Ogniste Serce. Rozdział 1.

Ogniste Serce. Rozdział 1.Tego lata słońce zdecydowanie pokazało na co je stać. Rozgrzane powietrze drgało, żar dosłownie lał się z nieba. Wszyscy wyczekiwali choćby kropli deszczu. Jednak ten nie nadchodził od wielu dni. Jeśli wierzyć prognozom dopiero dziś miała nadejść burza, która od niemal tygodnia dusiła się w znieruchomiałej przyrodzie.  

Zupełnie jakby cały świat zamarł w oczekiwaniu na jej nadejście, wszytko wydawało się toczyć w zwolnionym tempie. Wskazówki zegara leniwie wlekły się po tarczy, zaliczając kolejne godziny, mimo wentylatora rozkręconego prawie na cały regulator, wszyscy ocierali pot z twarzy.  

Dla mnie było w sam raz. Zawsze uwielbiałam lato i gdy wszyscy się chowali w cieniu ja wychodziłam na największy skwar. Z uśmiechem doradzałam kolejnym klientom odwiedzających salon jubilerski Golden Castle.    

W końcu wybiła szósta. Porwałam torebkę i wybiegłam ze sklepu. Przywitał mnie delikatny wiatr. Gdzieś w oddali rozległ się pierwszy odległy pomruk nadciągającej burzy. Rozejrzałam się. Niebo po prawej pociemniało zasnuło się ciężkimi od deszczu chmurami. Powinnam zdążyć, pomyślałam przyśpieszając kroku. Mieszkałam nie daleko, musiałam tylko przejść na drugą stronę parku.  

Grzmot wstrząsnął miastem, mimowolnie się wzdrygnęłam.  

- Ślicznotko! Boisz się burzy? - Usłyszałam za sobą opryskliwy głos. Zerknęłam przez ramię. Szlag! Szedł za mną jakiś jasnowłosy facet. Jak ja nie cierpię blondynów. Nie odezwałam się, przyśpieszyłam rozglądając się dyskretnie. Szlag do kwadratu! Jak to możliwe, że nigdzie nie ma żywej duszy? W letni wieczór!?  

- Hej, śliczna! - Zawołał tuż za mną. Nim zdążyłam zareagować, poczułam szarpnięcie za warkocz, palce zaciskające się wokół ręki i intensywną woń alkoholu.  

- Puszczaj! – Szarpnęłam się ,bezskutecznie próbując się uwolnić.  

– Będę krzyczeć. – Zagroziłam. Blondyn się roześmiał. Spadły na nas pierwsze, lodowate krople deszczu.  

- Krzycz i tak nikt nie usłyszy. – Zarechotał niczym ropucha. Wykręciłam rękę, ale jedyne co osiągnęłam to przeszywający ból. Spokój, powiedziałam sobie, tylko spokój może cię uratować. Krew pulsowała mi skroniach zagłuszając bębnienie kropel deszczu.  

- Ja ... - zawahałam się - zapłacę, tylko zostaw mnie w spokoju.  

- O nie ślicznotko. - Wyszeptał. - Nie wypuszczę takiej gąski. -  Wzdrygnęłam się, gdy zaczął obmacywać mnie oślizgłymi dłońmi. Czułam, jak panika wyrzuca ze mnie resztki rozsądku. Ostatkiem sił spróbowałam kopnąć przeciwnika w krocze.  

- Wojowniczka. - Wymruczał mi do ucha, skubiąc je zębami. W tym momencie z całą mocą uświadomiłam sobie, że ten facet mnie zgwałci. Błagam! Niech mi ktoś pomoże! Ogarnęła mnie rozpacz.  

- Ty gnoju! – Tuż obok rozległ się syczący szept. Jakaś siła wyrwała mnie z dłoni napastnika i dosłownie postawiła obok. Nagle blondyn leżał na ziemi. Nieznajomy przyciskał go do ziemi kolanem, trzymając jego ręce w żelaznym uścisku.  

- Jeśli jeszcze raz cię tu zobaczę to już nigdy niczego nie dotkniesz. - Uwierzyłam w każde wypowiedziane beznamiętnym tonem słowo.  

- To na wypadek gdybyś miał słabą pamięć. – Chwycił go za ramię, zacisnął dłonie i rozległo się głuche chrupnięcie miażdżonych kości.  

- A teraz spierdalaj! - Puścił blondyna. Ten zataczając się, ściskając bezwładną rękę, uciekł. Nawet nie zauważyłam, kiedy osunęłam się na kolana wpierając się o najbliższe drzewo.  

- Nic ci się nie stało? – zapytał łagodnym głosem, gdy ukucnął na przeciw mnie. Tuż nad nami niebo rozświetliła błyskawica. Dopiero teraz miałam okazję mu się przyjrzeć. Był wysoki, chyba nawet bardzo wysoki. Pod przemoczoną koszulką wyraźnie odznaczały się mięśnie. Przydługawe czarne włosy zaczesał do tył. W trójkątnej twarzy lśniły złote oczy. Z jego dłoni unosił się dym. Zamrugałam. Nic się nie zmieniło. Właściwie to z całego jego ciała unosiła się para, jakby deszcz padał na rozgrzane węgle. To wszystko to tylko sen...  

- Jak Ci na imię? – zapytał. Spojrzałam mu w oczy, czując jak siły wypływają ze mnie wartkim strumieniem, pozostawiając po sobie obezwładniającą słabość i ciemność.  

- Klara – wycharczałam przez zaciśnięte gardło. Poczułam chwytające mnie ramiona i osunęłam się w nicość.  

***  

Było mi miękko, wygodnie, sucho i ciepło. Ostrożnie otworzyłam oczy.  

Leżałam na olbrzymim łóżku zasłanym czarną pościelą. Na sucie podwieszono lustro. Z odbicia spoglądała blada kobieta o brązowych oczach, z burzą miodowych włosów. Na ręce miała fioletowy siniec w kształcie zaciśniętych palców. Wzdrygnęłam się przypominając sobie napad w parku. Ten mężczyzna, który mnie uratował, czy on... Pokręciłam głową nie kończąc myśli. Na pewno mi się wydawało. Byłam w szoku.  

Miałam na sobie obszerny, biały T-shirt. Pachniał ogniem. Nie umiałam tego inaczej nazwać, po prostu ten zapach kojarzył mi się z ogniskiem. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to zapach krzemieni. Na szczęście miałam na sobie bieliznę. Zamyśliłam się. Ktoś mnie przebrał? Do cholery, gdzie ja w ogóle jestem!?  

Spuściłam nogi i zauważyłam śnieżnobiały puszysty dywan. Obok łóżka stała szafka, a na niej szklanka napełniona wodą. Łapczywie wypiłam cała jej zawartość. Przydałaby się łazienka. Znalazłam ją za drzwiami po lewej. Sprawiała wrażenie większej niż całe moje mieszkanie. Jednak tłoczone kafle w kolorze beżu i brązu nadały jej ciężkości. Obszerny prysznic i wanna ze złoceniami ociekały luksusem.  

Szybko skorzystałam z toalety i spryskałam twarz wodą. Spróbowałam też ugładzić wzburzone włosy, ale w końcu się poddałam. Zgubiłam gumkę, warkocz rozpadł się uwalniając żywioł nie do opanowania bez porządnej szczotki i odżywki. Wróciłam do sypialni.  

Przy oknie zajmującą niemal całą ścianę stał mój wybawca. Podziwiał nocną panoramę miasta.  

- Dziękuję. - Wyszeptałam, nie zdecydowana co właściwie powinnam powiedzieć.  

- Za ratunek. - Dodałam nieco głośniej. Mężczyzna odwrócił się. Wyglądał normalnie, to znaczy był przystojny, nawet bardzo, ale jego oczy były zwyczajne. Czarne. Bez skrępowania zlustrował moją postać od góry do dołu. Gdy zauważył siniec, na mgnienie oka wykrzywił jego twarz w grymasie złości. Jednak nie byłam pewna czy i to nie było złudzeniem.  

- Nie masz za co dziękować, Klaro. - powiedział. Miał głęboki, aksamitny głos, przywodzący na myśl mleko zmieszane z miodem. Zawibrował w moim podbrzuszu.  

- Nawet nie wiem jak się tu znalazłam. Nie pamiętam...  - Urwałam.  

- Jak znalazłaś się w moim łóżku? – Dokończył z krzywmy uśmiechem. - Przyniosłem cię. Zemdlałaś. –  Zabrzmiało bardzo sugestywnie. Poczułam jak na moją twarz wylewa się rumieniec, przeklęłam w myśli naczynia krwionośne. Podszedł nieco bliżej i zorientowałam się, że przy swoich marnych 165 cm wzrostu, nie sięgam mu nawet do ramienia.  

- Jestem Arian. - Wyciągnął rękę na powitanie. Miał gorące dłonie. Przypomniałam sobie unoszący się z nich dym.  

- Zimno Ci? – Moje jak zwykle były zimne i wilgotne. Chwycił je, zaczął rozmasowywać centymetr po centymetrze. To było bardziej niż przyjemne.  

- Nie. - Zaprzeczyłam szybko, czerwieniąc się jeszcze bardziej. - Od dziecka mam takie oślizgłe dłonie.  

- Twoja sukienka, była przemoczona. Pomyślałem więc, że będziesz chciała się przebrać. - Wskazał czekoladowy zwitek materiału na łóżku.  

- Dziękuję. - Kiwnęłam głową, usiłując wyswobodzić dłonie. Uniósł je do ust i pocałował. Gdy gorące powietrze owiało skórę, mimowolnie wstrzymałam oddech.  

- Zaczekam w jadalni, na pewno jesteś głodna. - Nim cokolwiek odpowiedziałam wyszedł zamykając za sobą drzwi.  

Chwyciłam suknię i uciekłam do łazienki. Czułam się jakby to wszystko było tylko surrealistycznym snem. Uszczypnęłam się, jednak rzeczywistość nie zmieniła się. Zerknęłam na metkę sukienki i zachłysnęłam się. Ubrania tej marki są droższe niż całe moje miesięczne wynagrodzenie. Ale lepsze to niż luźny, krótki T-shirt. Jego T-shirt.  

Przebrałam się. Zerknęłam do lustra i zaniemówiłam. Nie wiedziała, że mogę tak dobrze wyglądać. Sukienka leżała jakby była szyta na miarę. Fason podkreślał figurę, idealnie pasował do koloru oczu i włosów, które jakimś cudem wyglądały lepiej niż słoma ze stracha na wróble.  

Wróciłam do pokoju. Pod łóżkiem zauważyłam moje sandały, wciągnęłam je na stopy. Z wahaniem podeszłam do drzwi. Otworzyłam je, krótki korytarz zaprowadził mnie do przestronnego pomieszczenia, które chyba powinnam nazwać salonem. Kolejne panoramiczne okno wraz z fototapetą przedstawiającą wybuchający wulkan widziany z lotu ptaka dodatkowo je powiększały. Szklany stół, obstawiono rzędem futurystycznych metalowo-drewnianych krzeseł. Na kilkustopniowym podwyższeniu dominował spory narożnik, naprzeciw, którego zawieszono kino domowe. Czarno-czerwona rzeźba przedstawiająca płomienie przyciągała wzrok.  

Szeroki hol rozgałęział się niczym rozgwiazda na kolejne korytarze. Z jednego nich wyszłam. Na końcu kolejnego majaczył zarys kuchennej marmurowej wyspy i czarnych, lśniących szafek. Inny zamykały metalowe drzwi winy. Pozostałe zakręcały oblepione ciemnymi prostokątami drzwi. W każdym z nich wisiały oprawione lustra zupełnie jakby właściciel chciał na siłę powiększyć i tak obszerne pomieszczenia.  

Gospodarza nigdzie nie było, ale przemiła kobieta ubrana w kuchenny fartuch, zaprowadziła mnie do stołu i wskazała jedno z dwóch nakryć.  

- Niech pani zaczeka. - Sztywno kiwnęłam głową, usiłując uspokoić gonitwę myśli. Rozsądek nazywał jak najszybciej się z stąd wydostać, ale jednocześnie czułam się absurdalnie bezpiecznie. Intuicyjny głos podpowiadał, że nic mi nie grozi.  

Podeszłam ostrożnie do okna. Widok migoczących w nocnej ciemności tysięcy miejskich świateł był niesamowity, a jeżeli się spojrzało w dół także przerażający, zwłaszcza dla osoby mającej lęk wysokości. Penthouse musiał znajdować wysokości kilkunastu pięter.  

Usłyszałam za sobą kroki. Mężczyzna poruszał ze swego rodzaju niewymuszona naturalna gracją. Jak drapieżnik. Nagle pomyślałam, że jestem bliżej prawdy niż można by przypuszczać. Niewątpliwie budził we mnie sprzeczne uczucia od pożądania po zawstydzenie. Fascynował. Przystanął na chwilę i przyglądał mi się intensywnie. Spuściłam wzrok, dziwnie speszona. Odsunął dla mnie krzesło, usiadłam.  

- Dlaczego nic nie jesz? – Zapytał z wyrzutem.  

- Wygląda pysznie, ale chyba nie mam apetytu. - Spojrzałam na talerz i wzruszyłam ramionami.  

- Zemdlałaś. Byłaś nieprzytomna, powinnaś coś zjeść. – Trudno było się z nim nie zgodzić. Dziabnęłam widelcem soczysty kawałek pieczeni i włożyłam do ust. Rzeczywiście było pyszne.  

Jedliśmy w milczeniu. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, jak zagaić rozmowę. Jednak cisza mi nie ciążyła. W jakiś nieoczywisty sposób, nadała tej chwili aurę intymności. Gdy byłam pełna odsunęłam od siebie talerz.  

- Gdzie moja torba? - Spytałam z myślą, że i tak nadużyłam gościnności nieznajomego.  

- W prawym holu. - Wskazał korytarz prowadzący do windy.  

- Jeszcze raz dziękuję za pomoc i za sukienkę. Oddam, gdy tylko będę mogła. - Wstałam, odruchowo wygładziłam miękki materiał podarowanego ubrania.  

- Oddasz? - Zmarszczył brwi jakby nie rozumiał znaczenia moich słów.  

- Tak, oddam. – Szybkim krokiem skierowałam do windy i chwyciłam torbę wygrzebując z niej telefon, na szczęście bateria nie zdążyła paść. Miałam nieprzyjemne wrażenie, że uciekam.  

- Jest twoja. Dlaczego chcesz ja oddać? –  Drgnęłam, gdy odezwał się tuż za moimi plecami.  

- Nie słyszałam, jak poszedłeś. Porostu czuje się zobowiązana. Z pewnością sporo kosztowała. - Wyszukałam z kontaktów numer znajomego taksówkarza.  

- Mógłbyś podać mi adres? Zamówię taksówkę.  

- Chcesz wyjść? – Zapytał jakby zupełnie się tego nie spodziewał.  

- Czy to taki dziwne? Pomogłeś mi i jestem ci dozgonnie wdzięczna. Bardziej niż sobie wyobrażasz. Ale jest już późno, na pewno masz ważniejsze sprawy na głowie niż ja.  

- Proszę zostań. – Wyszeptał wprost do mojego ucha. Poczułam znajomy zapach krzemienia. Gorące języki ognia wybuchły w podbrzuszu.  - Nie powinnaś wychodzić po nocy.  

- Nie skrzywdzę cię. - Dodał z mocą. Przypomniałam sobie pokaz brutalności z parku. Gdzieś w jego oczach czaiło się coś pierwotnego. Jednak w tym momencie uświadomiłam sobie, że nie potrafię wykrzesać z siebie choć iskry strachu do tego człowieka.  

- Nie boje się Ciebie. – Zdumiał się. – Naprawdę muszę już iść. – Bo inaczej rzucę się na obcego faceta, który uratował mnie przed gwałtem, pomyślałam. To zdrowo popieprzone!  

- Może powinnaś. – Powiedział tak cicho, że nie wiem czy mi się nie przesłyszało.

1 komentarz

 
  • Helen57

    Wspaniale się zaczyna ciekawe opowiadanie.................