Ciemne strony barmana cz.10

Ciemne strony barmana cz.10Zaraz po przyjściu z baru postanowiłem szybko pójść do łóżka. Jednak myśli nagromadzone w głowie mocno dawały znać o sobie. Zapaliłem papierosa i wyszedłem na taras, stałem spoglądając na niebo pełne gwiazd. Gdzieś tam pewnie jest i moja – pomyślałem.  
Nagle usłyszałem przyjazne szczekanie Murki, zszedłem z tarasu i spojrzałem w kierunku bramki. Zobaczyłem kontur postaci, kiedy podszedłem bliżej, aż nie mogłem uwierzyć... To była Ewa.  
— Nie przeszkadzam? — zapytała. — Widziałam cię kiedy wracałeś i pomyślałam...  
— Wejdź, proszę. — Żachnąłem się i otworzyłem metalowe podwoje mojego ogrodu.  
Skierowała swe kroki na taras i usiadła w ratanowym fotelu.  
— Czego się napijesz? — spytałem.  
— Jeśli można to czystej z wodą — odpowiedziała.  
Nawet lubi to co ja, myślałem. Spojrzałem na zegar, dochodziła dwudziesta druga. Przygotowałam dwie wódki i coś na ząb. Po drodze zabrałem pled, okryłem nim Ewę. Usiadłem naprzeciwko niej. Spoglądała w niebo.
  —Tomaszu! — Ty nawet nie wiesz jak ja się cieszę, że jesteśmy rodzeństwem — wyszeptała z uśmiechem.  — Kiedy dzisiaj Marianna powiedziała mi o tym, chciałam od razu biec do ciebie. — Wstała i podeszła do mnie.  
Objąłem ją i przez chwilę w ciszy, wsłuchiwaliśmy się w bicie naszych serc. Jaka ona wątła, a zarazem miała tyle siły w sobie.  
— Ewa ja też się cieszę, że mam siostrę — wydusiłem z siebie.
Przegadaliśmy razem do północy i jeszcze trochę czasu. Nawet Murka opuściła nas już dawno i poszła na swoje posłanie. Głównym tematem naszej rozmowy były wspomnienia z dzieciństwa i oczywiście nasz ojciec Grzegorz. Kiedy odprowadziłem Ewę i wróciłem do siebie, byłem tak zmęczony, ale jakoś inaczej niż zwykle. Zasnąłem natychmiast. Obudził mnie dzwonek telefonu.  

— Czas wstawać, panie Kolankowski — krzyknąłem i podążyłem w stronę łazienki, wcześniej otworzyłem drzwi na taras.  
Murka wybiegła do ogrodu. Miałem jeszcze dwadzieścia minut czasu do przyjazdu Aleksandry, kiedy nagle jak spod ziemi wyrosła przede mną Marianna.  

— Wszelki duch Pana Boga chwali — wrzasnąłem z uśmiechem. — Kiedyś babciu przez ciebie zejdę na zawał — stwierdziłem z ulgą.  
— Kochanie! — Marianna nieco podniosła głos. — Boję się o ciebie i dlatego chcę ci dać namiary do mojego znajomego w Szczawnicy, gdybyś potrzebował pomocy — westchnęła głęboko i podała mi wizytówkę.  
— Ależ Marianno nic się stać nie może, przecież nie jedziemy na odludzie, tylko...  
Usłyszeliśmy klakson samochodu.  
— Murka zostaje ze mną — zakomunikowała i proszę, uważaj na siebie — rzuciła na koniec z troską.  
Wziąłem kurtkę z wieszaka, torbę z rzeczami i wybiegłem z domu.  
Biały Mercedes – Benz CLA stał w całej swej okazałości przed bramą. Rzeczy rzuciłem na tylne siedzenie, a sam usiadłem na przodzie, witając się szarmancko z Aleksandrą.  
— Dzień dobry, jak miło z rana ujrzeć anioła — wypowiedziałem te słowa z uśmiechem.  
— Tą swoją uroczą furtką w górnym uzębieniu potrafi pan rozgonić wszystkie smutki i dąsy na twarzy — zripostowała moje powitanie. — Czy możemy mówić sobie po imieniu — dodała.  
— Ależ oczywiście, Tomasz — odparłem.  
Poczułem jej prawą dłoń na moim udzie. Była ciepła jakby... naelektryzowana, a jej mrowienie przeszło wzdłuż uda, aż do ramion, i dalej do kręgosłupa, łechtając delikatnie moje całe ciało.  
— Otrząśnij się! — Coś mówiło mi wewnątrz, ale to podniecenie było silniejsze.  
— Znajomi i przyjaciele zwracają się do mnie Ola, ale dla ciebie jestem Oleńka — wyszeptała i zabrała dłoń z uda. — Bruderszaft wypijemy przy świecach.  
Jechaliśmy w milczeniu. Przebicie się przez zakopiankę zwłaszcza w weekendy, było nie lada wyczynem. Za Myślenicami zobaczyłem od północy napływające ciemnoszare chmury, których grube i stalowe szpony coraz szybciej zbliżały się do żółtej tarczy słońca. Niebo rozdarł srebrny blask błyskawicy. Wzdrygnąłem się.  
— To tylko burza — powiedziała Ola, widząc mój strach.
Zrobiło mi się wstyd.  
— Nie łam się — wtrąciła. — Lubię jak mężczyzna jest trochę małym chłopcem — mruknęła uroczo.
Pierwsze wielkie krople pojawiły się tuż za Kasinką Małą. Deszcz łomotał o dach samochodu. Ogromne krople rozpryskiwały się na szybie z głośnym dudnieniem. Zaczęły bić pioruny jeden po drugim, a wiatr ciskał o jezdnię strugami wody i kawałkami gałęzi.  
— Może lepiej gdzieś przeczekajmy burzę — zaproponowałem.  
— Spokojnie, dojeżdżamy do Mszany Dolnej i tam się zatrzymamy — odpowiedziała. — W całkiem przyjemnym Zajeździe "Jeździec", a właścicielem jest mój przyjaciel ze wschodu — zamilkła na chwilę. — Sasza Garłanicki — dokończyła.  

Za zakrętem wyłonił się duży parking, a za nim solidny drewniany dom. Wysiedliśmy i szybko ruszyliśmy w stronę drzwi zajazdu. Drobne kamyczki chrzęściły pod butami. W środku panował gwar i było tłoczno. Rozejrzałem się za wolnym stolikiem i niestety wszystkie były zajęte. Aromat pieczonego mięsa spowodował u mnie narastający głód. Aleksandra szepnęła coś barmanowi i po chwili zza wahadłowych drzwi wyłonił się wysoki, barczysty mężczyzna z dwudniowym zarostem, który podkreślał jego kształtną szczękę.  
— Kogoż to moje łoczy wiżu. — Niskim głosem ze wschodnim akcentem przywitał i objął ją w pasie, mocno przyciągając do siebie. Poczułem zazdrość.  
— Oh Sasza, jesteśmy przyjazdem w drodze do Szczawnicy i gdyby nie burza? — zakończyła uśmiechem.  
Sasza zaprowadził nas do małej sali, gdzie siedziała już jakaś para. Na stole pojawiło się jadło i picie. Oleńka co chwilę wstawała od stołu, odbierając połączenia. Burza nie przestawała, wręcz przeciwnie nasilała się. Sasza poinformował nas, że Raba przybrała i grozi wystąpieniem z brzegów. Więc nasza dalsza podróż była pod znakiem zapytania. Po chwili zadecydowaliśmy o pozostaniu, była piętnasta dwadzieścia i prognozy meteorologiczne nie wskazywały na poprawę pogody.  
Oleńka dała Saszy klucze od samochodu i za jakiś moment zaprowadzono nas do salonu na poddasze zajazdu. Nasze bagaże były już w pokoju. Obok znajdowały się dwie sypialnie z łazienkami.  
Pewnie to taka gra — pomyślałem.  
Oleńka brała prysznic, a ja wyszedłem na kryty taras i zapaliłem papierosa. Cholera skąd ta znajomość z Ukraińcem? Zastanawiałem się. Wróciłem do salonu i usłyszałem wibrujący telefon Oli. Na wyświetlaczu widniał Janusz. Ten przydupas Szymona.  
Też wziąłem prysznic i przebrałem się. Kiedy wszedłem do salonu zobaczyłem Oleńkę w ramionach Saszy.  
— O jesteś! — krzyknęła — rozmawiamy o naszych interesach. — Może przyłączysz się. Bo to także dotyczy ciebie. — Popatrzyła kokieteryjnie w moją stronę.  
— Czewo się napijusz? — zapytał Sasza.
— Czystej — odpowiedziałem. — Mój wzrok padł na czarny notes.  
Obok też leżały jakieś kartki papieru spięte metalową klamrą. To pewnie ten notes o którym mówił Antoni.  
— Bo wiesz? — odezwała się Oleńka. — Sasza jest właścicielem tartaku na Ukrainie. Z którego usług korzysta moja firma pogrzebowa — rzuciła zagadkowo.  

Rozległo się płukanie do drzwi i do pokoju wjechał zastawiony stolik, kierowany przez kelnera.  

— I to jest Tomaszu ten interes do zrobienia — ciągnęła Aleksandra.  
— Ale nie bardzo rozumiem, co ja mam wspólnego z tym interesem? — zapytałem.  
— Łot ty durak — zagadnął Sasza. — Majesz las i drzewa. Tu w Polsze możemy wybudować też tartak. Napijutsa  za naszo i waszo pryjazń. — Wzniósł w górę szkło i stuknął się z nami.  

Zobaczyłem bokiem jak Oleńka wylewa zawartość szklanki do misy z kamieniami, stojącej na podłodze. Pomyślałem o Mariannie i jej słowa... uważaj na siebie.  
Sasza nalewał, myśląc, że ja piję. Ja natomiast ulewałem wódkę w tapicerkę sofy. I wszyscy udawaliśmy. Kiedy już miałem dość i przysypiałem, zaniesiono mnie do sypialni.
  
— Smotri Oleńka, twoj muszczyna zeszczał się — stwierdził Sasza, spoglądając na plamy.  
— Szybko, do rana trzeba zdążyć — ponaglała Ola. — Janusz już jedzie, za niecałe pół godziny będzie tutaj. Papiery mamy już przygotowane, tylko wpisać numery i podpis Tomasza — mówiła nerwowo. Ale to już prawnik wie, jak to zrobić.  
Widziałem przez niedomknięte oczy jak grzebią w moich rzeczach i czegoś szukają. Nie znajdą dokumentów, ponieważ wcześniej ukryłem je pod podłogą koło mojego łóżka.  
— Job twoju mać — zaklął Ukrainiec. — Nie ma nic, prócz tełefonu — obwieścił. — Szo zdiełajesz Aleksandro?  
— Zejdźmy do samochodu, może tam zgubił? — zawołała. — Czy to możliwe, żeby wyjechał bez dowodu?  
Wychodząc jednak zabrała papiery i notes. Zrobiła się cisza, wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Jak na patelni widziałem co się dzieje na parkingu. Za chwilę przyjechał srebrny Van i wysiadł z niego Janusz. Nie słyszałem co mówią, ale wszyscy zachowywali się dość emocjonalnie. Chodzili, nerwowo wymachiwali rękami, aż w końcu Janusz odjechał. Ola wróciła nad ranem. Ja udawałem, że śpię. Byłem jednak szczęśliwy, że ich plan nie wypalił. Nie wiedzieli też o tym, że wszystko było nagrywane. Antoni wyposażyl mnie w odpowiedni zegarek.

Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Po wczorajszej ulewie zapowiadał się słoneczny dzień. Ciekawe co znowu Aleksandra wymyśli? Wziąłem prysznic, a kiedy goliłem się i spoglądałem w lustro, dalej byłem sobą i to jest najważniejsze, pomyślałem. Wyszedłem na taras, zaciągnąłem się mocno aromatem papierosa, oparty o balustradę myślałem o całej sprawie. Musiałem zadzwonić do Antoniego, ale ten moment wydał mi się nieodpowiedni. Nagle poczułem jak ktoś obejmuje mnie w pasie.  
— Dzień dobry — zamruczała. — Piękny dzień mamy. Po burzy zawsze przychodzi spokój.  
— Dobry dzień — odpowiedziałem i ucałowałem jej dłonie.  
Pachniały wanilią, a ona cała była jak z żurnala. Czułem moje rozdygotane wnetrze. Pochyliłem się ku jej ślicznej szyi. Też pachniała... Miałem mętlik w głowie. Dlaczego ona tak pociągała i fascynowała mnie? Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie. Miała zamknięte oczy. Pocałowałem jej uśmiech.  
Potrzasnęła głową i odepchnęła gwałtownie.  
— Tomaszu! Nie tak od razu — powiedziała władczym tonem. —  Ochłoń! I zejdź na śniadanie. — Czekam na dole — oznajmiła.  

Zostałem. Co ona kombinuje?... Zastanawiałem się. Ale to ja jestem sprytniejszy i to ja gram pierwsze skrzypce. Chcesz bawić się mną, to będziemy, ale tak jak ja zechcę.  
— Zaczynamy pani Aleksandro zabawę. — Zakończyłem swój monolog.  
Przebrałem koszulę na t- shirt, ten który podkreślał moje atuty... klatę. Zbiegłem jak sarna po schodach. Kiedy wszedłem do sali, zobaczyłem zachwyt w jej oczach. Udałem, że nie interesuje mnie to.  
— Proszę, karta dla pana — uśmiechnęła się kelnerka.  
Odwzajemniłem jej tym samym. Bez zaglądania w menu poprosiłem mocną czarną kawę i jajka na bekonie. Oleńka zaś smakowała się rogalikiem z konfiturami i piła kawę ze śmietanką.  
— Tomaszu! Czy po śniadaniu pozwolisz, że cię opuszczę na godzinkę? — zapytała. — Bo Sasza zabiera mnie do Łącka. Na omówienie interesów. Ludzie biznesu nie śpią. Zapamiętaj to sobie! — krzyknęła lekko wzburzona.
— Ależ oczywiście. Jedź i baw się dobrze — odpowiedziałem z uśmiechem.
— Pójdę jeszcze na górę, zabrać kilka drobiazgów — zaskomlała.  

I już jej nie było. Pewnie poszła przeszukać jeszcze raz moje rzeczy... pomyślałem. Dopiłem kawę i błądziłem w myślach. Oleńka nie dawała mi spokoju. Roztrzepana, ale świetnie zorganizowana. Naturalnie piękna, czy piękna dzięki skalpelowi. Poważna i nieprzystępna, a jednak w towarzystwie zrzucała sztywny pancerz i przeobrażała się w ciepłą i sympatyczną kobietę. Wyskok z Łąckiem też coś znaczył? — Tylko co do cholery?  — zapytałem siebie w myślach.  
Przecież ona bawi się ze mną. I gdzie jest Sasza? Odwróciłem głowę w kierunku kelnerki.  
— Proszę, czego pan sobie życzy? — spytała.  
— Chciałem zapłacić. — Nie dokończyłem...  
— Goście Saszy nie płacą — odpowiedziała, uśmiechając się uroczo.  

Wstałem od stołu, zostawiając suty napiwek i udałem się do pokoju. Wokół panował idealny porządek, jakby nikt tutaj nie przebywał. Moje rzeczy były poukładane w jednym miejscu. A rzeczy Oli zniknęły. Zerknąłem pod łóżko, wiedziałem, że będą szukać. Ale oni nie wiedzieli, że ja tego byłem pewny. Dokumenty były bezpieczne. Wyszedłem na taras i spojrzałem na parking. Białego Mercedesa też na nim nie było. Zapaliłem i starałem się uspokoić. Czy czekać, czy wracać do Krakowa? Godzinka już dawno minęła. Zgasiłem kolejnego papierosa, zabrałem rzeczy i zbiegłem na dół. Cały czas czułem czyjś oddech na plecach.  
— Czy pan już nas opuszcza? — zapytała kelnerka.  
— Z pewnością tak — odpowiedziałem zagadkowo.  

I dopiero teraz zobaczyłem za barem tęgiego mężczyznę. Opasujący pulchne ciało fartuch był tak biały, że aż raził w oczy. A jego czerwona morda była ogromna i groźna, że aż mnie zmroziło.
  
— Luba! — wrzasnął barman, kierując wzrok w drewniane drzwi, które ktoś właśnie otworzył.  

Wyszła zza nich krągła dziewczyna z długim jasnym warkoczem. Ubrana w kwiecistą spódnicę do kostek i białą, wiązaną koszulę z dużym dekoltem. Czarny gorset z cekinami, ściśnięty w talii tak mocno, że bujne piersi wylewały się zza głębokiego wycięcia bluzki.  
— Czemu tak paszczu drzesz? — zapytała.  
Barman znacząco mrugnął do niej. Wiedziałem, że muszę uciekać. Nic nie mówiąc, szybko znalazłem się na zewnątrz. Poczułem wreszcie świeże powietrze. Rozglądałem się by obadać teren. Nie jest tak źle. Byłem przy głównej drodze. Z dala zobaczyłem pędzące samochody.
Za niedługo jechałem busem w stronę Krakowa. Cały czas czułem na plecach ten oddech. Rosły typ, który wsiadł na następnym przystanku nie podobał mi się.  
Może zadzwonić do Antoniego? — pomyślałem.  
Gdy nagle mój telefon zaczął wibrować w kieszeni. Antoni! Nieomal nie krzyknąłem.  

— Co tam kochanie, stęskniłaś się? — zapytałem dla zmylenia.  

Antoni też zrozumiał i po chwili rozłączył się. Dowiedziałem, że dopadła go rwa kulszowa, ale postara się być u Marianny po południu.  

Wysłałem do niego wiadomość... Sasza Garłanicki? Wracam do domu.

992 czyt.
100%113
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 2578 słów i 14898 znaków.

3 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 26 lipca

    W końcu miałam czas, żeby przeczytać! Łapkę dałam już wcześniej    Hohoho, dzieje się. Jestem ciekawa, jak dalej się to wszystko potoczy... Tomasz dąży do celu. Zagadka goni zagadkę... Trzymam kciuki za wenę  

  • AnonimS

    AnonimS · 26 lipca

    Kryminał jak się  patrzy. Pozdrawiam

  • Speker

    Speker · 26 lipca

    Ale numery...
    Intryga goni kryminał, robi się ciekawie