— Sama nie wiem — powiedziałam po chwili. — To nasz ślub. Powinnam go zaplanować. Nie chcę oddawać tej roboty jakiejś osobie, która wcale nas nie zna.
— Jak tak dalej pójdzie, to zemdlejesz mi przed ołtarzem. A chyba nie o to w tym chodzi, co? — Wyciągnął rękę, by złapać mnie za dłoń.  
— Poniekąd o to — mruknęłam z uśmiechem, drugą ręką podnosząc kieliszek do ust. — Musiałbyś wtedy zrobić mi sztuczne oddychanie.
— Kochanie, nie musisz mdleć, żebym cię pocałował — uśmiechnął się czule. — Ale pomyśl o tym. Miałabyś więcej czasu dla siebie. Dla nas.
W milczeniu rozważałam jego słowa. Miał rację. I tak nadal planowałabym ślub, tylko miałabym przy tym pomoc kogoś, kto mógłby mi doradzić. Nie musiałabym spędzać godzin na przeszukiwaniu Internetu w nadziei, że znajdę coś, co mi się spodoba. Wiedziałabym, co z czym połączyć. Ktoś by czuwał nad wszystkimi decyzjami, pilnując, bym się nie zagalopowała. Powoli przekonywałam się do tego pomysłu. Może w końcu bym spała dłużej niż kilka godzin.
— To chyba dobry pomysł — odezwałam się w końcu. — O ile znajdziemy kogoś zaufanego. I kompetentnego.
— Na pewno nam się uda znaleźć kogoś odpowiedniego. A teraz... — Matt sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki i położył na stoliku podłużne pudełeczko przewiązane wstążką. — Wszystkiego najlepszego.
— Dziękuję, kochanie. — Uśmiechnęłam się szeroko. Przybliżyłam do siebie pudełeczko, ale zanim je otworzyłam, lekko podniosłam się z krzesła i pochyliłam nad stołem, by pocałować Matta. — Chyba musiałam być kiedyś bardzo grzeczna, a ty jesteś moją nagrodą.
— W takim razie ty jesteś moją gwiazdką z nieba. — Puścił do mnie oczko.
Sięgnęłam do pudełeczka, by je otworzyć i moim oczom ukazał się delikatny srebrny naszyjnik z zawieszką w kształcie gwiazdy. Uśmiechnęłam się, podnosząc łańcuszek, by mu się lepiej przyjrzeć.
— Istotnie, gwiazdka — przyznałam, po czym jedną ręką odgarnęłam włosy na jedną stronę. Wyciągnęłam rękę z naszyjnikiem w stronę Matta. — Będziesz tak miły?
— Oczywiście. — Wstał z uśmiechem, po czym stanął za mną, by zapiąć łańcuszek na szyi. Akurat w tym momencie przynieśli nam nasze dania, więc zaczęliśmy jeść. Po paru kęsach zrobiłam sobie przerwę i powiedziałam:
— Dziękuję. Jeszcze raz. Za wszystko. Za pomysł z pomocą odnośnie ślubu, też. Możesz zgłosić swoją kandydaturę — dodałam żartobliwie.
— Obawiam się, że nie mam odpowiedniego wykształcenia w tym kierunku — zaśmiał się.
— Wystarczyłyby chęci, ale rozumiem cię. Ale garnitur to chyba sobie sam wybierzesz, co?
— Akurat w tej dziedzinie mam już pewne doświadczenie, więc powinienem sobie poradzić.
— Obiecaj mi tylko jedno. — Wbiłam w niego stanowczy wzrok. — Jeśli ten ktoś, kogo zatrudnimy, będzie się bardzo upierał przy swoich pomysłach, a będą one sprzeczne z naszymi, nie idź na to. Nie daj się przekabacić.
— Dobrze, kochanie. Co tylko chcesz.
***
Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Po kolacji poszliśmy jeszcze na spacer, który zakończył się wizytą w lodziarni. Po drodze kupiliśmy jeszcze kolejne wino, bo w końcu, jak to ujął Matt, “nie co dzień kończy się dwadzieścia osiem lat”. Choć do trzydziestki było mi już bliżej niż dalej, nigdy nie czułam się lepiej ani młodziej. Momentami czułam się jak nastolatka, która nie wraca do domu mimo wyznaczonej jej przez rodziców godziny policyjnej, tylko szwenda się ze swoją pierwszą miłością. Taka nastolatka, która jest zakochana po uszy.
Co z tego, że miałam już dwadzieścia osiem lat? Obok mnie istotnie była moja pierwsza miłość.
Grubo po dwudziestej drugiej wpadliśmy przez drzwi, rozchichotani. Sąsiedzi musieli nas nienawidzić, ale nas nic nie obchodziło, gdy padliśmy rozebrani na kanapę w salonie. Ten urodzinowy seks mogłam umieścić na liście tuż za tym w samochodzie, chwilę po zaręczynach.  
Następnego dnia była sobota, a więc mogliśmy dłużej pospać. Obudziliśmy się dopiero koło południa, kompletnie rozleniwieni. Zasnęłam nago, więc gdy się obudziłam, było mi trochę zimno. Poszłam się rozgrzać pod prysznic, a Matt oczywiście poszedł za mną. Gdy zrobiłam nam na śniadanie omlety i obowiązkowo kawę, usiedliśmy razem przy laptopie, by poszukać kogoś, kto pomógłby w organizacji ślubu.
Pierwsze kilkanaście minut poszukiwań było raczej mozolne.
— Zobacz. — Wskazałam na zdjęcie faceta, uśmiechniętego od ucha do ucha. — Facet, który pomaga w organizacji wesela. Czy to nie dziwne? Wyobrażasz go sobie doradzającego mi, które buty wybrać?
— Wyobrażam sobie go składającego mi jednoznaczne propozycje — skrzywił się Matt.
— Och, jakie one wszystkie szczęśliwe — mruknęłam, patrząc na zbiorowe zdjęcie kilku pań, oferujących się jako pomoc na jakiejś stronie. — Spójrz na te uśmiechy, jakie sztuczne. Myślisz, że nauczą mnie tak się uśmiechać do zdjęć? Bo jeśli tak, to na własnym weselu będę wyglądała jak manekin z domalowanymi ustami.
— Jestem pewny, że do tego nie dopuścisz — zaśmiał się.
Przeglądałam dalej.
— Gwarantujemy państwu bezpieczeństwo, radość, oszczędność czasu, bla, bla, bla… — Szybko przebiegłam wzrokiem po tekście. — Zobacz, tutaj można wybrać konsultanta. — Wskazałam na ramkę obok tekstu. — Wypełnia się formularz online, a później można się spotkać osobiście. Omawiamy tabelę budżetową i podpisujemy umowę. Co o tym sądzisz?  
— Nie wiem, kochanie. Nie spodziewałem się, że to będzie takie… skomplikowane.
— Faceci… — Wywróciłam oczami. — A czego się spodziewałeś? To masa pracy, a nie takie hop siup.  
— A nie znamy kogoś, kto już korzystał z takich usług? Żeby zatrudnić kogoś sprawdzonego?
— Mogę popytać koleżanki, jeśli chcesz, bo na razie nikt nie przychodzi mi do głowy. — Delikatnie zamknęłam laptopa.  
— Okej. To jak spędzimy resztę dnia?
— Czy kolejny seks to już za dużo? — Przygryzłam wargę.
— Ty mi powiedz — zamruczał, przybliżając się do mnie z błyskiem w oczach.
— Seksu nigdy za wiele. I to moja zawodowa opinia. — Odstawiłam laptopa na stolik i objęłam Matta ramionami, siadając mu okrakiem na kolanach. Pocałowałam go najpierw w jeden policzek, potem w drugi. — Ale może najpierw zróbmy obiad, co? Zachowajmy jakieś pozory normalności.
— No dobra. Bo jeszcze mi zemdlejesz z głodu w trakcie i będę musiał ci robić sztuczne oddychanie. Ale potem nie wypuszczę cię z łóżka już do samego rana.
— Jesteśmy całkiem zboczeni, co? — mruknęłam, przysuwając się jeszcze bliżej.
— Uważaj, bo zaraz pominiemy obiad. — Musnął ustami linię mojej szczęki, wbijając mi palce w biodra.
Ze śmiechem podniosłam się z jego kolan, ciągnąc go za sobą.
— Wstawimy coś na szybko do piekarnika, bo nie mam cierpliwości do dłuższych dań. — Spojrzałam na Matthew i uśmiechnęłam się. — Kocham cię — wyznałam, nagle przepełniona uczuciami.  
— Ja ciebie też. — Trącił mój nos swoim. — A teraz szybko róbmy ten obiad, bo łóżko czeka.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 2528 słów i 14523 znaków.

Dodaj komentarz