Klątwy i uroki od zaraz - 12

Piątek, 26 maja
***Rafał***

Słońce mam za plecami, jego promienie grzeją mi plecy. Po niebie latają mewy skrzecząc co jakiś czas. Wieje lekki wietrzyk i rozwiewa włosy dziewczynom. Biedule walczą o zachowanie jako takich fryzur.  

Na starcie obok mnie i Błażeja stoją prawie wszyscy i dopingują, ale kask tłumi, a silnik zagłusza ich słowa. Ręce stojącej przed nami Alicji wędrują w górę, opadają na wysokość ramion, a w końcu opuszcza je całkiem. Do startu, gotowi, start. Trzy krótkie sygnały i wystartowaliśmy zostawiając za sobą jedynie długie glizdy śladów bieżnika opon i wyrzucone w górę strugi piachu.

Gruby zapierdala jak mały samochodzik, ale ja mu w niczym nie ustępuję. Obaj staramy się nie zjeżdżać za bardzo ze wzniesień, żeby nie musieć później kombinować, bo po drugiej stronie podjazd do ostatniej wydmy jest bardziej stromy i wjeżdżając na niego z samego dołu trzeba jechać po przekątnej. Większość górek jest ze sobą połączonych na tyle dobrze, że prawie nie trzeba z nich zjeżdżać, wystarczy trzymać się prawej strony.

Ja i Gruby wyskakujemy w tym samym miejscu, co skakałem przed chwilą ścigając się z Albertem i Krzyśkiem. Błażej ląduje miękko, ale ja o mały włos nie wyjebałem. Kumpel jest trochę z przodu więc dociskam gaz i go wymijam.

Zaraz jednak muszę zwolnić i odbić na lewo, żeby ominąć kępę gęstych krzaków. Chcę szybciej zjechać z ostatniego zjazdu i popełniam katastrofalny w skutkach błąd dostatecznie nie zwalniając.

Obok miejsca, w którym zamierzałem zjechać, ktoś zwinął cholernie dużo piachu. Nie wiem na chuj komuś to zasiarczone gówno, ale ludzie to biorą jakby nie było w tym siarki. Przez to górki się obsypują i zamiast normalnych zjazdów, niektóre zakończone są niemal pionowymi ścianami ubitego piachu.

Podobnie było z ostatnią wydmą z prawej strony. W skutek osunięcia się piachu na jej szczycie zrobił się metrowy uskok, o którym nie miałem bladego pojęcia, bo kiedy byłem tu ostatnio, znajdował się tam łagodny zjazd.

- O kurwa! - powiedziałem jeszcze do siebie zanim motor wyskoczył w powietrze.

Przeżegnałem się w myślach czując się jakbym leciał prosto na spotkanie z Panem Bogiem i całkiem bez sensu pomyślałem, że Marta mnie za to zabije.

Może gdyby przy wyskoku piach się nie skruszył pod kołem, a motor gwałtownie nie przechylił na lewą stronę, to miałbym jakieś szanse wyjść z tego bez większego szwanku. Może. Tylko może. Ale tak się nie stało. Czułem jak całe moje ciało nachyliło się na lewo, jak do wejścia w ostry zakręt. Zniosło mnie też niebezpiecznie w kierunku drzew.

Chwilę później pierdolnąłem o glebę, aż wybiło mi całe powietrze z płuc i ugryzłem się w język. Poplątałem się z motorem i przekoziołkowaliśmy kilka razy jak bawiące się szczenięta. Słyszałem nieprzyjemne chrupnięcia i czułem kurewski ból, gdy pękały mi kości. A później wszystko znikło. Ciemność przyniosła ukojenie.

***

- Romeeeeeooooo! - wrzeszczał na cały regulator Błażej. - Kurwa, Romeeeeoooo!!!

Gruby zahamował gwałtownie obok leżącego Rafała przygniecionego wrakiem motoru. Zgasił silnik i pozwolił krosowi Krzyśka upaść byle jak, nie było czasu bawić się w parkowanie. Podbiegł do Romea przerażony jak wszyscy diabli.

- Stary, nic ci nie jest!? - krzyknął pierwsze co mu do głowy przyszło.

Wyplątał na siłę z tylnego koła zmiażdżoną stopę Rafała babrząc sobie całe ręce w krwi i tkankach. Podniósł ostrożnie z przyjaciela wrak motoru i odsunął go na bok.

- Kurwa, powiedz coś, rusz ręką, cokolwiek chujasie! - mamrotał spanikowany Błażej drżącymi rękami ściągając ostrożnie kask Rafałowi.

Na szybie był rażący rozbryzg krwi, a cholerna klamra pod szyją nie chciała ustąpić. Błażejowi wydawało się, że odpinał ją całą wieczność, chociaż naprawdę minęło tylko kilkanaście sekund.

Rafał na całej twarzy miał rozmazaną krew. Wypływała mu strużką z nieruchomych uchylonych ust. Otwarte puste oczy patrzyły teraz w niebo z bolesną skargą wypisaną na twarzy.

Gruby rzucając kurwami próbował ocenić obrażenia przyjaciela. Lewa noga złamana, a stopa zmiażdżona. W prawej ręce kość przebiła cienki kombinezon i sterczała okrwawiona jak niemy oskarżycielski dowód niepotrzebnej śmierci. Kombinezon był też rozdarty na klatce piersiowej i odsłaniał grubą szarpaną ranę na skos przez żebra. Błażej dotknął żeber, ale to co poczuł nie napawało optymizmem. Przynajmniej dwa były złamane.

Nie był pewien, ale kręgosłup Romea wydał mu się nienaturalnie wklęsły w jednym miejscu, jak gdyby jeden z kręgów wbił się głębiej w ciało. Rafał nie oddychał, a jego serce nie biło. Przewrócił go z boku na plecy i zaczął płakać z bezradności i grozy sytuacji.

Chwilę później zjechała się cała ekipa zwabiona krzykami Błażeja. Pan Zbyszek najszybciej jak mógł wysiadł z białego busa i podpierając się kulami podszedł do Grubego i Rafała. Kazał towarzyszącym mu chłopakom ostrożnie odchylić głowę Rafała bardziej do tyłu.

- Wezwałem pogotowie, ale trochę im zejdzie. Błażej zobacz czy Romeo ma puls i czy oddycha - zaczął opanowywać sytuację pan Zbyszek.

- Nie oddycha, kurwa! Nie oddycha, chujas! Zabił się w pizdu i to kurwa przeze mnie! Po chuj ja go podpuszczałem!? Po chuj był mi ten wyścig!? - dramatyzował wściekły na siebie Błażej.

- Zrób mu masaż serca! - rozkazał pan Zbyszek, który jako jedyny zachował zimną krew.

- Ma połamane żebra i chyba rozjebany kręgosłup! Połamię go kurwa jeszcze bardziej i nic mu już nie pomoże! - odpowiedział spanikowany machając rękami.

- Chuj z żebrami! Rób mu te uciski! - naciskał pan Zbyszek.

- Nie mogę, bo go połamię jeszcze gorzej! Jak ma złamany kręgosłup, to go zabiję! - upierał się.

- Błażej, posłuchaj mnie. Jak nie oddycha i nie bije mu serce, to już jest trupem! Nie można zabić trupa, więc mi nie pierdol głupot i rób mu te pierdolone trzydzieści ucisków, dwa wdechy i od nowa! Już, kurwa, bo będzie po nim! Jak będziemy czekać na pogotowie, to skażemy go na pewną śmierć!

Gruby tym razem posłuchał. Dziewczyny płakały przerażone i bezradne. Wszyscy się przyglądali, ale nikt nic nie robił, bo nikt nigdy nie przewidział takiego obrotu spraw. Szkoła nie przygotowuje do takich sytuacji.

- Wojtek, zabierz stąd Wiktorię i jedźcie w pizdu do domu, bo jest nas tu za dużo. Gołąb, ty jesteś inteligentny, weź swoją Ptaszynkę i jedźcie pod wiadukt za mostem w stronę Tarnobrzega. Zatrzymajcie karetkę z Tarnobrzega i poprowadźcie ich tu, bo im nakłamałem, że wypadek jest pod wiaduktem, żeby było szybciej. Róbcie co chcecie, ale musicie ich tu ściągnąć, żeby przynajmniej udzielili Romeowi pierwszej pomocy. Jazda - ponaglał pan Zbyszek. - Krzysiek, zadzwoń po karetkę do Sandomierza i powiedz im, żeby przyjechali do Piaseczna. Wyjedźcie po nich na dziewiątkę* i czekajcie. Ich też trzeba tu pokierować, bo ci z Tarnobrzega go nie zabiorą.** Maruda, zmienisz Błażeja jak się zmęczy. Tiger, ściągaj koszulkę i uciskaj Romeowi tę ranę na klacie. Migiem, kurwa! - poinstruował wszystkich pan Zbyszek.

Po chwili udało się przywrócić pracę serca Rafałowi. Niespełna dwadzieścia minut po wypadku przyjechała karateka z Tarnobrzega. Prawie pół godziny później, dotarła karetka z Sandomierza i zabrała pokiereszowana ciało Rafała.

***Marta***

Chodzę po pokoju i jestem wkurwiona. Co za palant i egoista. Wcale już nie mam ochoty się z nim pogodzić, tylko nakopać mu do dupy. Ileż można czekać?

Mój myślowy monolog przerywa dzwonek domofonu.

- Halo? - rzucam zirytowana myśląc, że to Niebieskooki.

- Cześć, tu Piotrek - odzywa się bardzo dziwnym głosem Gołąb.

- Siema, stało się coś? - pytam nagle pełna złych przeczuć.

- Zejdź, to ci powiem - mówi.

- Dobra, idę - kończę.

Zastanawiam się czy Rafał aby nie uknuł czegoś z Gołębiem, żeby przeprosiny wyszły oryginalne. To by było bardzo w jego stylu. Wciągam szybko adidasy i łapię kurtkę, bo wieczory są jeszcze zimne. Z torebką w garści wypadam przed blok.

- Chodź, powiem ci w samochodzie - mówi i zaczyna mnie to irytować.

- Możesz mi wyjaśnić, co się dzieje? - marudzę.

Gdy podchodzimy dostrzegam Anię i macham do niej, ale ona tylko unosi na chwilę rękę. Jej uśmiech jest smutny. Wsadzam dupę na tylną kanapę i patrzę na Gołębie.

- Ty jej powiedz - mówi Gołąb.

Ania zaczyna beczeć, a twarzy Piotrka nie widzę.

- Czekaj - mówi Anka nie wiem do kogo i przesada się do mnie na tył.

- Jedź już - zwraca się do Gołębia i mnie przytula.

- Mówcie kurwa co się stało! - zaczynam się naprawdę denerwować.

- Rafał... - duka Ania.

- Co Rafał? - dociekam, ale jej zachowanie mnie przeraża. Robi mi się zimno i pocą mi się dłonie. Czuję, że mam gęsią skórkę.

- Ścigali się z Grubym... I... Marta, kurwa... Boże... Ja pierdolę... On miał wypadek! To było okropne! - wybucha płaczem Ania. - Wszędzie krew, mnóstwo pierdolonej krwi! Miał połamane ręce i nogi! I nie wiadomo, czy w ogóle przeżył... - chlipie.

Nie wierzę. To nie jest prawda. Piotrek wyciera wierzchem dłoni twarz, ale to kurwa nie jest prawda. To mi się śni. To nie jest możliwe, bo Rafał jest moim ukochanym i nie mógł się kurwa teraz zabić zanim w ogóle zdążyłam mu powiedzieć, że będziemy mieli dzidziusia...

Patrzę na twarz przyjaciółki i czekam, aż się zacznie śmiać z wcale nieśmiesznego dowcipu.

- To jest wasz kiepski żart? - pytam przez zaciśnięte gardło.

- Kurwa, jak ja bym chciał - mówi Gołąb i słyszę gorycz w jego głosie.

- Gdzie on jest? - pytam z walącym sercem.

- W szpitalu w Sandomierzu, właśnie jedziemy do niego.

Serce mi wali, nogi drżą jak wibratory rotacyjne, a ja cała jestem przerażona i sparaliżowana strachem. Nie wiem co robić i nie potrafię się oswoić z myślą, że Niebieskooki mógłby umrzeć. Czuję jakby ktoś mi wbił nóż w serce. Jeśli Rafał umarł, to ja nie mam po co żyć.

W szpitalu byli już rodzice Rafała, jego siostra i Gruby. Wszyscy płakali. Błażej porwał mnie w niedźwiedzi uścisk i zaczął przepraszać i tłumaczyć, że to przez niego i że on nie chciał, że to miała być zabawa. Opowiadał mi co się stało, ale jego słowa docierały do mnie jak przez mgłę. Wyścig, za duża prędkość, upadek z wysoka, koziołkowanie z motorem i zajebiście długie czekanie na karetkę. Stan agonalny.

Chciałam zniknąć. Przestać istnieć. Zapaść się pod ziemię. Wyłączyć myśli, uczucia i całą świadomość. Byłam tak zdenerwowana, że dostałam drgawek na całym ciele. Siostra Rafała - Paulina, przywlekła do mnie pielęgniarkę i dostałam tabletkę jakiegoś gówna na uspokojenie, ale mi nie pomogła.

Powiedziała mi też, że ze wstępnych badań wynikło, że Rafał ma połamane obie nogi, prawą rękę razem z barkiem, cztery żebra, poważnie uszkodzony kręgosłup i wstrząs mózgu. Przy upadku trochę nadgryzł sobie język. To będzie cud, jeśli przeżyje noc.

Siedziałam na krzesełku i płakałam. Z bezradności, nieszczęścia i smutku. Nie szczególnie wierzyłam w Boga, ale w tamtej chwili modliłam się do niego, żeby nie zabierał mi Rafała.
-------------
* Chodzi o drogę krajową numer dziewięć
** Tarnobrzeg leży zdecydowanie bliżej Piaseczna, niż Sandomierz. Miasta należą do różnych województw i nie łamiąc prawa, karetka z Tarnobrzega nie może przyjechać do wypadku na terenie Sandomierza. Ale warto pamiętać, że ratownicy to też ludzie i czasem stawiają ludzkie życie ponad głupim prawem

-------------
Cześć Robaczki <3
Dziękuję za łapki <3
Pewnie macie mnie teraz ochotę zamordować, albo obrzucić kamieniami za los Rafałka
Co myślicie o tej części?

5 komentarzy

 
  • Wiktor

    Wiktor 18 sty 2018 ip:82160125

    O w mordę.  To się narobiło.  Super ze tak czesto dodajesz części.  Swietna część

  • Mysza

    Mysza 17 sty 2018 ip:94254242

    Matko boska! Czemuż to Rafał winny? Dobrze, że masz tę moc ratowania ludzi. Kochana ratuj go i ich związek. Dzidziuś w drodze, Marta nie może się denerwować.

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem 17 sty 2018

    Ja Cię proszę kobieto, nie rób mi tego bo nie przeżyje   Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział

  • Fanka

    Fanka 17 sty 2018

    Wiedziałam
    Ale ocal to proooosze!
    A część świetna i jak zawsze malo mi!!!!

  • Black

    Black 17 sty 2018

    Część jest zajebista i trochę za dużo emocji jak na moje biedne serce.... Czekam na więcej