To co jest we krwi cz 17

— Co teraz poczniemy? — zapytała Rasa.
— Jest tajemne wyjście — rzekła przez łzy Martensja.  
— Wyjście zasypane — rzekł jeden z ministrów.  
Stali bez słów.
Kiedy ostatnie ułamki nadziei topniały, usłyszeli głos tajemniczej, czarnowłosej dziewczyny.
— Dlaczego nie chcieliście słuchać? — rzekła Are. Czyż nie mówiłam, że jestem i nie troskajcie się. Kobiety nie chciały ich posłać. Jednak poszli i zginęli.  
— Co możesz zrobić? — zapytała Martensja.
— Ich dusze są tu, Abhis ich nie zabrał, bo wie, że tu jestem. Stańcie na ziemi. Wszyscu z zamku. Niech nikogo nie zabraknie — rzekła Are. Złapcie się za ręce. Niech Rasa stanie na przedzie obok Martensji.
— Załóż to — rzekła do Rasy kładąc przed nią koszulkę z żelaznych oczek z czarną różą z dziwnego metalu.                                                                                                             Podeszła do niej i... pocałowała jej usta. Rasa poczuła moc o nieopisanej wielkości. Moc miłości.  
— Zostawiłam ci miłość, zatrzymaj ją do czasu jak wrócę. Teraz mam tylko śmierć we krwi.
Powoli schodziła na dół. Przeszła po zwodzonym moście. Napastnicy szykowali się do decydującego ataku. Król dał znak ręką, na widok czarno ubranej postaci. Zastygli w wyczekiwaniu. Are zdjęła pelerynę, spodnie i koszulę. Stanęła naga i piękna na przeciw pełnych nienawiści, zbrojnych rycerzy. W jednym momencie przemieniła swoje dorosłe ciało, w drobną postać dziewczynki. Miała teraz na sobię białą, aż błękitną suknię sięgającą do ziemi. Rasa obserwowała ją bacznie, ale nie zauważyła jak i skąd wzięła się ta sukienka. Rasa patrzyła jak Are wyciągnęła ręce ku niebu, potem do przodu, a w końcu dotknęła prawicą ziemi. W pierwszej chwili nic się nie stało. Potem, powoli w koło niej zaczął rozciągać się krag. Przyspieszał. Trawa usychała w oczach, czerniała. Krąg rozszerzał się, dotarł do napastników. Ci bez krzyku czernieli i rozsypywali się w pył. Po chwili okrąg dotarł do zamku. Ominął trzymających się za ręce ludzi. Rasa widziała mocą swoich wewnętrznych oczu, jak czarne macki próbują zawładnąć ich życiem, ale odbijają się od złotych promieni rozchodzących się z czarnej róży. Widziała wyraźnie, że promienie emanują z róży, ale potem zachowują się jak mgła. Martesja pierwsza zauważyła, że Sanes podniósł się z ziemi. Po chwili Zartar ożył, a jego odcięte ramię odrosło w kilka sekund. Oczy wszystkich zwróciły się na pole bitwy. Ci co zginęli po obu stronach, powstali do życia. Rycerze Lonty zaczęli iść w kierunku zamku. Zabite konie powstały i rozbiegły się po równinie. Powstali, ożywieni najeźcy, zaczęli wracać skąd przybyli.
Mała Are szybko przemieniła swoje ciało na powrót do postaci dorosłej, pięknej kobiety. Ubrała się pospiesznie. Poczuli chłód. Ona wracała.  
— Koni szkoda — rzekła.
Podeszła do Rasy. Rasa zobaczyła mała drobną postać. Nie zdawała sobie sprawy, że tylko ona i Artras widzi ją taką teraz.
Are wyciągnęła ręce.  
— Oddaj mi miłość, ale tylko tą, którą ci dałam.  
Rasa pochyliła się i pocałowała usta Are. W jednej chwili poczuła co nie mogła określić nawet w przybliżeniu. Jednak co do jednego miała pewność. Ten pocałunek miał w sobie całą gamę miłości jaka może istnieć.
— Żegnaj Mi-Ra-Abhi-Anu — szepnęła Are — będę tęsknić.  
Artras wziął za rękę małą dziewczynkę, posadził ją na swego rumaka, który z niewiadomych powodów żył.  
— Żegnajcie przyjaciele, zobaczymy się jeszcze — rzekł.  
Po chwili gnał w kierunku gór. Włosy małej Are, którą tylko on taką postrzegał, rozwiewał wiatr.  
Teraz dopiero dostrzegli, że Martensja upadła.
— Co się stało? — zapytał Zartar.
— Nic, Śmierć mnie pocałowała — szepnęła Martensja, kiedy powstała. I znowu tylko Rasa wiedziała co to oznacza.
                                                                               *    
Wrózka patrzyła na oddalające się sylwetki na Artrasa i Are. Wiedziała, że zobaczy wkrótce czarnowłosą, tajemniczą postać.
Zna moje tajemnicze imię, które mi nadał Abhis. Kim zatem jest, myślała.
Popatrzyła na swoich umiłowanych, którzy ożyli. Nie zauważyła nawet oznak zdziwienia. Jakby nic się nie stało. A przecież był to cud!
— Powiedziałeś bracie, że jesteś bliski rozwiązania, ja także miałam wizję — rzekła Gersa.
— Tak, dobrze będzie jeśli porozmawiamy o tym — rzekł Zartar
Martensja odeszła z Sanesem i coś mu opowiadała.  
— W krótce nawet my same nie będziemy mogły się rozpoznać — rzekła do brata. W tej chwili ona jest o troszeczkę bardziej cielesna, a ja duchowa. Ale i to się zaciera — dodała.  
— Czy myślisz, że Martensja mówi o tym Sanesowi? — zapytał Zartar.
— Tak, właśnie mu to tłumaczy.
— Myślę, że to ma związek z nami, naszą przeszłością i z tym wszystkim.
— Wiesz co, Luk, czego mi najbardziej brakuję? Po prostu chciałabym cię objąć jak brata, ale wiem, że jeśli to uczynię będę cię pragnąć jak kochanka.                                                              
— Może Are potrafi coś zaradzić — powiedział Zartar.  
Rasa zaczeła wyraźnie coś przeżywać.
— Och, ta Martęsja. Ona jest naprawdę kochliwa.
— Może całkowicie jej nie uleczyłaś?
— Jestem pewna, że tak.
Jęknęła, ale nie z bólu.
— Poczekaj Zartar, muszę iść do niej.  
Nie musiała się starać żeby ich znaleść. Weszła do sypialni Martensji bez pukania.
— Wim, że to ty Martensjo. To prawda, to nas tylko różni. I może Zartar ma rację, może coś w twoim ciele zostało z tej trucizny, ale proszę przestań.  
Tak naprawdę nic nie robili poza tym, że trzymali się w objęciach.
— Powiedziałaś przed chwilą do Zartara, że pragniesz go przytulić. Ja pragnęłam tego samego z moim bratem, tylko tego. To nie moja wina, że kiedy dotykam go, ty go dotyasz. A kiedy ty go dotykasz, rozumiesz co się dzieje.
— Już wkrótce się to skończy — rzekła Rasa.
Martensja posmutniała.
— Umrzemy?
— Nie! Mam plan.  
— To czemu ja nie wiem. Och już wiem, nie bądź zła — rzekła Martensja  
— No już dobrze — powiedziała Rasa. Sądzę, że od teraz będziesz wiedzieć na bierząco. Jak widzisz, dzielą nas czasami, ułamki chwil.
    Wróciła do brata. Zartar siedział z zamkniętymi oczami. Kiedy podeszła, otworzył oczy i powiedział.
— Sothar był genialny, miał szczęście, ale pochłonęła go żądza. To on nas wszystkiego nauczył.
— I ja to odczułam.
— Pójdźmy do nich, tak na wszelki wypadek. My umiemy to hamować i transformować, a oni nie.
— Martensja potrafi, ale nie chce. Tylko tym się różnimy.  
Poszli do nich.
— Ja już pojęłam — rzekła Martensja.
— Wiem! Postanowiliśmy z Zartarem mówić przy Sanesie, bo ty byś i tak wiedziała.
Gersa rozpoczęła opowieść.
— Wszystko się zaczęło przed naszym urodzeniem. I oczywiście przed waszym, również. Bo urodziliśmy się tego samego dnia. Sanes jest starszy od ciebie o 15 minut. Podobnie Zartar ode mnie. Sothar był genialnym naukowcem, przyjaźnił się zarówno z naszym ojcem jak i matką. Największe postępy czynił w biologii i genetyce. Pracował nad doskonałym modelem DNA. I trzy rzeczy złożyły się razem. Nasze urodziny, odkrycie szczeliny czasu i odwiedziny rasy z gwiazdozbioru Kraba. Moje ukrywanie się w ,,dniu wczorajszym” to sztuczka Sothara. Znalazł coś o czym marzył. Znalazł, wziął w posiadanie i ukrył w dniu wczorajszym. Sądził, że połączenie czasowe  IX i XXV w jest ewenementem. Nigdy się nie dowiedział, że łączy się to ze mną: Rasą-Martensją-Gersą. Najpierw była jedna z nas, Rasa. To on ,,zrobił” coś nie do zrobienia. Dzięki energi z Erry udało mu się rozdzielić duszę w dwa ciała. Oczywiście, widocznie Bóg na to zezwolił. Ale ponieważ Sothar ,,wszedł” w Jego pole działania, było to od poczatku pod kontrolą. Sothar mógł dać coś ludzkości, ale wolał mieć siłę, władzę dla siebie... Chciał być bogiem. Ale w tym złym znaczeniu. Miejsce mocy, tam gdzie stała świątynia znały cywilizacja przed nami. Może jeszcze przed Atlantami. Brakowało im wówczas ,,doskonałej ofiary”. Tą doskonałą ofiara miałam się stać ja. Sothar kochał Ann. Kiedy zła wola nim owładnęła, chciał zabić naszego ojca, ale Ann go uratowała, chociaż to ja częściowo mu przeszkodziłam. W rezultacie zamierzał poświecić moje ,,lustrzane odbicie” czyli Martensję. Nie wiedział znowu, że gdyby ona umarła, ja umarłabym również. Poza tym, moja osoba znalazła uznanie w drugim świecie. Mówiąć prosto, Śmierć mnie pokochała. Rasa Ra-Gu była prawie doskonała, ale nie odporna. To przez Sothara mieszkańcy Erre przyswoili cechy ludzi... i to doprowadziło ich do zagłady. Właśnie gdyby słuchali Ra-Gu tak by się nie stało. On jako jedyny był przeciwny pewnym trendom. Ale nie posłuchali. Ra-Gu otrzymał w ,,darze” od Abhisa moc całej populacji. Bo właśnie on odbuduje populację ich planetę. A zrobi to przy pomocy Zartara i Martensji. Kanał czasowy miał limit podróży i limit pasażerów. Sothar, jego uczniowie Rasa i Luk i brat ,,lustrzanego odbicia” Rasy, Sanes. I oczywiście moje odbicie, Martensja. Kanał działa nadal i czeka na ostatnią ,,przesyłkę” tam. Potem się zamknie. Jest to jedyne dobre rozwiązanie. Ja będe żyć, a Martensja będzie czekać. Ra-Gu umie zatrzymać czas. I właśnie on, Zartar i Martensja będą czekać na mnie. Ja zostanę tu, w tym czasie. Będziemy rządzić Lontą. Sanes jak i Artras będą żyć długo, nie starzejac się. Artras będzie z Are. A kiedy odejdzie Sanes, ja odejdę w góry. Nie martwcie się, po tej nocy, wszyscy łącznie ze mną o tym zapomnimy.
— Kim jest Are? — zapytał Sanes.
— Nie wiem, ale pewnie się dowiem wkrótce. Sądziłam, że jest siostrą Abhis, ale teraz nie jestem pewna. Wiecie, że zawsze sądzono, że śmierć jest rodzaju żeńskiego, a Are ma przecież śmierć we krwi. Ale jest coś jeszcze, dlatego mam wątpliwości — dodała po chwili.  
— Czy nadal będę pamiętać ciebie, Sanesa, kiedy będę z Zartarem w przyszłości? — zapytała Martensja                                            
— Tak, będziesz pamiętać. Nie martw się, nasze szczęście będzie pełne, niczego w nim nie zabraknie.                      
— Ale na teraz, kocham ciebie jako, Martensja. Kocham Zartara i kocham Sanesa. Ciebie kocham jak siostrę i kochankę. Zartara jak męża i brata. Sanesa jak brata i kochanka — rzekła zatroskana Martensja. Chce tego i nie chcę — dodała.
— Wiem to, bo czuję to samo — powiedziała Rasa. Ale to ja jestem pierwotna, a ty wtórna. Jeśli u mnie to zaniknie, zaniknie u ciebie. Nie troskaj się, to jeszcze tylko jeden dzień.  
—  Dlaczego?
— Jutro przybędzie tylko dla mnie Are i wyzwoli mnie.
— A co z wypełnieniem całego proroctwa? — zapytał Zartar. Pewnie to co powiedziała dziewczynka, wyryte było na tym złocie, co go wyrzuciłaś.
— Tak, dokładnie — rzekła Rasa. Tego właśnie nie wiem, odnośnie proroctwa. Coś stanie się, że Artras będzie owładnięty zazdrością i wyda nam wojnę. Ale ufajcie mi i Are. Ja nadal będę mieć życie we krwi.
— To dobrze wiedzieć, ale nadal czuję się tak samo — rzekła Martensja. I naprawdę nie mogę dać sobie z tym rady.
— Rób co uważasz. Jesteś mną i zawszę cię kochałam, nawet zanim cię zobaczyłam — rzekła Rasa — Idę spać do pokoju Chardrysa i zamknę drzwi, że nikt ich nie otworzy. A wy róbcie co wam się wydaje słuszne — rzekła wróżka i odeszła.
Nie czuła się winna i nie wiedziała czemu tak jest z nią... i z nimi. Była pewna, że w środku ma miłość  i nie wiedziała dlaczego tak jest. Położyła się. Powieki ciążyły...
— Czy to ty Are? — zapytała sennie.
— Nic się nie martw, kochanie — usłyszała szept Are. To wszystko jest efektem pierwotnej trucizny Sothara. Wasze cielesne pragnienia są tylko złudą. W waszym rodzeństwie i między Martensją i Sanesem jest tylko braterska miłość, reszta jest fałszywą ułudą. Ufaj mi.
— Are — szepnęła Rasa.
Nie miała pewności czy to był sen czy jawa, bo po chwili zasnęła.
Martensja poszła spać z Zartarem. W połowie nocy wstała i wyszła z komnaty. Kiedy tylko opuściła sypialnie, wiedziała że jest Rasą i poszła spać do swojej sypialni. Kiedy Sanes się obudził, zapytał.
— Zmieniłaś zdanie Raso i śpisz ze mną?
— Tak kochanie, brakowało mi ciebie.
                                                                               *
Zartar obudził się w objęciach, jak sądził, Martensji.
Jego wiedza mówiła, że to Rasa, ale doszedł w końcu do wniosku, że wiedza może się mylić.
                                                                               *
Rasa obudziła się. Była w sypialni Chardrysa. Czuła odchodzącą ekstazę. Doszło do niej, że jest naga i... nie sama.
— Co ty tu robisz, Martensjo?
— Korzystam z ostatniego dnia. Sama mówiłaś, że na twoje czary tylko ty jesteś odporna. Od połowy nocy jestem z tobą i... powtórzyłam twoją terapię. Poza tym byłam jeszcze w dwóch miejscach. W jednym jako ja, w drugim jako ty. Umiesz zgadnąć, gdzie?
— Nie muszę, wiem — rzekła Rasa.  
Coś w środku mówiło jej, że jednak wszystko jest w porządku.
Mimo to, postanowiła coś zrobić. Wiedziała w jakiś sposób, że jest to ukryte przed Martensją.
— Nie wiem jak ty, ale ja jestem już spełniona, nic mi już nie przeszkadza ani nęci — rzekła księżniczka.
— Ja też, dzięki tobie — rzekła Rasa, jakoś inaczej.
Wstała i otworzyła komodę z ubraniami ojca Martensji.
— Czy ja też jestem taka piękna z tyłu? — zapytała Martensja, patrząc na pięknie wykrojone biodra i pośladki Rasy.
— Za chwilę nie będziesz — rzekła Rasa. Masz rację, trzeba korzystać z ostatniego dnia — dodała.
Po chwili na zgrabny tyłeczek Martęsji zaczęły spadać razy skórzanego paska.  
Wróżka nie mogła bić ją zbyt mocno, bo ją również bolało... Martensja przyjęła lanie bez żadnych protestów.
    Do śniadania obie usiadły bardzo powoli. Chwilę wszyscy milczeli i nie zaczęli nawet posiłku. Jak zwykle Martensja zaczęła mówić pierwsza.
— Czy ty Zartarze i ty Raso, czujecie się lepiej, znając swoją przeszłość i dzieciństwo.
— Nie, czuję się tak samo — rzekł wiedźmin. Jeśli chodzi o mnie, kiedy spędziłem wiele lat w mojej jaskini, nauczyłem się wiele. Większość naszych kłopotów to emocje i fałszywe ego. Czasem i ja poddaję się temu, ale na szczęście to trwa krótko.
— Pamiętam teraz — rzekła Martensja — że kiedy wypiłam te wino, coś się we mnie zmieniło.  
— To oczywiste, ta trucizna było w sensie ,,ujemnym” arcydziełem — powiedziała Rasa. Może przez to trochę się różnimy — rzekła Rasa i spojrzała na Martensje.
— Wiem — odrzekła Martensja. Chodzi mi o to, że na poczatku ,,terapi” wykrzyknęłam, lub Sothar wykrzyknął, że zemsta jest we krwi. Dlaczego tak?
— Och pominęliśmy ten szczegół. Sothar uczył nas, czegoś co jest magią. Dał nam trening mentalno-hipnotyczny, ale tak do końca nie pojmujemy jak i dlaczego to działa. Może trzeba wierzyć i to całkowicie. Wtedy to działa.
— Tak, to może mieć sens — rzekł Sanes. Pamiętam jak bałem się oberwać drugi raz od tego potwora i wrzasnąłem ,,woda”. I to zadziałało.
— Nauczył nas, bo mieliśmy być jego narzędziem, ale my nie chcieliśmy — mówiła Rasa. Wykorzystaliśmy naszą wiedzę i mój dar i uwięziliśmy go. Lecz potem rozdzieliliśmy się na ponad 10 lat i wszystko zapomnieliśmy.
— Teraz pamiętam, że bardzo cię wówczas kochałem — rzekł Zartar — oczywiście jak brat, siostrę.
— I ja ciebie też, zresztą od kiedy się spotkaliśmy, znowu jest to w nas, prawda?
— Może to dziwne pragnienie u Gotharda było także efektem działalności Sothara — rzekła Martensja.
— Całkiem możliwe — rzekła Rasa.
— Nad wszystkim można panować — rzekła wróżka i znowu popatrzyła znamiennie na Martensję.
Zartar zaczął znowu coś tłumaczyć Sanesowi.
— Możesz ze mną pójść na górę? — zapytała księżniczka, choć wiedziała, że Rasa już wie.
— Kochanie — rzekła Rasa — bardzo cię przepraszam — powiedziała po chwili. Wygląda, że można się samemu oszukać. Podeszłaś mnie. Naprawdę powinnam się coś od ciebie uczyć.
Rasa bowiem ,,przeskanowała” siebie. W istocie Martensja nic nie zrobiła w nocy.
Nie było nic z miłosnych igraszek. Chciała po prostu być blisko dwóch mężczyzn, których kocha. Natomiast Rasę oszukała, rozebrała ją co prawda, ale też nic nie robiła. Wprowadziła ją w stan, że ona obudzona, myślała, że znowu coś było między nimi. Upraszczajac, użyła jej czarów.
— Nie dbam co się stanie — rzekła Rasa. Sądzę, że jesteśmy prawie identyczne, nawet w duchu, ale jednak inne.
Podeszła do Martensji i przytuliła ją mocno.
— Bardzo cię kocham Martensjo. Jak siostrę, kochankę i jeszcze inaczej, ale nie potrafię tego nazwać.
— Dokładnie to samo jest u mnie.
— Może jest to miłość ,,własna” lecz nie egoistyczna, tylko ta pełna.
Płakały, tuląć się do siebie.
— Może nie robić nic? — rzekła Are.
Pojawiła się jak zawsze, znikąd.
— Zrób to — rzekły obie i wcale nie były zdziwione jej nagłym i nieobjaśnionym przybyciem.
— To jest uciążliwe — rzekła Rasa. Pomyliłam się i jest mi przykro. Chciałam ją po prostu przytulić, a jestem tak podniecona, że nie mogę sie skupić na niczym.  
Martensja skinęła głową, że ona też.  
— Dobrze więc, uczynię to — powiedziała Are. Ale jak same wiecie, to Rasa jest ,,pierwotna”, a Martensja ,,wtórna". To będzie lepiej działać jeśli zrobię ,,to” Gersie. Wybacz Martensjo, ale nie możesz tu być. Nie chcę cię wracać do życia — dodała Are.  
Martensja widziała ją, jako wysoką, mocno zbudowaną dziewczynę.
Rasa widziała ją, jako dziesięcioletnią dziewczynkę.  
Martensja oddaliła się bez cienia żalu. Nie wiedziała, że Are działa teraz na nią w specjalny sposób.
— Masz szczególną moc, której ja nie mogę cię pozbawić. To znaczy mogę, ale z pewnego powodu nie chcę tego uczynić — rzekła Are. To co teraz mówię, Martensja nie wie — uzupełniła. Mogę jedynie pozbawić cię tego o co prosisz. Będziesz mogła dotykać kogo chcesz i nie będziesz miała tych miłosnych pragnień. Oczywiście ona również. Jest tylko jeden kłopot. Ja nie mogę tego tak ,,wyrzucić” i z tego powodu ja będę dla ciebie ,,tym obiektem”. I wzajemnie — dodała  Are.
— Nie bardzo rozumiem — rzekła Rasa.  
— Dobrze zauważyłaś, że zabijam żywych, a ożywiam zmarłych. To co ,,masz” jest plus, jak i to co ja mam jest plus. A co daje ,,plus” i ,,plus”?
— Duży, podwójny plus — rzeka Rasa.
— Wiesz, że jestem szczególna dla Artrasa. On mnie kocha i on to odczuje. I z tego się rozwinie jego zazdrość, szczególnie jak Martensja przeniesie się w przyszłość. On ma ciało jak wy i jak długo będzie je miał, będzie kochał w ten sposób Martensję. Ale od teraz, tylko Martensje, nie ciebie.
— Dlaczego kazałaś odejść Martensji?
— Moja moc jest teraz mocna, lecz w małym zasięgu. Ona by nie tylko umarła, ale zniknęła na zawsze. A tego ani ja, ani ty nie chcesz, prawda? — uzupełniła Are.  
— Czy to stanie się przez pocałunek?  
— Tak, bo tylko tak może się stać. Ale jak się pewnie domyślasz, to nie jest ,,zwykły” pocałunek.
— W sekundę potem, będziemy się pragnęły i obie nie będziemy chciały się rozdzielić — rzekła Are.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3490 słów i 19598 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Duygu

    Och, dobrze że Sanes i Zartar jednak żyją! Brakowałoby ich tu  ;)  No, to sprawa się troszkę skomplikowała z tymi czarami... Aj, ten Sothar  :whip: Are wciąż mnie zaskakuje! Łapa w górę. Wiem, że długo musiałeś na nią czekać, ale jak to mówią:"Lepiej późno niż wcale"  :bravo:

  • AlexAthame

    @Duygu Dziękuję moja wierna czytelniczko. Powoli zbliżasz się do cz 19. Jak nie będzie dla ciebie cudna to nie nazywam się Alex.( chodzi mi o dialog Rasy z Are na polu jaśminów) Zwróc uwagę gdzie to mogło być. :P