Ciemne strony barmana cz.9

Ciemne strony barmana cz.9Wjechaliśmy w Aleje Mickiewicza, potem wzdłuż Konopnickiej i dalej w kierunku Swoszowic.Milczałem całą drogę i zastanawiałem się skąd u mnie tyle samozaparcia. Zacząłem żałować swojej decyzji, od której to wszystko się zaczęło. Zrozumiałem, że spaliłem dotychczasowe życie, a mogłem pisać dalej.

— Jesteśmy na miejscu — usłyszałem.
Zobaczyłem duży dom wśród zieleni.
— Gdzie my jesteśmy? — spytałem.
— W Ośrodku Psychoterapii i Terapii Uzależnień „ATENA” w Świątnikach Górnych — odpowiedział.
Weszliśmy do niewielkiego holu.
— Dzień dobry. — Antoni powitał rudowłosą dziewczynę w recepcji.
— Czym mogę służyć? — zapytała radośnie.
— Proszę dać znać prezesowi, że Antoni Karawan oczekuje.
Za chwilę pojawił się szpakowaty mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze.
— Witam stary koniu — wybuchnął śmiechem w kierunku Antoniego. — Kiedy zagramy w partyjkę brydża? — dorzucił.
— Witam serdecznie i pozwól, że ci przedstawię mojego kolegę — odrzekł Antoni.
— Tomasz Kolankowski — rzuciłem, podając dłoń.
— Eugeniusz Kielar — odpowiedział też uściskiem dłoni. — A teraz pozwólcie, że zaprowadzę was do sali, gdzie zobaczycie się z Maćkiem. A potem porozmawiamy o wszystkim — poinformował.

Ruszyliśmy za nim. Kiedy weszliśmy do sali, zobaczyłem chłopaka z długim warkoczem ze wplecionymi kolorowymi wstążkami. Siedział na podłodze ze skrzyżowanymi nogami, grał na gitarze i śpiewał ochrypłym, głębokim głosem. Na nasz widok się uśmiechnął. Naprężył jedną strunę i charakterystycznym ruchem głowy odrzucił kosmyk włosów z czoła. Pochylił głowę nad gitarą i uderzył w struny. Jego długie palce, wydawały się mieć jeszcze jeden dodatkowy staw.

— Teraz jestem duży i wiem, że w życiu piękne są tylko chwile, dlatego czasem warto żyć... Rozpłynęły się słowa z dźwiękami w przestrzeni.
Kiedy skończył, nastała cisza, jakby cały świat zastygł, a potem zabrzmiały oklaski.

— Antoni czy ty jeszcze czymś mnie dzisiaj zaskoczysz? — zapytałem drżącym głosem.
— Zaraz zobaczysz Tomaszu — odpowiedział.

W naszą stronę zbliżał się rozpromieniony Maciek. Chłopiec powitał nas cudownym uśmiechem i ciepłym głosem.
— Dzień dobry, panie Tomaszu — zwrócił się do mnie. — Witam wujku — rzucił w kierunku Karawana.
— Witaj chłopaku, czy jesteś gotowy na zmiany? — zapytał Antoni.
— Tak, tylko pójdę po rzeczy i zaraz wracam — odpowiedział.

Patrzyłem za nim, jak pokonywał schody, po trzy stopnie naraz. Jeszcze dwa lata temu znajdował się na skraju przepaści. Dzisiaj był niczym kolorowy ptak.
Antoni powiadomił mnie, że musi porozmawiać z profesorem, i oddalił się w stronę jego gabinetu. Wyszedłem przed ośrodek, usiadłem na ławce i zapaliłem papierosa. Powróciły wspomnienia sprzed prawie dwóch lat.

***

Siedziałem w barze Pod Papugami nad szklanką czystej, wsłuchany w Modlitwę Tadeusza Nalepy, która poruszała wszystkie moje trzewia. Zawsze, kiedy jej słuchałem, powodowała u mnie bolesny ucisk w gardle.

— Do Ciebie pieśnią wołam Panie, do Ciebie dzisiaj krzyczę w głos...

Obok szafy grającej na podłodze siedział chłopiec z gitarą. Jego widok przyciągnął mój wzrok. Był obrazem z końca lat sześćdziesiątych, dzieci kwiatów. Długie włosy przepasane na czole barwną opaską, a na szyi kolorowa krajka, na której zwisała gitara. Oczy patrzyły gdzieś w bezkresną dal. Odsłonięte przedramiona ukazywały ślady po wkłuciach. Chłopiec był całkowicie odizolowany od nas, a kolorowy ubiór był zaprzeczeniem jego szarej, zmęczonej twarzy. Przypomniałem sobie jedną z głównych idei tamtych kwiatów, była to WOLNOŚĆ. Pragnęli oni uciec od totalitarnego życia, często przy tym zatapiali się w narkotykach i kończyli marnie...
— Do Ciebie dzisiaj krzyczę w głos. Daj mi raz jeszcze od początku iść, daj mi szansę jeszcze raz... Wraz z Nalepą zaśpiewał pięknym, tubalnym głosem.

— Ładny ma głos — powiedziałem do barmana.
— No i co z tego — odburknął. — Skończy jak wszyscy ćpuni, pod płotem. Niech pan spojrzy jaka gitara? — Gibson — oznajmił. — Ciekawe, skąd taki łachudra ma taki sprzęt? — zachłysnął się śliną tak, że dostał napadu kaszlu.

Popatrzyłem na gitarę, ale za bardzo nie wiedziałem, w czym rzecz. Kiedy wychodziłem, chłopiec szarpał struny i wtórował śpiewem wraz z Tadeuszem.

— Ty ptakiem, chlebem, wszystkim jesteś dziś, lecz kamieniem nie bądź mi...

— Tomaszu! Nie śpij! — krzyknął mi do ucha Antoni.
Wyrwany z myśli popatrzyłem na Maćka, który pakował niewielki plecak do bagażnika. Wzrok mój padł też na gitarę. Kiedy usadowiliśmy się w samochodzie i ruszyliśmy w kierunku Krakowa.  
Antoni popatrzył na mnie i oznajmił.  
— Postanowiłem zaopiekować się Maćkiem i dać mu prawdziwy dom. — Chwilę milczał. — Już rozpocząłem procedury prawne w tym kierunku. — westchnął głęboko.
— Antoni to jest niesamowite, co ty robisz? — odezwałem się po dłuższej chwili. — Jesteś wielki! — Zakończyłem podniośle.
— Pan też jest w porzo — odezwał się Maciek i chwycił mnie za dłoń.

Poczułem dziwne uczucie, jego ręka była elektryzująco ciepła i wyjątkowo silna. Pomyślałem, skąd w tym kruchym ciele tyle mocy.
— Chciałem już dawno panu podziękować za to, co się wydarzyło wtedy w barze — powiedział cicho, usiłując ukryć drżenie głosu. — Gdyby nie pan, dzisiaj nie byłoby mnie z wami. Ściągnął z przegubu dłoni jeden z kilku rzemyków i podał mi go. Widniały na nim nieznane znaki.
— Dziękuję — wydusiłem z siebie wzruszony.
— No panowie, jesteśmy przy Urzędniczej! — krzyknął Antoni. — Tomasz wyskakuj i zadzwoń do Oleńki. Tylko pamiętaj! Nie myśl rozporkiem. — Zakończył.

Odebrałem Murkę od Marianny i zapytałem o Ewę. Uśmiechnęła się i kiwnęła głową, że wszystko w porządku.
Jak dawno nie byłem w barze — pomyślałem. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dziewiętnasta trzydzieści. Usiadłem na tarasie i mocno zaciągając się papierosem, wybrałem numer do Aleksandry.
— Halo! — zadźwięczało mi w uchu.
— Witam serdecznie panią, Tomasz Kolankowski kłania się do nóżek — powiedziałem jednym tchem.
— A witam, nawet myślałam dzisiaj o panu — zaszczebiotała Oleńka. — To kiedy możemy się spotkać? — zapytała.
— Nawet jutro, tak przy sobocie — zaproponowałem.
— Bardzo proszę. — I po krótkim namyśle dodała. — A co by pan powiedział, gdybym zabrała pana do mojego domku w Szczawnicy? — oświadczyła zdecydowanym tonem. Nie czekając na moją odpowiedź, zadecydowała. — Jutro o dziesiątej przyjadę po pana. Halo, czy jest tam ktoś? — zapiszczała.
— Jestem, jestem! Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie pani tą propozycją — odpowiedziałem. — Ale dobrze, zgadzam się.
— No to do jutra — zamruczała jak kotka.

Zaraz po tym wybrałem numer do Antoniego i zapoznałem go z jutrzejszym wyjazdem w góry. Dostałem od niego parę wskazówek i błogosławieństwo na drogę.

— Murka, idziemy! — krzyknąłem. — Czas złożyć wizytę spowiednikowi.
Gdy wszedłem w podwoje baru, twarz Szymona nagle pobladła.
— Dawno ciebie nie było — wypalił, spoglądając na mnie z ciekawością. — Czyżbyś chorował? — zapytał z sarkazmem w głosie.
— A wiesz? Nic mi nie było, wręcz przeciwnie, czuję się świetnie — odpowiedziałem. — Możesz mi podać to, co zawsze? — Zapaliłem papierosa i się zamyśliłem. — Spotkałem dzisiaj Maćka, masz pozdrowienia — rzuciłem z przekąsem, widząc, jak Szymon zaczyna się trząść i uporczywie wycierać szkło.  
Zaczyna się jego stały numer z trzęsionką. — Pomyślałem.  
— Pamiętasz, jak ten biedny chłopiec przyszedł z forsą, aby odzyskać gitarę i mały pakunek. Wyrzuciłeś go, bo spóźnił się niecałą godzinę. Tylko te kilkadziesiąt minut decydowało o jego dalszym losie, ty pierdolony, parszywy śmieciu. Wtedy wydałeś na tego chłopaka wyrok, bo wartość długu była niczym, w stosunku do tego ile były warte jego rzeczy. Ukradłeś mu gitarę, narzędzie pracy i towar, za który mógł stracić nawet życie. Gnoju! No ile dostałeś za Gibsona i marihuanę? Przyznaj się. — Jesteś potworem, ale zapamiętaj jedno człowieku. — Wypiłem łyk wódki. — Twój czas już powoli się kończy, zapłacisz za wszystko — wygarnąłem ze złością. — Powiesz coś skurwielu! — wrzasnąłem.
— Jesteś takim samym ćpunem jak ten pieprzony grajek — wydusił z siebie. — Alkoholik i narkoman. Nic na mnie nie macie, pierdolone wyrzutki. Takich ja wy powinno się izolować od społeczeństwa, zasrane darmozjady. A teraz wypierdalaj stąd, bo zadzwonię na policję — rozsierdził się.
— Ha, ha, ha — roześmiałem się jemu w twarz. — I kto to mówi? — Wstałem, a on złapał za telefon. — Nie bój się, jeńców nie biorę gnoju — odparłem. — Wrócę tu jeszcze. — rzuciłem na koniec i wyszedłem na świeże powietrze, bo zabrakło mi tchu.

— Późno już królewno — zwróciłem się do Murki. — A jutro mamy kolejną ważną misję. Ciekawe, co ta kokietka ma nam do zaoferowania?  

Myślałem nieustająco.

900 czyt.
100%112
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 1567 słów i 9441 znaków.

2 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 25 lipca

    Nieżyjący juz Tadeusz Nalepa gitarzysta, kompozytor , ikona polskiego bluesa. Przywołujesz wspomnienia

  • Duygu

    Duygu · 24 lipca

    Bardzo ciekawa część, przeczytałam jednym tchem. Świetnie się czyta. Ciekawe, co Ola ma do powiedzenia... Jest trochę podejrzana i tajemnicza...    Łapa w górę