Ciemne strony barmana cz.7

Ciemne strony barmana cz.7Kiedy się przebudziłem, było już po dziesiątej, a ja cały poskręcany i obolały tkwiłem w miejscu obserwacyjnym. Murka z pełnym pęcherzem się niecierpliwiła. Zszedłem na dół i otworzyłem drzwi na taras. Zły na siebie zaparzyłem kawę i wyszedłem do ogrodu.
— No Tomek, marny z ciebie detektyw — rzekłem.
Sąsiadka nie pojawiła się, pewnie odsypia zerwaną noc. Jednocześnie uzmysłowiłem sobie, że nawet nie wiem, jak ona ma na nazwisko. Niedziela była moim ulubionym dniem tygodnia, cisza, jaka panowała wokoło, była przerywana dzwonkami tramwajów i dźwiękiem dzwonów wzywających wiernych do kościoła. Wróciłem do codziennych obowiązków, a kiedy zabrałem się za robienie sosu do spaghetti, zadzwonił telefon.
— Cześć Tomku, po tej stronie Antoni — usłyszałem. Czy po wczorajszym spotkaniu nic się nie zmieniło? — zapytał.
— A witam cię Antoni, wszystko tak jak ustaliliśmy, chociaż mam pewne wątpliwości — odrzekłem.
— A co cię gryzie? Przecież chcesz tego samego co my.
— Kto my! — wrzasnąłem. — Ale po chwili spuściłem z tonu. Przepraszam, nie panuję nad swoimi nerwami — oznajmiłem.
— Dzwonię, aby zapytać, czy znasz Ewę Prendką?
— Zastanowiłem się chwilę... — nie, nie znam — skłamałem.
Przekazał mi parę szczegółów na temat kobiety, po czym się rozłączyliśmy. Popatrzyłem na godzinę i wpadłem na pomysł, żeby odwiedzić Ewkę. Zjadłem obiad i razem z Murką pojechaliśmy na OLZON do Szpitala Babińskiego. Po drodze kupiłem owoce i jej ulubione czekoladki miętowe after eight. Kiedy wszedłem do jej pokoju, siedziała jak zwykle przy oknie i patrzyła w dal. Nawet nie spojrzała na mnie.
— Witaj, jak się czujesz? — zapytałem.
Nieruchoma jak posąg wydusiła z siebie.
— Wczoraj był tutaj.
— Kto? — krzyknąłem.
— On ten łajdak, Szymon — zabierz mnie stąd już, proszę — wyszeptała błagalnie.
— Ewa, jeszcze nie teraz, uwierz mi już za niedługo, wyjdziesz stąd. — Pocałowałem ją w policzek, proponując spacer po parku.
Zgodziła się. Wyszliśmy ze szpitalnych podwojów i spacerując po parku, opowiedziała mi szczegóły wczorajszej wizyty tego gnoja, barmana. Chciał ją zastraszyć, bo pali mu się grunt pod nogami, myślałem. Ja natomiast nakreśliłem spotkanie z Antonim i nocne wojaże sąsiadki. Obydwoje zastanawialiśmy się, co ona ma z tym wszystkim wspólnego. Odprowadziłem ją do sali i się pożegnaliśmy. Wychodząc, wstąpiłem do dyżurki, aby zabronić jakichkolwiek wizyt do niej.
Wróciłem do domu, odświeżyłem się i udałem do baru. Barman nie był zdziwiony, wręcz przeciwnie powitał mnie uśmiechem. Usiadłem, poprosiłem to, co zawsze. Z szafy płynęła piękna Samba przed rozstaniem, Hanny Banaszak... bierzesz mi ostatnią wodę, żar pustyni pali mnie... Zamyśliłem się nad sensem tych słów.
— Co Tomaszu dzisiaj mi opowiesz? — zapytał, wyrywając mnie brutalnie z myśli.
Popatrzyłem na niego.
— Nim zabierzesz mi powietrze, daj spokojnie umrzeć jej — zanuciłem. — Byłem dzisiaj u Ewy, masz pozdrowienia. — Ale co ja ci będę mówił. Może ty mi powiesz? — Przecież odwiedziłeś ją wczoraj?
— Nie wiem, o czym pierdolisz? — odpowiedział zdenerwowany.
— Wtedy w lipcowe popołudnie też siedziałem nad szklaneczką i obserwowałem twoje trzęsące ręce. Byłeś jakiś poddenerwowany, a ja nie wiedziałem dlaczego? Kiedy pojawiła się właścicielka, z rąk wypuściłeś szklankę na posadzkę. Wróciła z dwutygodniowego wypoczynku, pełna optymizmu na przyszłość. A ty wyniosłeś pudło z jej rzeczami, powiadamiając ją, że jesteś nowym właścicielem tego lokalu. Dołączyłeś do tych rzeczy akt notarialny własności. Kobieta?, pamiętam, jak dziś usiłowała tłumaczyć, że zaszło jakieś nieporozumienie. Nastraszyłeś wówczas wezwaniem policji. Ona taka bezbronna spojrzała na mnie szklistymi oczami i poprosiła o pomoc w przeniesieniu rzeczy do samochodu.
— Nie daruję ci tego bydlaku — krzyknęła wtedy w twoją stronę.
Widziałem twój cyniczny uśmieszek. Ja natomiast pomogłem jej i dobrze zrobiłem, bo dzięki temu dowiedziałem się o następnym twoim przekręcie. Było to rok przed śmiercią mojej matki, a wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaka z ciebie szuja. Ewa Prendka nic nie mogła zrobić, bo na akcie notarialnym widniał jej podpis o dokonaniu cesji własności na rzecz Szymona Rylskiego. W wieku trzydziestu dwóch lat przeszła załamanie nerwowe i próba samobójcza zakończyła się umieszczeniem jej w zamkniętym ośrodku leczenia depresji. Kiedy trzy lata temu mój ojciec umarł, byłem już całkowicie pewny, że Ewa miała rację. Odszukałem ją i ujrzałem wrak kobiety. Poznała mnie, pozwoliła sobie pomóc, dzisiaj powoli odzyskuje sens życia. Mam nadzieję, że na rozprawie będzie w pełni siły i zdrowia, aby móc zeznawać przeciwko tobie. Widziałem, jak nerwowo trze szkło i się trzęsie.
— Nalej mi jeszcze! — warknąłem.
Szafa jakby zacięła się i Hanna przez cały czas śpiewała... Nim odbierzesz mi powietrze, zanim wejdę w wielkie nic... A ja myślałem, co czuje człowiek taki jak Szymon. Przecież ma świadomość tego, że bezprawnie zawłaszcza ludziom ich majątek. I kiedyś musi ponieść karę.
— Radzę ci też, abyś nie nękał więcej tej biednej kobiety, bo już nie zastraszysz jej. — Słyszysz! — wrzeszczałem.
Poczułem ulgę. Rzuciłem zmięty banknot na barowy blat i w takt smutnej samby wyszedłem na powietrze. Murka kucnęła na trawniku, aby też ulżyć sobie, a ja przystanąłem pod drzewem. Kiedy skręciłem w swoją uliczkę, zobaczyłem tego samego Vana co nocą, jak skręca w Królewską.
—Co tu się do cholery dzieje? — mruknąłem pod nosem. — Kim jest Marianna, muszę jutro koniecznie zadzwonić do Antoniego.
Otworzyłem drzwi i wszedłem do domu. Nie zapalając światła podszedłem do okna i spojrzałem na dom sąsiadki. Był wygaszony, tylko w jednym oknie na górze tlił się mały czerwony punkt. Pewnie czujnik, pomyślałem. Nagle zadzwonił telefon, odebrałem.
— Halo — słucham.
— Czy to pan Kolankowski? Dzwonimy z Babińskiego, aby powiadomić, że pani Ewa próbowała popełnić samobójstwo.
— Co! — Zaraz tam będę.
Zamówiłem taksówkę.
— Murka musisz zostać, pogłaskałem ją i wybiegłem.

Wpadłem na oddział jak oszalały, od razu skierowałem kroki na salę obserwacyjną. Kiedy zobaczyłem Ewę uspokoiłem się, gdyby nie bandaże na przegubach dłoni i kapiąca krew grupy O Rh minus cDe... cholera ma identyczną jak ja – pomyślałem.
Wyglądała jakby spała. Może trochę była bledsza niż zwykle i cienie pod oczami wskazywały zmęczenie. Nagle poczułem jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu, kiedy odwróciłem głowę, zdębiałem. Za mną stał Antoni. Dał mi oczami znak do wyjścia. Wyszedłem za nim a ze zdenerwowania, żadne słowo nie przeszło mi przez gardło.
— A mówiłeś, że nie znasz Ewy — powiedział cicho. — Źle się dzieje, kiedy partnerzy w jednej sprawie nie ufają sobie.
— To nie tak jak myślisz — odpowiedziałem zdenerwowany — zarzucasz mi, że nie ufam, a ty? Czy jesteś wobec mnie fair i czy jesteśmy po tej samej stronie? — jednym tchem wygarnąłem z siebie — złapałem oddech — Antoni wiesz o mnie wszystko, cokolwiek zrobię i gdzie się ruszę. Mam wrażenie, że jestem ciągle obserwowany? — zamilkłem.
Czekałem teraz na jego ruch.
— Wiesz Tomaszu, że nie do końca tak wszystko jest u ciebie poukładane. Masz rację obserwujemy cię od jakiegoś czasu — stwierdził. — Dlatego zaproponowałem ci ten układ, bo wiem, że grasz do tej samej bramki.
W tej samej chwili podszedł do nas lekarz.
— Witam panów, pana już widziałem, więc pan to zapewne Tomasz Kolankowski — zwrócił się do mnie, podając dłoń. — Nazywam się Jerzy Mrozowicz. Pani Ewa jest już w dobrej formie i pewnie jutro, jak się nic nie zmieni, będą mogli panowie zabrać ją w bezpieczne miejsce — mówiąc to, patrzył na Antoniego.
Znowu o czymś nie wiem, zamyśliłem się. Byłem pewny, że tylko ja opiekuję się nią, a tu Antoni też był zaangażowany.
— Tomaszu nie myśl tak — odezwał się, wszystko ci jutro wyjaśnię. A teraz wracajmy do domu.
Zignorowałem go i zwróciłem się do lekarza.
— Panie doktorze, czy ją mogę zostać do rana przy Ewie? — zapytałem. — Nie ma takiej potrzeby — odpowiedział. — Jest pod dobrą opieką... wiem, że zripostuje mi pan moją odpowiedź, że pacjentka targnęła się na swoje życie. — Ale sytuacja wymknęła się spod kontroli. Teraz mogę zapewnić pana, że nic się takiego nie powtórzy.
—Jurku, spokojnie — odezwał się Antoni. — Wszystko wytłumaczę koledze.
Wiedziałem, że nie mam nic do powiedzenia, więc jeszcze raz poszedłem do Ewy. Spała i nawet zauważyłem delikatny uśmiech. Pocałowałem ją w rękę i wycofałem się bezszelestnie. Kiedy wyszliśmy na parking szpitalny, moim oczom ukazał się czarny Van.
— Zapraszam, odwieziemy cię do domu — zaproponował nonszalancko Karawan.
Zamurowało mnie na chwilę. Bez słów wsiadłem, kierowca kierował się w kierunku Kapelanki. Jechaliśmy w ciszy. W środku coś dusiło, ale powstrzymywałem siebie, by nie wybuchnąć. Umówiliśmy się na szesnastą, tym razem w Singerze na Kazimierzu.
— Śpij spokojnie i nie trap się — rzucił na pożegnanie Antoni.
Nic nie odpowiedziałem. Kiedy kładłem się spać, była już trzecia piętnaście.
Kwadrans przed szesnastą kierowca Karawana zabrał mnie wraz z Murką na spotkanie. Kiedy dotarliśmy na miejsce Antoni czekał z uśmiechem na twarzy powitał nas.
— Witam, witam piękną sunię i właściciela.
— Dzień dobry — rzuciłem markotnie.
Murka przyjaźnie zamerdała ogonem. Usiadłem i zapaliłem papierosa.
— Co na przystawkę, kawa, herbata? — zapytał.
— Może kawę czarną poproszę — i coś mocniejszego, bo nie wiem, czy na trzeźwo to udźwignę — odpowiedziałem.
— Ha, ha, ha — roześmiał się. — Nie będzie tak źle. Na początek może wznieśmy toast za zdrowie Ewy i za nieporozumienia. A wracając do dziewczyny, to chcę cię zapytać. Czy ty oprócz przyjaźni czujesz coś więcej do niej?
— Znowu pytasz, a ja chciałbym odpowiedzi — popatrzyłem się na niego. — Jeśli chodzi o nią, to tylko bezinteresowna dbałość o jej zdrowie psychiczne. Jest mi jej szkoda. Byłem świadkiem sytuacji w barze, kiedy Szymon wyrzucił ją na bruk. A kiedy zrobił to samo ze mną, postanowiłem jej pomóc.
— To dobrze, bo jesteście przyrodnim rodzeństwem. — oznajmił z lekką dozą niepokoju.
— Co! — wrzasnąłem.
— Ciszej Tomaszu, bo wystraszysz klientelę. Ja mam dzisiaj sporo czasu, a ty daruj sobie odwiedziny w barze. Za niecałą godzinę zjawi się tutaj Marianna i rozwiejesz swoje rozterki.
— Antoni jak ty mnie wkurwiasz tym swoim spokojem — odpowiedziałem.
— Jesteś zrównoważonym i nadzwyczaj inteligentnym człowiekiem, więc po co te nerwy. Ewa też jeszcze nie wie o waszym pokrewieństwie. I pewnie jak się dowie, będzie zaszokowana, ale szczęśliwa. Teraz wyjaśnię parę rzeczy, abyś nie czuł się taki niedoinformowany. Jak kiedyś wspominałem moja eksmałżonka okradła mnie i to w sposób bezprawny. Dwóch pierwszych mężów pochowała (przyczyna ich śmierci też stoi pod znakiem zapytania) i dwóch odstawiła na boczny tor, zostawiając w przysłowiowych skarpetach. Trzy lata temu przeglądając papiery, odnalazłem zdjęcie Ewy, własność zapewne Oleńki. Tej jednej rzeczy nie usunęła. Po nitce do kłębka doszedłem do ciebie, a potem do Szymona Krakowskiego.
— To nasz barman tak ma na nazwisko? — zapytałem.
— Tak Tomaszu, ale wcześniej nazywał się Szternal tak jak Aleksandra, wdowa po drugim mężu. Kazimierz Szternal był znanym adwokatem w kręgach krakowskich. Jego kancelaria przy ulicy Starowiślnej i cały majątek, przeszły w posiadanie owdowiałej małżonki. Dzisiaj urzęduje tam Janusz Zawitowski, partner Szymona i przydupas Karawanowej. Natomiast barman był synem z nieprawego łoża; krakowskiej prostytutki i adwokata. Kazimierz uznał syna i dał mu swoje nazwisko, ale po śmierci jego matki zmienił i oddał trzyletniego chłopca do sierocińca daleko od Krakowa — zerknął na zegarek.
— Przepraszam Antoni — Ile Oleńka ma lat?
— Rok starsza od ciebie. A ja? — Już od razu odpowiem, piętnaście lat starszy — wypowiedział to z trudem. — Ale wracajmy do rzeczy, Tomaszu. Szymon trzynaście lat temu postanowił wrócić do Krakowa i odszukać rodziców. Wtedy już obydwoje nie żyli. Tak natrafił na ślad Aleksandry Szternal. Postanowił zemścić się i odebrać to, co powinno być jego. Jednak wtedy jeszcze nie wiedział, że z takim przeciwnikiem jak Oleńka nie ma szans. Jego orientacja seksualna różniła się, więc szukał miłości wśród mężczyzn i to w kręgach wysoko postawionych. Tak natrafił na Janusza Zawistowskiego, młodego prawnika, który również jak Szymon chciał się szybko wzbogacić bez pracy. Partner był młodszy o siedem lat i po zapoznaniu z aktami własności uroczej wdowy, rozpoczęli swoją przestępczą działalność. Dla idei barman pozwolił swojemu kochasiowi sypiać z Oleńką.
Zadzwonił jego telefon.
— Halo! — zawołał barytonem. — Oj jaka wielka szkoda, Marianno, ale Maciek jest ważniejszy od twojego sąsiada. Zostań, my jeszcze chwilę posiedzimy. No i pozdrów chłopaka, także od tego pana z baru — zakończył.
— Czy ja się nie mylę? — spytałem. — Czy to jest Maciek, ten młody narkoman?
— Tak, to on. — Utwierdził mnie Antoni. Widzisz ilu ludzi po przejściach, tak jak ja, ty, czy nasza Marianna pomaga innym. Trzeba mocnego wstrząsu, aby zrozumieć, co się w życiu liczy — westchnął głęboko.
Zobaczyłem w jego oczach łzy.
— Tomaszu — odezwał się złamanym głosem. — Tak bardzo chciałbym pomóc Ewie, Maćkowi i Leokadii. Ja nie mam swoich dzieci, zaprzepaściłem marne, aczkolwiek bogate życie kiedyś. I dzięki Oleńce, zrozumiałem, że czas już stać się dorosłym.
— Leokadia, zaraz, zaraz to ta alkoholiczka? — zapytałem.
Popatrzył na mnie i ręką dał znak kelnerce.
— Teraz mój Stanisław odwiezie was do domu. A ja jeszcze coś muszę załatwić — rzekł zagadkowo.

Pożegnaliśmy się, znowu miałem mętlik w głowie. Nie dowiedziałem się najważniejszego... skąd się wzięła moja przyrodnia siostra?

1 229 czyt.
100%152
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 2501 słów i 14668 znaków, zaktualizowała 22 lip o 19:47.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 23 lipca

    No, no, no, a to ci zagadka! Nie przestajesz zaskakiwać. Świetne opowiadanie, niesamowicie się wciągnęłam!

  • AnonimS

    AnonimS · 20 lipca

    Faktycznie straszny galimatias