Ciemne strony barmana cz.17

Ciemne strony barmana cz.17Zapaliłem, zaciągając się mocno. Zacząłem opowieść o Melanii, mojej matce chrzestnej. Kiedy się urodziłem, ponoć babka Sydonia sporządziła listę znanych osobistości i spośród nich wybierała kandydatów na rodziców chrzestnych dla pierwszego męskiego potomka rodziny Kolankowskich. Dzisiaj taka procedura zwie się castingiem. Nazwisko mojego ojca nie miało żadnego znaczenia dla babki, tak samo, jak nazwisko jej męża Ignacego Radomskiego. Dla niej najważniejsze było nazwisko jej ojca Tomasza Hajduka, znanego krakowskiego chirurga, a Melania była bratanicą pradziadka. Zresztą znaną lekarką od dzieci. Dzisiaj to już kobieta w sile wieku, około osiemdziesięciu dziewięć lat. Nigdy nie wyszła za mąż, poświęciła się pracy zawodowej.

Kilkadziesiąt lat temu cały Kraków huczał o romansie młodej lekarki z podstarzałym już dyrektorem Kliniki Uniwersyteckiej profesorem Stanisławem Pelczarskim i z tej wielkiej miłości urodził się syn, lecz trzy dni po porodzie zmarł. Melania już nie mogła się podnieść psychicznie i całkowicie wpadła w wir pracy naukowej. Całe swoje życie poświęciła dzieciom i badaniom. Z dyżuru schodziła w podziemia Kliniki, gdzie miała swoją pracownię. Oprócz tego wykładała też na Uniwersytecie.

Według babki Sydonii, Melania była potępiona i skazana na rodzinną banicję, a mnie całkowicie odizolowano od matki chrzestnej. Jako czteroletnie dziecko szybko zapomniałem o niej. Wspomnienia powróciły na studiach, kiedy w czytelni naukowej wpadły w moje ręce jej prace. Rozpocząłem pierwsze śledztwo. Miła bibliotekarka pomogła odnaleźć wszystkie publikacje tej zdolnej, acz niewynoszącej się pani profesor.
Pewnego czerwcowego popołudnia po ostatnim zdanym egzaminie udałem się w stronę ulicy Sławkowskiej. Pod bramą kamienicy przystanąłem, wahając się, czy powinienem po tylu latach odgrzebywać wspomnienia. Chodziło szczególnie o Melanię. Jednak w środku coś mi mówiło...dzwoń. Wycisnąłem przycisk i usłyszałem melodyjny głos.

— Słucham, kto tam? — zapytała.
— Nazywam się Tomasz Kolankowski — odpowiedziałem — słyszałem jej bicie serca w głośniku domofonu — cisza i nagle...
— Wejdź, proszę — łamiącym głosem zaprosiła mnie — drugie piętro, mieszkania dwanaście — dodała.

Drzwi odskoczyły, wszedłem do korytarza i nie windą, tylko po schodach biegłem jak wariat na górę. Chciałem jak najszybciej zobaczyć Melanię. W końcu była moją drugą mamą.  
Kiedy dobiegłem do drzwi, były już uchylone i usłyszałem głos z oddali — zamknij — za chwilę ukazała się ona, tuląc mnie mocno do piersi. Staliśmy chwilę. A kiedy już siedzieliśmy przy stole, obserwowałem ją, jak z gracją nalewa herbatę z dzbanka i podsuwa talerz z brioszkami*.

— Jedz kochanie, bo tak mizernie wyglądasz — mówiła.

Jej wielkie i żywe oczy przypominały oczy babki Sydonii. Jednak były inne? Bardziej ciepłe, a kiedy patrzyła na mnie, czułem gwałtowne uderzenie serca. Chyba zbyt długo przypatrywałem się Melanii, bo znów popatrzyła na mnie, tym razem z uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech i to spojrzenie miały niewymowny urok, odejmowały w jednej chwili wszystkie lata, które nosiła na karku, nie zawsze szczęśliwe. Przywracały jej wygląd dziewczyny. A przecież była już po sześćdziesiątce.
Przegadaliśmy prawie trzy godziny. Poznałem jej pasję do teatru, była człowiekiem o żelaznej uczciwości. Srogim aniołem. Właśnie od tamtego letniego popołudnia, życie moje nabrało innej rzeczywistości. Zabierała mnie na sztuki do Teatru Słowackiego. Do Piwnicy pod Baranami, mówiłem do niej po imieniu... po prostu Melania.

Jednak z biegiem lat, kiedy zacząłem pisać i kochać swoją samotność, powoli oddalałem się od niej. Aż zupełnie zapomniałem o niej. Tak biję się w piersi – Mea Culpa i dlatego boję się tego spotkania jak jasna cholera. Nie potrafię spojrzeć jej w oczy jak dawniej.

— Proszę, tutaj są dokumenty, które otrzymałem od niej — może Krzysztofie spojrzysz i powiesz mi co mam robić? — zapytałem.
— Znam Tomaszu ich treść — oznajmił. — Jutro pójdziesz i wszystko naprawisz, a my zajmiemy się sprawą, bo w końcu testament ciebie dotyczy — zakończył. — Chyba nie pozwolisz tym draniom na kolejne bezprawne działanie. Zresztą już podjęliśmy wstępne rozeznanie sprawy.

Popatrzyłem po nich i nie potrafiłem wydobyć słowa. Jeszcze parę miesięcy byłem sam jak palec, a dzisiaj mam rodzinę i przyjaciół.
Wróciłem do domu, nie poszedłem do Marianny. Chciałem być sam. Za chwilę zjawiła się ona, ale tylko popatrzyła na mnie i już wiedziała, że lepiej będzie, jak się wycofa.

— Zostawiłam ci kolację na stole w kuchni — rzuciła na pożegnanie i położyła mi dłoń na ramieniu. Po czym się oddaliła.

Tej nocy wypiłem sporo i opaliłem się jak komin. Przebiegłem całe swoje dotychczasowe życie i zrobiłem rachunek sumienia. Obudziłem się w fotelu na tarasie, kiedy dochodziła jedenasta.
— A jednak ta Marianna musiała? — powiedziałem głośno, zrzucając z siebie ciepły pled.
Poczułem ból w skroniach.
— Kac gigant Panie Kolankowski — zawyłem.

Ogarnąłem swoją posturę, wypiłem mocną kawę z dużą ilością cukru i zająłem się przeglądaniem dokumentów od Melanii. To, co zobaczyłem, spowodowało, że zagotowało mnie w środku.
Znowu na dokumentach widniało nazwisko tego przydupasa Janusza Zawitowskiego i pieczęć jego Kancelarii Prawniczej.
Pomimo mojej sporej wiedzy o meandrach prawa nic nie rozumiałem. Paragrafy, ustępy, aneksy, prawa i obowiązki były dla mnie nie do ogarnięcia. Wyszedłem na taras i wsunąłem się w ratanowy fotel. W cieniu, jaki dawała rajska jabłonka, przymknąłem oczy i myślami sięgnąłem wstecz.
Jaka ona jest i jak wygląda? — zdawałem pytania. Czy będzie mieć do mnie żal za moje milczenie? — myślałem.

— Jestem zwykłym draniem — powiedziałem głośno sam do siebie.

Wróciłem do domu i zająłem się papierami. Tym razem dopatrzyłem się oszustwa w białych rękawiczkach. Kiedy pakowałem dokumenty do teczki, zadzwoniła komórka. Lekko przytłumiony dzwonek, który rozległ się z głębi kieszeni spodni, przestraszył mnie. Spojrzałem na ekran i poczułem niepokój. Wstałem i podszedłem do okna.




*Brioche, brioszki-francuskie maślane bułeczki drożdżowe pieczone w różnych kształtach i z różnorakim nadzieniem (przeważnie figowym).

364 czyt.
100%72
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 1131 słów i 6571 znaków, zaktualizowała 31 sie o 10:11.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 31 sie 20:14

    Zasłużona łapka zostawiona już wcześniej. Jak zawsze dobrze napisane. Tomasz ma dużo przemyśleń i trosk. Melania nie miała łatwego życia. Ciekawe, co będzie dalej...  

    Pozdrawiam serdecznie  

  • AnonimS

    AnonimS · 31 sie 11:02 ·

    Ciekawy odcinek. Pogmatwane losy bohatera. Pozdrawiam