Ciemne strony barmana cz.2

Ciemne strony barmana cz.2Długo walczyłem z otwarciem drzwi, aż wreszcie puściły. Wszedłem do środka, poczułem wolność. Nie miałem odwagi zejść do piwnicy, dlatego stałem pod drzwiami i nasłuchiwałem. A ta przeraźliwa cisza nie wróżyła niczego dobrego, nie myliłem się. Powoli zsuwałem swe bezwiedne ciało do parteru, czułem błogi stan i widziałem tłum ludzi zmierzający w moim kierunku, a wśród nich barman, już nie był taki sympatyczny.

— Rozpracowałem cię, ty draniu — krzyczał. — Już nie uciekniesz, odpowiesz za to, co zrobiłeś. Mówiłem ci, że jestem spowiednikiem i przede mną nic się nie ukryje.

Z oddali słychać było sygnały dźwiękowe. Obudził mnie głośny łomot do drzwi, ciemność rozjaśniały ultrafioletowe rozbłyski na ścianach. Po chwili zorientowałem się, gdzie jestem i co robię na podłodze pod drzwiami mojej piwnicy. Powoli wracała mi świadomość, poruszyłem się i poczułem silny ból ścierpniętej lewej, dolnej kończyny. Odkaszlnąłem zaschniętą wydzielinę z gardła, z trudem podniosłem swoje członki i skierowałem kroki w stronę drzwi wyjściowych.

— Kto tam — zapytałem głośno.
— Otwieraj i wyjdź z podniesionymi rękami do góry — wrzeszczał głos, aż się ściany trzęsły. — Dom jest otoczony i radzę nie utrudniać akcji.

Zadudniło mi w uszach. Wyszedłem, stosując się do poleceń, mocny blask światła koloru ultramaryny bił mnie po oczach, nic nie widziałem. Ktoś mocno złapał moje ramię, podciął nogi i rzucił na ziemię. Na przegubach dłoni poczułem ból i zgrzyt zaciskanych kajdanek, następnie postawiono z powrotem moje ciało do pionu.

— Masz prawo do... Funkcjonariusz przekazał mi jednym tchem, wyuczoną na pamięć pustą regułkę o moich prawach.

Dopiero teraz przejrzałem na oczy. Dookoła stali policjanci z długą bronią typu Mossberg, w czarnych kominiarkach, z tyłu na ich uniformach widniał napis CWŚ. Pomimo późnej pory, wzdłuż trawnika stał spory tłum gapiów, a wśród nich najlepsza moja sąsiadka w samym szlafroku z papilotami na głowie, krzyczała do mnie.

— Wiedziałam, że prowadzi pan jakieś szemrane interesy — wyrzuciła z siebie. — Tyle lat mieszkałam obok mordercy.

Co do cholery się dzieje, pomyślałem. Prowadzili mnie obok rozkrzyczanych ludzi, a oni, gdyby tak mogli, to pewnie by mnie zlinczowali. Jeden z funkcjonariuszy kiwnął ręką i z ciemności wyłonił się barman. Ten bardzo dociekliwy spowiednik.

—To on — powiedział z cynicznym uśmieszkiem na twarzy.

No to już jestem w domu, wszystko jasne.
— Ciekawe kto się będzie śmiał ostatni — mruknąłem pod nosem.

Wsadzili mnie do radiowozu, spojrzałem na swój dom. Cały był oświetlony, a wkoło biegali policjanci. Przeprowadzają pewnie dokładną rewizję i szukają czegoś, czego nigdy nie znajdą, jeśli ja im nie powiem, o co chodzi. Zamknąłem oczy i już tylko myślałem o tym, kiedy zobaczę głupią minę barmana. Za ten widok warto było to zrobić. Nie wiem, dlaczego wożono mnie tak długo i po obrzeżach, ale po długim czasie wjechaliśmy w autostradę A4, a potem już prosto do Krakowa. Może kiedyś się dowiem?

Kiedy dojeżdżaliśmy do Krakowa, już świtało. Słońce wschodziło czerwoną kulą, wyglądało jak olbrzymia pomarańcza. Zapowiadał się upalny dzień. Dopiero teraz poczułem wewnętrzny strach przed tym wszystkim, co się może stać. Miałem Saharę w gębie i tak bardzo pragnąłem, chociażby jednej kropli płynu. Oczom moim ukazała się półka w lodówce i zimne piwo. Coraz mocniej do moich nozdrzy dochodził zapach ostrego potu. Ci panowie w czerni pewnie tego nie czują i nie wiem, czy pozwolą wziąć prysznic, nie miałem przy sobie przyborów, szczoteczki do zębów, telefonu, bielizny na zmianę, a co z moim domem. Wszystko, co posiadałem, cały mój majątek zostawiłem niezabezpieczony, obcy ludzie w tej chwili demolowali mój azyl spokoju. Wysiedliśmy z radiowozu przy Mogilskiej, głównej siedzibie CBWŚ. Jak przestępcę w kajdankach i pod eskortą uzbrojonych policjantów prowadzono mnie korytarzami do sali przesłuchań. Chciałem krzyczeć, ale wiedziałem, że nic mi to nie da, wręcz przeciwnie może zaszkodzić. Od dziecka miałem wpajane, że tylko spokój może uratować. A jeśli znajdą paragraf i oskarżą mnie o coś, czego nie zrobiłem?
Wprowadzili mnie do pomieszczenia z szybą przyciemnioną, zwaną lustrem weneckim. Posadzili przy stole i wyszli, jedynie jeden strażnik pozostał z lufą skierowaną w moją stronę.

— Czy mogę prosić o szklankę wody? — wypowiedziałem w jego stronę prośbę. — Cisza. — Proszę? — ponowiłem pytanie.
Stał jak posąg, nawet nie drgnął. Tylko oczy z otworów kominiarki błyskały. Musiałem zadowolić się przełknięciem śliny. Która godzina i ile jeszcze będę tutaj siedział, chciałem zapytać, ale to nie miało sensu... więc dałem spokój.

Byłem aktorem na scenie i grałem rolę seryjnego mordercy, ona leżała naga i otwarta, i śmiała się ze mnie. Publiczność darła się na całe gardło, spal ją, i jej wszystkie ślady zamień w popiół. Skończ z tym kabaretem, nigdy nie staniesz się sławnym, bo nie masz jaj. Bądź wreszcie sobą i zakończ ten romans jak prawdziwy mężczyzna. W pierwszym rzędzie siedziały tylko dwie kobiety, babka Sydonia i matka Eleonora, to one były moją kulą u nogi. Za nimi rozwrzeszczany tłum, lecz one nie krzyczały, bo tylko spokój...

— Obudź się, tu nie hotel.
Poczułem uderzenie w ramię i donośny głos. Zobaczyłem wreszcie twarze bez kominiarek.
— Ściągnij kajdanki — rzucił polecenie policjant w stronę ponętnej szatynki i zwrócił się do mnie.
— Jestem inspektorem i nazywam się Krzysztof Lemański, a to komisarz Lidia Kotela. Jeśli będziesz z nami współpracować, to szybko zakończymy sprawę — oznajmił.
— Czy mogę dostać szklankę wody? — zapytałem zachrypniętym głosem.
— O proszę, nawet umiesz mówić — krzyknął i wykonał gest ręką.
Po chwili drzwi się otworzyły i przyniesiono mi wodę. Wypiłem jednym haustem, poczułem taką ulgę, której nie zapomnę do końca życia.
— Co my tu mamy panie Kolankowski? — Zaczął przeglądać jakieś papiery.
— Czterdzieści sześć lat byłeś przykładnym obywatelem i po co teraz ją zabiłeś, i gdzie są zwłoki, jak nazywała się denatka? — Spojrzał na mnie. — Słucham, co masz nam do powiedzenia?
— Panie inspektorze, to jakieś nieporozumienie — odpowiedziałem.
— Co wy mi tu pierdolicie. — Rzucił w moją stronę arkusz papieru. — Tu są zeznania świadka, barmana z lokalu Pod Papugą. Plan morderstwa dokonanego w twojej piwnicy. — Zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. — Więc zacznij gadać prawdę albo zgnijesz w więzieniu.
— Czy mogę zapalić? — zwróciłem się do inspektora.
— Pal! — wrzasnął i przesunął paczkę w moją stronę, a pani komisarz podpaliła mi papierosa.

Tym razem ja zaciągnąłem się mocno i zacząłem swoją opowieść. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, było już ciemno. Oddano mi telefon i dokumenty oraz jakieś pomięte pieniądze. Skierowałem się w stronę Ronda Mogilskiego.

978 czyt.
100%182
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminalne i obyczajowe, użyła 1252 słów i 7266 znaków, zaktualizowała 22 lip o 19:48.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 23 lipca

    Świetna część. Akcja się rozkręca. Zdanie "Co wy mi tu pierdolicie." słyszałam w jakimś filmie i uśmiechnęłam się na wspominki    Zobaczymy, jak to będzie dalej... Łapa.  

  • AnonimS

    AnonimS · 30 czerwca

    No tp.barman chyba wyszedł na durnia