Miłość, przyjaźń i inne ustrojstwa - 28

Niedziela:

Przez ponad godzinę nie mogłam się rozbudzić i wstałam jakoś po dwunastej. Z podkrążonymi bardziej niż zwykle oczami, zaspana i z wciąż towarzyszącym mi smutkiem. Kimałam tak długo tylko dlatego, że Morfeusz porwał mnie w swoje objęcia dopiero przed siódmą rano. Swoją drogą typowy facet, jak potrzebny - to go nie ma.

Pewnie spałabym do piętnastej, ale nastawiłam budzik na jedenastą, żeby zadzwonić do Sebastiana. Od dwóch tygodni przebywał już w Polsce i miał być jeszcze przez kolejne dwa miesiące. Nie rozmawialiśmy długo, bo był nad Bałtykiem i nie chciałam mu przeszkadzać. Najważniejsze było to, że przyjeżdżał do mnie za miesiąc. Cholernie się ucieszyłam.

Potrzebowałam go i bardzo mi go brakowało. Planował do mnie zawitać dopiero w sierpniu, ale udało mi się go przekonać na wcześniejszy przyjazd. Na szczęście jemu to różnicy nie robiło. Później postanowiłam jeszcze pospać. W końcu niedziela dzisiaj, a ja się żadnych gości nie spodziewam, więc co się miałam cackać, jak sobie mogłam pospać.

Ktoś dzwonił i dzwonił jakby się paliło. Ku woli świętego spokoju zwlekłam się niechętnie z łóżka i plaskałam bosymi stopami do kuchni. Podniosłam słuchawkę domofonu i zanim udało mi się cokolwiek powiedzieć, usłyszałam głos Ani.

- Cześć Misiu! Otwórz!

- Siema Dałnico - rzuciłam krótko, wciąż zaspanym głosem i otwarłam przyjaciółce klatkowe drzwi.

Przemyłam twarz, żeby się chociaż trochę rozbudzić. Wróciłam do sypialni, założyłam bieliznę, luźną koszulkę i spodenki. Po chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi mojego mieszkania. Wpuściłam Anię do środka. Rzuciła mi się na szyję o mało nie przewracając nas obu i mocno mnie uściskała na powitanie. Moja kochana wariatka.

Rozebrała się z cienkiej kurtki i poczłapałyśmy do kuchni. Nastawiłam czajnik i oparłam się pośladkami o aneks kuchenny. Ania patrzyła na mnie wyczekująco.

- No gadaj co się stało! - piekliła się ze wzrokiem nagle utkwionym w wystających z łazienki mokrych ciuchach, w których szlajałam się w nocy. Ups, mogłam te cholerstwa wrzucić do pralki.

- A co się miało stać? - odpowiedziałam z uśmiechem. - Byłam na piwie i zmokłam w nocy.

- Nie o to pytam! Co się dzieje między tobą i Rafałem? Piotrek mi powiedział, że kopnęłaś go w dupę.  

Na dźwięk imienia Rafała poczułam ucisk w sercu.

- Aaaa... Takie buty. To mów, że o to ci biega. Tak powiedział!? - udałam zaciekawienie.

- Nie dosłownie. No gadaj, gamonico!

- No więc tak. Dał mi kota i powiedział, że mu nie wystarczam.

- Że co? - zapytała z głupią miną.

Poszłam do sypialni i przytargałam krzesło razem ze śpiącym na nim Panem Alkoholikiem.

- Dał mi to ustrojstwo i powiedział, że przeznaczone mu jest chodzić na imprezy i jebać plastikowe kaszaloty po kiblach. Woli to, niż mnie.

- Ta!?

- Nie dosłownie.

- Czyli co powiedział?

- Że nie chce stabilizacji. Że chce się bawić. Że potrzebuje nowości i fascynacji. I takie tam głupoty.

- A ty co na to?

- Spanikowałam. Zaczęłam ryczeć. Nie mogłam tam już dłużej wytrzymać. Zajebałam mu w twyrz i uciekłam jakby mnie sam diabeł gonił. Coś jeszcze chciał mi powiedzieć, ale jakoś nie miałam już nastroju do słuchania go - wytłumaczyłam.

Nadal się głupio uśmiechałam, bo jeśli przestałabym, to zaczęłabym beczeć. Wóz albo przewóz.

- A to skurwiel. Trzeba było mu krzesłem zajebać.

- Uderzyłabyś Piotrka krzesłem? - uniosłam powątpiewająco brwi.

- Jakby zasłużył - wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Tak kurwa. Już to widzę. Rozpierdol totalny, flaki na krzakach, tfu! Na ścianach! Teksańska masakra piłą mechaniczną! Kuba Rozpruwacz, to przy tobie pestka! - kpiłam i pukałam się w czoło, a przyjaciółka się ze mnie śmiała.

- No dobra, może krzesłem nie. Może mniejszym kalibrem, ale by dostał.

- Chyba kutosa do nosa - mruknęłam pod nosem robiąc nam cappuccino.

Postawiłam przed przyjaciółką kubek pełen aromatycznego napoju, cukier i łyżeczkę.

- Słuchaj dalej. Rafał chwilę po tym jak wybiegłam, przyszedł tu za mną. Nie chciałam go dalej słuchać, to mu napisałam, że kocham bardziej Bartka, niż jego - kontynuowałam.

- Co ty gadasz!?

- Wiem, że to głupie... Ale to było jedyne rozwiązanie jakie wtedy przyszło mi do głowy, żeby mnie zostawił samą.

- Może i głupie, ale skuteczne - uśmiechnęła się. - A tak w ogóle, to Romeo był wczoraj z nami w Sandomierzu.

- Nie moja sprawa - skrzywiłam się.

Oczywiście, że mnie interesowało to, co tam wyczyniał. Chciałam wiedzieć o nim wszystko i to na każdy temat.

- Dobra, ale słuchaj. Była też Mariola. No i jak się skapnęła, że Cię nie ma, to zaczęła za nim latać. Na początku gadał z nią normalnie, ale później jak się wstawił, to nie wiem co jej powiedział, ale zaczęła się drzeć na niego i dała mu spokój.

- I dobrze. Nie lubię jej - odpowiedziałam obojętnie.

Ciekawe co jej powiedział? Miałam nadzieję, że coś perfidnie jadowitego.

- W ogóle jakieś dziewczyny do niego podchodziły, ale on je o dziwo olewał! Nawet nie tańczył. Tylko siedział jak ta sirota przy stoliku i wlewał w siebie morze alkoholu. Tak się nawalił, że musieliśmy go wnosić z Piotrkiem do domu. A ciężki jest jak szlak - opowiadała z pasją.

Skądś ja już znałam to targanie go do domu...

- Musimy o nim gadać? - znów się skrzywiłam.  

Ciekawe czy on za mną tęsknił?

- No dobra, nie. Ale muszę ci się do czegoś przyznać... Tylko mnie nie zabijaj. To było zanim mi powiedzieli, że już nie jesteście razem. Tak czy siak przepraszam.

Popatrzyła na mnie niepewnie.

- Co zrobiłaś?

Mój uśmiech zgasł bez mojej wiedzy. Co ona mogła stworzyć?

- No bo zanim wczoraj zdecydowaliśmy się jechać do Bajli, to poszliśmy do Irish-a na piwo. No i gadaliśmy chwilę i Romeo zapytał mnie o Bartka.

- I co mu powiedziałaś? - zapytałam z gulą w gardle.

Ciekawe czy Ania słyszała jak waliło mi serce?

- Że parę lat temu cholernie cię skrzywdził i że niedawno dopiero sobie wszystko wyjaśniliście. No i że masz go daleko i głęboko, odkąd podpierdolił kwiatki i mu naściemniał... - opowiadała z niepewnym uśmiechem na twarzy.

Zastanawiałam się, czy gdybym jej powiedziała, że o mało się wtedy nie przekręciłam przez tego idiotę Bartka, to czy też by mu to powiedziała. I dochodzę do wniosku, że jeśli poprosiłabym ją o milczenie, to to akurat zostawiłaby dla siebie.

- A co on na to? - zapytałam szeptem.

Sama nie wiem czy się bardziej cieszyłam, że wiedział, że go oszukałam, czy bałam się, że mógłby mnie znienawidzić za kłamstwo.

- A cholera go tam wie. Jebnął poker fejsa i tyle - mruknęła.

Dopadła mnie masa myśli. Ucieszył się? Wkurzył? Przyjdzie pogadać? Będzie udawał, że nie wie i czekał aż sama z nim pogadam? Zapomni o mnie? Nie będzie chciał mnie więcej widzieć? Cholera, on był taki nieprzewidywalny...

- Jesteś na mnie zła? - dopytywała Ania.

- Nie jestem, ale zmieńmy temat.

- Okej. A ty, co wczoraj robiłaś? - zapytała, a ja się szeroko uśmiechnęłam.

- Byłam na Machowie z Czerstwym...  

Dwukrotnie wzruszyłam szybko brwiami.

- Co ty gadasz!?

- No cóż. Chamidło się przyczepiło i chciało mnie utopić, to spanikowałam i rzuciłam się na niego jakbym chciała go rozprawiczyć w tej wodzie - opowiedziałam ciesząc michę.

- Pewnie chciałaś - chichrała się ze mnie.

- Wolałabym rekina niż jego.

- Było mu o tym powiedzieć.

- Powiedziałam i nabijał się ze mnie. A kleiło się toto jak gacie do dupy.

- To było mu rękę do twarzy przykleić.

- Tak, jasne, krzesło od razu.

- Kamieniem łajzę!

- Nie miałam pod ręką.

- Szkoda.

- No z deka. Weź, gamoń gadał mi ciągle o seksie. Żałuj, że nie widziałaś min ludzi, którzy nas mijali.

- Aż taki zboczony?

- Bardziej niż myślisz, ale przynajmniej się uśmiałam.

- To może jak będzie ciepło, to razem się wybierzemy?

- Ale bez Pawła.

- No raczej, że bez tej kreatury. Może Wojtka namów. On jest spoko.

- To wcale nie jest taki głupi pomysł.

- Wiem, bo mój.

- Oj tam, oj tam. Nudzi mi się. Idziem gdzieś?

- Możemy skoczyć na piwo.

- Lepiej na Michel-a.

- Może być - podsumowała Ania.

Pogoda była w sam raz. Wiał lekki wiaterek, a niebo przesłaniała kurtyna ciemnych chmur. Mimo to, nie było zimna. Ale żeby nie było nam za fajnie, pełno tu latało tych pieprzonych komarów.

Siedziałyśmy na wale nad Wisłą i słuchałam głupiego pieprzenia Ani. Dokładnie w tym samym miejscu, byłam z Rafałem tydzień temu. Tylko że wtedy mogłam się chociaż o niego opierać, a on kiział mi kostkę. Chętnie poszłabym gdzieś indziej, ale to była najlepsza miejscówka. Można było siedzieć na asfalcie i prawie z każdej strony osłaniały nas drzewa. W lukach widać było alejki, więc nie było szans, żeby zaskoczyła nas policja.

Zaciągnęłam się głęboko Nevadą, ale tym razem zieloną, ponieważ paliłam dwukrotnie więcej i źle się czułam po niebieskich. Szczerze powiedziawszy te fajki w smaku dupy nie urywały. A poza tym brzuch mnie po nich pobolewał. Zamierzałam przerzucić się na LD. Zielone akurat smakowały dobrze. Wiem, bo paliłam takie od Wojtka.

- Cześć dziewczyny, można się przysiąść? - dobiegło zza naszych pleców.

Odwróciłyśmy się jak na komendę i zlustrowałyśmy przybyszy. Widziałam ich już z daleka, ale nie myślała, że do nas podejdą i nie zwracałam na nich szczególnej uwagi. Ten, który do nas zagadał, miał na oko góra dwadzieścia dwa lata. Był szczupłym blondynem, chyba naszego wzrostu i wyglądał jak typowy szczurek. Jego kolega był w podobnym wieku. I wyglądał podobnie. Tylko jego twarz zdobiła masa piegów i miał niemal czarne włosy.

- Spoko, siadajcie - odpowiedziała Ania i się uśmiechnęła.

Przedstawili się nam. Ten pierwszy miał na imię Krystian, a ten z piegami to Adam.

- Same tu siedzicie? - zapytał Krystian.

- Nie, razem z komarami pilnujemy wału, żeby czasem nie ukradli - odpowiedziała mu Ania.

- Nie myślałem, że tu tak kradną.

- Widoczne myślenie nie jest twoją mocną stroną - uświadomiłam mu, na co się do mnie czarująco uśmiechnął.

- Kwestia sporna - wymruczał.

- Przyszłyście tu odpocząć? - zapytał Adam.

- Nie, na ryby - skłamałam tym razem z poważną miną.

Anka zaczęła się chichrać, a ja i faceci poszliśmy w jej ślady. Szczerze powiedziawszy szampan to nie piwo, a wydźgałyśmy już po półtora butelki na głowę i strasznie nam wesoło.

- Skąd jesteście? - znów odezwał się blondyn.

- Z kątowni - rzuciła Anka i znów zaśmialiśmy się wszyscy.

Cholernica podłapała to od Niebieskookiego! Samce wygrzebują z plecaków piwa i zaczynają żłopać.

- A tak serio? - dopytywał Adam.

- Atak jest na wojnie - powiedziałam cicho, ale za mało cicho, bo przyjaciółka znów się chichrała i chłopaki też.

- Nic nam nie chcecie powiedzieć. Trzeba jakoś przełamać pierwsze lody - nie poddawał się Krystian.

- Znamy się ledwie parę minut, a temu już się lody marzą... Nie mogę. Ten świat schodzi na psy - pokręciłam głową ze słabo udawaną dezaprobatą. Słabo, bo przy Ance nie dało się nie śmiać.

- Nie takie lody - tłumaczył się chłopak.

- A ten znowu o lodach - chichrała się przyjaciółka.

- Głodnemu chleb na myśli - wspomógł kolegę Adam.

- Głodny głodnemu zawsze wygarnie - zripostowałyśmy z Anką równocześnie.

- Ale wy zboczone jesteście - ucieszył się Krystian.

Moje brwi się uniosły.

- Ale że niby my? My!? To Ty o lodach ciągle gadasz - skomentowałam.

- Ale ja nie o takich mówiłem - tłumaczył się Krystian.

- Tak się teraz tłumacz - wyszczerzyłam się do niego.

- Ja miałem na myśli inne lody.

- To znaczy jakie? - dopytywała Ania.

- Przełamywanie lodów - tłumaczył zrezygnowany.

- Przestań gadać o lodach, bo zaczynam się ciebie bać - fuknęłam na niego, ale uśmiech nie schodził mi z twarzy.

- Ale... Okej, nie ważne - pokręcił głową z uśmieszkiem pod nosem.

- Często tu jesteście? - wtrącił Adam.

- Sporadycznie, a wy? - odpowiedziała Ania.

- Na skatepark często przychodzimy.

- Na czymś jeździcie? - dopytywała przyjaciółka.

- Na bmx-ach.

- Ja bym się bała, że ktoś wyląduje z moim kołem w dupie - mruknęłam.

- Eeee tam. Nie było by tak źle. Jeżdżenie jest proste - ciągnął Krystian.

Od dłuższej chwili jego wzrok wisiał tylko na mnie.

- Jak dwa metry drutu w kieszeni - mruknęłam.

- Przesadzasz - znów uśmiechnął się do mnie.

Oj, coś za często to robił.

Wypiłam ostatni łyk szampana i soczyście od-beknęłam. Wszyscy poszli w moje ślady i śmialiśmy  się z tego, chociaż nie wiem co było w tym zabawnego. Chamstwo i prostactwo.

Pomogłam Ani skończyć Michel-a, bo ona to już się ledwo trzymała. Oj, nie miała biedna głowy do picia alkoholu.

- Macie jakiś ulubiony sport? - zapytał blondyn.

Obie zaczęłyśmy rechotać. Jak się ma takich śmiesznych kolegów jak nasi, to człowiek szybko się uczy nie używać słów, które są dwuznaczne. A co za tym idzie, wyłapuje je u innych i sam też się zaczyna bawić w skojarzenia. Takie błędne koło.

- O normalny sport pytam - cieszył się do nas.

- A to są jakieś nienormalne? - dopytywała Ania.

- Nie wiem, ale chciałem podkreślić, że nie chodziło mi o bzykanie.

- Sugerujesz, że nam seksy w głowach?

Anka patrzyła na blondyna podejrzliwie, a ja się zastanawiałam, czy taki właśnie jest ulubiony sport Rafała. Dałabym sobie rękę uciąć, że wyszczerzyłby te bielutkie ząbki w baaardzo szerokim uśmiechu i powiedziałby: "A jak myślisz, Mała Wiedźmo?" Uśmiechnęłam się do tych myśli.

- Nie, no co wy. Tak tylko chciałem zaznaczyć dla jasności.

- Sugerujesz, że jesteśmy ciemne? - zapytałam wesoło i wycelowałam w niego palcem.

- Nie, no co wy. Ja nic nie sugeruję - bronił się biedak.

- My tylko chcemy uniknąć nieporozumień - uratował go Adaś.

- To macie, kurwa, szczEEĘście - odpowiedziała przyjaciółka czkając.

Siedzieliśmy z nimi i przekomarzaliśmy się do późnego wieczora. Wypiłam im dwa piwa, a Anka trochę wytrzeźwiała przez ten czas. Odprowadziliśmy Anię pod jej blok, a później faceci eskortowali mnie.

- To może dasz swój numer, to się umówimy jeszcze na jakieś piwko? - poprosił Krystian.

- Daj swój, bo ja mojego nie znam na pamięć - uśmiechnęłam się do niego.

Skłamałam. Doskonale pamiętałam swój numer, ale nie zamierzałam się więcej z nim spotkać. Podał mi dziewięć cyfr, a ja je wpisałam i zapisałam w pamięci telefonu, ponieważ gapił mi się na wyświetlacz. Cholera, nie lubiłam jak ktoś patrzył mi na ręce, ani jak zbyt blisko podchodził.

- To do następnego, koleżanko - uśmiechnął się do mnie po raz milionowy i patrzył mi to na usta, to na oczy.

Oooo... niedoczekanie! Nie będzie żadnego całowania. Chyba że w dupę i tylko w przenośni.

- Cześć, pa - odpowiedziałam z uśmiechem, odwróciłam się i zniknęłam w klatce.

Wraz ze zniknięciem pociesznych chłopaków, spadła moja maska radości. Już na schodach po moich policzkach popłynęły pierwsze, gorące łzy. Weszłam do mieszkania, zamknęłam za sobą drzwi i osunęłam się po nich plecami na posadzkę. Szloch targał mną całą. Pieprzone emocje. Za długo je powstrzymywałam, a teraz cholerstwa wzięły górę.

Kiedy przestaję w końcu ryczeć, zaliczam prysznic, karmię Pana Alkoholika i idę na łóżko. Serce mam boleśnie ściśnięte tęsknotą. Od ostatniego spotkania z Niebieskookim nic jeszcze nie jadłam, ale nadal nie czułam głodu. Leżałam na łóżku i zastanawiałam się, czy mam jeszcze po co żyć.

Bolała mnie pikawa. Znowu, tak jak poprzedniej nocy, tylko dużo bardziej. Zwijałam się na łóżku, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Czułam jakby ktoś wbijał mi szpile pod żebra. Serducho łomotało jak oszalałe, czułam każde jego silne uderzenie.

Zawału w końcu dostanę przez te pieprzone nerwy.

Kurwa, bolało co raz bardziej. Oj Niebieskooki, będziesz mnie miał na sumieniu, jak tak dalej pójdzie. Kręciłam się, jakbym miała owsiki w dupie, a ból się co raz bardziej nasilał. Starałam się uspokoić i rozluźnić, ale niewiele mi to pomogło.

Więc leżałam i czekałam aż mi przejdzie. Pan Alkoholik miauczał w kuchni, więc się zwlekłam z wyrka, wzięłam to ustrojstwo na ręce i położyłam się z nim z powrotem. Z początku się wyrywał, ale w końcu zaczął mruczeć i zasnął. Gładziłam jego śmieszne futerko i delikatnie się do niego przytuliłam. Zmęczona w końcu pogrążyłam się we śnie.

Dodaj komentarz