Wszyscy jesteśmy zombiakami - Rozdział VI

Blask ogromnego, czerwonego księżyca przedzierał się przez metalowe kraty w oknie mojej sypialnio-kuchni zatrzymując się na mojej twarzy.  
Dzisiaj wypada pełnia, jednak to nie ona jest przyczyną mojej bezsenności. Mimo wypitej prawie w całości butelki Burbona, nie czułem ani chwili ochoty by położyć się spać.  
Nie mogłem zasnąć, nie tej nocy.

Stare brązowe krzesło mocniej zaskrzypiało, gdy przechyliłem się na nim.  
- Nie możesz spać? - spytał leżący w kącie na starym materacu Jeff.  
Po incydencie, który miał miejsce jakieś dwa tygodnie temu w hotelu, kiedy to stary szaleniec próbował poderżnąć mu gardło za jego zegarek, który był jedyną rzeczą jaka została mu po ojcu postanowiłem, że pozwolę mu chwilowo u mnie pomieszkać.  
Sam nie wiedziałem jak długo ta chwila miała trwać, teraz o tym nie myślałem.
- No, jakoś nie mogę... - odrzekłem.
- To przez tych karawaniarzy, który mają jutro przyjechać - rzucił pytanie.
- Nie, to przez tą pełnie. Zaraz, a skąd ty wiesz o karawaniarzach?
- Słyszałem jak wczoraj rozmawiałeś z Chuckem o nich. - oznajmił.
- Podsłuchiwałeś.  
- Nie, znaczy, tu są cienkie ściany.
- Jasne.
Zacząłem żałować, że huśtałem się na tym starym krześle, chociaż nie wiem czy to skrzypienie krzesła zerwało ze snu Jeffa, czy również nie mógł zmrużyć oka.
- Opowiedz mi coś o tych karawaniarzach. Kiedyś o nich słyszałem, mówił coś o nich wujek Sasza, kiedy chciał załatwić jakieś lekarstwo dla mojego ojca, mówił, że tylko oni potrafią je załatwić.
- Kim był ten wujek Sasza? - zapytałem chcąc zejść z tematu karawaniarzy.
- Mieszkał z nami parę lat, tak naprawdę to nie był mój wujek. Uratował kiedyś tatę przed stadem zombiaków a tata za to pozwolił mu u nasz mieszkać a Sasza kazał mi mówić do siebie wujek.
- Co się stało z Saszą?
- Nie wiem, pewnego dnia wyszedł w poszukiwaniu zapasów jedzenia i nie wrócił.    
Potem ja zacząłem chodzić za jedzeniem i lekami. Kiedyś w starym supermarkecie parę mil od domu znalazłem jego portfel cały ubabrany zaschniętą krwią, więc pewnie go zabili.
- ale ciała nie było. - oznajmiłem.
- Pewnie go zombiaki zjedli albo jacyś kanibale.
- Masz dużą wyobraźnie, jak na takiego młodego chłopaka.
- Dobra, ja ci opowiedziałem o wujku Saszy, teraz twoja kolej.
- Moja kolej? - spytałem.
- No , opowiadaj o tych karawaniarzach.  
Cholera, może jednak nieco mu opowiem...

Karawaniarze, tak  na nich mówiono. Nikt nie wie skąd pochodzą, gdzie mają swoją kryjówkę i ilu ich jest. Nikt z tych, których znam nie wie o nich za wiele.
Krążą o nich niezwykłe opowieści i różne plotki.
Każdego, kto próbował się dowiedzieć czegoś więcej czekał przykry los.

Jest prawda w tym co opowiadał wujek Jeffa, karawaniarze potrafią załatwić najmniej dostępny towar. Wszystko czego potrzebujesz. Od kolekcjonerskiej paczki papierosów z przed 30 lat po głowice nuklearne. Nasze małe miasto również korzysta z usług karawaniarzy, jednak handel z nimi nie jest taki prosty. Trzeba się mocno postarać, aby chcieli z tobą handlować.

Zjawiali się w naszym mieście co trzeci miesiąc w pierwszy wtorek o godzinie 2 po południu i zawsze wtedy, nigdy wcześniej, nigdy później. Dzisiaj właśnie jest pierwszy wtorek lipca.
Karawaniarze podróżują grupami, trzech na motocyklach zawsze na przodzie, za nimi ciężarówka, a za ciężarówką jeszcze dwa motocykle. Każdy z nich ubrany w czarą skórę i chusty zasłaniające twarz i każdy dobrze uzbrojony.
O godzinie 2 mają tu być i dostarczyć nam trochę amunicji, jedzenia, oraz lekarstw dla córki burmistrza, która choruje na mukowiscydozę. Burmistrz Mike nigdy nie powiedział mi co oferował karawaniarzom za to, aby nas odwiedzali, ale wiem, że dały wszystko, aby zdobyć lekarstwa dla swojej córki.


Nadszedł ranek, udało mi się nieco przysnąć, ale walenie do drzwi szybko postawiło mnie na nogi.  
- Otwieraj, to ja Chuck.
- A kto by inny tak napierdalał w te drzwi... odkrzyknąłem.
- Wstawaj, się odjebało stary.  
Ruszyłem w stronę drzwi i wpuściłem Chucka.
- Co się odjebało? - spytałem.
- Przygotowywaliśmy paczkę dla karawaniarzy, a okazało się, że ten pieprzony glukometr nie działa.  
- Normalnie, no zobacz, nic się nie wyświetla, baterie są nowe.
- Przecież sprawdzaliśmy parę dni temu. Działał.  
Wziąłem do ręki glukometr i od razu zauważyłem.
- Jest zalany. - Oznajmiłem.
- To przez tego pojeba Maxa, on go postawił w magazynie pewnie gdzieś musiał go zalać jakąś wodą, albo czymś.
- Kurwa, jeśli karawaniarze nie dostaną towaru, albo dostaną wybrakowany więcej do nas nie przyjadą. - stwierdziłem.
- I co teraz? - spytał Chuck.
- Mamy pięć godzin na znalezienie nowego, działającego glukometru.  
- W promieniu 100 mil nie ma apteki, która nie została przez nas przekopana.  

Chuck ma racje, jeśli karawaniarze nie dostaną glukometru, możemy zapomnieć o handlowaniu. Jednak naprawdę nie miałem pomysłu skąd wziąć glukometr.  
Chwilę później wszedł do mojego mieszkania roztrzepany Mike - Burmistrz Rustvill.
- Kurwa, Nick, co teraz, co zrobimy, skąd wziąć ten pieprzony glukometr? może go naprawisz? musimy coś zrobić. - spanikował Mike.
- Nie mam pojęcia skąd wziąć glukometr. Nie mamy czasu na dłuższą drogę w poszukiwaniu aptek. Nie zdążymy.
- Dajmy im ten spieprzony, może jakoś przejdzie. - rzucił pomysłem Chuck.
- Z pewnością w magiczny sposób się naprawi - powiedziałem.
- Ja wiem skąd wziąć glukometr - wyrwał się młody Jeff.
Wszyscy skierowali wzrok na Jeffa.  
- Skąd?
- Mój tata chorował na cukrzyce, w domu powinien być glukometr.    
- Przecież zabraliśmy skrzynkę z lekami. - odpowiedziałem Jeffowi.
- Tak, ale glukometr trzymał w szafce w kuchni.
- Miejmy nadzieje, że jeszcze tam jest. Jedziemy!
- Jadę z wami! - krzyknął Jeff.
- Ty zostań tutaj, Ja z Chuckiem i Lesterem pojadę. - Rozkazałem.

Nie chciałem, aby dzieciak jechał, w końcu tam został jego ojciec, prawdopodobnie w postaci zombiaka, albo zgnilaka.  
Poza tym droga jest nieco utrudniona przez grupy zombie.

O dziwo Jeff mnie posłuchał, pewnie sam nie chciał tego oglądać. Po łatwym przebiciu się przez fale zombiaków Dwie godziny później byliśmy już w opuszczonym domu Jeffa. Tak jak przewidywałem, po strzale w głowę ojciec Jeffa się nie przemienił, leżał w swoim łóżku, tak jak go zostawiliśmy. Ciało było w znacznym stopniu rozkładu. W zasadzie praktycznie same kości.  
Szybko w szafce w kuchni znaleźliśmy zapakowany w pudełku glukometr. Działał.  
Mieliśmy jeszcze chwilę na splądrowanie domu i pozabieranie rzeczy, które mogły się jeszcze przydać.

Po powrocie Mike nie mógł wyjść z zachwytu, że uratowaliśmy miasto. Z pewnością jego córkę, która potrzebowała leków od karawaniarzy.  

- Uratowałeś nas Jeff. - Pochwaliłem Jeffa, gdy już byłem w domu.  
- Znaleźliście glukometr? - spytał.
- Tak, nawet działa - odrzekłem.
- A mój ojciec? przemienił się?
- Nie.  
- To dobrze.
- Za godzinne będą karawaniarze pod bramą miasta, muszę iść.  
- Mogę iść? Chcę ich zobaczyć, proszę! - Spytał Jeff.
- Nie.  

Chuck, Mike, Lester i paru innych już stało pod bramą miasta z przygotowaną paczką. Wszystko było na miejscu. Pozostaje tylko czekać, jeszcze pięć minut.

- Zawsze jestem lekko zdenerwowany, jak czekam na tych karawaniarzy - odrzekł spokojnym głosem Lester.  
- Ja to jestem osrany. - dodał Chuck. - Kiedyś w Sydney (Najbliższe miasto od Rustvill) w knajpie opowiadał mi typ, że pewnego razu jedno miasto chciało obrabować karawaniarzy co się im udało. Parę dni później wracający z łowów mieszkańcy nie mieli do czego wracać. Wszystkich wybili na miejscu. - Opowiedział Chuck.
- My nie chcemy ich obrabować. - Stwierdziłem.  
- No nie, ale wiesz, strach zawsze jest.
- Jasne.
- Patrz! Jadą! Kurwa, Jadą!

Karawaniarze nadjeżdżali, punktualnie 2:00.  
Czekałem na nich, to dzisiaj miałem dostać odpowiedź.

158 czyt.
100%11
Destiny

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i horrory, użył 1448 słów i 8097 znaków. Tagi: #zombie #opowiadanie

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 28 września

    Zestaw na tak.