Ciemne strony barmana cz.18

Ciemne strony barmana cz.18Znowu zadzwonił telefon.  
— Halo — wydobyłem z siebie ledwo słyszalny głos.
— Dzień dobry — dzwonię z wydawnictwa. Joanna Serwański — czy rozmawiam z panem Kolankowskim? — zapytała.
— Tak, witam panią — odpowiedziałem.  
— Czy pan będzie tak miły i odwiedzi nas — powiedziała stanowczo. — Jesteśmy wciąż otwarci i gotowi do współpracy.  
— Bardzo mi przykro, ale w tej chwili nie mogę nic pani obiecać — odpowiedziałem.  
— Ależ, dlaczego Panie Tomaszu? Jesteśmy już na ostatniej prostej — westchnęła — tylko parę szyć i będziemy razem świętować — podsumowała niezrozumiałą dla mnie rozmowę.  
Przede mną jak spod ziemi wyrosła Marianna i dawała jakieś znaki. Rozłączyłem się. Przez chwilę staliśmy w milczeniu. Ja natomiast zagotowałem się w środku. Wnioskowałem z jej miny, że o czymś nie wiem.  
— Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? — zapytałem zdenerwowany.  
— Może nie stójmy tak, usiądźmy — zaproponowała wystraszona.  
Usiadłem pierwszy, ona delikatnie klapnęła na rogu sofy.  
— Już nie udawaj, że się tak boisz — stwierdziłem ironicznie, a widząc jej minę —  parsknąłem śmiechem.  
— Bo wiesz? — zaczęła dukać. — Wtedy z tej piwnicy wzięłam twój maszynopis; nawet odzyskałam też te części, które ukradł ci Szymon i właśnie trzeba je zanieść do wydawnictwa.  
— Kiedy chciałaś mi o tym powiedzieć? — spytałem. — Czy już zawsze, ktoś będzie za mnie decydował? — Kiedy to się skończy! — krzyczałem, aż Murka skryła się pod fotelem. Ja za niedługo skończę czterdzieści siedem lat i nie chcę być już niańczony. Najpierw babka i matka, a teraz ty podejmujesz za moimi plecami sprawy, które dotyczą wyłącznie mnie. Teraz wiem, że wiedziałaś! — wrzeszczałem — wtedy, kiedy mnie zakuwano w kajdanki jak jakiegoś mordercę i prowadzono mnie; pamiętasz, co krzyczałaś? Choć już wiedziałaś, że w piwnicy nie dokonano żadnego morderstwa, grałaś swoją rolę do końca. Lemański też wiedział, co nie? — spojrzałem na nią.  
Siedziała wpatrzona we mnie. Była wystraszona i taka bezbronna. Zrobiło mi się jej żal. Zapaliłem papierosa i patrzyłem na nią. Ciągnąłem dalej...  
— Wszystko zaplanowaliście za mnie i myśleliście, że mnie uszczęśliwiacie. Czy zapytaliście mnie, czy ja tego chcę? — krzyczałem. — Nie mam pojęcia, gdzie się podziało moje dzieciństwo, młodość i miłość. Nie wiem, co będzie jutro? Czy nie zadzwoni Lemański i powie, że mam się ożenić z Lidką — rzuciłem.  
— Tomaszu jesteś niesprawiedliwy — szepnęła Marianna. — To wszystko dla twojego dobra...  
— W dupie mam takie dobro — odpowiedziałem. — Jestem niewolnikiem we własnym domu. Nie mam prywatności, bo gdzie się nie ruszę, wszędzie zjawiasz się ty. Mam już tego dosyć.  
Wyszła tak cicho, jak się pojawiła. Ja zostałem ze swoim rozgoryczeniem. Spojrzałem na zegar, dochodziła czternasta. Doprowadziłem swój wygląd do normalności. Byłem gotowy. Murka też wstała do wyjścia. Jednak na komendę zostań, wróciła na swój pled bardzo nieszczęśliwa. Wziąłem teczkę z papierami i wyszedłem z domu. Na przystanku Urzędniczej wsiadłem w tramwaj i dojechałem do Bagateli, a stamtąd już piechotą ruszyłem w kierunku Sławkowskiej. Po drodze kupiłem u kwiaciarki bukiet herbacianych róż.  
Kiedy stanąłem przed kamienicą, przypomniałem sobie, kiedy ponad dwie dekady temu stałem tak samo, jak dzisiaj pod bramą. Tylko byłem dużo młodszy, wtedy jeszcze studentem. Zadzwoniłem domofonem, bez słowa sygnał powiadomił mnie o otwarciu drzwi. Pchnąłem i po wejściu do holu, wsiadłem do windy. Drugie piętro... cholera, które mieszkanie się zastanawiałem.  
— Mam teczkę — szepnąłem — siedem i pierwsze piętro, nie drugie. Kiedy wyszedłem z windy, drzwi do mieszkania były otwarte. Z niepokojem znalazłem się w przedpokoju, ujrzałem Melanię.  
— Dzień dobry ciociu — przywitałem się, całując w rękę, wręczyłem jej róże.  
— Oh, jakie piękne w moim ulubionym kolorze — mówiła zachwycona. — Pamiętałeś, tylko zapomniałeś o tym, żeby mówić mi po imieniu — pogroziła palcem.  
Weszliśmy do salonu, gdzie za chwilę przy herbacie Melania opowiedziała, w czym rzecz. Kiedyś cała dwupiętrowa kamienica należała do rodziny Hajduków. Jednak kiedy po wojnie wprowadzono przymusową państwową gospodarkę lokalami mieszkalnymi tzw. kwaterunek. Kamienica została zasiedlona przez rodziny. Nam pozostawiono dwa mieszkania na pierwszym piętrze, gdzie ojciec miał gabinet; właśnie teraz ja mieszkam i na drugim dla rodziny. Resztę mieszkań zasiedlono. Do dzisiaj mieszkają pierwsi lokatorzy lub ich potomkowie. Po1989 roku część lokali na parterze odzyskaliśmy, gdzie wynajęliśmy na działalność usługową. Obecnie znajduje się tam winiarnia z ogródkiem. A ja dwanaście lat temu przeprowadziłam się na pierwsze piętro. Mieszkanie po mnie stało puste. Dziewięć, może osiem lat temu zadzwonił mężczyzna z zapytaniem o wynajem. Umówiłam się z nim, wzbudził u mnie pozytywne wrażenie. Jeszcze powołał się na Stanisława; wiesz kto to? Ponoć był jego dalekim krewnym. Dzisiaj wiem, że to było kłamstwem. Wówczas wszystko się zgadzało. Był dobrze przygotowany. To był Janusz Zawitowski. Miły, sympatyczny i uczynny. Szybko zdobył moje zaufanie. Miałam znajomości i pomogłam mu zrobić aplikację prawniczą. Już wtedy namawiał mnie na wypowiedzenie Sanockim lokalu. Chciał mocno ruszyć i założyć własną Kancelarię Prawniczą. Nie zgodziłam się i całe szczęście. Znalazł coś na Starowiślnej. Dwa lata temu zachorowałam. Ciężkie zapalenie płuc z powikłaniem. Janusz nie powiem; bardzo mi pomógł. Jednak w tej całej filantropii miał swój cel.  
— Melanio — przerwałem jej. — Pozwolisz, że pójdę na balkon zapalić?  
— Tomaszu, nie krępuje się, pal tutaj — odpowiedziała. — Tylko uchyl okno — proszę.  
Patrzyłem na nią i miałem wyrzuty sumienia.  
— Kiedy wyzdrowiałam, poprosiłam go o sporządzenie testamentu. Chciałam uregulować dla swoich lokatorów sprawy mieszkaniowe. Bardzo zżyłam się z tymi rodzinami i pomyślałam przekazać im po mojej śmierci mieszkania na własność, poprzez zasiedlenie. Miałam swojego prawnika. Jednak Zawitowski był pod ręką. Ty się nie odzywałeś, a jak wiesz, nie miałam już nikogo bliskiego. O tobie też pomyślałam — westchnęła. — Parter i moje mieszkanie oraz pewną sumę pieniędzy. W końcu jesteś poniekąd moim synem...  
Podszedłem i mocno przytuliłem się do niej.  
— Nigdy bym się nie dowiedziała, że po mojej śmierci cała kamienica przeszłaby w jego ręce, gdybym nie zobaczyła w gazecie zdjęcia i komunikatu o aresztowaniu. Wtedy otworzyłam duplikat testamentu i dokładnie przeczytałam treść — odetchnęła z ulgą.  
— Jak mi wstyd — rzekłem. — Gdybym utrzymywał z tobą kontakt, nigdy by do tego nie doszło. Chcę ci powiedzieć, że ja też zostałem przez nich oszukany. Opowiedziałem jej o swojej sprawie, o ojcu, Ewie i Mariannie. O swojej depresji; o której nikomu nie mówiłem.  
Kiedy skończyłem, Melania wstała i wyjęła z szuflady opasły notatnik.  
— Tomaszu to jest moje życie. Przyrzeknij mi, że przeczytasz po mojej śmierci i postarasz się o to, aby przeczytali też inni. Wierzę w ciebie — zakończyła.  
Znowu zostawiasz zadanie dla mnie — pomyślałem i się roześmiałem. Ona patrzyła i nic nie rozumiała. Spojrzałem na zegar... prawie cztery godzin minęło, a ja nie czułem się znużony.  
Wyszedłem na zewnątrz. Uderzyło mnie ciepłe powietrze. O tej porze tłoczno i gwarno było w okolicach Rynku. Niebo powoli z odcienia ciemnego błękitu przechodziło w atramentowy granat. Stylizowane latarnie, krzykliwe neony oraz sklepowe witryny nadawały temu miejscu magii. Kraków w ogóle jest magiczny nocą. Feeria woni z mijanych przeze mnie licznych lokali wywoływała zawrót głowy. Szedłem i byłem nadzwyczaj spokojny, bo dzisiaj dostałem porządną lekcję życia. Wiedziałem co mam zrobić? Kiedy dotarłem do domu, było dwadzieścia po dwudziestej drugiej. Murka po przywitaniu się, wybiegła do ogrodu. Zobaczyłem na stole plik kartek maszynopisu i pęk kluczy.  
— Oho — mruknąłem.  
Marianna się pogniewała. Niech się trochę pomartwi. Wyjąłem komórkę i włączyłem. Zobaczyłem kilkanaście nieodebranych rozmów; Krzysztof, Ewa i Antoni.  
— A pocałujcie mnie w dupę — skwitowałem.  
Wiedziałem, że muszę gdzieś ukryć pamiętnik Melanii. Pewnie nie będzie to dom.  
Dwa następne dni spędziłem przy maszynie do pisania. Jakoś niespodziewanie dostałem weny do tworzenia. Motorem była ostatnia wola mojej babki przekazania schedy po wydaniu mojej pierwszej książki; Coraz bardziej ta oferta zaczęła mnie interesować.
Telefon milczał; wysłałem wiadomość do Ewy... konspiracja bądź dzisiaj u Zalipianek, godz. 17:00...

595 czyt.
100%72
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 1520 słów i 9083 znaków, zaktualizowała 10 wrz o 21:33.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 11 września

    Witaj
    Bardzo dobra część. Trzymasz poziom. Biedna Marianna i Tomasz. Marianna to dla mnie wielka zagadka, ale lubię ją coraz bardziej. Mam nadzieję, że Tomasz znajdzie miłość swojego życia.
    Całuski

  • AnonimS

    AnonimS · 11 września

    Niekończąca się opowieść... ale fajnie ze piszesz to był zart. Zestaw na tak. Pozdrawiam