To co jest we krwi cz 1

Kochani. Witajcie ponownie. Wstawiam moje kolejne opowiadanie. To bardzo typowe opowiadanie z gatunku fantasy. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Jest oczywiście jak wszystkie inne moje opowiadania, o miłości. Momentami nie jest to opowiadanie dla dzieci. Tak jak, Zmaganie, może ucieszyć dziewczyny, które lubią dziewczyny. Dzieje się tu naprawdę dużo. Co mogę obiecać, że nie będziecie się nudzić. Pozdrawiam serdecznie. Alex

      
... Krishna, prawdziwa osoba Boga, powiedział do Arjuna w Bhagavad-Gita, że głupotą jest płakać za ciałem jeśli, , umiera”, bo jest to tylko okrycie. Jednak król Rama (avatar Krishny), płakał gdy jego żona zniknęła w sercu Ziemi. Pomyśl o tym...
                    
....Wiele dróg prowdzi do mnie. Jedni przez łąki soczyste kroczą, inni po kamienistej drodze, jeszcze inni rzeki przemierzją. Uświęcają się w duchu, albo żądzę ciała pokonują. Ja nie wywyższam jednych i nie poniżam drugich. Patrzę i czekam, lecz nie pozostawiam ręki wyciągniętej bez pomocy. Jest wiele dróg do mnie, lecz jedna brama tylko. Jeśli na swojej drodze nie napotkasz miłości, musisz innej szukać, by mnie znaleźć. Każda prawdziwa miłość pochodzi ode mnie. Ona cię oczyści i uczyni wolnym.
                                                                              *
                                                             ,,To co jest we krwi"

Słońce chyliło się ku zachodowi. Promienie światła przebijały się przez okno zrobione z kolorowych szkiełek i rzucały różnobarwne refleksje na białą ścianę, udekorowaną błyszczącymi zbrojami i skórami upolowanych zwierząt. Poza czterema misternie zdobionymi miejscami na pochodnie i łożem z orzechowego drzewa nie było w komnacie więcej sprzętów. Wprawna dłoń artysty uwieczniła na łożu kwiaty róż i konwalii. Nabite złotymi cekinami, mogło uchodzić za artysm sztuki ciesielskiej. Na miękich tkaninach z atłasu i wełny leżał starszy mężczyzna. Oddech miał krótki. Długa siwa broda leżała na kocu z owczej wełny. Głowę miał uniesioną na miekich poduszkach. Leżał z zamkniętymi oczami. Po prawej stronie głowy leżała korona ze złota, udekorowana rubinami i szmaragdami. Przed łożem, na którym leżał, stały trzy postacie. Dwóch mężów i jedna niewiasta. Pierwszy z nich, młodzieniec o gładkich rysach i wygolonej twarzy miał na sobie strój z jedwabiu, a jego ciało zdobiły liczne klejnoty, pierścienie na palcach i łańcuch złoty na szyii. Z wyraźnie widocznym bólem na licu wpatrywał się w twarz starca. Obok niego stał mąż o poważnym, wręcz srogim obliczu. Jego ubiór podobny do jego twarzy można było określić jako surowy. Żylasta prawica spoczywała na rękojeści miecza. Po jego lewej stronie stała dziewczyna o pięknej twarzy i miedzianych włosach. Jej śliczne zielone oczy również wpatrywały się w twarz starego księcia. Dziewczynę okrywała jedwabna suknia o kolorze wrzosu. Materiał sukni poprzeplatały złote nici. Dłonie młodej niewiasty, splecione z przodu, trzymały złoty owalny wisiorek. Miała spokojny wyraz twarzy, lecz w oczach widać było łzy. Książe dochodził swoich dni. Przez osiem lat, po śmierci żony, rządził samotnie Lontą. Doświadczone oko, kogoś obdarzonego, , widzeniem”, mogłoby dostrzec, że wiązania ciał astralnych starca, rozluźniały się. Poza czterema osobami w komnacie stała tam jeszcze jedna, niewidzialna postać. Ten, który nigdy się nie spóźnia stał i czekał na duszę. Ta nie widoczna istota, lecz również jedna z widzialnych osób wiedziała, że czas starca przyspieszono przez truciznę.
Teraz, tu w tej komnacie, ważyły się przyszłe losy Lonty. Przez ostatnie dwadzieścia lat z wysiłkiem intelektu, sercem i odrobiną uśmiechu losy, Chardrys utrzymywał pokój. W tych czasach nie stanowiło to łatwego zadania. Mimo, że książe miał zamknięte oczy, jego myśli krążyły między sercem, a umysłem. Dwóch synów, a jak różnych. Pięknie ubrany młodzian o gładkim licu miał tyle samo lat co jego siostra, dla ścisłości przyszła ona na ten świat kwadrans później. Mąż o surowej, ale przystojnej twarzy miał dwa lata więcej niż bliźnięta. Zgodnie z przyjętym zwyczajem, po odejściu księcia, miał odziedziczyć koronę najstarszy, Gothard. Ale książe w swoim kraju stał wyżej niż prawo. Sam stanowił prawo i sam stał ponad nim. Co skłaniało go, że ciągle nie podjął decyzji? Gdyby nie lekkie obyczaje młodszego syna, niechybnie wybrał by Sanesa na władcę. Bo Chardrys był dobrym władcą i jako taki, najbardziej cenił dobro Lonty. Pragnął pokoju i szczęścia ludzi mu podległych. Sanes co prawda miał dobre serce, ale robił wrażenie, że bardziej jest zainteresowany niewiastami, balami i polowaniami, niż czymś innym. Co powstrzymywało Chardrysa przed wyborem Gotharda na następce? Obawiał się rozlewu krwi. Bowiem Gothard w odróżnieniu od Sanesa zajmował się wyłącznie sprawami wojskowymi i militarnymi. Poza tym, ojciec dobrze wiedział o jego niezaspokojonym apetycie władzy. Ostatnio Chardrys dowiedział się, że jego najstarszy syn potajemnie paktuje z drugim księciem z za gór, by wspólnie zagarnąć cały kraj i obalić króla czterech księstw. Wizja morza krwi niepokoiła ostatnie dni Chardrysa. Stary książe pokładał jedynie nadzieję w Martensji, bo ona jako jedyna, miała wpływ na twardy charakter Gotharda. Chardrys zdawał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, lecz o tym nawet nie chciał myśleć, że to może być prawdą. Chardrys wiedział, że Gothard miłuje ją mocno, lecz czuł, że nie jest to uczucie tylko braterskie.                                
W końcu uniósł zmęczone powieki i popatrzył z miłościa na trójkę swoich dzieci.
— Wybór dokonany — rzekł słabym głosem. Lontą władać będzie Gothard.                
Kiedy najstarszy syn, usłyszał decyzję ojca, rozluźnił zaciśniętą dłoń i puścił rękojeść miecza.
— Stawiam jednak dwa warunki — dodał Chardrys. Nie uczynisz nic złego Sanesowi, a w sprawach pokoju, polegać będziesz na słowie Martensji. Obiecaj mi, że nie uczynisz niczego w tej sprawie, bez jej zgody.
— Tak książe — uśmiechnął się kwaśno, nowy władca Lonty.
— Prawo władcy ponad prawem. Przez wiele lat utrzymywałem pokój, utrzymuj go nadal, synu — rzekł starzec. Podejdź Gothardzie do wezgłowia. Martensja i Sanes, unieście mnie nieco na łożu.                                            
Kiedy to uczynili wziął koronę i nałożył ją na głowe Gotharda.
— Króluj w pokoju.
                                                
Uczynię co najlepsze dla Lonty — rzekł sucho Gothard.
— Zatem mogę odejść w spokoju — odparł Chardrys.
Gothard odwrócił się i zaczął kierować w stronę drzwi.
Nawet nie zaczeka, aż wyzionę ducha, pomyślał Chardrys.      
Drzwi rozwarły się i do komnaty weszło dwóch zbrojnych.
— Brać tego bawidamka — rzekł Gothard do nich.
Rycerze ujęli pod ręce kompletnie zaskoczonego Sanesa.
— Przysięgłeś mi nie uczynić mu nic złego — rzekł stary książe.
Oczy księcia wyrażały bezsilność i wzburzenie.
— Nie obawiaj się ojcze, moja ręka go nie tknie ani tych, którymi władam. Odeślę go do puszczy i tam pozostawię bez prawa powrotu. Może wilki nie gustują w słodkim mięsie — zaśmiał się szyderczo Gothard. A co do wojny i pokoju? Prawo króla nad prawem. Teraz ja jestem prawem.
Serce starca ścisnęło się z bólu.
— Wiedz, że miecz nie jest największa mocą, tylko...
Nie dokończył, bo właśnie ta niewidzialna istota, zabrała jego duszę.
Martensja podeszła spiesznie do ciała ojca.  
— Ojcze — szepnęła i dwie wielkie łzy spłynęły po jej policzkach.
Kiedy straż wyprowadziła nie broniącego się nawet Sanesa, nowy władca zwrócił się do siostry.
— Nie obawiaj się umiłowana. Już w krótce nie będziesz miała trosk. Mój partner z za gór weźmie cię za żonę, a nasze księstwa połączą się i nic nie stanie na drodze by żyzne ziemie zachodnie przyłączyć do Lonty. Będzie jedna wielka Lonta i jeden król, Gothard.
— Ależ... — zaczęła Martensja..
Ale brat jej przerwał.
— Nie powiesz, że się nie cieszysz. Najchętniej wziąłbym cię za żonę, ale jesteś moją siostrą. No, ale jeśli Artras się nie sprawdzi to... kto wie — uśmiechnął się.
— Prędzej ten sztylet przebije moje serce — odrzekła.
Gothard zobaczył, że Martensja trzyma w dłoni broń.
— Myślałem, że jesteś bardziej rozsądna, siostro. Popatrz na twarz ojca, jest spokojna.
Gothard powiedział tak specjalnie, żeby odwrócić jej uwagę.
Kiedy ona spojrzała na oblicze ukochanego ojca, Gothard szybkim ruchem wyrwał jej sztylet z ręki.
— Straż! — krzyknął.
Kiedy do komnaty weszło dwóch zbrojnych, zakomenderował.
— Czynię was jej przybocznymi. Wasze głowy na szyjach pod warunkiem, że ona nie dotknie żadnej broni lub czegoś ostrego. Do czasu jak Artras przybędzie, macie jej strzec w dzień i w nocy, zrozumiano!
— Tak jest królu — rzekli razem.  
— Teraz wyjdźcie, chcę sprawdzić czy siostra króla nie ma jeszcze czegoś ostrego przy sobie.
— Zdejmij odzienie — rzekł, kiedy zamknęli drzwi.
— Nie wypada przy zmarłym — powiedziała słabo.
Otworzył drzwi i wepchnął ją do sąsiedniego pomieszczenia.
— Zdejmij suknię! — rozkazał.
Ona popatrzyła na niego wiecej ze smutkiem niż złością.  
— Nie wiesz co ojciec miał na myśli w ostatnim słowie, ja wiem — powiedziała.
Zaczęła powoli rozwiązywać swoją szatę.
Gothard chciał zobaczyć jej ciało, ale pohamował się.
— Dość — powiedział, kiedy została w cienkiej koszuli — widzę, że nie masz nic ostrego. Ubieraj się!
Po chwili dodał.
— Jesteś posłuszna, więc będziesz dobrą żoną — rzekł krótko.
— Straż — krzyknął ponownie.                                      
Kiedy weszli, rzekł.  
— Wiecie co macie czynić.
Podszedł do nich blisko.
— Jeśli ktoś z was ją tylko tknie... to lepiej dla niego, gdyby się nie narodził — syknął.
Gothard nie tracił czasu, już kilka dni wcześniej wysłał posłańca do Artrasa. Przez ostatnie tygodnie on w zasadzie władał Lontą. Sam Chardrys nie miał wyboru, Gothard wydał polecenia swoim wiernym ludziom. Gdyby książe wybrał Sanesa... może ten byłby władca jedną minutę... Gothard władał Lontą i... pomagał Chardrysowi w przejściu na tamta stronę, pewną miksturą.
Wszedł do sali tronowej, usiadł na zdobionym krześle, podobnym do tronu. Wezwał swoich kapitanów i wydał polecenia. Zamierzał przycisnąć swoich poddanych. Potrzebował więcej złota i rąk trzymających miecze.
                    *
   Sanes ze skrępowanymi rękami jechał na pięknym koniu. Zrobiło się ciemno. Czuł to, bo zobaczyć nie mógł. Oczy związano mu opaską i nic nie widział. Rozważał sytuację. Przeklinał w duchu, że zaufał bratu. Miał nadzieje, że po śmierci ojca otrzyma kawał ziemi i będzie mógł zajmować się tym co lubi. Chciał trzymać się z dala od polityki. Mimo, że zabrano go z sali, gdzie zmarł ojciec, domyślał się co stało się z Martensją. Poskładał razem to o czym mówili rycerze, ci którzy go eskortowali. Na razie nie wiedział dokładnie co go czeka, ale i tak martwił się o siostrę.
— Jedziemy dalej? — zapytał jeden ze strażników, drugiego.
— Ani myślę, do tego lasu nawet w dzień wjechać strach — odrzekł tamten.                      
Słychać było raz po raz, wycie wilków. Ale nie wilków bali się strażnicy.
Rozwiązali mu oczy.
— Panie, mamy rozkaz zabrać ci broń — powiedział jeden z nich.
— Miejcie sumienie — rzekł cicho Sanes.
— Panie, książe Gothard dokładnie wie co z sobą zabrałeś. Wiesz sam co stało się przedwczoraj z Brantem, a przecież nic takiego nie zrobił.
Sanes dobrze pamiętał. Brant, jeden z rycerzy, miał tylko wątpliwości co do rozkazu. W chwilę potem, zginął od oszczepu, którym Gothard przebił mu pierś na wylot.  
Sanes oddał miecz. Miał jeszcze sztylet ukryty w bucie. Na szczęście strażnicy nie sprawdzali czy ma coś jeszcze. Rycerze zabrali wszystko. Oczywiście zabrali konia i pospiesznie oddalili się. Sanes poczuł chłód. Wilki zdawały się przybliżać...
                    *
— Zostawcie mnie samą — powiedziała spokojnie Martensja. Sprawdziliście komnatę, nic tu nie ma. Poza tym gdybym chciała odebrać sobię życie, to znalazłabym inny sposób. Przekażcie Gothardowi, że dopóki nie myśli uczynić tej nikczemności, o której wie, zniosę wszystkie inne zniesławienia. Ma na to moje słowo, a jest trwalsze i pewniejsze niż jego.
Kiedy przekazali to królowi, bo tak rozkazał się tytuować, ten zacisnął tylko pięści i zęby.
— Czy siostra króla jest zamknięta na klucz w swojej komnacie?  
— Tak panie, jak rozkazałeś.
— Dobrze, informujcie mnie na gorąco o jej poczynaniach. Jeśli zrobi coś głupiego, zaczeka na męża w powrozach.
                    *
Puszcza robiła się coraz bardziej przerażająca. Wycie słychać było coraz bliżej. Każdy trzask powodował, że serce Sanesa biło coraz szybciej.  
— Jeśli przeżyję do rana, to uznam to za cud — rzekł do siebie. Na życie mego ojca i matki, nie dopuszczę do tych wszystkich rzeczy, o których mówił brat. Jeśli będę żyć — dodał ciszej.  
Mówił to, ale w głębi duszy nie bardzo w to wierzył. Mimo strachu i niepewności, wiedział jedno. Był za młody aby umrzeć.
   Sanes nie wiedział jednego. Fama strachu gęstego boru nie opierała się na lęku przed wilkami. Ponoć zamieszkiwał tu zły czarownik, a żaden człowiek, który go chciał zobaczyć, nie wrócił. Właśnie jego imię chciał wypowiedzieć Chardrys zanim umarł. Sanes słyszał to imię, lecz teraz bardziej obawiał się wilków. Jednak bezwiednie wymówił to imię.                          
— Zartar — szepnął.
                                                                                                                            W tym samym niemal czasie, Gothard leżał na łożu i czekał na sen.                      
— Och głupia siostro, myślisz, że nie wiedziałem, czym ojciec chciał mnie zastraszyć? Co może jeden człowiek przeciw armi — zastanawiał się głośno.  
Tylko jemu, tuż przed śmiercią, ponad osiem lat temu, matka wyjawiła sekret jego pochodzenia. Nie miał co do tego pewności, bowiem już wtedy matka miała zaniki pamięci i wszystko jej się mieszło i zachowywała się jak opętana, to znowu mówiła i postepowała całkiem normalnie.
                            *
Zartar jeszcze raz wysypał fusy kawy na czysty materiał. Lecz te, trzeci raz ułożyły się podobnie. Zartar wierzył w czary i ich moc. Znał zaklęcia, które działały. Nie wiedział tylko jak je zna i kto go uczył. Nie interesowała go władza ani pieniądze. To co miało znaczenie w jego mniemaniu, to balans mocy. I tylko o to dbał. Teraz jednak coś nie pasowało... Otworzył drzwi.
— Leć — rzekł do czarnego ptaka. Leć i przynieś odpowiedź.
                    *
Sanes wszedł na wysokie drzewo i przywiązał swoje zmęczone ciało do konaru. Użył do tego ozdobnego kaftana. Potrzebował snu. Zasnął szybko.  
Przebudził się zmarznięty do szpiku kości. Dniało, ale zamiast błękitu okolicę spowiła gęsta mgła. Czuł nie tylko chłód, ale głód i pragnienie. Pamiętał sen tak wyraźnie i realnie. Jakieś wielkie czarne ptaszysko, krew i Gothard z mieczem. Przeżył pierwszą noc, a miałby zginąć z ręki tego niegodziwca i szaleńca? I wtedy zobaczył, że jego jedwabna koszula ma wyrwana dziurę. Uświadomił sobie, że to nie był sen. Dziurę wyrwał mu kruk, teraz przypomniał sobie dokładnie.
Zanim zasnął na dobre, widział wielkie, czarne ptaszysko. Kruk usiadł na drzewie obok i wyraźnie go obserwował. Nagle podleciał szybko i jednym szarpnięciem silnego dzioba wyrwał mu kawał materiału i odleciał szybko zanim Sanes zdążył wyciągnąć sztylet.
                               *
— Dobrze się spisałeś — rzekł młodzieniec o długich włosach.                        
Zartar położył skrawek jedwabiu na stole.
— Ama-ty ala hashy-ane — rzekł.
Wziął jedwab i spalił go w złotym talerzyku. Popiół wsypał do wody.
— Arga-ama-ty tamy-a-ta me — rzekł znowu.
Woda zaczęła drgać w dzbanie. Po chwili ustaliła się. W głębi wody Zartar dostrzegł twarz mężczyzny w jasnym ubraniu.
— Co robisz na mojej ziemi, Sanes? — zapytał cicho.

W chwilę potem serce Sanesa zaczęło bić szybko i poczuł strach, większy niż poprzedniej nocy.
Usłyszeć to jedno, a zobaczyć to drugie. Na domiar złego stał na ziemi, a do najbliższego drzewa dzieliło go 15 kroków. Naprzeciw, w odległości dziesięciu kroków stały trzy wilki. Sanes powoli sięgnął do buta i wyjął sztylet.
Nie wezmą mnie bez walki, przemknęło mu przez głowę.
Nie wierzył, że zdoła dopaść drzewa, ale próbował. Wilki nie spuszczały go z oczu. Widział ich obnażone kły. Nie atakowały. Poza tym, rozdzieliły się. Po chwili Sanes zrozumiał. One kierowały go w jakimś określonym kierunku.
One chcą zapędzić mnie do swojego stada, ale po co? Czy nie lepiej załatwić to od razu?  
I wówczas cała jego skóra zjeżyła włosy i przyjęła, , gęsią skórkę”. Przypomniał sobie bowiem urywek rozmowy usłyszany w czasie jakiegoś balu.
...On włada zwierzętami i potrafi jednym słowem zamienić człowieka w jaszczurkę, Zartar...
  Mgła ustępowała, dostrzegł małą skałę, a w niej wejście do pieczary. Potknął się o coś. Zobaczył o co i struchlał. Na skalnym podłożu leżało siedem ludzkich czaszek ułożonych w półkole. Większość śmiertelników uciekłaby w przeciwnym kierunku. Jednak w jego przypadku, nad rosnącym strachem, górował rozsądek.
— Może chce bym go odwiedził i nie po to, by mnie zabić albo męczyć — powiedział cicho do siebie.
Przekroczył wejście i zaczął kierować się do wewnątrz...
                          *
Martensja siedziała na pryczy zbitej z prostych desek. Z jej komnaty przyprowadzono ja tutaj. Przez małe okienko widziała szczyty gór. Nigdy nie widziała Artrasa, tak przynajmniej jej się zdawało. Nie wiedziała, że on ją widział. Tylko raz i to wystarczyło. Słyszała o nim wiele złych rzeczy. O tym jak jest okrutny i jaki podły w stosunku do` kobiet. Miał być ponoć ogromnego wzrostu. Silny, o pięknym, męskim licu. Ale przecież nie uroda się liczy tylko serce, myślała dziewczyna w swoim wnętrzu. Poczuła, że mimowolnie trzyma coś w dłoni. Medalik z wizerunkiem matki. Nosiła go wiele lat i nagle dostrzegła, że się otwiera. Pod malunkiem coś było. Tylko jak to jej przyszło? Z głowy czy z serca?
  Ostrożnie wzięła delikatny materiał malunku. Po kilku próbach udało jej się go wyjąć. Na złotym wieczku, które zakrywał, wyryto cienkim ostrzem napis., , Gothard nie od Chardrysa, szukaj Zartara”.
Na samą myśl o Zartarze, zadrżała na całym ciele. Jego zła sława wprawiała każdego w trwogę.
Pierwszą część inskrypcji zrozumiała w mig.
Czy Gothard wie? Pewnie tak. To jednak nie zmieniało niczego. Pozostawał jej bratem, jeśli nawet nie pierwszej krwi to zawsze... Myśl o tym, że ona z nim... napawało ją to uczuciem, że powsztrzymywała się ze zwróceniem ostatnio spożytego jedzenia.
A więc Zartar, pomyślała. Czuła się osaczona. Brat, na którego nie mogła liczyć, pewnie już rozszarpany przez wilki. Niegodziwiec, a może potwór za górami i Zartar, zły czarownik...Teraz jednak dokonała wyboru, myślała tylko czy słusznego.
                                *
Sanes, z rosnącym strachem, niewiadomego pochodzenia, przekroczył wejście do jaskini. Zaczął iść. Po kilku krokach dostrzegł światło. Migotało. Domyślił się, że nie jest pochodzenia naturalnego, bowiem cała okolica spowita mgłą nie mogła przepuścić tu słonecznego światła. Sanes zastanawiał się czy jaskinia jest wytworem przyrody czy wykuta przez człowieka. Właśnie korytarz się skończył i młodzieniec wszedł do groty. Najpierw dostrzegł kruka i sowę. Dopiero w chwilę potem, postać siedzącą za surowym, drewnianym stołem.
— Widzę, że jesteś odważny — odezwał się stwór w kapturze.

1 534 czyt.
100%65
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3434 słów i 19843 znaków, zaktualizował 2 paź 2017.

5 komentarzy

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 14 lut 2019

    Początek ciekawy i intrygujący, zachęca do dalszego czytania. Duża możliwość rozwoju sytuacji i opisy miejsc świetne. Czasy królów i magia, super.

  • Almach99

    Almach99 · 21 lis 2018

    Schemat przejecia wladzy przez jednego z synow znany OD poczatkow dziejow. Czytam dalej 😃

  • nefer

    nefer · 11 paź 2017

    Ciekawie zawiązana intryga, oferująca różne możliwości rozwoju akcji. To duży plus. Co prawda, nad słownictwem akurat, wypadałoby popracować. Pozdrawiam.

  • Somebody

    Somebody · 2 paź 2017

    Nawet nawet.

  • Duygu

    Duygu · 1 paź 2017

    Niesamowicie piękne słownictwo    Podoba mi się, będę czytała dalej    Ciekawe co wymyślisz. Zapowiada się ciekawie. Dla motywacji- łapka w górę!