Ciemne strony barmana cz.3

Ciemne strony barmana cz.3Wróciłem do domu nad ranem. Kiedy podchodziłem do ogrodzenia mojej posiadłości, zobaczyłem u tej dwulicowej sąsiadki poruszające się zasłony w oknie. Nigdy mi jakoś nie przeszkadzały, ale po tej wczorajszej akcji, czułem pogardę i wstręt, do niej, do jej zasranych firanek, które jak peryskop prześwietlały okolice. Miałem jednak satysfakcję, że mojego planu nie odkryła. Wniosek taki, że była złym obserwatorem.
Pewnie znowu tam siedzi stara prukwa i podgląda sąsiadów — pomyślałem. Poczułem straszną ochotę pokazać jej środkowy palec, ale się powstrzymałem.
Moja olbrzymia rajska jabłoń stała w całej okazałości w ogrodzie, ale gdy przekroczyłem bramkę, ujrzałem obraz jak po bitwie. Część trawnika była przekopana, moje azalie i inne krzewy zniszczone doszczętnie, a oczko wodne już nie mieniło się kroplami wody. Szkoda tylko rybek, pewnie zginęły gdzieś w ziemi.
Na drzwiach wejściowych do domu widniał napis MORDERCA, namalowany czerwonym sprayem i naklejona żółta taśma z czarnym napisem, POLICE LINE DO NOT CROSS.

— Cholera jasna — powiedziałem głośno do siebie.

Z tego, co wiadomo, nie wolno zrywać naklejonych przez policję taśm. Więc czeka mnie kolejna wizyta na komisariacie, a to mi wcale nie było na rękę. Chciałem się wykąpać i odespać dwie zerwane noce. Nagle za sobą usłyszałem głos mojej sąsiadki. Odwróciłem się i zobaczyłem szlafrok i papiloty.

— Panie Tomku tak mi przykro, słyszałam w telewizji, że to wszystko nieporozumienie. Wiedziałam od samego początku, że jest pan porządnym człowiekiem. — Tym swoim jazgotliwym głosikiem trajkotała jak nakręcona. — Co tu się działo panie kochany, ale ja wszystkiego pilnowałam, żeby nic nie zginęło i nikt się nie prześliznął — spojrzała na mnie.

Stałem i też patrzyłem na nią, byłem tak wściekły, że nie wytrzymałem.
— Pani Marianno — krzyknąłem, aż w zaroślach ptaki się poruszyły. — Niech się pani stąd wynosi i więcej nie przychodzi — oznajmiłem dobitnie, acz niemiłym głosem.

— Co pan? — wydusiła z siebie. — To ja z sercem na dłoni, a sąsiad tak mnie traktyje.
—Wypierdalaj stąd babo, bo nie ręczę za siebie — wrzasnąłem.

Jeszcze coś mamrotała pod nosem, ale zaczęła się powoli wycofywać tyłem do bramki, a ja po raz pierwszy w życiu miałem jaja jak prawdziwy mężczyzna.
— Besame mucho — zanuciłem i wybrałem numer do inspektora Lemańskiego. — Dzień dobry, przy telefonie Kolankowski... ten sam i chciałem zapytać, co mam zrobić z tymi plombami na drzwiach.

— A witam wariata — roześmiał się. — Zaraz wyślę ekipę do pana i oni to załatwią. — Po czym szybko rozłączył.

Usiadłem na schodach, z torby foliowej wyjąłem piwo, pociągnąłem z pół butelki złocistego płynu i zapaliłem papierosa, poczułem się jak stuprocentowy facet po przejściach.
— Wreszcie wolny! — zakrzyczałem na cały głos. — Skoro jestem wariatem, to wolno mi — zakończyłem monolog.
W myśli jednak układałem plan sprzątania tego całego burdelu. Piwnica zostanie na sam koniec, bo najpierw muszę się zastanowić jak pochować to moje wielkie dzieło, morderstwo doskonałe. Obmyślałem spotkanie z tym pieprzonym barmanem i wiedziałem już jak mam to rozegrać. Uśmiechnąłem się nawet do swoich myśli.
Przyjechali za niedługo stróże prawa... dlaczego oni zawsze chodzą parami? Usunęli taśmę, coś podpisałem i wreszcie wszedłem do domu. Oprócz totalnego bałaganu wszystko było na swoim miejscu. Zobaczyłem na kolejnych drzwiach do piwnicy, takie same taśmy, wypadłem szybko na zewnątrz, ale radiowozu już nie było. Odjechali.

— I tak dziś tam nie wejdę — powiedziałem.

Wróciłem i udałem się do łazienki, o dziwo stwierdziłem, że wanna stoi na swoim miejscu. Odkręciłem kurki i skierowałem swe kroki do kuchni. Nagle pod stopą lewej nogi coś zgrzytnęło, spojrzałem i zobaczyłem wgniecione szkło w portret babki Sydoni.
— Następna do kompletu — stęknąłem. — Jeszcze jedna gdzieś tu musi być, moja kochana mamunia Eleonora i można dzwonić po Karawan.
Po kąpieli zadzwoniłem po pepperoni do zaprzyjaźnionej pizzerii i jakie było moje zdziwienie, kiedy odmówiono mi dostawy.
— A pies wam mordę lizał — wrzasnąłem.
Zrobiłem jajecznicę z pięciu jaj, bo tyle tylko było w lodówce i po raz pierwszy w życiu według swojego przepisu.

— Od dzisiaj wszystko robię, tak jak ja chcę — popatrzyłem na półkę, gdzie stała jej fotografia. — O Boże nie ma jej — załkałem. — Gdzie jesteś Eleonoro?

Wszystkie znaki na niebie mówiły, że ktoś ją ukradł. W tej chwili nie miało to większego znaczenia, zjadłem jajecznicę, popiłem piwem i walnąłem się na sofę. Morfeusz utulił ramionami, unosząc mnie do krainy snu. Spałem długo, ze snu wyrwała mnie wzmożona diureza po piwie, która zmusiła do pójścia, do toalety. Spojrzałem na zegar, było dwadzieścia minut po północy. Szybko załatwiłem potrzebę fizjologiczną i usnąłem ponownie bez trudu.
Obudziłem się w samo południe, zlany potem nikotynowo-alkoholowym. Wziąłem szybki prysznic i wypiłem mocną kawę z dużą ilością cukru. Zadzwoniłem do firmy sprzątającej, umówiliśmy się na jutro. Poszedłem do garażu, zobaczyłem swojego poczciwego volkswagena, stało cudo, ale miał trochę zdemolowane siedzenia, więc przykryłem je kocem. Usiadłem za kierownicą, wcisnąłem sprzęgło, gaz i powoli wycofałem, ruszył. Jechałem w stronę ulicy Rybnej do schroniska dla zwierząt.
Wreszcie zrobię to, o czym marzyłem od dziecka, wezmę psa i będę z nim do końca mojego życia.
Wracałem cały w skowronkach, na tylnym siedzeniu leżała piękna trzyletnia wilczyca i patrzyła na mnie tak, jak nikt inny dotąd. Po drodze zahaczyłem o weterynarza i sklep zoologiczny. Piękna panna miała zamieszkać u mnie, więc musiała mieć bogaty posag.

— Murka! — krzyknąłem. — Będziesz na imię mieć Murka — zamyśliłem się, a przed moimi oczami stanął ojciec.

Opuścił mnie, kiedy miałem dwa lata, nie mógł wytrzymać atmosfery, jaka panowała w domu. Był zawsze niewolnikiem, a  kiedy przyniósł do domu małą suczkę, właśnie Murkę, wtedy nastąpiło apogeum. Babka Sydonia wyrzuciła go z domu.

— Gdzie jesteś tato? — pytałem głośno siebie, aż wilczyca zaskomlała. — Dlaczego właśnie dzisiaj, tato — szepnąłem.

Trzy dni minęło, dom lśnił czystością, a ogród powrócił do dawnego wyglądu. Została już tylko piwnica i pochówek. Poprosiłem ekipę na pojutrze, oznajmiając, że zostawię im klucze i dostaną ode mnie ważne wskazówki, dotyczące jej sprzątania.
— Halo, czy dodzwoniłem się do Zakładu Pogrzebowego Karawan przy Rakowickiej — zapytałem.
— Tak, w czym mogę pomóc? — mocnym barytonem odezwał się mężczyzna.
— Tomasz Kolankowski z tej strony, czy ja mogę zamówić usługę na popojutrze — westchnąłem. — Jest trochę nietypowa, bo chodzi o przewiezienie do Lasu Borkowskiego pewnej skrzynki, a raczej coś w rodzaju małej trumny, którą to wykonacie w swoim zakładzie.
— Miło mi, jestem Antoni Karawan i nie bardzo wiem, o co panu chodzi — zaplątał się w słowach. — Ale na spokojnie sobie to jakoś wyjaśnimy.
Długo trwało rozpracowanie sprawy, ale doszliśmy wreszcie do pewnego konsensusu.
— Klient nasz pan, więc wszystko dopniemy tak, aby było dobrze — zapewniał pan Antoni. — Ale muszę przyznać, że jest to pierwsze takie zlecenie dla naszej branży.
— To do zobaczenia w piątek — odpowiedziałem zadowolony.

Murka odkąd zamieszkała ze mną nie odstępowała mnie na krok. Więc była świadkiem mojej rozmowy z panem Karawanem. Bardzo dziwny zbieg okoliczności z tym nazwiskiem i firmą pogrzebową, pomyślałem.
Odświeżyłem się, ubrałem czystą koszulę i razem z piękną sunią podążyliśmy w stronę baru Pod Papugą.
Barman, gdy mnie ujrzał, zbladł i złapał za telefon. Wilczyca cicho zawarczała i machnęła ogonem na znak, że jest przy mnie.
— Dzwoń spowiedniku wielki, jeśli chcesz się po raz drugi ośmieszyć — roześmiałem mu się w twarz.
Nic nie powiedział, tylko zapytał.
— Czy podać coś?
— To, co zwykle — odpowiedziałem.
Z szafy grającej ktoś puszczał Bluesa o czwartej nad ranem w wykonaniu Starego Dobrego Małżeństwa. Zasłuchałem się,
Murka leżała obok mnie na podłodze. Wyjąłem fajki i zapaliłem.
— Czy moja królewna może dostać miskę wody? — zapytałem.
Barman skinął głową i za chwilę przyniósł.
— No, więc niech pan wreszcie wydusi z siebie tę ciekawość — spojrzałem na niego. — Wiem, że aż pan sika po nogach, aby poznać szczegóły — zakpiłem drwiąco.
— Co ja mogę? — popatrzył na mnie. — Tylko przeprosić, że to wszystko tak się zakończyło i...
— W dupę wsadź sobie te przeprosiny — krzyknąłem. — Trzeba było zobaczyć mój dom. A moje nerwy?

Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie, płynęły smętne słowa bluesa. A ja byłem właśnie teraz, najszczęśliwszym człowiekiem na tej planecie.
— Poproszę to samo, uniosłem w górę pustą szklankę. I nic już nie kombinuj w tej swojej łepetynie — zwróciłem się do barmana. — Jeśli powiesz mi jak facet z jajami, że bardzo pragniesz, abym ci opowiedział o morderstwie doskonałym — wypiłem łyk wódki. — To opowiem ze szczegółami, a na popojutrze zaproszę na pogrzeb.
Widziałem jego błysk w oczach, ten sam co tamtej nocy i pomyślałem, że to całe zajście nic go nie nauczyło. Dalej był taki sam jak moja babka, matka i sąsiadka, wścibski i wredny.
Spojrzałem na znajomy zegar, dochodziła dziewiętnasta. Kelner pucował szkło i nagle się odezwał.
— To niech pan mi opowie, co tam zaszło w tej piwnicy, proszę. — Zobaczyłem, jak po kryjomu włączył nagrywanie w telefonie.
— Dobrze, ale jutro — oznajmiłem i razem z Murką opuściłem podwoje baru, nucąc pod nosem. — I jeszcze strażak wszedł na solo, ten z Mariackiej Wieży... W takt bluesa, niczym we mgle zniknęliśmy za drzwiami baru.

837 czyt.
100%193
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 1806 słów i 10233 znaków, zaktualizowała 22 lip o 19:49.

3 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 23 lipca

    Naprawdę wciąga, jestem pod wrażeniem. Świetnie się czyta. Zasłużona łapa  

  • Speker

    Speker · 3 lipca

    Cholera, ciekawie się czyta. Czy ten Szymek będzie chował zdjęcia i pamiątki, tym samym chowając przeszłość?  
    P.s. światła ultrafioletowego nie widać gołym okiem
    Fajniusza część.

  • AnonimS

    AnonimS · 3 lipca

    Ciekawe co to.za morderstwo doskonałe. Wg mnie nie ma takich.