Ciemne strony barmana cz.11

Ciemne strony barmana cz.11Wysiadłem przy Alejach i przy Karmelickiej wsiadłem w tramwaj linii numer 24. Widziałem w lusterku z przodu, tego typa. Jedzie za mną, nie myliłem się. Przy Urzędniczej wyskoczyłem w ostatniej chwili, byłem już niedaleko domu. Nie rozglądałem się, ale wiedziałem, że on też zdążył wysiąść.
Od razu skierowałem swe kroki do Marianny. Murka szalała z radości. Ewa wyszła, a ja położyłem palec na ustach. W ciszy weszliśmy do domu. Wszystkie moje rzeczy zostały dokładnie przeszukane, i tak jak myślałem. Dwie pluskwy zostały zdemaskowane. Jedna w torbie, a druga w spodniach, które miałem na sobie. Czekaliśmy na Karawana.
— Tomaszu jak dobrze, że wróciłeś cały i zdrowy — zagadnęła Marianna. Tak się bałam o ciebie i jeszcze ten Antoni i jego rwa dobiła mnie.
— Babciu też się bałem i nadal się boję. To już nie są barmana sprawki, to coś więcej — zawyrokowałem ze strachem w głosie. — Oni są gotowi nawet zabić dla pieniędzy. To już mafia.
Marianna poprawiła spadającą z jej ramion szydełkową chustę z frędzlami i całkiem się rozkleiła. Do tej pory była twarda i mocno stąpająca po ziemi. Teraz ujrzałem rozdygotaną kobietę, bezbronną i kruchą. Objąłem ją mocnym ramieniem i przytuliłem jak małe dziecko.
— Tomaszu — wyszeptała. — Całe życie niosłam ludziom pomoc. Z wykształcenia jestem psychologiem klinicznym człowieka dorosłego. Pracowałam w więzieniu na Montelupich. Jako funkcjonariuszka służby więziennej mam za sobą szkołę oficerską i stopień majora. A mundury, wiszą już tylko w szafie.
Pamiętam, jak na zajęciach z psychopatologii wykładowca przestrzegał nas przed pracą ze skazanymi. A szczególnie z więźniarkami. Był to najcięższy kawałek chleba, ja jednak wybrałam tę drogę. Może dlatego nie decydowałam się na dziecko, a potem kiedy byłam gotowa, było już za późno. Praktyki wybierałam w domach poprawczych i oddziałach diagnostycznych przy aresztach śledczych. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda świat za zamkniętymi kratami. Po studiach od znajomego dowiedziałam się, że w zakładzie karnym szukają psychologa. Prawie codziennie widziałam ten mur wykończony drutem kolczastym, ciężką, więzienną bramę z charakterystycznym okienkiem. Kiedy przekroczyłam pierwszy raz bramę, byłam już pewna, że jest to moje wyzwanie i spodobała mi się atmosfera tego miejsca. Musiałam nauczyć się więziennej gwary, a nawet grypsery, nie tak całkiem do końca, ale potocznego języka, którym porozumiewają się skazani. „Kadzienne”, czyli „więzienne". Jak widzicie, przestępczość mam w jednym palcu i teraz już trzeba dokonać pewnych kroków. Ten Garłanicki to już wyższa szkoła jazdy aniżeli barman. Podjęłam pewne rozpoznanie w terenie i wiem, że to niebezpieczny i śliski grunt.
Byłam z tym światem zza krat zawodowo związana prawie czterdzieści lat. Kiedy przeszłam na zasłużoną emeryturę, zaproponowano mi wolontariat. Póki czuję się na siłach, będę to robić. Oprócz tego prowadzę na Wydziale Psychologii Stosowanej wykłady dla studentów Trzeciego Wieku. Tam poznałam właśnie Antoniego, po tym, jak jego żona Aleksandra puściła go z torbami. Po nitce do kłębka zaczęliśmy współpracę na niwie detektywistycznej. A dalej już wiesz, kochanie — zakończyła.
— Och babciu — westchnąłem. — Mój wzrok zatrzymał się na twarzy Ewy. Zobaczyłem łzy na policzku. — No nie, proszę mi się tu nie rozklejać! — zawołałem równocześnie z dzwonkiem domofonu.
— To pewnie Antoni — rzekła Marianna i poczłapała w stronę drzwi.
Antoni powitał nas uśmiechem nieco wykrzywionym. Widać było, że cierpi. Marianna przyniosła z kuchni wysoki stołek barowy i dopiero na nim usadowił się w miarę wygodnie.
— No to opowiadaj Tomaszu jak było na romantycznej wycieczce? — zapytał drwiącym głosem.
— Wiem Antoni, o czym myślisz — odpowiedziałem. — Ja też spodziewałem się czegoś więcej, ale cóż wyszło inaczej, uśmiechnąłem się do wszystkich.
— No dosyć tych przekomarzań — zawołała Marianna — Teraz zapraszam do stołu, bo Polak głodny to zły. Zakończyła.
Udaliśmy się do stołowego, aromat pieczonego mięsa wyzwolił wielki apetyt. Stół wyglądał wspaniale. Kwiaty, kolorowe sałatki i wina w dzbankach dodawały takiej rodzinnej atmosfery. Widziałem jak Ewa uwijała się pomiędzy kuchnią a jadalnią. Była już na dobre zadomowiona i to bardzo mnie cieszyło. Tych parę tygodni sprawiło, że w jej oczach zagościła radość. Kiedy wstaliśmy od stołu, podszedłem do niej i pocałowałem ją delikatnie w policzek.
— A to za co? — zapytała zawstydzona.
— Za to, że jesteś — odparłem.
Usiedliśmy w salonie przy aromatycznej herbacie. Zrelacjonowałem z wielką dokładnością mój wyjazd, a potem zapanowała cisza.
— Do tej pory byłem pewny, że Oleńka jest sprytną łowczynią bogatych męskich serc — odezwał się Antoni. — Ale teraz po tym, co usłyszałem, wiem, że to już nie są miłosne podboje. To już taktyka na wysokim poziomie, sposób na to, by uzależnić od siebie ludzi. — Smutno zakończył.
Popatrzyłem na niego i poczułem nagle strach. Wstałem i wyszedłem do ogrodu. Zapaliłem papierosa zaciągając się mocno pomyślałem, że dawno nie odwiedziłem barmana. Wypaliłem do końca i wróciłem do salonu.
— Kochani, a teraz clou tego popołudnia — oznajmiła Marianna. — Nie mówiłam o tym nikomu, dlatego dla wszystkich będzie to niespodzianka? — poinformowała tajemniczo. Po czym włączyła komputer, który był podłączony do ekranu dużego telewizora.

Naszym oczom ukazał się Sasza Garłanicki. Rosły, dobrze zbudowany, z wygoloną czaszką wyglądał niesamowicie. Siedział w jakiejś kawiarni. Za nim pastelowe światła tańczyły w kroplach ciurkającej z fontanny wody. On siedział rozwalony w fotelu, ubrany w designerski, starannie wyprasowany jak spod igły dres. Pił cappuccino, co chwila, muskając wargi precyzyjnie złożoną serwetką tak, by nie został ślad mlecznej pianki na ustach.
Obok siedziała ładna kobieta. Jej wygląd wskazywał, że jest dziennikarką.
— Dlaczego chciałaś się ze mną spotkać krasawico? — zapytał Sasza.
— Mogę włączyć dyktafon?
Kiwnął głową.
Włączyła nagrywanie i rozpoczęła rozmowę.
— Czy zawsze chciałeś być gangsterem? — spytała.
— Zawsze wiedziałem, że chcę być lepszy od innych i mogę być najlepszy. Szybciej biegać, celniej strzelać, skakać wyżej i lepiej żyć. Być ponad wszystko.
Wypowiadał się z takim namaszczeniem wtykając pomiędzy dźwięczny wschodni akcent, a po każdym zdaniu robił pauzę i się zastanawiał. Cieszyła go ta zabawa słowami. Wydawał się bardzo opanowany i wiedział, że musi być gwiazdą. Nie pił, nie palił i nie przeklinał w świetle fleszy, to była jego przewaga nad innymi gangsterami.
— Wiesz Marija! — rzucił podniesionym głosem. — Kiedyś byłem ćpunem, zasranym malczykiem, ale zerwałem z tym nalogiem — zaśmiał się chrapliwie, ukazując złote koronki po bokach. — Dzisiaj to ja rządzę tym padołem. Mam tutaj na Ukrainie i u was w Polszy szerokie znajomości, które umożliwiają mi pole do działania.
— O to spotkanie z tobą musiałam zabiegać przez parę miesięcy — zarzuciła dziennikarka. — Najpierw ustaliłeś datę, a później w ostatniej chwili odwoływałeś, jak nazywasz audiencję, i to było irytujące. Uważasz siebie za Boga? — zapytała.
— Wy Polaczki, wszystko sprowadzacie do wiary i do waszego Boga — stwierdził stanowczo. — Ja odnalazłem swojego i dlatego porzuciłem dawne życie. Jednak wiem, że On karze tylko złych człowieków.
Kelnerka podała jeszcze raz to samo i się oddaliła.
— Ilu ludzi zabiłeś? — rzuciła z lekkim niepokojem.
— Mogu to samo zapytać cię — zamilkł — mogu powiedzieć tylko o jednym przypadku. To była zemsta za brata. Odsiedziałem pięć lat w więzieniu za swoje. Po wyjściu nikt ze mną nie zadzierał. Wyszedłem stamtąd mocniejszy, bo byłem już najlepszy — oznajmił z dumą. — A ty? — jesteś tylko krasawica i nic więcej — ponimajusz?
— Czy każdy może być zabójcą? — spytała już odważniej.
— Nie! — zakrzyknął. – Nie każdy ma tę wewnętrzną, wrodzoną siłę, która pozwala to robić. Ja jestem inny, ja ją mam — utwierdził ją w tym przekonaniu.
— A czy kiedyś mógłbyś powrócić do zabijania? — zadała pytanie.
Sasza uśmiechnął się, nie zaprzeczył i nie potwierdził.
— Teraz jestem biznesmenem, moje życie kręci się wokół interesów — oświadczył z nutką ironii.
— Czy to twoje kreowanie się na uczciwego człowieka jest prawdziwe? — odwzajemniła takim samym ironicznym akcentem.
— Cztery lata temu poprzez chrzest, wszystkie moje grzechy zostały zmazane, a ja tylko spełniam Boską wolę. Moje ofiary zasługują na swój los — mówił stukając o blat złotą bransoletą zwisającą z przegubu dłoni.
— Czy twoje tartaki w Polsce to czysty biznes, czy jeszcze jedna pralnia do prania brudnych pieniędzy? — wyszeptała. — Czy to aby nie przykrywka, pod którą kryje się heroina i szmuglowanie kobiet z Ukrainy do Europy?
— Marija jesteś dobra w swoim fachu, a ja w swoim. Normalnie bylibyście moimi ofiarami — stwierdził rzeczowo. — Ale tym razem jesteście partnerami. Boże uchowaj mnie od ciemnych interesów. Przypieczętował uśmiechem swoją odpowiedź.
— A co powiesz o relacjach z Przemysławem, ksywa Kubuś Puchatek — wydusiła ledwo słyszalnym głosem. — I jeszcze Aleksandra, kobieta, bardzo ładna zresztą — dopowiedziała.
— Widzisz, ludzie mnie lubią — częściowo z uwielbienia, jakim darzą byłego już gangstera, a częściowo ze strachu. Teraz jesteśmy przyjaciółmi, a oni robią to, o co ich proszu. Zamyślił się na chwilę, po czym wstał.— Wybacz, że cię już opuszczę, ale tak będzie lepiej dla wszystkich — wysyczał przez zęby. — I to, co masz na tym urządzeniu niech pozostanie tylko tajemnicą. — Autoryzacja niepotrzebna.
Przefiltrował wzrokiem swoją rozmówczynię od głowy do stóp i wyszedł, a za nim jak spod ziemi pojawiło się dwóch rosłych osiłków.

Ewa wyłączyła telewizor, a wokoło zapanowała cisza. Siedzieliśmy wbici w fotele, nic nie mówiąc.
— Dlatego od teraz nic nie robimy bez zgody Lemańskiego — odezwała się Marianna. — Bo to już nie jest zabawa. Rozumiemy się! — zakrzyczała.
W tej samej chwili usłyszeliśmy ujadanie Murki w ogrodzie. Wybiegliśmy przed dom i widok, jaki zobaczyliśmy, powalił mnie doszczętnie. Na trawniku leżał ten sam typek co mnie śledził, a wilczyca trzymała łapy na jego plecach, warcząc groźnie.
— Halo Krzysztof! Marianna z tej strony, mam intruza w ogrodzie — powiadomiła spokojnie inspektora Lemańskiego.

Po chwili zjawił się patrol policyjny. Z wozu wysiadła apodyktyczna funkcjonariuszka z końskim blond ogonem i dużo niższy od niej funkcjonariusz.
Typek leżący w parterze został uwolniony spod łap Murki.
— Dzień dobry — powiedziała chłodno. — Starszy aspirant Koryna Miłek i mój partner służbowy młodszy aspirant Adam Rogalski — zameldowała oschle. — Kto z państwa zgłaszał wezwanie? — zapytała z kamienną twarzą.
— Ja — odpowiedziała Marianna.
— Poproszę o dokument potwierdzający pani tożsamość — i pana także — zwróciła się do osobnika. — Sprawdziła dokumenty i... — Proszę, co ma pan do powiedzenia? — zwróciła się w stronę włamywacza intruza.
— Ja pani aspirant chciałem się tylko odlać — odpowiedział. — Bramka była otwarta, więc wszedłem, bo na ulicy jakoś nie wypada się obnażać i nagle ta bestia skończyła na mnie — ciągnął z cynicznym uśmieszkiem. — Nie uważa pani, że na bramce powinno być ostrzeżenie — zakończył.
— No wie pan — krzyknęła oburzona Marianna. — Nie dość, że włamuje się na cudzą posesję, to jeszcze ma czelność stawiać wymagania!
Złapałem ją za rękę i uścisnąłem, a pani aspirant z marsową miną notowała coś w notesie.
Po wysłuchaniu obydwu stron popatrzyła po nas i zwróciła się zapytaniem w kierunku Marianny.
— Czy wnosi pani oskarżenie przeciwko temu panu?
— Nie... chyba nie — odpowiedziała Marianna po dłuższym zastanowieniu się.
— A ja tak! — powiadomił nas osiłek. — Oskarżę panią o napaść na mnie przez tego psa — zaśmiał się szyderczo.
— Ma pan takie prawo — odrzekła ostro aspirant — z powództwa cywilnego jednak, bo to ta obywatelka zgłosiła zawiadomienie o włamaniu. — A teraz proszę opuścić posesję. — Do widzenia państwu — rzuciła lodowatym tonem. — Po czym funkcjonariusze odmeldowali się i ruszyli w stronę radiowozu.

Opryszek wyszedł z tym swoim przyklejonym uśmieszkiem, nie odzywając się do nas. Bramka dosyć głośno zatrzasnęła się za nim.

1 056 czyt.
100%102
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 2197 słów i 13112 znaków, zaktualizowała 28 lip o 13:33.

2 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 28 lipca

    Różne są  powiązania i rózne losy koleje. Niestety mało jest psychologów więziennych z powołania. Większość  to mlodzież zaraz po szkole i są manipulowani przez osadzonych.

  • Duygu

    Duygu · 28 lipca

    Bardzo dobra część, przyjemnie się czyta. Świetny pomysł z tym wywiadem. Marianna ma za sobą ciekawą historię. Czekam na dalsze losy bohaterów