Ciemne strony barmana cz. 8

Ciemne strony barmana cz. 8Obudziłem się z tępym bólem głowy i wiedziałem, że dzisiaj będę nieprzyjemny, znaczy do dupy.  
Myślałem dużo o tym, że czterdziestoośmioletni facet bawi się w detektywa, a ta zabawa zaczyna być niebezpieczna. Zaparzyłem codzienną, poranną kawę i wsunąłem się w wiklinowy fotel na tarasie. Murka robiła obchód swojego terenu. Wciągnąłem do płuc mocny papierosowy aromat i uśmiechnąłem się do swoich myśli. Nie jest tak źle, mam kogoś na tym świecie, siostrę, którą znam już parę lat. Były takie momenty, kiedy chciałem zaproponować jej wspólne zamieszkanie, ale coś mnie powstrzymywało. Nie było chemii między nami, a tu proszę, inne uczucie rozkwitnie.
— Tato, zrobiłeś mi jeszcze jedną fajną niespodziankę — powiedziałem do siebie.
— Pan coś do mnie mówił — zapiszczała sąsiadka.
Wyrosła jakby spod ziemi, nagle zaświtało mi w głowie i pomyślałem, jakim cudem ona wchodzi na moją posesję? Nie dzwoni, nikt jej nie otwiera?
— Ale pani mnie wystraszyła? — Zwróciłem się do niej. — Jak pani tutaj weszła? — zapytałem.
Zauważyłem u niej małą konsternację.
— Bramka była otwarta — wydusiła z siebie. — Trzeba zamykać, bo wie pan, ta srebrna terenówka ciągle tutaj krąży.
— Dobra, dobra — Przerwałem jej. — Zapraszam na kawę i nawet widzę, że pani przyniosła ciasto. Proszę sobie usiąść, a ja idę zrobić kawusi.
— Tylko panie Tomaszu mocną z mleczkiem i...
Nie usłyszałem już końcówki. Kiedy wróciłem na taras, ona siedziała w fotelu i głaskała Murkę. Postawiłem tacę z kawą, mlekiem i srebrną cukiernicą.
— Pamiętam ją — powiedziała.
— Kogo pani pamięta? — zapytałem.
— To cacko — odpowiedziała i wskazała na cukiernicę.
— Pani sąsiadko, nie będziemy rozmawiać o cukiernicy, tylko wie pani o czym? — powiedziałem stanowczo.
Upiła łyk kawy i rozpoczęła swoim jazgotem opowieść.
— Kiedy miałeś. — Tu żachnęła się i sprostowała. — Pan miał dwa lata, pamiętam jak dziś.
— Pani Marianno będzie mi miło, jeśli będzie mi pani mówiła per ty — zakomunikowałem. — Wstałem i pocałowałem jej dłoń.

Lekko się zarumieniła, ale ciągnęła dalej.
— Była grudniowa, mroźna noc, trzy dni przed wigilią, ktoś zapukał do moich drzwi. Spojrzałam na zegar i zrobiło mi się jakoś nieprzyjemnie, bo dochodziła północ. Podeszłam i zobaczyłam twojego ojca w samym szlafroku. Myślałam, że się coś stało, ale kiedy otworzyłam, Grzegorz poprosił mnie o przenocowanie go do rana. — Popatrzyła na mnie. — Wiem Tomaszu, że nie pamiętasz ojca, ale on cię bardzo kochał. Jesteś taki podobny do niego. Przegadaliśmy wtedy prawie do świtu. Rano okazało się, że ma temperaturę powyżej czterdziestu stopni. Nie było mowy o żadnym wyjeździe, więc zamówiłam wizytę lekarską. Obustronne zapalenie płuc brzmiała diagnoza. Nie chciał jednak jechać do szpitala, zatem pozostał na czas rekonwalescencji u mnie. Trzy dni walczyliśmy z gorączką. Majaczył, a ja jak mogłam, opiekowałam się nim, byłam niczym matka, a on synem, myłam go i zmieniłam przepoconą bieliznę, okładałam zimnymi ręcznikami. Wigilię spędziłam przy jego łóżku, ale w Boże Narodzenie usiedliśmy razem przy stole. Był bardzo słaby, jednak szybko wracał do zdrowia.
Jeden z pokojów na górze był od osiemnastu lat niezamieszkany, pozostał w takim samym stanie, w jakim zostawił go mój mąż Stefan. Dziwne to wszystko było, bo był takiej samej postury jak Grzegorz, więc ubranie pasowało jak ulał na twojego ojca. Okno z tego pokoju wychodziło na twój pokój, tam przesiadywał w ukryciu, aby nie zobaczyły go kobiety, które zabrały mu wszystko. Miał dwadzieścia osiem lat i żadnej perspektywy na przyszłość. Zaproponowałam mu wyjazd do domu moich nieżyjących teściów do Gdańska. Przyjął pomoc, chociaż ubolewał, że tak daleko będzie od ciebie. Zawarliśmy pomiędzy sobą cichy układ taki, że będę wysyłać wiadomości o tobie, a nawet wysyłałam też zdjęcia, które robiłam z ukrycia. Nie mieliśmy z mężem swoich dzieci, więc Grzegorz dla nas był jak syn.
Osiem lat po wyjeździe, w nocy tak jak przed laty zapukał do drzwi. Przywiózł papiery i zdjęcia. Prosił mnie o pieczę nad jego dwuletnią córką Ewą i jej matką Weroniką Prendką. Ten letni romans i układ ze strony tej kobiety był taki, że chciała tylko mieć dziecko i nic poza tym. Twój ojciec jednak zabezpieczył obie finansowo, a ja byłam powiernikiem. Gdy Ewa ukończyła studia Pedagogiczne i rozpoczęła pracę w szkole, to zamieszkała przy ulicy Królewskiej w domu, w którym dzisiaj mieści się bar „Pod Papugami”. Trzy lata później, matka jej nagle zachorowała. Kiedy zgłosiła się do szpitala, było już za późno. Zmarła na posocznicę moczanową. Ewa miała dwadzieścia dziewięć lat i bardzo to przeżyła. Przeprowadziła się do starego mieszkania, a swój dom przekształciła na swoją pierwszą działalność. Była bardzo asertywną i zorganizowaną kobietą, aż do czasu kiedy się zakochała w tym łajdaku, ale o tym już wiesz.
Twój ojciec uszanował wolę jej matki i nie zbliżał się nigdy do córki. Zresztą był daleko, a kiedy po śmierci Weroniki mógłby to zrobić, to już miał zaawansowaną cukrzycę i był na wózku. Tobie też nie chciał się ujawniać, aby nie być dla was ciężarem. — Zamilkła, po jej twarzy płynęły łzy.


— Kochana pani Marianno — szepnąłem. — Wstałem i objąłem tę kruchą, a zarazem tak silną kobietę. — Przepraszam za wszystko — powiedziałem i ucałowałem jej dłonie.
— Tomaszu, to ja cię przepraszam za to, że podejrzewałam cię o to, jak podle postąpiłeś ze swoim ojcem. Kiedy Grzegorz zadzwonił do mnie i powiedział, że zostawiłeś go samego, miałam ochotę cię udusić. Gdybym wiedziała trzy lata temu, to co wiem dzisiaj — westchnęła ciężko. — To byś zobaczył swojego ojca. On by umarł w spokoju. A tak...
— Ja byłem przy jego śmierci. — Przerwałem jej. — Chociaż był nieprzytomny, to jestem pewien, że umarł, wiedząc o wszystkim. Bo opowiadałem mu przez dwa dni o sobie i o tym, co się wydarzyło.
— To dobrze — uśmiechnęła się. — Kamień spadł mi z serca. I jeszcze jedno, mów do mnie babciu, Tomku.
— Z całą przyjemnością babciu — odpowiedziałem. Byłem tak zmęczony, że o nic już więcej nie pytałem.
Marianna wstała, zaprosiła nas na godzinę piętnastą na obiad i zaznaczyła, że czeka mnie niespodzianka. Poszła, a ja myślałem o Ewie, swojej siostrze. Z myśli wyrwał mnie dźwięk telefonu, kiedy odebrałem, usłyszałem cudny głosik.
— Witam panie Tomku, z tej strony Aleksandra Karawan. Czy możemy się zobaczyć w najbliższym czasie — zaszczebiotała uroczo? — Mam dla pana ciekawą propozycję? — Rzuciła zagadkowo.
— Kłaniam się pani Olu — odpowiedziałem. — Aktualnie nie mogę rozmawiać, oddzwonię do pani wieczorem, jeśli mogę.
— Oczywiście, bardzo proszę i będę czekać.
No to plan Antoniego wchodzi w życie, pomyślałem. Musimy obrać taktykę, chociaż Aleksandra to apetyczna i piękna kobieta, jednak nie mogę się w niej zatracić na zawsze, bo jest to niemożliwe. Ona gra tylko pewną rolę w moim życiu i nic więcej.

Mam zaproszenie na obiad do babci – pomyślałem. I tutaj „złapałem” się za język, już po raz drugi wypowiedziałem słowo babcia. Nie pamiętam, kiedy tak mówiłem do Eleonory. Zawsze pozostała babką albo zwracałem się do niej według konstrukcji pluralis maiestatis. Była oziębła i nieprzystępna w odróżnieniu od ciepłej i skromnej Marianny.
— Dlaczego tego wcześniej nie zauważyłem? — wyraziłem głośno zapytanie.
Już dosyć rozmyślań, muszę zorganizować coś na prezent dla niej. Pojechałem na Kleparz, tam wśród straganów, kiedy robiłem zakupy, wpadłem na pomysł, że kupię jej trochę różnorodnych owoców. Wybrałem najpiękniejsze. Wróciłem do domu i ułożyłem je w koszu, zszedłem do piwnicy gdzie wśród półek, wyszperałem butelkę nalewki z aronii jeszcze babki Eleonory. Na etykiecie wyczytałem, że osiem lat temu zrobiła ten specyfik. Może już przeterminował się... pomyślałem.
Wyszedłem na górę i dołożyłem nalewkę do koszyka, a całość zwieńczyłem herbacianą różą.
— No Murka możemy już iść. — Spojrzałem w jej kierunku.
Podążyłem prosto do domu Marianny. Po dzwonku bramka odskoczyła i wszedłem na jej posesję, w drzwiach domu ukazała się gospodyni. Wilczyca oczywiście pierwsza obszczekała i zaznaczyła teren.
— Witam ponownie — powiedziałem. — Jak tu uroczo, zza ogrodzenia nie widać tych pięknych krzewów i kwiatów. — Zachwyciłem się. A kiedy wszedłem do stołowego, moim oczom ukazał się miły obraz, o jakim nawet nie marzyłem. Byli wszyscy, oprócz mnie.
— Dzień dobry — wydusiłem z siebie.
— Ha, ha, ha — śmiech Antoniego rozbrzmiewał po pokoju. — Tomaszu, wyglądasz tak, jakbyś zobaczył ducha. — Zakończył.
— Antoni! Już ci kiedyś mówiłem, że mnie wkurwiasz okrutnie, ale jeśli możesz, to rób to jak najczęściej — zaśmiałem się głośno. Po czym uścisnąłem Ewę.
— A teraz mój jedyny wnuku, pozwól, że zabiorę cię do kuchni — powiedziała gospodyni. — Pomożesz mi przy obiedzie.
Poddałem się całkowicie jej rządom i ruszyłem w kierunku kuchni.
— Wiesz, Ewa jeszcze nie wie o tobie, że jesteś jej bratem. — Usłyszałem. — I niech tak na razie zostanie, dopóki nie dojdzie do sił. Będzie teraz mieszkać u mnie i blisko ciebie.
— Dobrze babciu — odpowiedziałem. A ona przytuliła mnie jak nikt, nigdy dotąd mnie nie przytulał.
Obiad był wyśmienity, a kiedy podano deser... ciepłą szarlotkę z lodami polaną czekoladą, to już było apogeum obżarstwa.
Ewa siedziała spokojna, ale widziałem jej wewnętrzny ból i te oczy patrzące gdzieś daleko. Już niedługo siostrzyczko, wszystko się skończy.
Antoni starał się rozładować atmosferę swoimi dowcipami i wspomnieniami. Jednak na jej twarzy rzadko pojawiał się uśmiech.
— Przepraszam państwa, ale pójdę się położyć — wyszeptała Ewa.
Marianna wstała.
— Nie trzeba babciu — uśmiechając się, zniknęła za drzwiami.

Ciszę, jaka zapanowała po jej wyjściu, przerwała Marianna, mówiąc.

— Panowie, teraz możemy spokojnie omówić dalsze kroki. I to zadanie dla ciebie Tomaszu — westchnęła ciężko.
— Zadzwonisz do Aleksandry i umówisz się z nią jak najszybciej  — zadecydował Antoni i drapiąc się po łysinie. — Musisz ją rozkochać w sobie i nie dać się jej omamić.
— Pamiętaj Tomaszu to wyrachowana kobieta — skwitowała Marianna.

Zamyśliłem się i nie byłem pewny, czego ja tak naprawdę chcę. Oleńka mnie pociągała i chciałbym z nią być, ale z drugiej strony...

— Obudź się! — krzyknął Karawan. — Ona ma coś, co ty będziesz musiał wykraść. Zaznaczam jednak, że to zadanie jest bardzo trudne do wykonania — stwierdził. — Czarny notes formatu A5. Musimy go mieć, a wtedy już nikt nam nie przeszkodzi. Będzie to twardy dowód dla policji — poinformował mnie, a komisarz będzie ukontentowany — chrząknął. — A za dwa tygodnie zabierzesz ją na Międzynarodową Wystawę Kotów Rasowych organizowaną w Hali Sportowej Politechniki Krakowskiej. Bo Oleńka bardzo lubi koty, i z tego co wiem, już nie ma miejsc na wystawę —  oznajmił z dumą. — A tutaj Tomaszu masz legitymację członkowską Krakowskiego Klubu Felinologicznego i dwie wejściówki dla specjalnych gości. Jesteś już honorowym członkiem od paru lat, i tym u Aleksandry zapunktujesz..
— Tylko kochaniutki uważaj na siebie — odezwała się Marianna, do tej pory milcząca.  — Bo to niebezpieczne towarzystwo.
— A teraz panna Murka zostanie z paniami, a my pojedziemy w jedno miejsce —  zakomunikował Antoni.
Znowu postawił mnie przed faktem dokonanym. Wstałem.  

974 czyt.
100%124
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 2113 słów i 12131 znaków, zaktualizowała 23 lip o 8:55.

4 komentarze

 
  • angie

    angie · 24 lipca

    Coraz więcej postaci i wątków. Ja bym nie ogarnęła jako autorka. Szacun!

  • Duygu

    Duygu · 23 lipca

    Dotarłam! Niezwykle dobrze się czyta. Pani sąsiadka bardzo mnie zaskoczyła. Wzruszająca historia, ale zarazem mrożąca krew w żyłach. 5. łapa ode mnie  

  • Speker

    Speker · 23 lipca

    Rewelacyjny układ zdarzeń i wątków. Miło się czyta.

  • AnonimS

    AnonimS · 23 lipca

    Akcja się rozwija. Pozdrawiam