To co jest we krwi cz 13

— Wczoraj Rasa mówiła to samo. Ja nie zwykłem być zazdrosny.
— Wy ludzie robicie czasem coś niemądrze, ale to dzieje się dla waszego wzrostu. Ale ja jestem z tobą. Proszę cię nie jedź dzisiaj.
— Dobrze Are. Sanes mnie prosił, Martensja, a teraz ty. Nie pojedziemy dziś.
— Dziękuję ci — rzekła.
— Czemu prosiłaś mnie o zbroję?  
— Dla waszego dobra i ochrony.
Powiedziała mu, lecz on nie zrozumiał.
— Założę ją teraz i pójdziemy zobaczyć przyjaciół, dobrze?
— Tak Are, zróbmy tak. Czy umiesz władać mieczem?
— Nie potrzebuję umieć, ale jeśli chcesz mnie uczyć, będę ci posłuszna.  
— Co się stało z tą dziewczynką. Czy to było tylko zauroczenie?
— Nie, ona jest we mnie. Zawsze mogę się nią stać, jeśli zechcesz.  
— Ale to jest twoja prawdziwa postać?  
— Niezupełnie, właściwie obie są. Ja wolę tamtą, ale tak wyglądam tylko dla ciebie.
— Jak długo wędrowałaś aby mnie znaleść?
— Już ci mówiłam, trzysta lat.
— Och! Rozumiesz, że ciężko mi to pojąć.  
— Tak, wiem.
— I dałaś sobie radę? Nikt cię nie skrzywdził, nigdy?
— Już niedługo zrozumiesz dlaczego, ale teraz chodźmy, bo czekają na nas.
Zdjęła lewą rękawiczkę i wzięła jego dłoń, a on z miejsca odczuł coś rozkosznego.  
— Czarujesz? — zapytał — czuję taką błogość?
— Nie, po prostu zaczynasz mnie kochać, to wszystko.  
Weszli do jadalni. Wszyscy, poza Rasą wyglądali na zdziwionych.
— Wygladasz cudownie, to znaczy jesteś nieziemnsko piękna — powiedziała Martensja. Ale czemu masz taki dziwny strój i tę kolczugę.
— To dla was. Nikt poza Rasą i oczywiście Artrasem  nie mógłby mnie dotknąć. A tak każdy może.  
— A dlaczego ktoś miałby cię dotknąć? — zapytał Zartar.
— Bo jestem jak kwiat dla pszczoły, albo źródło wody dla spragnionego.
— Nie rozumiem, a nie często  mi się to zdarza.
— Podejdź bliżej, to zrozumiesz.
Zartar wstał i podszedł do Are. Zrobił krok i poczuł nieodparta chęć, żeby ją objąć.
Ku jego zazkoczeniu wyciągnęła prawą dłoń. Zartar automatycznie złączył z nią swoja dłoń. Czuł ciepło, radość i wiedzę. W ciągu jednej chwili zrozumiał jak zna czary i kto go uczył.
— A jeśli byś nie miała rękawiczki?
— Rękawiczka jest drugorzędna, najważniejsze jest to — pokazała na kolczugę i czarną różę. Gdyby Martensja mnie pytała, miałabym kłopot, ale tobie mogę powiedzieć. Bez rękawiczki miałbyś elektryczny szok, a to, pokazała na różę, działa jak puszka Faradaya.
— Co to jest puszka? — zapytała Martensja.
— To taka mała skrzyneczka zrobiona z cienkiej blachy. Za XI wieków będą tam wkładać jedzenie, mięso, ryby, owoce i jarzyny. Ale puszka Faradaya jest czymś innym. Jak będziesz z Zartarem u teściów, to ci pokażą.
— Wybieramy się w XXIV w ? — zapytała Martęsja.
— W XXV w dokładniej — odrzekł Zartar. Ale skoro Are tak mówi, to pewnie tak się stanie.
Are popatrzyła na nich.
— Abhis miał rację,  jesteście wyjatkowi — powiedziała czarnooka.  
— Znasz Abhisa? — zapytała Rasa.
— Tak, to on mnie przysłał, dzięki tobie.
— Och, powinnam się domyśleć.
— Wczoraj, kiedy spałaś, powiedziałam im coś o tobie, ale chyba się myliłam, bo w medytacji odkryłam, że jest zgoła inaczej.
— Tak, zasadniczo myliłaś się, tylko jedno było prawdą, jestem zabójcza.                                                        
Nikt nie zastanawiał się, że Are wie co Rasa powiedziała wczoraj. Chocież Artras mógł jej powiedzić. Mogła mieć, również podobne własności lub zdolności jak Zartar czy Rasa.  
— Drogi Zartarze — zaczął Sanes — kiedy pojedziecie lub przeniesiecie się tam, skąd pochodzisz, ja zostanę z Rasą i będę rzadził, ale czy dam radę?
— Jesteś prawy, dlaczego nie miałbyś dać rady? Ludzie potrzebują władcy, który będzie ich chronił. Poza tym Rasa ci pomoże, wiesz o tym. Zanim przeniesiemy się w przyszłość, chciałbym rozwiązać pewną zagadkę — rzekł jeszcze Zartar.  
— Wiecie dzięki jakiej mocy przenośliście się tam i z powrotem? — zapytała Are.
— Tak, ludzie w przyszłości maja wielką technikę — odrzekł Zartar — pewnie nasza moc pochodzi z tego źródła.
— Ra-Gu ma bezporównania większą technikę, a nie potrafi podróżować w czasie — rzekła Rasa. Sam to potwierdził.
— To jak to działa? — zapytał Zartar.
— Oni coś przypuszczają — rzekła skromnie Gersa.
— Wasze życie to same zagadki — zagadnęła Are.
— A czy ty znasz na nie odpowiedzi? — zapytał Zartar.
— Sam wiesz, że musisz je sam znaleźć i znajdziesz — uśmiechnęła się tajemniczo.  
— Wybaczcie, rzekł Sanes — muszę spotkać się z moimi ministrami. Na razie niczego nie zmieniałem, ale chcę się przekonać, że działam z właściwymi ludźmi.  
— Czy chcesz abym poszła z tobą? — zapytała Gersa.
— Oczywiści, przecież jesteś moją żoną i pomocą.
Gersa wzięła Sanesa pod rękę i odeszli .
Zamek mieścił prawie 500 rycerzy i około 50 służby. Otoczony murem i fosą z ostrymi balami, tworzył solidne i obronne miejsce. Około mili wolnej przestrzeni, porośniętej jedynie krzewami. Zaraz potem zaczynał się las. Nikt się tam nie zapuszczał. Nie tylko z powodu złej sławy Zartara. Las naprawdę był tajemniczy. Zamieszkiwały go różne stwory i nie tylko miłe jak Elfy. Druga strona równiny powoli wznosiła się, by nagle przejść w górzysty krajobraz. Właśnie za tymi górami było księstwo, rządzone przez Artrasa. Za zamkiem rozciągało się księstwo Lonty. Chłopi uprawiali role i oddawali danine do zamku. W zamian mieli ochronę przed małymi bandami, które grasowały tu i tam. O ile, kiedy rządził Gothard, panowały ,,rządy silnej ręki”, teraz oczekiwano zmian na lepsze. I właśnie Sanes chciał te zmiany wprowadzić. Marzył sobie kiedyś, że jeśliby został władcą, chciałby przywrócić dawną świetność księstwa i odnowić przyjaźń z sąsiademi, jak to się działo za czasów jego dziadka. Sanes nigdy nie zstanawiał się czy istnieje ,,los” albo ,,przeznaczenie”. Miał więc dobre intencje, zapał, szczere serce, a teraz jeszcze miłującą go osobę o wielkiej mądrości i sercu. Nic nie stało na przeszkodzie, by te zamierzenia zrealizować.
Pozostała czwórka przyjaciół siedziała za stołem.  
W dzień prawie nie używali kaganków i pochodni. Jadalnia miała duże okna w porównaniu do innych pomieszczeń. Jednak wszystkie okna na pierwszym poziomie miały solidne kraty. Miało to zabezpieczyć wnętrze przed ewentualnym atakiem. Zamek miał też, co nie zdarzało się często, tajemnicze wejście do podziemnych korytarzy, które sięgały daleko, aż do linni pierwszych drzew.
Zartar rozmyślał, w swój specjalny sposób o tym, co dotyczyło ostatnich wydarzeń. Potrzebował wiedzieć, jak właściwie się tu znaleźli i dzięki czyjej mocy. Najważniejsze pytanie brzmiało jednak kto i jak ich uczył, że posiedli z Rasą, moc czynienia rzeczy niemożliwych dla zwykłego człowieka.
— Nie myślałam, że jesteś taka duża — rzekł Martensja do Are.
— Taka jestem, bo mój mężczyzna jest duży — zaśmiała się.
Ponieważ Are nie kontynuowała rozmowy, Martensja zwróciła się do Zartara.
— O czym tak rozmyślasz miły, może będę mogła ci w czymś pomóc?
— Och to dotyczy mocy, którą mam. Zastanawiam się po raz pierwszy, jak ją nabyłem. Wątpie czy będziesz mi mogła pomóc.
— Och, sądzisz, że jestem głupią gąską, tak?  
Poczuła się lekko urażona.
— Nie powiedziałem tego, nie masz powodu się obrażać.
— Nie obraziłam się. Myśl, medytuj. Nie chcę ci przeszkadzać.
Wstała i podeszła do okna by popatrzeć na przyrodę. Poczuła wielką chęć by pobiegać po trawie, lub posłuchać ptaków. Ale wiedziała, że Zartar jest teraz zajęty, a Gersa i Sanes mają ważne zebranie z innymi, mającymi pieczę nad Lontą. Popatrzyła na Artrasa i Are. Zastanawiała się czy Are ją lubi. Martensja była bardzo słodką osobą i czasami w swojej małej próżności chciała, by wszyscy traktowali ją jak Rasa. Are popatrzyła na nią swoimi niesamowitymi i pięknymi zarazem oczami.  
— Lubię cię i to bardziej niż myślisz. Gdyby nie to, nigdy nie spała bym w twojej sypialni, gdzie jest pełno ciebie.
Martensja nic nie powiedziała i lekko się zawstydziła, że pomyślała tak o tej tajemniczej dziewczynie. Nawet nie dotarło do niej, że Are czyta jej myśli.
Przez chwilę poczuła tylko, że chyba Are łączy coś z Rasą. Bardziej głębokiego niż to, o czym wie. Czary Rasy nie działały w całości na tą wyjątkowo wrażliwą osobę. Podobnie jak poprzednio, kiedy nie zapomniała całkowicie, że była elfem, teraz coś docierało do niej i dziwne miłe mrowienie krażyło w jej ciele. Płynęło coś i szukało obiektu, ale nie potrafiła znaleść źródła. Gdyby nie to, co stało się za chwilę, może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Do sali weszła Rasa.
— Przywieziono umierającą dziewczynkę, chyba ma suchoty. Wiele życia w niej nie ma. Ludzie dowiedzieli się, że ktoś o cudownych własnościach jest w zamku. Czy myślicie, że powinnam się ujawnić?
— A jeśli byś była w lesie, pomogła byś? — zapytała Are.
— Oczywiście, ciężko mnie było znaleść we wczorajszym dniu, ale pomogłam kilka razy elfom. A jeśliby ktoś był w potrzebie, znalazłabym tą osobę i niechybnie zrobiłabym to co możliwe.  
— Sanes nadal obraduję? — zapytała Martensja.
— Tak. To on poprosił ,bym pomogła, jeśli zdołam.
— Ja nie będę mogła się przydać, prawda? — zapytała Martensja.  
— Przykro mi kochanie, prawdę mówiąc, przeszkadzałabyś.
Tym razem Martensja zrozumiała i nie poczuła się źle.
Are potrzyła na Artrasa, a on siedział i nic nie mówił.
— Coś cię trapi, miły? — zapytała Are, mimo że wiedziała co to jest.
— Poprosiłaś mnie bym został i nie bardzo wiem po co.
— Miej cierpliwość, nie wszystko można wypowiedzieć. Pamiętaj tylko zawsze, że cię miłuję, chociaż nie pojmujesz tego.
Wzięła go za rękę, gołą dłonią. Znowu poczuł balsam, ale tym razem innego rodzaju. Nie mógł zrozumieć jak to wie, ale poczuł wyraźnie słowa Are, mimo że nic nie mówiła. ,,Wiem, że kochasz i pragniesz Martensję. Nie chcę wyrzucić tego z ciebie, chcę to tylko wypełnić. Inaczej zawsze by to pozostało w tobie. Wiem też o Rasie, ale to co innego. Nie trap się tym również”.  
Artras chciał coś powiedzieć o tym, ale nie mógł. Wobec tego ścisnął silniej dłoń Are. Do sali weszła Rasa. Na jej ślicznej buzi widać było ślady łez.
— Nic nie mogłam zrobić. Kiedy weszłam, widziałam jak nitki subtelnej energi rozluźniają się w niej.
— Och jak mi przykro — rzeka Martensja i chciała objąć Gersę, ale ta zatrzymała ją dłonią.
— Nie dlatego co zawsze, ale z powodu energi śmierci. Nie chcę by to przeszła na ciebie — rzekła.
— Gdzie ta mała leży? — zapytała Are.
— Zaniosłam ją do kapliczki przy kostnicy — odrzekła smutno Rasa.  
— Szkoda, że nie mogłaś jej pomóc. Widziałam jak ten uschnięty patyk puszcza listki — szepnęła Martensja.
— Życie ma różne formy i poziomy. Nie to samo ożywić roślinę i człowieka — rzekła smutno Gersa.
Gdyby przynieśli ją wczoraj, to może... Chcę zostać sama. Będę w sypialni, jeśli Sanes by pytał.
Zartar tkwił w medydacji, nie wiedzieli czy nawet ich słyszy.
— Pójdę ją zobaczyć — rzekła po chwili Are i odeszła bezszelestnie.
Po chwili została Martensja, Artras i zatopiony w medydacji Zartar.  
— Nic tu po nas — rzekła Martensja. Chciałabym zobaczyć las i ptaki, pojedziesz ze mną?  
— To już drugi raz. Chętnie pojadę, tylko tym razem nie potrzebujemy ochrony.
Wyszli i poszli do koni.
— Śliczny jest — powiedziała Martesja na widok jego rumaka.                                                                                          
Koń Artrasa miał jasną skórę i ciemne łaty.
— Wcześniej jechałeś na innym.
— Ten jest na specjalne okazje.
— Czuję się zaszczycona.
Minęli zwodzony most nad fosą i pognali w kierunku lasu.
                                                                               *
Zartar, z początku słyszał rozmowy, potem ogarniała go coraz większa cisza. Dawno już nie był w takim stanie. Czuł jednak, że potrzebuję tego, by rozwiązać nurtujące go pytania. Przed jego wewnętrznymi oczami zaczęły pojawiać się obrazy. Jakaś część jego świadomości mówiła mu, że to nie jest w chronologicznej kolejności.  
Zobaczył salę z ekranami. Ludzie w srebrnych, obcisłych kombinezonach obserwowali obrazy na ekranach. Pracowali na tych ekranach, dotykali je i one zmieniały się. Potem widział inną salę, pełną małych, zamkniętych inkubatorów. Kilkakrotnie pojawiła się twarz, którą pamiętał. Młodsza, ale nie mógł się mylić: Sothar. Wszystko znikło. Teraz widział obce niebo i gwiazdy. Ogromny statek kosmiczny. Znalazł się w środku. Ludzie? Nie. Bardzo podobne istoty o świetlistych twarzach i ciałach. Statek zatrzymał się blisko Ziemi. Świetliste istoty, znajome laboratorium, sala z komputerami, znowu Sothar. Mignęła mu twarz matki, Ann. Następna projekcja. Obca planeta, w innym, dalekim kosmosie. Miliony, miliardy świetlistych istot. Potem drganie pola. Wstrząs życiowej energi. Pustka, planeta bez życia. Małe światełko. Ogromne światło. Tylko jedna istota, ale pełna mocy. Znajoma okolica. Mały chłopiec i mała dziewczynka o miedzianych włosach. Teraz dwie identyczne dziewczynki o włosach miedzi, znowu jedna, Sothar. Rozpoznał siebie. Jest w lesie. Okropny stwór o paszczy z ogromnymi ostrymi zębami. Wielki Elf. Młody Zartar zabija stwora i ratuje elfa. Martensja i Rasa nagie. Martensja coś woła, ale on słyszy tylko głos Sothara — ,,Zemsta jest we krwi”. Pustka.  

                                                                                *  
Piękna kobieta w srebrnym kombinezonie wstała od stołu. Kilka migoczących ekranów bez żadnego dźwięku położyło się na powieszchni stołu i wtopiło w blat. Kobieta wyprostowała plecy. W tym czasie, pokój, w którym pracowała zmieniał dekorację. Stoły i dziwne urządzenia znikały. Pojawił się drewniany stół, krzaki róż i mały strumyczek obok altanki.
— Za dużo pracujesz Ann — powiedział mężczyzna w srebrnym kombinezonie.
— Jeśli ja dużo pracuję, co powiedzieć o tobie, Pat?
Do ogrodu wszedł drugi mężczyzna.
— Znowu was złapałem, zaczynam być zazdrosny.
Mężczyzna podszedł i pocałował Ann.
— Jak postępy z naszymi pociechami? — zapytał Altar.
— Wszystko idzie cudownie — odrzekł Pat. Cieszę się, że Ann i ty zgodziliście się. Bez was nie mógłbym zrealizować pomysłu. A tak czuję również, że dzieci są jakby moje — rzekł mężczyzna.
— Nie chcesz znaleść kogoś, przecież wszystkie asystentki szaleją za takim geniuszem jak ty — rzekła Ann.
Po twarzy Patryka przeleciał chwilowy grymas.
— Nie chcę drugi raz tracić ukochanej — rzekł cicho.  
Ann popatrzyła na Altara i podeszła do Pat.
— Zawsze będziesz znaczył dla mnie wiele.
Położyła dłoń na jego ramieniu. Pat przypomniał sobie jej pocałunki, ciało.
— Jest w porządku, cieszę się, że jesteście szczęśliwi ze sobą.
Altar podszedł do nich i po chwili cała trójka obejmowała się.
— Mało kto przyjąłby to jak ty, Pat — rzekł Altar.
— Och, wy też jesteście wyjątkowi — powiedział Pat. I wasze dzieci mnie kochają, a to jest wielka radość.
Do ogrodu wpadła dwójka, może jedenastolatków.
— Co dzisiaj będziemy robić, wujku Pat? — zapytała dziewczynka o miedzianych włosach.
— Pat na pierwszym miejscu, jak zawsze — rzekła Ann.
— Cześć mamo — rzuciła dziewczynka przez ramię.
Chłopiec podszedł do Ann. Pocałowała go. Ojciec pogładził go po włosach.  
— Jak postępy, Luk? — zapytał Altar.  
— Dobrze, ale Rasa ma chyba więcej energi.  
— Energia pochodzi od zewnątrz — rzekł ojciec.
— Wiesz Altar u niej jest chyba inaczej — powiedział Pat. Ona jest naprawdę wyjątkowa — rzekł patrząc na Rasę. Będziecie mogli spędzić z nimi więcej czasu. Jutro lecę na Eree.
— Szczęściarz z ciebie — rzekł Altar.
— Oni są niesamowici, ale też jak dzieci. Przewyższają nas technologią o tysiące lat. Nigdy nie mieli wojny i nie znają religii.  
— Może dlatego nie znali wojny — rzekł Altar.
— Najbardziej interesuje mnie jeden z pośród bilionów — rzekł Pat. Ma na imię Ra-Gu.
— A tak, to dzięki niemu nasza pociecha ma na imię Ra-Sa — powiedziała Ann.  
— Tak, jako jedyny z całej planety wierzy w Boga. Nie uważacie, że to fascynujące.  
— Ja sądzę, że fascynujące jest to, że ty jako jedyny z Ziemi w niego nie wierzysz — rzekł Altar.  
— Może dlatego doszedłem trochę dalej niż inni. Dzieci są gotowe do inicjacji. Jak powrócę, możemy zacząć, jeśli się zgodzicie.
— Ja się zgadzam — rzekła Rasa.  
— Ja zawsze z tobą, siostro — rzekł Luk.
— Nie was pytałem, łobuzy, tylko rodziców.
— Tak, zgadzamy się — rzekła Ann — rozmawiałam wczoraj z Altarem.
— Jesteś pewny, że to bezpieczne? — zapytał Altar.
— Całkowicie. Posiądą siłę o jakiej wam się nie śniło.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 2974 słów i 17274 znaków.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AlexAthame

    Wiesz ze lubie dobre zakończenia. Ciekaw kiedy odkryjesz kim jest Are.

  • AuRoRa

    wygląda na to, ze wszystko idzie ku szczęśliwemu zakończeniu. Rodzina z przyszłości przypomina postacie ze średniowiecza, czyżby to krewni?

  • Duygu

    Ta Are to bardzo ciekawa postać  :D Oby Artrasowi i Martensji się poszczęściło i stworzyli piękną rodzinę  <3 Oooo, nowi bohaterowie! Świetnie  :danss: