Ciemne strony barmana cz.6

Ciemne strony barmana cz.6Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą dużą oszkloną ścianę, za którą znajdowały się stanowiska do monitorowania stanu ogólnego pacjentów. Chciałem odwrócić na bok głowę, ale poczułem ból. Powoli powracała do mnie świadomość tego, co się stało. Po chwili przy łóżku pojawiła się pielęgniarka wraz z doktorem.
— Panie Kolankowski, nazywam się Adrian Łosiak i jestem lekarzem prowadzącym — przedstawił się. — Czy pamięta pan, jak się tu znalazł? — zapytał.
— Coś sobie przypominam — syknąłem z bólu.
— Spokojnie, jeśli to jest bolesny wysiłek, proszę nic nie mówić. Dwa dni temu karetka przywiozła pana nieprzytomnego z urazem głowy. Obecnie sytuacja jest opanowana, ale musimy jeszcze poobserwować pański stan. Jeżeli wszystko będzie dobrze, to pod koniec tygodnia wypiszemy pacjenta do domu — Poinformował pielęgniarkę oddziałową.

— Co z moim psem doktorze? — spytałem.— Ja mieszkam sam i oprócz siebie nie mamy nikogo. Czy ktoś mnie znalazł? — Nerwowo zacząłem się ruszać, co sprawiało ból. — Ona panie doktorze nie ma pewnie wody?
Dotknął mojego ramienia i odpowiedział.
— Proszę się uspokoić, to właśnie pies powiadomił pańską sąsiadkę, szczekaniem i drapaniem w drzwi. Gdyby nie on, nie wiadomo, czy ktoś by pana tam w tych krzakach znalazł.
— Jakie krzaki, przecież to stało się prawie koło domu, na chodniku. — wydusiłem z siebie.
Aparatura do której byłem podłączony sygnalizowała jakiś problem. Podano mi dożylnie lek, po którym natychmiast usnąłem. Spałem do następnego dnia, a może dłużej i kiedy się obudziłem, byłem już w lepszej kondycji niż wcześniej.
— Wreszcie pan wrócił do nas — Ujrzałem nad sobą młodą dziewczynę w zielonym kitlu. Jej głos był tak kojący, wśród tej ciszy, a jego tembr współgrał z całą atmosferą tego miejsca.
— Musimy wykonać toaletę, pomoże mi pan? — uśmiechnęła się.
— Ale ja mogę to uczynić sam — odrzekłem, czułem się zażenowany tą propozycją.
— Oczywiście, ale dopóki pan tutaj leży to pozwoli, że ja to zrobię — utwierdziła mnie w swojej stanowczości.
Chociaż czułem się całkiem dobrze, to byłem skazany na jej pomoc, ponieważ przywiązano mnie do łóżka różnymi wężykami i cewnikami.
— Przepraszam, a jaki mamy dzisiaj dzień? — zapytałem.
— Środa — odpowiedziała.
— To ja już czwarty dzień — Zdążyłem policzyć w myślach. — Jestem tutaj siostrzyczko — stwierdziłem. Ale pewnie nie słyszała, bo oddaliła się za szklaną ścianę. Przymknąłem oczy i powoli zacząłem odtwarzać sobotni wieczór. Byłem wtedy na rauszu, ale nie na takim, aby nie wiedzieć, kto był sprawcą. Pewnie ten kochaś barmana. Odwróciłem głowę w kierunku szafki, lecz poczułem bolesny ucisk w okolicy potylicy. Pewnie chodziło im o pendrajwa? Czy oni są tak głupi, czy to ja wyglądam na takiego idiotę, zastanowiłem się nad moją diagnozą.
Po wizycie odłączono mój organizm od aparatury, po czym uruchomiono mnie i przeniesiono na dwuosobową salę chorych. Miałem rację, wśród moich rzeczy brakowało tego mocnego dowodu. Mogłem zginąć, pomyślałem, więc trzeba jak najszybciej doprowadzić barmana przed oblicze Temidy. Musi ponieść karę za wszystkie krzywdy jakie wyrządził ludziom. Ale jeszcze trochę pobawię się z nim i niech on zacznie się bać, a wtedy to ja odkryję wszystkie karty.
Po obiedzie mój lekarz prowadzący poinformował, że jak nic się nie zmieni, to w piątek opuszczę szpital. Po tej wiadomości usnąłem. Czułem jak ktoś głaska mnie po policzku, była to pani Marianna.
— Chwała Bogu, panie kochany co ja się tamtego wieczoru najadłam strachu — wyrzuciła jednym tchem z siebie. — Kiedy ta biedna psina, a jaka ona mądra panie Tomaszu, jak ona mnie ciągnęła za szlafrok w ten żywopłot z tego kolczastego ognika, wie pan ten przy Urzędniczej — złapała powietrze. — Ale co tam ja pana męczę, mam tutaj dla pana rosołek, sama gotowałam, pyrkał na małym ogniu parę godzin. Proszę wszystko tu mam i nawet kawałeczek wołowinki, mięciutkiej i serniczek...
Złapałem ją za rękę dosyć mocno, bo inaczej nigdy by nie przestała jazgotać.
— Pani Marianno, czy Murka jest u pani i jak ona to znosi  — zapytałem.
— Wszystko z nią w porządku, w dzień biega po swojej posesji, bo wie pan, że to srebrne auto dalej krąży koło pańskiego domu — oznajmiła. — Czy to czasem nie ten typ pana tak załatwił?
W drzwiach ukazało się dwóch funkcjonariuszy i pani Marianna musiała wyjść. Podziękowałem jej za odwiedziny i opiekę nad Murką. Powiadomiłem ją, że pojutrze już wychodzę. Na do widzenia poprosiłem o jej numer telefonu.
— Starszy aspirant Maciej Styczeń i aspirant Krzysztof Antonik — przedstawili się. — Jesteśmy tutaj w sprawie pańskiego pobicia. Czy jest pan na tyle mocny, aby nam odpowiedzieć na parę pytań — zapytał wyższy rangą.
Przedstawiłem im bardzo ogólnie przebieg tamtego zajścia, powołując się na niepamięć i powiadomiłem, że nie zgłaszam doniesienia, bo i tak po jakimś czasie śledztwo zostanie umorzone z braku dowodów. Czym bardzo się oburzyli. Nie chciałem na razie nic zdradzać.
Po ich wyjściu pielęgniarka dokooptowała na puste łóżko, nowego pacjenta.
Całkiem fajny gość, skorzystałem z jego ładowarki, a wieczorem zadzwoniłem do sąsiadki i poprosiłem, żeby była czujna na mój dom. Chociaż wiem, że stale to czyni, ale ona tego nie wiedziała. Szybko rozłączyłem się, bo jej głos był jak młot pneumatyczny, ale jedno musiałem jej przyznać, że stanęła na wysokości zadania.
Kiedy wróciłem do domu, Murka z radości, aż się posikała. Pieszczochom i czułościom nie było końca. Jakby nie patrzeć, to ona uratowała mnie, może nawet od śmierci. Przewietrzyłem dom, przebrałem się i zerkając w lustro, stwierdziłem, że nawet mi do twarzy w tym czepcu Hipokratesa. Więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeszcze dziś złożyć wizytę Szymonowi.
W barze było dosyć głośno, i kiedy zacząłem opowieść o prawie własności do tego lokalu, musiałem podnosić głos. Barman był tak blady, że bałem się, aby nie umarł na zawał przed pójściem do więzienia.
— Czy znasz Szymonie Ewę Prendką? — zapytałem. — Dawną właścicielkę tego baru. Wiesz, gdzie ona przebywa teraz, pewnie nie? — Popatrzyłem w oczy draniowi.
— Ile chcesz skurwielu za milczenie — syknął ze złości.
— Chcę widzieć cię za kratami, to jest moja cena — odpowiedziałem. — Ewa znajduje się na oddziale zamkniętym, próbowała popełnić samobójstwo, a ty mi mówisz o milczeniu. Zabrałeś jej wszystko z tym swoim pieprzonym chłoptasiem. Zresztą co ja ci będę mówić, przecież macie mojego pendrajwa — zamilkłem, chciało mi się rzygać na jego widok.
— Nic nie zrobisz, mam wszystko w papierach poukładane, a pamięć dobrze ukryłem — warknął.
— To jednak ty byłeś sprawcą mojego pobicia. — Wstałem i splunąłem mu prosto w twarz.  
Zobaczyłem nienawiść w na całym obliczu i zaciśnięte zęby. Zacząłem się bać.

Siedziałem na tarasie otulony pledem, piłem swój boski napój, mocny i z dużą ilością cukru. Myślałem o wczorajszym dniu, a przed oczami cały czas miałem twarz tego łajdaka. Zrozumiałem, że jest to człowiek niebezpieczny, nie zabija, ale powoli doprowadza swoje ofiary do samounicestwienia się. Co robić dalej? Zadawałem sobie pytanie w myślach. Czy zadzwonić do inspektora Krzysztofa Lemańskiego, czy dalej karmić się autodestrukcją barmana i jego kochasia. Z jednej strony obawiałem się, a z drugiej nie chciałem pozbawiać siebie widoku powolnego konania Szymona. Z myśli obudził mnie dźwięk telefonu.
— Dzień dobry, witam przy sobocie panie Tomaszu — mocny baryton wbijał się w mój bębenek. — Wróciłem i chciałbym zakończyć naszą transakcję. Kiedy możemy się spotkać?
— A serdecznie witam i choćby nawet dzisiaj panie Antoni — zaproponowałem.
— To może o czternastej. Jest taki przy Karmelickiej przyjemny ogródek Avati — Tu na chwilę zaciął się. — A może pan coś wybierze?
— Znam ten uroczy zakątek, jest w porządku — stwierdziłem.
— No to do zobaczenia panie Tomaszu, nie wiedziałem, że zna pan takie perełki. — Zakończył.
Powróciłem do swojej porannej sjesty i wciągając mocno dym nikotynowy pomyślałem o Oleńce. Dobrze się składa, może coś dowiem się o niej od jej eksmałżonka. Murka zaczęła przyjaźnie szczekać, zobaczyłem moją ukochaną sąsiadkę, jak zwykle w szlafroku i kolorowymi papilotami na głowie. Niosła coś na talerzu, uśmiechała się, a wilczyca tańczyła wokół niej skocznego.
— Proszę panie Tomku, przyniosłam śniadanko dla pana i oczywiście dla uroczej bohaterki. — Położyła na płytkach tarasu chrząstki wołowe.
— Pani Marianno, rozpieszcza mi pani moją królewnę i mnie przy okazji. — Ze smakiem ugryzłem grzankę z sadzonym jajkiem na boczku.
Kiedy poszła, zastanowiłem się nad jedną rzeczą. Przecież ja nic o niej nie wiem. Pamiętam ją od małego dziecka i tylko dzień dobry i nic więcej. Czy miała męża, dzieci i czy ma rodzinę? Jakie to smutne, pomyślałem.
— Sydonio w dużym stopniu to twoja zasługa — powiedziałem głośno. — Zawsze miałem zakaz zbliżania się do jej posiadłości. Muszę to zmienić, przecież nie jest taka zła, może trochę upierdliwa. Ale to jej urok i chyba nieszkodliwy. Zamyśliłem się i zrozumiałem, że powoli wracają do mnie takie zwykłe, ludzkie odruchy.
Punktualnie o czternastej usiadłem na tyłach kawiarni Avati, zapaliłem papierosa i zamówiłem wodę z cytryną. Pan Karawan spóźniał się, rozumiałem, człowiek biznesu. Poprosiłem także o miskę wody dla Murki. Małe dwuosobowe stoliczki i niepowtarzalna atmosfera tego miejsca przywróciła dawne wspomnienia. Umawiałem się tutaj z wieloma kobietami, z dala od oczu babki Sydoni. A kiedy wracałem do domu, zawsze z premedytacją obwąchiwała mnie i zaglądała w oczy.
— Tomaszu pamiętaj, że kobiety są jak sępy — mówiła. — Czyhają tylko na twój majątek i nie waż się przyprowadzać je do domu. I nigdy nie chodź też do ich domu, bo cię oskarżą o gwałt i puszczą z torbami. Zawsze hotel i to z paroma gwiazdkami, nie jakiś podrzędny. Pamiętaj! — krzyczała. — I nie daj się złapać na żadne dziecko. Myśl głową, a nie tym co nosisz w spodniach.
Z obszarów moich myśli wyciągnął mnie głos Antoniego.
— Przepraszam pana, ale tak to bywa z człowiekiem zapracowanym. — Przywitał się i usiadł, ręką dał znak kelnerce. — Panie Tomku, chyba nie będziemy pieczętować transakcji przy wodzie.
— Jestem samochodem — zareagowałem natychmiast.
— A od czego ma się kierowcę — zripostował. — Odwiezie państwa mój zaufany szofer, bo widzę jeszcze tutaj piękną sunię, prawda? A potem odstawi pański samochód pod dom — zakończył.
Na stoliku pojawiła się taca z butelką Johny Walker i Czorno Kurnwica i zadźwięczalo szkło. Kelnerka uśmiechnęła się do Antoniego i powiedziała.
— Zapraszam do pańskiego atelier. — Po czym pomiędzy pnączem dzikiego wina zaprowadziła nas do kameralnej oazy spokoju.
— Widzę panie Antoni, że jest pan tutaj znaną personą?
— No jak sama nazwa wskazuje, ale przejdźmy najpierw do interesów, a potem przyjemności.
Zapowiadał się ciekawy finał tej znajomości. Pan Karawan zaczął sam opowieść o eksmałżonce, kiedy wyczuł moje zafascynowanie jej urokiem.
— Panie Tomku, radzę bardzo uważać na takie kobiety, bo są niebezpieczne. Kiedy sześć lat temu poznałem tego anioła, byłem tak samo jak pan zauroczony. Rozwodnik i właściciel ogromnej fermy lisów, to znakomity kąsek dla takich kokietek. Miałem fortunę, o której nikomu się nie śniło w tamtych czasach i brzydką wadę, myślałem rozporkiem. Oleńka pomimo blond włosów, była zdrowo rozsądkowym okazem. Zawładnęła całkowicie mną i doprowadziła po paru miesiącach do finalizacji związku w Pałacu Czarkowskich przy Straszewskiego. Miesiąc miodowy spędziliśmy na Wyspach Dziewiczych Stanów Zjednoczonych. Oczywiście wszystkie atrakcje przebiegały według planów Aleksandry.
Po powrocie przejęła część obowiązków zarządzania fermą. Najbardziej interesowały ją finanse. A ja jak ślepiec nie podejrzewałem niczego. Sielanka trwała dwa lata. W międzyczasie przetasowała cały personel i zwolniła opiekunkę lisów Anielę, pięćdziesięcioletnią kobietę, która oddała całe serce tej zwierzynie. Była dla nich jak matka. A ja nie potrafiłem temu się sprzeciwić.
Zobaczyłem zaszklone oczy i zrobiło mi się jego żal.  
— On załamanym głosem, ciągnął dalej. — To musiało się tak skończyć, Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy panie Tomaszu. Nakarmiła wszystkie lisy marchewką i szlag trafił cały interes. W ciągu kilkunastu godzin leżały pokotem, wszystkie jak jeden mąż. Kiedy się dowiedziałem, o jej przekrętach, ona już przeprowadzała sprawę rozwodową i podział majątku. Miała też zabezpieczenie, firmę pogrzebową na Księcia Józefa. Pod moim nosem okradała mnie razem z tym swoim napakowanym przydupasem, prawnikiem Januszem Zawitowskim, którego poleciła, zaraz po ślubie.
— Co Pan powiedział? — przerwałem.
— To co pan słyszy. — Razem uknuli spisek i pozbawili mnie wszystkiego. Ten kauzyperda dostawał też zapłatę w naturze. Zostałem goły i wesoły, ale nie poddałem się i postanowiłem zemstę. Żeby była słodka, założyłem konkurencję, aby jej zabierać klientelę. Wiem, że Aleksandra nie odpuści panu, może razem założymy na nią siurpryzę i dokonamy tego o czym pan myśli.
— Zaskoczył mnie pan tym prawnikiem, panie Antoni? — zasugerowałem. — I przyznam, że bardzo kusząca propozycja. Interesuje mnie ten typ Janusz i jego układ z pańską eks połową.
— Świat jest mały i pozornie się tylko wydaje nam, że nic nie wiemy o sobie — uśmiechnął się. — A tak na marginesie, co z pańską głową? — zapytał.
— W porządku – odpowiedziałem. — W środę mam ściągnąć szwy.
— Proszę pozdrowić ode mnie doktora Łosiaka. — Rzucił zagadkowo.
Do kurwy nędzy, co tutaj się dzieje, pomyślałem.
— Niech pan tak nie myśli, bo myśliwym zostanie. — usłyszałem. — Nawet pan nie wie jaki mi pan sprawił zaszczyt poznania pana, właśnie w tym momencie. Od paru lat próbujemy rozpracować szajkę notorycznych złodziei cudzych majątków. I pan będzie tym ogniwem, doprowadzającym sprawę do końca, bo chyba też zależy panu na tym — spojrzał z ciekawością. — Więc wchodzi pan w ten układ?
Miałem jeden wielki mętlik w głowie i tyle pytań, że nie umiałem odpowiedzieć. Popatrzyłem na niego i kiwnąłem głową.
— Skoro jesteśmy wspólnikami, przejdźmy na ty — wstał i podał mi dłoń. — I jeszcze jedno, pani Marianna?   — Nie dokończył, bo jego telefon zadzwonił. — Przepraszam, muszę odebrać i zniknął za dzikim winem.
Za chwilę pojawił się jego szofer, ukłonił się.
— Szef bardzo pana przeprasza i prosił o przekazanie, że skontaktuje się z panem. A teraz, jeśli pan pozwoli, odwiozę państwa do domu — oznajmił. — Poproszę jeszcze o kluczyki do pańskiego wozu.
Nie mogłem usnąć, cały czas myślałem o tym co usłyszałem od Antoniego. Majaczyły mi przed oczami różne obrazy. Czy ja dobrze zrobiłem, godząc się na ten układ. Powieki były ciężkie i tak obolałe od zaciskania, że zdecydowałem o wstaniu z łóżka. Podszedłem do okna i aż zdębiałem, bo zobaczyłem zacną sąsiadkę. Zerknąłem na zegar, dochodziła pierwsza, co ona o tej porze robi w ogrodzie? pomyślałem. Po raz pierwszy ujrzałem ją bez szlafroka i papilotów. Była w spodniach i w kurtce z kapturem, spacerowała wzdłuż ogrodzenia od frontu. Po chwili podjechał ciemny Van, Marianna wsiadła do niego i odjechała.
— Cholera jasna — powiedziałem do siebie. — Co to ma wszystko znaczyć? Przysunąłem fotel bliżej okna, usiadłem i zapaliłem papierosa, oczekiwałem na jej powrót. Uśmiechnąłem się do siebie, bo na co mi przyszło, ja wróg numer jeden, nocą podglądałem sąsiadów.

1 222 czyt.
100%203
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 2874 słów i 16494 znaków, zaktualizowała 22 lip o 19:52.

3 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 23 lipca

    Pan Tomasz imponuje mi coraz bardziej. Świetnie poprowadzona akcja, bardzo tajemnicza... Napięcie rośnie    Łapa, oczywiście.

  • Speker

    Speker · 16 lipca

    Nawet babcia w dresach jeździ po nocach
    Ale trzeba się skupić, aby nie przegapić żadnego szczegółu.
    Świetnie.

  • AnonimS

    AnonimS · 15 lipca

    Okazuje się że facet nie zna swojego otoczenia. Ciekawa historia