Ciemne strony barmana cz.12

Ciemne strony barmana cz.12Powróciliśmy do salonu.
— Co za wstrętny typek — powiedziała oburzona Ewa.
— No kochani, teraz widzicie jakimi ludźmi oni się otaczają — oznajmił Antoni spokojnie, ale dobitnie. — Trzeba zachować szczególną ostrożność panowie i panie — westchnął i wstał z wysokiego stołka. — Na mnie już czas, a ty Tomaszu nie zapomnij, że w najbliższy weekend jest wystawa kotów. Masz nowe zadanie i jeszcze dziś zadzwoń do Oleńki — powiedział z naciskiem. — Ukłonił się i ucałował dłonie pań.  
Wyszedł, a Marianna podążyła za nim.
Przez dłuższy czas nie wracała.
Ewa wstała z fotela i zaczęła zbierać puste filiżanki i talerzyki. Milczała.
— Może jeszcze herbaty zrobię braciszku? — zaproponowała. — Za chwilę niosła na tacy pachnący złocisty napar. Obok postawiła buteleczkę rumu.
Siedzieliśmy w milczeniu i delektowaliśmy się tym boskim napojem.
— Pójdę już — zagadnąłem, podnosząc się z sofy. — Jestem bardzo zmęczony tym wyjazdem i całym zajściem. Dzięki za herbatę — uśmiechnąłem się do Ewy.
— Wyjdę z tobą — opowiedziała. — Zobaczę, gdzie Marianna się zawieruszyła.
Wziąłem torbę i wyszedłem na zewnątrz. Murka przybiegła do mnie, szczekając radośnie. Rozejrzałem się, ale nigdzie nie dostrzegłem babci.
— Co się dzieje? — usłyszałem za sobą wystraszony głos Ewy. — Po czym szybko skierowała swe kroki za dom.

Poszedłem za nią. Na ławce w ogrodzie siedziała skulona Marianna. Była bardzo blada, a w ręce trzymała gazetę. Kiedy podała mi ją, wiedziałem już wszystko. Z pierwszej strony patrzyła na mnie młoda i ładna kobieta, a nagłówek wbił mnie w ziemię.
— Zaraz, czy to nie jest ta sama dziennikarka co... — krzyknąłem.
— Tak Tomaszu, to ta biedna Maria — wyszeptała z trudem. — Dranie zamordowali ją z zimną krwią.
— Babciu, skąd masz gazetę? — zapytała nagle Ewa.
— Leżała na trawniku, o tam — odpowiedziała, wykonując ruch ręką. — Ktoś specjalnie podrzucił — chcą nas zastraszyć — ciągnęła dalej.

Uspokoiłem obydwie kobiety i udałem się do siebie. Kiedy wszedłem do domu, poczułem pustkę. Spojrzałem na zegar, dochodziła dwudziesta. Z szafki wyjąłem whisky, a z lodówki kubełek z lodem. Usiadłem przy biurku i odpaliłem komputer.
Na telefonie wybrałem w kontaktach pozycję Oleńka... zadzwoniłem – po chwili odezwała się poczta głosowa i... a po sygnale nagraj wiado... rozłączyłem się.
Nalałem do szklanki złocistego płynu i jednym haustem wypiłem, bez delektowania się smakiem. Zapaliłem papierosa i wpisałem w Google Maria Hnatowska. Moim oczom ukazał się komunikat.
Dziennikarka śledcza z Krakowa, lat dwadzieścia dziewięć. Dobrze zapowiadająca się i z ogromnym talentem detektywistycznym. Ostatnio zajmowała się sprawą przerzutu młodych dziewcząt z Ukrainy do Europy. Zginęła w wypadku samochodowym w niewyjaśnionych jak dotąd okolicznościach. Śledztwo prowadzi Prokuratura Krakowska.

— Kurwa mać — zakląłem głośno.
Równocześnie rozległ się telefon.
— Halo — zbaraniałem i już poważnie — słucham.
— No Tomasz — zapiszczała. — Co ty wyrabiasz? Uciekasz jak rozkapryszony mały chłopczyk z piaskownicy  — zamruczała niczym kotka.
— No kto to mówi? — zripostowałem i roześmiałem się głośno. — Sama uciekasz, zostawiając mnie na godzinkę i nie wracasz... nie dokończyłem.
— Tomasz, bo ja jestem kobietą kreatywną i nie śpię tak jak inni — rozchichotała się ironiczne. — Interesy ponad wszystko!
— Dobrze, niech ci będzie — przytaknąłem. — Ale żeby cię przeprosić i wreszcie sfinalizować spotkanie, zapraszam cię w najbliższy weekend na międzynarodową wystawę kotów. Milczenie po drugiej stronie wskazywało na zaskoczenie.
— Nie wiedziałam, że interesujesz się kotami — stwierdziła. — Chętnie skorzystam, bo nawet próbowałam załatwić wejściówki, ale już było za późno.
— Widzisz, nawet taki mały chłopczyk potrafi cię czymś zaskoczyć — dodałem. — Stare czasy. Jestem honorowym członkiem Krakowskiego Klubu Felinologicznego. I na takie imprezy mam pierwszeństwo — oznajmiłem z dumą. — Tylko powiedz, czy rezerwujemy dwa dni, czy jeden?
— No tu mnie ponownie zaskoczyłeś? — pisnęła. — Umówmy się wstępnie na dwa dni, ale w czwartek odpowiem ci definitywnie — oznajmiła.
— No to do zobaczenia aniele — westchnąłem czule.
— Ha, ha, ha — zaśmiała się kokieteryjnie i się rozłączyła.
Ma twardy orzech do zgryzienia... pomyślałem i upiłem spory łyk whisky. Wyszedłem na taras i prawie zamarłem, bo na jednym z foteli ratanowych siedział Antoni.
— Co ty tu kurwa robisz? — zapytałem donośnym głosem i z bijącym sercem, które mało nie wyskoczyło mi z klatki.
— Uspokój się — szepnął Antoni — bo wypłoszysz śpiące ptaki w zaroślach. — Postanowiłem właśnie dzisiaj napić się z tobą wódki i trochę opowiedzieć o sobie — zakomunikował.
Weszliśmy do salonu i usadowiliśmy się wygodnie w fotelach, bo czekała nas długa męska rozmowa.
— Tomaszu — pamiętaj — to, co ci opowiem, będziesz musiał zatrzymać w tajemnicy — zakomunikował poważnie.
— Antoni i znowu odkrywasz kolejne karty i grasz ze mną w pokera jakie jest życie — szepnąłem, gasząc papierosa w popielniczce niemal pełnej na wpół wypalonych niedopałków. — Coś ściskało mnie w gardle, a oczy napełniały się łzami i cholernie zaczynały piec. Chyba po raz pierwszy od śmierci mojego ojca zatęskniłem, poczułem chęć wypłakania i przytulenia się do kogoś bliskiego.
Antoni spojrzał na mnie, bez słowa podniósł się z fotela i mocno mnie objął. Usłyszałem szloch... a mówią, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze.
Do naszego duetu dołączyła Murka ze swoim wyciem i tak nas tym sparodiowała, że wybuchnęliśmy obydwaj gromkim śmiechem.
— Polej Tomaszu — wydusił z siebie Antoni i spojrzał na mnie zaszklonymi oczami.
Nalałem do połowy szklanki, a on jednym haustem wypił whisky i rozejrzał się po salonie.
— Co byś powiedział na to, gdybyśmy otworzyli jakiś wspólny interes — rzucił zagadkowo.
Nie odpowiedziałem, byłem zaskoczony. O jakim interesie on myśli? Zastanawiałem się.
Obserwował mnie bacznie. Jego ostre, orle i nieprzeniknione oczy spoczęły na mnie nieruchomo. Zauważyłem od dawna, że miał on coś takiego w nich niczym wiązki rentgena. Potrafił prześwietlić na wylot czyjeś myśli i właśnie w tej chwili to robił. Zapaliłem papierosa i zaciągnąłem się mocno.
Nagle ten człowiek o posrebrzonych włosach i rysach drapieżnego ptaka przerwał milczenie. Uśmiechnął się cynicznie, wiedząc bardzo dobrze, co myślę.
— Zanim przejdziemy do konkretów, musimy coś zjeść — obwieścił tubalnym głosem. — Po czym wydał telefoniczne polecenie swojemu kierowcy. — Tomaszu — zwrócił się do mnie. — Zapamiętaj tylko jedno, że to, co dzisiaj usłyszysz, będzie cię wiązać dochowania tajemnicy do grobowej deski — wyszeptał z trudem.
Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam i poczułem dreszcze na ciele.

— Nie wiem, czy już ci mówiłem, jak tak, to się powtórzę — oznajmił. Wychowywałem się w domu dziecka. Rodziców nigdy nie poznałem i nawet nie próbowałem ich odszukać. Byłem niesfornym dzieckiem, a potem zbuntowanym nastolatkiem. Miałem żal do wszystkich kobiet. Ile razy wyobrażałem sobie swoją matkę. Chciałem poczuć jej zapach i dotyk. Ile razy w nocy śniłem o niej i malowałem jej obraz w myślach. — Zamilkł na chwilę. — A ile razy chodziłem na nabrzeże i patrzyłem za odpływającymi statkami i marzyłem o tym, aby kiedyś popłynąć i odszukać swoją tożsamość, swoje miejsce na ziemi.
— Morze, statki — wtrąciłem.
— Tak Tomaszu — utwierdził — ale po kolei — dowiesz się wszystkiego — ciągnął spokojnie swoją opowieść. — Mieszkałem do ukończenia osiemnastego roku życia w domu dziecka w Szczecinie, gdzie ukończyłem Technikum Samochodowe. Po opuszczeniu bidula zaczęło się życie zbyt szybkie i burzliwe. Rozsądek przegrał z głupotą. Chęć zarobienia dużych pieniędzy popychał mnie w światek przestępczy. Jako mechanik samochodowy zatrudniłem się w jednej z dziupli zajmującej się kradzieżą samochodów, zbiłem dość duży kapitał i postanowiłem założyć własny biznes. Jednak nie było to takie proste. Ci na górze byli bezwzględni i trzymali porządek. Wszedłem w układ, byłem pośrednikiem i zajmowałem się przemytem samochodów i narkotyków z Niemiec. Powoli wkraczałem w otchłanie mafii. Prawie cztery lata żyłem w luksusie, o jakim szary człowiek nawet nie był w stanie sobie wyobrazić. Jednak nie mogłem tak żyć, nie mogłem co rano spoglądać w lustro na swoje oblicze. Cały czas miałem przed oczami ofiary naszej zbrodniczej działalności. Zacząłem zastanawiać się nad odejściem z tej branży, jednak nie było to możliwe. Postanowiłem więc wyjść z tego jedynie słuszną drogą. Zacząłem zbierać kwity o działalności całego przemysłu narkotykowego i jego głównych szefów. A kiedy miałem spore dowody, zgłosiłem się do CBŚ.

Miałem dwadzieścia osiem lat i nic do stracenia. Zostałem świadkiem koronnym w procesie. Zmieniono wszystko w moim życiu. Dla nich stałem się dobrym materiałem na pracownika w ich służbach. Bez rodziny i bez celu. Wysłano mnie na szkolenia i studia. Szybko wyuczyłem się na porządnego agenta. Zmieniono mi nazwisko, moją tożsamość i wygląd. Zamieszkałem w Krakowie i zacząłem normalne życie. Byłem i jestem tajnym współpracownikiem służb specjalnych. Pod przykrywką różnych działalności prowadziłem dostatnie życie i zajmowałem się tajną służbą.
Przychylił szklankę i wypił do końca. Na chwilę zamilkł. Cisza, jaka zapanowała, aż była nieprzyjemna. Nawet nie było słychać naszych oddechów.
— Antoni czym mnie jeszcze zaskoczysz? — zapytałem ze złością. — Pewnie Marianna też jest tajną agentką  — stwierdziłem.
— Tomaszu, spojrzał na mnie i odpowiedział spokojnie. — Marianna to kobieta o stu twarzach, ale ma tylko jedno ogromne serce. — Ty nawet nie wiesz, ile jej zawdzięczasz. Ale to ona cię o tym powiadomi, kiedy przyjdzie pora. Pozwól, że dalej pociągnę swoje opowieści niczym z Archiwum X. Kiedyś nazwałem się Stanisław Koralewicz i byłem chłopakiem z bidula przy ulicy Walecznych w Szczecinie. Zostałem rodowitym krakowianinem, miałem swoje miejsce i pochodzenie. Prowadziłem spokojne życie, aż do czasu poznania Aleksandry, która sprawiła, że straciłem głowę i opuściłem świat i portki. Powiem ci w sekrecie, że była moją wielką miłością. Kobietą, o której zawsze marzyłem. Pierwsza to moja matka, której nigdy nie widziałem i druga Aleksandra, bezwzględna, ale kochana kobieta. Dlatego ostrzegam cię przed jej urokiem, który jest zabójczy.
— Antoni! — krzyknąłem. — Przecież sam mnie wepchnąłeś w jej szpony.
— Dlatego proponuję ci układ — odpowiedział. — My ci zapewniamy wyszkolenie, a ty nam służysz swoją inteligencją i bogatym doświadczeniem poznawczym. Swoim spokojem i sprytem dałeś nam namiary na zorganizowaną grupę przestępczą. Dlatego razem z inspektorem Lemańskim postanowiliśmy wciągnąć cię w ten układ. Jesteś poza podejrzeniem i pewnie nikt z nich nie traktuje cię poważnie. Dla nich jesteś zgnuśniałym starym kawalerem i do tego alkoholikiem. Dlatego będziesz komunikatorem pomiędzy nimi a nami.
— Hola, hola Antoni — zaprotestowałem. — Jeszcze nie zgodziłem się na ten układ. Możesz dać mi trochę czasu? — zapytałem.
— Nie — odpowiedział definitywnie. — Twoje kiwnięcie głową na samym początku było zgodą. Po pierwsze nie masz wyboru, po drugie, po jaki huj będziesz się zastanawiać, jak nie masz wyboru — przypieczętował zwycięsko. — A po trzecie teraz będziesz robił to, co będzie konieczne. Masz za zadanie zdobyć ten nieszczęsny czarny notes — roześmiał się — I zrobisz to na wystawie kotów. — stwierdził stanowczo. — A teraz pozwól, że cię opuszczę.

Wyszedł, a ja zostałem ze swoimi myślami. Nie wiem, kiedy usnąłem, ale gdy usłyszałem głośne szczekanie Murki była trzecia piętnaście.

922 czyt.
100%122
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne, użyła 2099 słów i 12505 znaków, zaktualizowała 31 lip o 20:12.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 31 lipca

    Witaj

    Ponownie mnie zaskoczyłaś. Świetna część. Szkoda dziennikarki. Dużo niewyjaśninych tajemnic, które wprost uwielbiam.  

    "Kobietą, o której zawsze marzyłem. Pierwsza to moja matka, której nigdy nie widziałem"- piękne zdanie...

    Miłego wieczoru  

  • Speker

    Speker · 31 lipca

    Tajnos agentos
    Ciekawie, ciekawie