Klątwy i uroki od zaraz - 13

Sobota, 27 maja
***Marta***

Dopiero po świcie przyszedł do nas lekarz. Wyglądał na wykończonego. Specjaliści zrobili co było w ich mocy, ale stan Rafała wciąż był krytyczny i niestabilny. W prawej nodze pękła mu kość udowa. Lewa była złamana na wysokości golenia, a stopa zmiażdżona. Rdzeń kręgowy został stale uszkodzony na odcinku piersiowym. Nawet jeśli Rafał przeżyje, już nigdy nie będzie chodził, najprawdopodobniej stracił też czucie w dolnej partii ciała. Cztery złamane żebra nie przebiły płuc. Prawy bark został tylko wybity ze stawu, ale kość promieniowa była złamana i pokruszona, a w dodatku coś tam się jeszcze zerwało. Lekarz ocenił jego szanse na przeżycie na dwa procent, co brzmiało kurewsko za mało. Tyle zrozumiałam z jego fachowego monologu.

Matka Rafała ciągle się na mnie wrogo gapiła, ale nie odzywałyśmy się do siebie. Pewnie mnie o wszystko obwiniała, ale w sumie miałam to w dupie. Chciałam tylko, żeby Rafał przeżył i żebyśmy mogli być wciąż razem i szczęśliwi.

W południe pozwolili mi wejść do Rafała. Widok zagipsowanego Niebieskookiego był przerażający. Wszystko się we mnie trzęsło i drżało. Dotknęłam jego szorstkiego od zarostu policzka i pogładziłam ostrożnie go palcami. Bałam się, że robię to ostatni raz. W każdej chwili malutkie światełko jego życia mogło zgasnąć na zawsze.

Wszędzie miał rurki i kable podłączone do jakichś podejrzanych urządzeń. Wyglądał jakby robili tu na nim eksperymenty. Nawet samodzielnie nie oddychał. Jego twarz była spokojna, jakby pogrążona we śnie. Sińce na twarzy, które miałam okazję podziwiać wczoraj, gdy przyszedł do kwiaciarni, nabrały żółto-zielono-fioletowego odcienia.

Usiadłam na małym taborecie obok jego łóżka. Łzy znów popłynęły same. Zrobiłabym teraz absolutnie wszystko, żeby móc cofnąć czas i zatrzymać bieg wydarzeń. Mimowolnie dotknęłam chłodnego metalu pierścionka zaręczynowego.

- Wróć do mnie - szeptałam Rafałowi do ucha. - Nie chcę bez ciebie żyć. Potrzebuję cię, bo cię kocham. Walcz dla mnie, proszę. Obiecałeś, że poradzisz sobie ze wszystkim, pamiętasz? Przecież nas nic nie rozdzieli...

Chciałam mu powiedzieć, że będziemy mieli dzidziusia, ale ani na minutę nie zostaliśmy dziś sami, a każdy mój krok śledziła Pedofilka. Było mi przez to jeszcze gorzej przykro.

***

Sobota, 3 czerwca

Tydzień później wciąż byłam zrozpaczona. Na zmianę nie jadłam nic, albo wpierdalałam jak świnia co mi w paskudne łapki wpadło. Czasami męczyły mnie mdłości, ale nie wymiotowałam. Zgaga przyjebała się do mnie jak żyd do dupy. Miałam ją nawet po herbacie. Paskudztwo.

Bałam się o dzidzię, nie chciałam poronić. Gdyby Rafał tu był, dostałabym klapsiora na gołe dupsko i porządną zjebę, że o siebie nie dbam. Tylko że on leżał w szpitalu prawie bez oznak życia. Lekarz kazał mi się przygotować na najgorsze i nie robić sobie większych nadziei.

Siedziałam na kanapie w przytulnym zagraconym salonie. Patrzyłam przez okno na szare burzowe niebo. Strugi deszczu tłukły się o wszystko, co napotkały na swojej drodze. Grzmoty brzmiały głucho i ponuro. Poprzedzały je rozgałęzione nitki błyskawic.

- Masz dziecinko, napij się herbaty - zachęciła pani Krysia.

- Dziękuję - powiedziałam cicho.

- Musisz być silna. Jeśli stracisz nadzieję, to wszystko stracone, Skarbie - wspierała mnie.

- Boję się, że go stracę - mówiłam zachrypniętym głosem.

- Trzeba być dobrej myśli, Złotko. Da z siebie wszystko, żeby do ciebie wrócić. To uparty i silny młodzieniec.  

- I nieprzytomny - dodałam ponuro.

- Powiedz mu o dziecku, to może oprzytomnieje - siliła się na żarty sąsiadka.

- Jak pani sobie poradziła po śmierci pana Nikodema, Pani Babciu? - zapytałam.

Pan Nikodem Lombara był nieżyjącym już mężem pani Krysi i jej największą spełnioną miłością.  

- Na początku było ciężko, ale później się przyzwyczaiłam do jego nieobecności. Wciąż czuję jakby był gdzieś obok. On żyje w moim sercu, Kochanie. Pamiętam jego zapach, śmiech i głos. A gdy przyjdzie pora, znów się połączymy. On na mnie czeka po drugiej stronie - zadumała z uśmiechem.

- Nie pogodziła się pani z jego odejściem, prawda?

- On nie odszedł. Czeka gdzieś na mnie i jest dumny, że cieszę się ostatkiem życia w tym miejscu. Złoiłby mnie na kwaśne jabłko, jakby zobaczył że tylko się zamartwiam - roześmiała się.

Zadzwonił mi telefon. Zerwałam się z nadzieją, że są jakieś wieści ze szpitala. Na wyświetlaczu był jednak numer ciotki Kamili, mojej szefowej. Beznamiętnym głosem oznajmiła, że jak mi się skończy zwolnienie lekarskie, to kończymy umowę o pracę i że już przyjęła kogoś innego na moje miejsce. Po burzliwej wymianie zdań, chciało mi się płakać. Co za suka, pomyślałam.

Prawda była taka, że ciotka miała kochanka, który miał dwie córki. Jedną z nich chciała wcisnąć na moje miejsce. W sumie to jakoś szalenie nie zależało mi na tej pracy, ale bolało mnie, że nie uprzedziła mnie o tym przynajmniej miesiąc wcześniej, żebym zaczęła szukać czegoś nowego. Takie wypierdalaj za tydzień i chuj mnie obchodzi co z sobą zrobisz.

- Marta! No miejże litość tłuku jeden! - załamała ręce pani Krysia, gdy jej wyjaśniłam o co chodziło. - Rusz głową dziewczyno, bo wyjdziesz na tej pracy jak Zabłocki na mydle. Pójdziesz jutro do ginekologa, powiesz że masz zawroty głowy, mdłości i w ogóle strasznie słabo się czujesz. Poprosisz o zwolnienie na czas całej ciąży i na pewno je dostaniesz. Zaniesiesz je tej krowie i do porodu będziesz brać normalnie kasę. A później pójdziesz na macierzyńskie i może cię cmoknąć. Nie cackaj się z nią, bo to cholerna bezduszna pijawka! - uniosła się Pani Babcia, a później hardo obrzuciła kurwami moją ciotkę.

Byłam jej za to wdzięczna, bo ja nie miałam głowy do przyziemnych spraw i pewnie dałabym się wyrolować i zostawić na lodzie drogiej ciotuni.  

Pani Krysia nalała mi lampkę czerwonego wina i to zrobiło mi dobrze. Rozluźniłam się i zasnęłam na kanapie. Staruszka przykryła mnie kocem. Gdy się obudziłam pomyślałam, że mam najlepszą przyszywaną babcię na świecie.

***

Niedziela, 4 czerwca

Dziś rano pojechałam do szpitala. Przy Rafale siedziała tylko Paulina, co przyjęłam z ulgą. W końcu nikt nie będzie rzucał na mnie w milczeniu klątw.  

- Cześć - przywitała się.

- Cześć - odparłam.

- Jakieś zmiany? - zapytałam z nadzieją.

- Niestety nie. Jak sobie radzisz? Strasznie blado wyglądasz - zauważyła.

- Trochę słabo się czuję - przyznałam.

- Pokaż rękę - poprosiła.

- Po co? - zdziwiłam się.

- Chcę zobaczyć czy mój brat kupił ci ładny pierścionek - powiedziała.

Pokazałam jej dłoń, a ona zrobiła zmieszaną i zaskoczoną minę.

- Wiesz, że on tego pierścionka nie kupił? - zapytała.

- Tylko nie mów, że go ukradł - powiedziałam pierwsze co mi na myśl przyszło.

- To rodzinna pamiątka po babci Marysi. Był do niej bardzo przywiązany, dlatego po jej śmierci nasza mama dała mu ten pierścionek na pamiątkę. Miał wtedy trzynaście lat. Nie wiedziałam, że go jeszcze przechowywał.

Mimowolnie z oczu popłynęły mi łzy. Może i z Rafała na zewnątrz był kawał gruboskórnego gnoja, ale serce miał wielkie. Przetarłam policzek tuż pod okiem, żeby wytrzeć słone ścieżki. Niechcący odsunęłam na chwilę hełm z grzywki, który wciąż co rano tworzyłam.

- O kurwa, a co tobie się stało w czoło? - zainteresowała się.

- Rafał bił się z kolegą i oberwałam rozdzielając ich - wyjaśniłam oględnie.

- Mój brat jest cholernym zazdrośnikiem, ale to już pewnie wiesz - uśmiechnęła się.

- Aż za dobrze - zgodziłam się z nią.

- Ale nie martw się, on zawsze dba o to co jego.

- Wiem. Wygląda na luzaka, który ma wszystko gdzieś, ale w środku... Nie wiem jak to nazwać... Jest po prostu jak cholerny anioł - wyznałam.

- Tylko twój anioł - uśmiechnęła się. - W środę przed wypadkiem, jak moja mama do niego zadzwoniła, to kazał się jej dosłownie odpierdolić od ciebie. Broni cię jak lew.

- Więc to o to chodziło - powiedziałam głośno do siebie.

- Znaczy co? - zapytała.

- Wpadł do knajpy i pobił mojego kolegę, który gratulował mi akurat zaręczyn. Nie mogliśmy go uspokoić - skrzywiłam lekko do góry usta.

- Czyli ten siniak to od niego? - dociekała.

Otwarłam usta, ale nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo coś zaczęło piszczeć i po chwili wpadły pielęgniarki i nas wyprosiły na korytarz. Chwilkę później wszedł tam też lekarz i przez zamknięte drzwi było tylko słychać podniecone głosy. Personel latał w tę i z powrotem, a ja w środku umierałam ze strachu, że za chwilę stanie się nieuniknione.

Ryczałyśmy z Pauliną jak bobry. Miałam ochotę się tam wedrzeć i potrząsnąć Niebieskookim, żeby się kurwa ogarnął i nie umierał, bo do chuja przysięgał mi, że będziemy razem, żeby nie wiem co. Wolałabym teraz sama umrzeć, niż istnieć ze świadomością, że on właśnie umiera. To było jak horror, który rozgrywał się naprawdę.

________
No hej Robaczki <3  

Ta część raczej szalenie dużo nie wnosi, ale jest istotna
Obiecuję, że kolejna rozjaśni wam trochę sytuację
Miłego dnia dla Was <3
Ps: Dziękuję za każdy komentarz i każdą łapkę, które motywują mnie do pisania <3 Fajnie, że wciąż sporo z moich dawnych czytelników czyta moje opowiadanko <3 Witam cieplutko również nowych <3

3 komentarze

 
  • Meedzi

    Meedzi · 20 sty 2018

    Tyle czekalam na te czesc! O mamuniu codziennie w szpitalu tak sie nudzi ze tylko czekam na wiesci o Marcie i Rafale

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem · 20 sty 2018

    Ja chyba z okna wyskoczę jak go uśmiercisz :( Cudowne jak zawsze  

  • Mysza

    Mysza · 20 sty 2018 · 287366690

    Ej ej ej! Halo! Skończ tą torturę :( co my, biedni czytelnicy Ci zrobiliśmy? ;( ratuj go! Bądź dobrym aniołkiem