Ogniste Serce. Rozdział 2.

Ogniste Serce. Rozdział 2.Gładko wyrecytował adres. O ile się nie mylę gdzieś na północ od centrum.  

– Zaczekaj chwilę. - Odszedł na bok wyjmując telefon z kieszeni, ale zdążyłam już wybrać połączenie.  

- Hej Martin! Potrzebuje transportu. - Odezwałam się.  

- Jasne właśnie kończę kurs, więc mogę podjechać. - Powtórzyłam adres.  

- Dzięki, ratujesz mi życie. – Dodałam i rozłączyłam się akurat, gdy wrócił Arian.  

- Kierowca zaraz przyjedzie.  

- Naprawdę nie trzeba, kolega mnie odbierze.  

- Kolega? - Spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.  

- Tak. Kolega ze studiów jeździ na taksówce.  

- Cóż wolałbym, abyś pojechała z moim kierowcą. Nie chcielibyśmy, żebym musiał drugi raz cię ratować. - Uśmiechnął się, pokazując śnieżnobiałe zęby. Poczułam dziwną słabość w kolanach.  

- Nie będzie takiej potrzeby. - Nim skończyłam zdanie, chwycił mnie za rękę i zaprowadził do windy, wybrał poziom -1. Odsunęłam się na tyle na ile pozwalał ograniczony metraż, ale słabość nie ustąpiła. Wyszliśmy na podziemny parking. Arian otworzył drzwi czarnego audi, które właśnie podjechało.  

- Jeszcze raz dziękuję. Żegnaj. - Powiedziałam cicho.  

- Do zobaczenia. - Odpowiedział z tajemniczym uśmiechem i zamknął drzwi nim cokolwiek odpowiedziałam. Zastukał w przednią szybę, rzucił kilka ostrych, niezrozumiałych słów do kierowcy.  

- Witaj ponownie, jestem już w drodze. - Ponownie zadzwoniłam do Martina. - Przepraszam, że zawracałam ci głowę.  

- Kochana ty nigdy nie zawracasz głowy. - Roześmiał się, zawsze go podziwiałam za pozytywne nastawienie do życia. Kierowca otworzył okienko oddzielające przestrzeń dla pasażerów, od kierowcy. Mężczyzna mógł mieć około czterdziestu lat. Miał surową, spaloną słońcem twarz.  

- Witam panienkę. Nazywam się Rob Smith. Gdzie mamy jechać? - Zapytał.  

- Klara Brawn. - Również się przestawiłam i podałam adres, zastanawiając się kim właściwie jest jego pracodawca.  

- Może zadziwi Pana to pytanie, ale czym właściwie zajmuje się Arian. – Spojrzał na mnie we wstecznym lusterku.  

- Można powiedzieć, że ogólnie pojętym biznesem. Inwestycje, nieruchomości. - Nic konkretnego, jakby nie był pewien co może mi powiedzieć. Nagle zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem zmęczona. Ziewnęłam dyskretnie.  

Nie widziałam jak czarna para oczu zmieniając się w złocistą obserwowała samochód, dopóki ten nie zniknął z ich zasięgu.  

Rob odprowadził mnie pod same drzwi mieszkania. Zupełnie jakby napastnik miał się czaić za każdym rogiem. Gdy tylko weszłam, zrzuciłam z siebie ubranie i padłam na łóżko. Zasnęłam natychmiast z myślą, że to był cholernie dziwny dzień.  

***  

Obudziłam się dopiero po dziesiątej, na szczęście miałam wolny dzień.  

Wczorajszy wieczór wydawał mi się nierealnym sennym wspomnieniem. Jednak suknia leżąca na oparciu krzesła temu przeczyła. Była irytującą drzazgą wbitą w umysł, który rozpaczliwie wypierał to co niepojęte.  

Moje rozmyślania przerwały dzwonek telefony. Odszukałam go wciąż, leżał w przepastnej torebce porzuconej na szafce w przedpokoju.  

- Lara wiem, że masz dziś wolny dzień. – Daga była wyraźnie zdenerwowana. – Ale jesteś bardzo zajęta?  

- Teoretycznie tak. O co chodzi? - Zapytałam podejrzliwie doskonale wiedząc, że takie pytanie z jej strony zawsze wiąże się z dodatkowym zajęciem.  

- Nikola złamała rękę i potrzebuję cię na trzynastą.  

- O matko, co jej się stało?  

- Przewróciła się na rowerze, nic poważnego. Ale pamiętasz, że dziś mam spotkanie z prezesem i dostawcą kruszców w sprawie nowej kolekcji? Jako menadżer głównej fili Golden Castle nie mogę sama podawać kawy. Chyba poratujesz siostrę? - Spytała żałośnie.  

- Raczej kuzynkę. – Odpowiedziałam z przekąsem. - Czyli znów chcesz zrobić ze mnie kelnerkę?  

- Nie marudź. Podasz kawę i jesteś wolna.  

- Dobra niech ci będzie. Ale pamiętaj! Robię to tylko dlatego, że załatwiłaś mi pracę w salonie, gdy mnie wywalili z korporacji. - Przewróciłam oczami. – I musisz do mnie wpaść! Mam ci coś do opowiedzenia.  

- Kochana oni cię nie wywali, ty sama uciekłaś z tego więzienia. - Roześmiała się. – Będę u ciebie zaraz po spotkaniu. Znając ciebie już umieram z ciekawości. – Rozłączyła się nim odpowiedziałam. Miała sporo racji, praca za biurkiem była dla mnie niemal traumatyczna.  

***  

Po burzy świat wyraźnie odetchnął. Temperatura spadła o kilka stopni zmieniając upał w przyjemne ciepło. Ubrałam suknię w moim ulubionym czarnym kolorze, skórzaną kurtkę oraz baleriny. Brązową sukienkę, którą wczoraj dostałam od tajemniczego Ariana zapakowałam i zaadresowałam. Właściwie sama nie wiem, dlaczego uparłam się ją oddać. Przed trzynastą byłam na miejscu. Po drodze wstąpiłam na pocztę i nadałam paczkę, przy okazji omijając park.  

Część biurowa znajdowała się nad salonem. Wbiegłam na pierwsze piętro i skierowałam się do kuchni. Dagmara jak zwykle wyglądała idealnie. Płomiennorude loki upięła w elegancki kok, do zielonej sukni dobrała czarne szpilki.  

- Dzięki, że jesteś. - Ucałowała mnie w policzek.  

- Lecę, bo pewnie dostawca już przyjechał, zaraz możesz przynieś poczęstunek i możesz wracać.  

- Powodzenia. - Zawołałam nim wybiegła. Po chwili na korytarzu odezwały się głosy. Przygotowałam napoje i z tacą ruszyłam do gabinetu. Zapukałam.  

- Proszę. - Usłyszałam stanowcze zawołanie Dagmary. Otworzyłam drzwi łokciem. Oprócz niej przy stole siedział jeszcze właściciel sieci salonów, szpakowaty mężczyzna o znacznym obwodzie w pasie. Kolejny ciemnowłosy, siedział do mnie tyłem. Postawiłam tacę na stole, podałam kawę i słodkie przekąski.  

Gdy podniosłam wzrok napotkałam znajome spojrzenie czarnych oczu. Arian w dopasowanym, grafitowym garniturze wyglądał olśniewająco. Ubranie leżało na nim jak druga skóra, doskonale opinając muskularną sylwetkę. Ślad zarostu dodawał mu drapieżności. Przypomniałam sobie nasze wczorajsze spotkanie i poczułam gorąco. Opanuj się, pracujesz! Zbeształam się w myślach. Zachowując możliwie neutralny wyraz twarzy pożegnałam się i wyszłam.  

Oparłam się o kuchenne drzwi i odetchnęłam. To wszystko przypomina jakiś tandetny  żart, w stylu ukrytej kamery. Facet najpierw mnie ratuje, potem budzę się w jego łóżku, a teraz spotykam go tu. Pokręciłam głową, jestem nienormalna. To po prostu zwykły zbieg okoliczności.  

Zgarnęłam kurtkę i torbę, gdy wychodziłam wpadłam wprost na obiekt moich rozważań.  

- Arian? - Uniosłam głowę, łapiąc kpiące spojrzenie.  

- Już myślałem, że mnie nie poznałaś.  

- Skąd taki wniosek?  

- No nie wiem, wydawałaś się taka obojętna. - Nie dowierzał, że jakaś kobieta może go zignorować.  

- Pomyślmy. - Przybrałam zamyślony wyraz twarz. - Może dlatego, że jestem w pracy.  

- Właśnie wychodzisz. Zapraszam na kawę.  

- Nie lubię kawy. - Uśmiechnęłam się niewinnie, spuszczając wzrok.  

- Jesteś niesamowita.  

- Wiem. - Roześmiałam się. Nagle oparł dłonie o ścianę na wysokości mojej głowy, blokując mnie własnym ciałem. Zaciągnęłam się upajającym zapachem krzemienia i rozpalonych słońcem skał.  

- Co robisz!?  

- Nie patrz tak na mnie spod rzęs, bo oszaleję. - Warknął ochryple. Ogień w moim podbrzuszu wybuchnął z nową siłą. Przełknęłam ślinę, czując jak policzki czerwienieją. Jego czarne oczy wpatrywały się w moje usta i lśniły złotą poświatą. Zamrugałam.  

- Twoje oczy? - Wyszeptałam. Odsunął się tak gwałtownie, że straciłam równowagę. Szybko mnie przytrzymał, chroniąc przed upadkiem.  

- Lara. Myślałam, że już wyszłaś. - Z gabinetu wyszła Dagmara. Przyglądała nam się z zainteresowaniem.  

- Właśnie się zbierałam. - Odchrząknęłam.  

- I dała zaprosić się na kawę. - Spojrzałam na niego przelotnie, wyglądał normalnie. Czy ja zwariowałam?  

- No...  

- Jasne idźcie, tak dawno nigdzie nie wychodziłaś. - Nim zdążyłam doprecyzować myśl, Dagmara wypaliła.  

- Panie przodem. - Arian zrobił mi przejście z bezczelnym wyrazem triumfu na twarzy.  

***  

Usiedliśmy w zacisznym kącie kawiarni. Arian zamówił espresso, a ja podwójną gorącą czekoladę.  

- Wiedziałeś, że pracuję w Golden Castle? - Przypomniałam sobie nasze pożegnanie.  

- Zauważyłem w twojej torebce identyfikator z logo.  

- Grzebałeś mi w torbie? - Zmrużyłam oczy podejrzliwie.  

- Nie. Po prostu była otwarta, a on leżał na wierzchu. - Zamilkłam na chwilę, szacując prawdopodobieństwo jego prawdomówności.  

- Więc zajmujesz się handlem kruszcami?  

- Tak, przeprowadzam tego typu transakcje. – Odparł zdawkowo.  

- Jesteś bardzo tajemniczy.  

- To nic szczególnego, porostu jestem pośrednikiem. – Wzruszył ramionami.  

- To nadal nie brzmi zbyt konkretnie.  

Kelner przyniósł nasze zamówienie. Z błogością wzięłam duży łyk słodkiego napoju i oblizałam usta.  

- No co? - Zapytałam, gdy zauważyłam, że przyglądał mi się intensywnie.  

- Co to znaczy, że dawno nie wychodziłaś? -  Zignorował moje pytanie przenosząc wzrok na kelnera. O co mu chodzi?  

- To skomplikowane. - Odpowiedziałam.  

- Zdradzę Ci sekret. Uwielbiam skomplikowane zagadki.  

- Zagadki? Jestem dla ciebie zagadką?  

- W pewnym sensie.  

- Moja matka malowała, ja też odziedziczyłam po niej talent. Ale jestem realistką, wiem jak trudno utrzymać się ze sztuki. Dlatego zamiast ASP wybrałam kierunek studiów związany z marketingiem. Gdy byłam na ostatnim roku zachorowała na nowotwór. - Spuściłam wzrok, chcą ukryć wilgotne oczy. - Złośliwy guz mózgu. Agonia nie trwała długo. Zmarła w przeciągu pół roku, ojciec miesiąc później zginał w wypadku. Zupełnie jakby nie mógł bez niej żyć. W między czasie dostałam pracę w jednej z korporacji. To był dla mnie trudny okres, a w tej pracy czułam się więźniem. Na początku roku Dagmara zaproponowała mi pracę w salonie. Uratowała mi życie. To było jak wyzwolenie. Teraz przynajmniej mam pracę i czas na rozwijanie pasji. Malowanie pomogło uporać się z tym wszystkim. Poza tym zaczęłam współpracować z pewnym wydawnictwem i rysuję dla nich ilustracje.  

- Powiesz coś? - Miał nieodgadniony wyraz twarzy.  

- Laro – Zdrobnienie mojego imienia zawibrowało w jego ustach. - Jesteś silną kobietą.  

- Gdybyś powiedział, że ci przykro to kopnęłam by cię w kostkę. Przysięgam. - Roześmiałam się - Nawet nie wiesz, jak milo słyszeć coś takiego. Litość na dłuższą metę jest upokarzająca.  

- I przez to całe zamieszanie nie miałaś czasu na związki. – Uśmiechnął się krzywo.  

- Coś w tym stylu.  – Przytaknęłam. -  Teraz twoja kolej. No wiesz ja też uwielbiam zagadki. - Kontynuowałam, gdy nie wiedział o co mi chodzi.  

- Ja uwielbiam złoto i klejnoty.  

- Nieładnie, nieładnie. - Przymroziłam mu palcem. - Bierzesz mnie na spowiedź, a sam migasz się od odpowiedzi.  

- Ale to szczera prawda. A ty?  

- Co ja?  

- Pracujesz w salonie jubilerskim i nie nosisz żadnych ozdób.  

- Właściwie, to nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu - zawahałam się - nigdy nie czułam takiej potrzeby.  

- Nie czułaś potrzeby? – Zaskoczyłam go.  

- To znaczy mam kilka ozdób, ale nie przywiązuje do nich jakiejś szczególnej uwagi. - Wzruszyłam ramionami. - Biżuteria ma swój urok, ale ubieranie na siebie czegoś co jest warte kilka tysięcy jest dla mnie wariactwem. Poza tym czuje się jak na przesłuchaniu. - Zgłosiłam słuszne pretensje - Teraz moja kolej. Czy mi się wydaje czy twoje oczy są zmienne?  

- Co masz na myśli? - Nie drgnął ani jeden mięsień na jego twarzy.  

- To, że czasem zmieniają kolor z czarnego na złoty. Tylko nie mów, że mi się wydawało albo, że oszalałam.    

- Nie powiem. –   Zmrużył oczy. – Za to ja przez ciebie oszaleje na pewno. Nie zamierzam Cię okłamywać, a w prawdę nie uwierzysz.  

Jego telefon zawibrował rozbrzmiewając cichą melodią. Spojrzał na wyświetlacz i zmarszczył brwi.  

- Obawiam się, że muszę iść. - Poprosił o rachunek.  

-  Akurat, teraz gdy zaczęłam pytać. Serio? – Zakpiłam. Z kieszeni wyjął pustą wizytówkę i zapisał na niej numer.  

- Zadzwonisz. – Stwierdził patrząc mi prosto w oczy. Ten człowiek ma ego większe od księżyca!  

- Zastanowię się. – Uśmiechnęłam się. Wstał i oparł się o stolik nachylając się. Przeszył mnie dreszcz.  

- Jeżeli naprawdę chcesz wiedzieć, zadzwonisz. - Wyszeptał i wybiegł, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie.  

***  

Dagmara wpadła do mojego mieszkania jak tornado.  

- Jakim cudem znasz samego Johna Unfire, a ja nic o tym nie wiem!?  

- Kogo?  

- Nie udawaj niewiniątka. Faceta, z którym podpisaliśmy umowę na największą dostawę diamentów w historii firmy. Który jest jedną z najbogatszych szych w kraju, ma własne kopalnie złota i kamieni szlachetnych. Faceta, o którym nikt nic nie wie, wygląda jak sam diabeł i jak gdyby nigdy nic zaprosił Cię na kawę. - Zabrakło jej tchu.  

- Kopalnia diamentów!? Jesteś pewna? – Wyjęczałam opadając na fotel.

3 komentarze

 
  • Helen57

    Bardzo ciekawe opowiadanie.................

  • shakadap

    Brawo.  
    Bardzo dobrze napisane.
    Czekam niecierpliwie na następne części.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • EwaGreen

    @shakadap Dziękuję za tak pochlebny komentarz. :)
    Mogę nieco zaspokoić twoją ciekawość - kolejna część jest już dostępna na wattpadzie.

  • Marcin3867

    Ale fajne  :dancing:

  • EwaGreen

    @Marcin3867  :)