To co jest we krwi cz 12

Teraz i Rasa podeszła bliżej.
— Myślicie może, że to wspaniałe mieć taki dar. Tak, to wspaniałe. Lecz tak naprawdę, bardzo bym chciała przytulić mocno każdego z was. Ponieważ żyjemy w ciele, ciało nas dominuje. Niestety, chociaż to złe słowo, każdy z was mnie przytulił i wie o czym mówię. Tylko Sanes nie ma z tym kłopotu, bo jest dla mnie jak mąż.  
— A jeśli Are cię dotknie, będzie to samo? — zapytał Sanes.
— Nie, Are jest bratnią duszą dla mnie. Mogę tulić ją cały dzień i to będzie jak serdeczny, przyjacielski uścisk. Ale dla was... Ja działam jak narkotyk, chociaż na obie strony. Gdybyście wiedzieli kto ją przysłał... Ona jest śmiertelnie zniewalająca. I znowu, dla Artrasa nie będzie to stanowiło problemu... A może właśnie dlatego, będzie.
Gersa zaniemówiła, usiadła na zamkowym dziedzińcu. Zajmowane przez nią ciało, zostało tam, ale ona znalazła się nagle wszędzie. Stała się na chwilę wszechświatem, tym widzialnym i tym drugim... Dopiero wtedy zobaczyła kim jest Are i jakaś część jej świadomości poznała, jak bardzo się pomyliła. Co do Are i co do siebie.  
                    *
Kiedy, , wróciła” do swego ciała, słońce chyliło się ku zachodowi. Nikogo nie było na dziedzińcu. Rasa wstała i poszła do zamku. Tak jak sądziła, czwórka przyjaciół siedziała w sali tronowej. Sanes rozmawiał z Zartarema, a ten mu coś tłumaczył. Martesja rozmawiała z Artrasem.
— Właśnie o tobie rozmawiamy — powiedziała Martensja.
— Dobrze, czy źle? — zapytała wesoło Gersa.
— Czy ktoś może mówić coś złego o tobie? — zapytał Artras.
— Nie mogliśmy pojąć co się z tobą działo, nawet Zartar nie mógł się do ciebie zbliżyć — rzekła Martensja. On mówił, że to jakaś moc, nazywał to, , polem siłowym”.
— Ale już jestem z powrotem — rzekła Gersa. Jedliście coś?  
— Tylko Artras — rzekła Martensja.
— To nie jesteście głodni?
— Raczej nie — rzekł Zartar. Chyba czas na spoczynek.
— Pójdziemy do gościnnego, bo w moim śpi Are — rzekła Martensja i wzięła Zartara za rękę.
— Czy ty też pójdziesz ze mną? — zapytał Sanes, Rasy.
— Jestem twoja, gdzie mam iść.
Uśmiechnął się.
— Jestem nieco onieśmielony.
— To nie przystoi królowi — rzekła Gersa.
— Tak naprawdę, jestem tylko księciem. To Gothard kazał się tytułować królem i chciał nim być. Drogi Artrasie, mam jeszcze jeden pokój godny ciebie. To sypialnia Chardrysa. Jeśli chcesz, możesz tam spać. Jesteś całkiem bezpieczny, ale jeśli masz życzenie, wystawie straże przy twoich drzwiach.  
— Czuję się dobrze. Jestem pewny, że Zartar rostacza nad nami opiekę, a i Gersa, pewnie ma w tym swój udział — rzekł olbrzym.
— To dziwne, że ludzie Gotharda uciekli — zamyślił się Sanes.  
— Widzimy się rano, chyba że coś się wydarzy w nocy, ale moja wiedza mówi mi, że to będzie spokojna i dobra noc — rzekł wiedźmin.  
Poszli do swoich komnat.
Artras zdecydował się spać w pokoju należącym do Chardrysa. Pokój stał nie zamieszkały. Gothard nawet tam nie zaglądał. Może się obawiał, że duch otrutego przez niego ojca, będzie go niepokoił. Olbrzym długo nie mógł zasnać. Rozmyślał o wszystkich po trochu. Nie mógł wiedzieć, że żyje dzięki wstawiennictwie Rasy u Abhisa. Myślał o Martensji, oczywiście nie pojął słów Are, że to właśnie z nią będzie miał romans. Poruszyło go również to, co odczuł do Rasy, po tym kiedy ją dotknął. Na razie w jego sercu nie gościła zazdrość, więc nie myślał o tym, jak to wszystko przyjmą inni. W końcu zasnął. Przed samym zaśnięciem, przypomniał sobie pocałunek małej Are. I właśnie od tego momentu, miłość do Martensji jakby zaczęła chować się w zakamarki jego serca, a uczucie do Are zaczęło wzrastać.
                                Sanes i Rasa weszli do sypialni księcia. Kiedy Gersa zamknęła drzwi, tym razem kluczem, poczuł się dziwnie onieśmielony. Przypomniał sobie pole niezapominajek i smak ust Rasy. Gersa, natomiast, zapomniała na tę chwilę o wszystkim. O swoim darze, o tym co było z Martensją, a nawet o Are. Teraz była zwykłą dziewczyną i była sam na sam ze swoim wybranym. Wiedziała, że on nie zrobi pierwszego ruchu, więc zdjęła z siebie suknię. Sanes zobaczył jej piękne ciało.
— Nie za bardzo jestem w tym doświadczony, wiesz co mam na myśli.
— Przecież miałeś opinię kobieciarza, nie spałeś z żadna niewiastą?
Wiedziała o tym, ale zapytała dla przekory.
— Nie, to były tylko niewinne pocałunki i przelotne dotyki.
— Czy mam cię rozebrać, bo widzę, że się nie kwapisz — rzekła, śmiejąc się.
Sanes zaczął zdejmować odzienie. Po chwili zetknęli się nagimi ciałami.
Sanes rozpalał ja pocałunkami, a potem nastąpił ten moment. Gersa poczuła ból, ale nie zbyt duży. Wiedziała co to jest, ale nie mogła pojąć. Przecież pamiętała teraz, w tej właśnie chwili, co stało się kiedy ratowała księżniczkę. Nie chciała jednak rozważać tego teraz, ponieważ miała naprawdę dobry czas z Sanesem.
Kiedy skończył się ich pierwszy raz, Sanes popatrzył na nią uważnie.
— Nie czarowałaś, było tak cudownie?
— A ja myślałam, że Zartar ci dał jakąś moc, bo było naprawdę wspaniale — odparła łagodnie.
— Nie jest jeszcze tak późno, możemy jeszcze raz?
— Kochliwa jest wasza książęca mość.
Oplotła go ramionami, poczuł jej usta na swoich, chłodne jędrne piersi i gorące łono.
W połowie miłosnych zmagań, Gersa szepnęła.
— Nie spiesz się tak, nikt nas nie goni.
Kiedy posłuchał jej, przekonał się, że kiedy kochał ją bardzo wolno, rozkosz była pełniejsza.
— Następnym razem ja poprowadzę, zgadzasz sie? — szepnęła.
— Nie myślę bym ci kiedykolwiek odmówił, kochanie — powiedział cicho Sanes.
Po chwili zasnął z głową na jej piersi.
Ona gładziła jego włosy i także zasnęła.
Gersa obudziła się pierwsza. Wysunęła się z objęć swojego umiłowanego. Przemyła ciało w misie. Odchylona kołdra nie zasłaniała prześcieradła. Gersa zobaczyła plamę krwi. Jej wiedza wytrenowanej wrózki nie mogła tego pojąć. Wówczas przypomniała sobie następne fakty, które ją mocno zdziwiły. Pamiętała wszystko co miało miejsce w sypialni Martensji. Szukanie skarbu w jej intymnej grocie powinno pozostawić reakcje ciała, a jednak Gersa nic później nie odczuwała. Postanowiła zostawić to jak jest, ponieważ żadne logiczne wytłumaczenie nie mogło wytłumaczyć faktu, że dopiero tej nocy, którą spędziła z Sanesem, przestała być dziewicą.

  Zartar i Martensja znaleźli się w jej drugiej sypialni, bo w pierwszej spała, jak mniemano, Are. Martensja była bardziej odważna niż wiedźmin. Może dlatego, że znała jego ciało. Tak przynajmniej sądziła. Rozebrała się szybko, bo miała na sobie tylko suknię. Kiedy on zdjał swoje odzienie, zmarszczyła brwi.
— Pamiętam twoje ciało, kłamczuchu.  
— Och, zrobiłem wtedy to specjalnie, nie chciałem byś się wystraszyła — uśmiechnął się.
— Akurat tego się nie boję. Tylko musisz być delikatny.
— Zawsze będę, szczególnie dla ciebie, bo jesteś wyjątkowa.
Martensja bardzo chciała wiedzieć w czym jest wyjątkowa, ale Zartar tak rozpalił ją pocałunkami, które składał na całym jej ciele, że zapomniała o wszystkim.

— Och, nie myślałam, że to jest takie miłe — rzekła kiedy skończyli. Nigdy z nikim nie byłam. Rozumiesz, że to dla mnie nowe.  
Zartar pomyślał, że czasami żałuje, że jest wiedźminem, bowiem nie tylko wiedział, że tak nie jest, ale i wiedział, kto był tym pierwszym.
— No cóż, każda profesja wymaga poświęceń i wyrzeczeń — powiedział tak cicho, że Martensja go nie usłyszała.
Może Gersa potrafi sprawić, abym też nie pamiętał, pomyślał.
Martensja wybiła go z jego myśli.  
— A ty miałeś kogoś?  
— Nie, dlaczego tak sądzisz?
— Robiłeś wrażenie bardzo doświadczonego kochanka.
— Magia, kochanie. To tylko magia — zaczął się śmiać. Nie wiem dlaczego tak sądzisz, ale biorę to za komplement.
— Dobrze mi z tobą, wiedźminie — szepnęła Martensja.
Pocałowała go czule i zasnęła. Zartar też zamknął oczy i szykował się do snu. Przez chwile poczuł przenikliwy chłód. Miał pewność, że pochodzi z komnaty obok. Jednak po chwili odczucie znikło. Nawet on, wielki czarownik, nie wiedział, że Are właśnie przyjęła swoją prawdziwą formę. Dla nich.
                    *  
Słońce stało już wysoko, gdy zakochane pary obudziły się po nocnych zmaganiach. Tylko Artras wstał skoro świt. Umył się. Ogolił się ostrym, specjalnym nożem. Odwiedził swoich ludzi, wydał im polecenia. Mieli wyruszyć z powrotem do jego ziem, zaraz po południu. Wypolerował swój miecz i zbroję. Poszedł do koni. Lubił te bardzo wrażliwe zwierzęta. Jego rumak poznał swego pana, zanim on go zobaczył. Artras dał mu jeść i pić, chociaż jego rumak robił wrażenie zadbanego.
Zobaczył człowieka od koni.
— Widzę, że zająłeś się końmi, dzięki.  
— To moja praca panie, poza tym lubię te zwierzęta — odrzekł tamten. Twój rumak panie, nie za bardzo chciał bym się nim zajął. Musiałem go poprosić.
— To prawda, sam się nim zajmuję, aż dziwne, że ci pozwolił.  
Artras wrócił do sali jadalnej. Czekał na przyjaciół, ale też nie mógł się doczekać kiedy zobaczy Are. Na stole leżała karta zapisana pięknym charakterem pisma.  
, , Umiłowany Artrasie. Pamiętaj, przyjdź do sypialni, kiedy słońce będzie w zenicie. Przygotuj dla mnie kolczugę, daj ją zachartować siedmiokrotnie. Na koniec, poleć kowalowi przytwierdzić moje godło. Znajdziesz je w małej skrzyni, w rogu komnaty, Are”.
Artras trochę zdziwiony podszedł do kąta. Stała tam skrzynia. W środku była kolczuga i czarna róża z nieznanego metalu. Kolczuga była spora. Zaniósł ją do kowala. Po godzinie wrócił do kuźni.  
— Gotowe, kowalu?
— Tak panie, nigdy nie widziałem takiego metalu. Twardszy niż żelazo, a lekkie jak piórko.
Artras zapłacił kowalowi złotą monetą.  
— Ależ panie, Gothard płacił, teraz Sanes, nie mogę przyjąć.
— Bierz, z serca daję.  
— Dobrze panie. Skoro tak, wezmę.
Trąbiono na piąta straż, (dziesiąta godzina ) kiedy dwie pary zeszły do jadalni.
— Wstałeś wcześnie, przyjacielu.  
— Kiedy nazywasz mnie tak, wiem że to prawda. Twój brat też mnie tak tytułował, ale czułem to inaczej.
Podszedł i uścisnął Sanesa.
— Tylko mnie nie zgnieć.
— Zaraz, jak tylko Are się obudzi, pójdę ją zobaczyć, a potem będę wracać do siebie.
— Czemu ci śpieszno, Artrasie?  
— Nie jedź jeszcze — rzekła Martensja. Przecież przyjechałeś dla mnie.
— Tak, ale ty nie mi pisana, chociaż cieszę sie, żeś szczęśliwa z Wiedźminem. Los balsam na moje serce mi zgotował, to i przyjmę to. Z pewnościa zobaczymy się jeszcze.
— Och, jesteś tu mile widziany, a jesteś mi jak brat — rzekł Sanes.  
— Wiele ci zawdzięczamy — rzekł Zartar.
Tak się stało, że Artras nie pamiętał co się stało, a była to zasługą Rasy.
Zjedli razem.
— To dziwne, jakoś mi dzisiaj nie smakuje pieczeń — rzekł Artras.  
— Może to zasługa Are? — rzekła Rasa.
— A właśnie, czy ktoś może widział ją w nocy, zostawiła mi list i skrzynkę — powiedział Artras. Prosiła by zahartować dla niej kolczugę.
Usłyszeli szóstą straż.
— Południe, wybaczcie. Dziewczynka prosiła bym przyszedł o tej porze. Mam nadzieję, że masz rację, odnośnie tego co mówiłaś o niej, Raso.
Poszedł na górę. Zapukał do drzwi.
— Wejdź umiłowany — usłyszał głos Are.
Otworzył drzwi i zaniemówił z wrażenia. Are stała ubrana w czarne spodnie i czarną bluzę z lśniacego materiału. Miała sześć stóp wysokości. Tylko o pół głowy ustępowała jego wzrostowi. Artras widział piękne kobiety, ale uroda Are była niesamowita. Nie tylko, że była piękna i zgrabna. Jej oczy... Ciemne i pełne blasku. Usta w kolorze dojrzałych malin. Na dłoniach miała rękawice z cienkiej, czarnej skóry.
— Przyniosłeś kolczugę, umiłowany?
— Tak pani.
— Wolisz mnie taką?  
— Rasa powiedziała mi, że taka jesteś. Czułem się dziwnie, kiedy się kapałaś, a już zupełnie, kiedy dałaś mi pocałunek.
— Nie pytałam wczoraj czy chcesz, ale dziś zapytam.
— Jak wiesz, że miłuję Martensje?  
— Wiem, ale postaram się zdobyć twoje serce. Pragnę cię pocałować, ale jeśli nie chcesz, poczekam.
— Nie powiedziałem, że nie chcę — rzekł Artras. Czuję, że jesteś szczera i zaiste, miłość jest w twoim sercu.
Are podeszła do niego. Czuł fizyczne ciepło bijące z niej.
— Nie powiedziałeś, czy chcesz?
Artras czuł jak nogi miękną mu w kolanach.
— Od dziś ja będę ci dawać jadło i picie, jeśli zechcesz — szepnęła.
Stała blisko, a jej dojrzałe i kuliste piersi falowały, bo oddychała szybko.
— Wiem, że ty mnie nie znasz, mimo że ja znam ciebie. Nie zmuszę cię do niczego, pozwól mi tylko być blisko, a jeśli pokochasz mnie kiedyś, będę szczęśliwa.  
— Jesteś nieziemnsko piękna, Are.
— Mój widok daje zadowolenie dla twoich oczu?
— Nie widziałem jeszcze tak pięknej osoby — rzekł szczerze.
— Dziekuję. Będę szczęśliwa, jeśli zobaczysz moją wewnętrzną urodę. Ale to zajmie trochę czasu.  
— Mówisz dzisiaj normalnie.
— Nauczyłam się w nocy.
— Chcę dzisiaj wrócić do moich ziem, pojedziesz ze mną?
— Pojadę z tobą wszędzie, gdzie tylko zechcesz.
Artras położył swoje wielkie dłonie na jej twarzy. Delikatnie dotykał palcami jej brwi, uszu i policzka. W końcu dotknął jej wilgotnych ust. Zbliżył twarz do jej twarzy i dotknął ustami jej ust. Długo delektował się ich smakiem. Mimo, że całował ją samymi ustami, sprawiało mu to rozkosz.
Zobaczył dwie wielkie łzy, spływajace po jej policzkach.
— Czemu płaczesz, Are?
— Bo całowałeś wiele kobiet, ale tak zdecydowałeś się pocałować tylko mnie.  
— Tak, to prawda. Nie wiem dlaczego, ale moje serce zaczyna bić mocniej dla ciebie.
— Cieszę się. Postaram się zdobyć twoje serce, ale przecież nie uczynię nic. Chcę byś wiedział, że w moim sercu jest miłość do ciebie. I miłość do ciebie jest w mojej krwi. Poza tobą, miłuje podobnie jeszcze kogoś, bo dzięki niej tu jestem.  
— To Rasa, prawda?
— Tak.
— Czy też masz życie we krwi, jak ona?  
Popatrzyła na niego swoimi cudownymi oczami.
— Nie chcesz tego wiedzieć.  
— Powiedz, proszę.  
— Nie, mój miły, w mojej krwi jest śmierć. Ale nie obawiaj się, kochany, dla ciebie mam życie we krwi. Moje serce jest twoje, moje ciało również. Mogę dać ci je choćby i teraz, ale uczyń mi łaskę i nie bierz mnie póki nie zapragniesz mnie z miłości.
— Dobrze Are, nie dotknę cię wcześniej.
— Chcę tylko abyś wiedział, że nigdy nie będę zazdrosna, ani miała ci za złe, jeśli chodzi o Martensje. Ciebie proszę, abyś nie miał zazdrości o Rasę.  
Teraz Artras przypomniał sobie co poczuł, kiedy dotknął Gersę
— Chcę być z tobą szczery. Wczoraj w przypływie radości dotknąłem ją i teraz czuję pragnienie połączenia się z nią. Jest w tym też pragnienie jej ciała.
— Staraj się nie martwić tym. Gdybyś wiedział to co ja wiem, rozumiałbyś. Ale to zrozumiesz później, ponieważ teraz nie potrafisz. Teraz, to by było dla ciebie śmiertelne. Cokolwiek zrobisz z prawdziwej miłości jest dobre, lecz z zazdrości nie.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 2742 słów i 15652 znaków, zaktualizował 3 lis 2017.

5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Romantycznie się zrobiło, wygląda na to, że Artras będzie z Are, ale mogę się mylić.

  • AlexAthame

    @AuRoRa To jest dosyć skomplikowane.Wszystko się bliżej końca wyjaśni.

  • AuRoRa

    @AlexAthame no troszkę trzeba się wczuć :)

  • AlexAthame

    @AuRoRa Oczywiscie ze się wyjaśni na końcu.  :danss:

  • Almach99

    Ech, zeby tak w kazdym opowiadaniu pomieszac rzeczywistosc z uluda, inne buty, magia, wizje, proroctwa. A ponad wszystkim milosc

  • AlexAthame

    @Almach99 Staram się jak moge ;)

  • Duygu

    Piękna część  <3 Łapa w górę. Fajnie opisales miłość tych pięknych par. Kibicuje prawie wszystkim, tylko ten Artras...

  • Cama123

    Ja tak samo :(

  • Somebody

    Łapka w górę, a poza tym włącz sb otrzymywanie wiadomości, bo nie mg nic ci napisać :sad:

  • AlexAthame

    @Somebody teraz możesz. Może cos wyłączyłem.

  • Somebody

    @AlexAthame Nadal nic.

  • AlexAthame

    @Somebody T co mam zrobić? ustawienie?

  • Somebody

    @AlexAthame Ustawienia i odhacz 'nie chcę przyjmować prywatnych wiadomości'

  • Somebody

    @AlexAthame Nic. Jestem na 2 koncie