Studnia - 13

Las ciągnął się w nieskończoność. Istna dzika puszcza. Niemal każdy skrawek ziemi był gęsto porośnięty roślinnością. Z rzadka pojawiała się tylko jakaś polana, ale i na niej gęsto było od trawy, krzaków jagód czy paproci. Szczęściem, głusza w której się znaleźli obfitowała w zwierzęta i strumienie. Dzięki temu nie głodowali.

Wilgy, od niedawna Mistrz Zakonu Gniewu Bogów w Filpe, rozkazał zrobić rozpoznanie terenu. Od wielu dni Rycerze zapuszczali się co raz głębiej w las, ale nikt niczego nie znajdował. Żadnych ludzi, domostw, śladów jakiejkolwiek bytności człowieka. Nawet dawno opuszczonych ruin. Nic, całkowite zero. Zwiadowcy wyruszali w różnych kierunkach i za każdym razem wracali z niczym.

Nikt nie wiedział co się stało. Po prostu wszyscy, którzy nocowali w wieży przebudowanej na klasztor obudzili się w tej puszczy. Stu sześćdziesięciu trzech chłopa plus kilkunastu więźniów i paru podróżnych, i nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Nic nie huknęło, nie gwizdnęło, nie było błysków towarzyszącym dużym wyładowaniom magii. Nikt nie widział niczego niepokojącego. Ot, poszli spać jak zwykle, a gdy się obudzili klasztor stał… No właśnie. Nie mieli zielonego pojęcia gdzie ich zaniosło.

- Po mojemu, to ta wieża była jednak nawiedzona – powiedział Bizo, żeby przerwać ciszę.

- Nie kracz, bo jak wróci równie nagle do Filpe, a my tu będziemy, to zostaniemy na zawsze w tej puszczy – zauważył niewesoło jego brat bliźniak, Gizo.

- Ty mnie lepiej powiedz, po jakiego grzyba jakiś mag grzmotnął w krzaki dobrą wieżę obudowaną klasztornymi murami? Nie prościej byłoby mu wybić wszystkich do nogi i ją sobie wziąć?  

- Może był za słaby? – zadumał Gizo.

- Po mojemu to prościej wyrżnąć ludzi, jak przenieść cały klasztor i to tak, żeby nikt się nie obciął co, jak i kiedy.

- Może jesteśmy mu do czegoś potrzebni? – zgadywał.

- A niby do czego? Sam sobie stosu podpalić nie potrafi? – burknął Bizo.

- Jakby nas wymordował, to by przyszli nas pomścić nasi bracia i koledzy. Może nawet Mistrz Jefir zjawiłby się osobiście. A tak, to co oni czarownikowi mogą zrobić? Nawet nie wiemy czy on tu z nami się przeniósł, czy tylko nas wysiedlił.

- A może jest tu z tym całym Rrinsatem? W końcu nasz buntownik przepadł jak kamień w wodę.

- I ściągnęliby sobie nas na łeb? – Gizo puknął się w czoło.

- A może sami wrócili do Filpe, a nas wyrzucili na to zadupie.

- A co im to da? Cała okolica roi się od posterunków Rycerzy. Mysz się nie prześliźnie.

- A skąd niby Rrinsat mógłby o tym wiedzieć, jeśli w ostatnich latach przyczaił się tu w tych krzakach?  

Gdzieś daleko uderzył piorun. Chwile później przeszedł grzmot. Zerwała się wichura, która szarpała korony drzew. Pod ich gęstą osłoną bracia Gizo i Bizo nie odczuwali jego siły. Za to pod hukiem gromu skulili się obaj.

- Może wyłaził – zastanowił się głośno Gizo.

- A wiesz, że to ma sens? Pamiętasz tą gęstą mgłę, co parę razy pojawiła się znikąd?

- Myślisz że to oni? – stęknął.

Wspinali się na wzgórze by rozejrzeć się po terenie przed sobą. Obaj spoceni i znużeni. Obaj w kompletnych zbrojach Rycerskich na wypadek gdyby spotkali wroga. Bracia byli niemal identyczni z wyglądu. Bizo był tylko trochę szerszy w barkach od brata. Nosili krótko przystrzyżone włosy i zarost. Ich twarze niczym się nie różniły.  

- A kto, jak nie te kobyle zady? – odparł Bizo.

- A skąd mnie to wiedzieć. Myślisz, że natkniemy się tu na kogoś? – zmienił temat.

Wałkowanie w kółko tego samego traciło sens. Gizo był głodny, a do tego zaczynało robić mu się zimno od co raz bardziej odczuwalnych podmuchów wiatru. Pioruny uderzały co raz częściej i bliżej nich. Niepokoiło go to.

- Kiedyś się te przeklęte drzewa muszą przecież skończyć. Szkoda że konno nie dało rady jechać. Żadna przyjemność przerąbywać się przez te zarośla mieczem, a i koc i żarcie sami musimy dźwigać – wyrzucił jednym tchem, aż się zasapał.

- Nie marudź, Bizo. Spójrz w górę, jesteśmy prawie na szczycie – zauważył.

Weszli na szczyt. Chwilę postali żeby odsapnąć.

- Nie wieje – zauważył Gizo.

- No – zgodził się brat.

- Zaraz lunie.

- No, cisza przed burzą – potwierdził.

Bizo zdjął z siebie wszystko co miał ciężkiego i wlazł na drzewo, żeby zobaczyć okolicę. Mozolił się niezdanie w obie strony, bo chociaż rudy, bynajmniej wiewiórką nie był. W dodatku gdy wracał zaczął lać deszcz, to też dwa razy o mało nie spadł.

- I co widziałeś? – zapytał go brat, gdy Bizo w końcu znalazł się na ziemi.

- Cholernie dużo drzew – padła odpowiedź.

- I nic więcej?

- Rzekę, w dupę jeża. Będziemy musieli się przeprawiać.

- Szeroka ta rzeka? – dociekał.

Najpierw odpowiedział mu grzmot, później Bizo.

- Szeroka. – Wzruszył ramionami. - Poszukajmy miejsca na obóz, tu nas za bardzo widać – dodał.

- A kto nas tu zobaczy? Nietoperze? – mruknął Gizo.

Zaczęli schodzić mozolnie ze wzgórza. Burza dopiero się rozkręcała. Wrócił porywisty wiatr. Przeszywał ich mokre ubrania, czuli się jakby chłód wnikał aż w szpik kości. Starali się zejść szybko, bo ulewa zmieniła się w istne oberwanie chmury. Musieli trzymać się gałęzi, młodych drzewek i wystających korzeni. Rozmokła ziemia zmieniła się w błoto, obrywała się i spływała z urwistego brzegu.  

Gizo puścił mocną gałąź, a gdy już miał chwytać następną, osunął się pod nim grunt. Ledwo musnął palcami mokre liście, gdy nagle stracił podłoże. Runął w dół. Koziołkował z coraz większą prędkością, obijał się o drzewa, wyrżnął łbem o wystający korzeń, odarł do krwi łokieć szorując po chropowatym pniu, grzmotnął plecami o kilkuletnie drzewo, aż go złożyło w drugą stronę, ale siła rozpędu pociągnęła go dalej.

Drugi Rycerz schodził najszybciej jak mógł. Czuł przez skórę najgorsze, ale miał jeszcze nadzieję że jego bliźniak się wyliże. Droga w dół była mozolna. Deszcz siekł nieustannie, wciskał się do oczu i do uchylonych ust. Stopy zapadały się i zaczepiały o korzenie. Bizo klął szpetnie pod nosem jak zwykły pachoł i spuszczał się w dół najszybciej jak mógł.  

***

Znów był na brzegu szumiącego morza. Chłodna bryza zwilżyła jego nagi tors i stopy. Otaczała go noc, a nad nim błyszczały gwiazdy i księżyc w pełni. Szum morza zakłócał idealną ciszę panującą na plaży. Rrinsat siedział przy ognisku i w myślach próbował przyzwać Sawiallo.

Zamknął oczy i odprężył się. Przywołał w myślach jej twarz. Malinowe figlarnie uśmiechnięte usta. Oczy, w których uwięziła sztorm. Nieduży nos z kilkoma piegami. Wołał ją samymi myślami. Powtarzał w kółko jej imię, spokojnie jakby wołał przestraszone szczenię.

Poczuł czyjąś obecność i natychmiast otworzył oczy. Stał nad nim czarodziej z dłonią zaciśniętą na przycisku do papieru w kształcie czaszki. Rrin otwarł usta by go wypędzić, ale starzec uniósł dłoń jakby chciał się przed nim osłonić. Uklęknął niepokojąco blisko Rrina i znów narysował słońce na piasku i uparcie wskazywał je mężczyźnie.

- Ocaliłeś mnie, prawda? To ty zabiłeś Hettego, gdy przyszedł mnie zabić? – zapytał Rrin.

Czarodziej skinął głową i znów wskazał słońce wyryte w piasku.

- Chcesz czegoś ode mnie, prawda? – ciągnął Rrin.

Starzec znów skinął.

- To ciebie Ganis widywał w snach, prawda?

Kolejne skinięcie.

- Jak to możliwe, że masz na sobie Obręcz Pokory i wciąż władasz magią? – zapytał o najbardziej interesującą go kwestię.

Mag wskazał na swoje ślepe oko pośrodku czoła. Później począł rozpinać klamry szaty. Rrin najpierw pomyślał, że to co widzi jest czarnym gęstym zarostem na piersi starca, ale na torsie odbijał się blask ogniska. Ramorczyk wysunął niepewnie rękę i dotknął piersi czarodzieja. Z pewnością to nie były włosy, ale i nie skóra. Ze zdumienia otworzył oczy szeroko. Pod palcami wyczuł masę drobnych i poddających się miękko jego dotykowi łusek. Niby twarde, a miękkie.

Czarodziej położył na ziemi czaszkę, wstał bez gwałtownych ruchów z klęczek i rozpiął szatę do bioder, a później wysunął niespiesznie ręce z rękawów i pozwolił opaść materiałowi do tyłu, tak że zawisł za jego plecami podtrzymywany jedynie przez pas na biodrach. Rozłożył na boki nagie ręce, a Rrinsat rozdziawił usta ze zdziwienia. Pod pachami starca, a właściwie od jego bioder niemal po nadgarstki rozpostarły się błony, które natychmiast nadęła bryza wiejąca w kierunku lądu, i zaczęła nimi szarpać jak banderą na okręcie.

- Co to jest? - szepnął Rrin nie mogąc oderwać wzroku od starca.

Czarodziej schylił się, podniósł porzuconą czaszkę i podszedł do ogniska. Wsadził w nie dłoń i nabrał na rękę płomieni, a one nie przestały płonąć gdy je uniósł. Wciągnął w płuca duży haust powietrza i dmuchnął na płomienie. Pofrunęły w górę zmieniając się w ptaka. Ognisty ptak zatoczył nad mężczyznami kilka pętli sypiąc obficie za sobą iskrami i wylądował na ramieniu czarodzieja. Rrin nie mógł pojąć jak to możliwe, ale siwe włosy czarodzieja nie zajęły się ogniem. Starzec uśmiechnął się bezzębnym uśmiechem i zniknął.

***

Minęli wiele korytarzy, ale nie stracił orientacji. Nawet z zamkniętymi oczyma mógłby pokonać drogę powrotną, chociaż za żadne skarby świata nie zamierzał tego robić. W końcu otwarli przed nim drzwi. Nikt się z nim nie obcyndalał. Rycerze rzucili go na posadzkę jak śmiecia. Odruchowo chciał asekurować się kończynami, ale tylko pogorszył sprawę, bo ręce miał przykute niedługim łańcuchem do nóg. Miotał się chwilę jak ryba na brzegu, nim w końcu udało mu się usiąść.

Pierwsze co mu się rzuciło w oczy, to stół z narzędziami tnącymi i obcęgami. Przez chwilę nie mógł oderwać od tego oczu. Czyste połyskujące ostrza, szpikulce, duże i małe nożyki, igły, piły, obcęgi i nożyce. Krew odpłynęła mu z twarzy i zbladł. Nie chciał umierać, nie w ten sposób.

- Wyjdźcie, oddalcie się o dziesięć kroków i czekajcie w pogotowiu - rozkazał Rycerz w pelerynie.

Zakonnicy ukłonili się i wyszli z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Posiwiały Rycerz usiadł na brzegu pustego stołu w kształcie litery "x". Ulokował twarde spojrzenie na ciele Yokiego. Przyjrzał mu się uważnie, a później popatrzył mu w oczy. Mierzyli się długo wzrokiem. Bardzo długo, obaj uważali się za świetnych w tej grze. Jednak tę partię bez problemu wygrał Yoki. Jako królewski doradca i czarodziej stoczył więcej takich pojedynków niż obaj mieli włosów na czerepach. Niby nic, pojedynek samych gałek ocznych, a jednak Yoki odczuł satysfakcję, a Jefir upokorzenie. Po chwili zaplótł w koszyczek uniesione dłonie i w końcu Rycerz zdecydował się przemówić.

- Jestem Jefir, Mistrz Rycerzy i Braci Zakonu Gniewu Bogów. Zarzuca ci się posługiwanie się magią, która przed trzema stuleciami nieomal doprowadziła do zagłady świata, a także udział i posługiwanie się magią podczas Wojny Magów. Karą za dopuszczenie się tych zbrodni będzie śmierć w ogniu, by płomienie oczyściły twoją grzeszną duszę. Zanim jednak dostąpisz zaszczytu oczyszczenia, wyciągniemy z ciebie przyznanie się do winy i sprawdzimy, czy nie znasz miejsca pobytu innych czarodziejów. Jak się nazywasz?

Yoki z pogardą splunął mu pod nogi. Chodź na zewnątrz wyglądał obojętnie, w środku był lepką papką strachu. Mistrz podszedł do niego i kopnął go w pysk z takim impetem, że nieszczęśnik wywinął niezgrabnego kozła po posadzce.

- Odpowiadaj zapchlony kundlu jak pytam – rozkazał. Głos Mistrza był spokojny i opanowany, zupełnie odmienny od zachowania i mowy ciała.

Yoki pozbierał się mozolnie, dzwoniąc jak najwięcej łańcuchami, żeby zdenerwować wroga. Z roztrzaskanego łuku brwiowego trzema stróżkami spływała mu krew. Uśmiechnął się, nawet odsłonił pożółkłe zęby. Jefir się nie zdziwił taką reakcją. Ludzie różne dziwne rzeczy potrafili robić ze strachu. Czasem dostawali drgawek, robili pod siebie, rzygali, jąkali się lub całkiem tracili głos albo wręcz przeciwnie, morda od wrzasku im się nie zamykała. Czasem nawet pocili się z krwią na sam widok instrumentów kata. A czasem się śmiali.

- Jestem Jaśnie Pan Wór Mięsa w rękach Zakonu Fanatycznych Kutafonów – odparował mag. Zaniósł się śmiechem, aż mu łzy poleciały.

Zakonnik podszedł do wbitego w ścianę haka i zdjął z niego zwój liny. Wlazł na stół i przeplótł ją przez metalowe kółko wiszące pod sufitem. Zeskoczył sprężyście i podszedł do Yokiego. Spokojnie przywiązywał jeden koniec liny do łańcucha łączącego ręce z nogami czarodzieja. Mag zobaczył jego głowę z bliska i śmiech w nim zamarł. Zmarszczył siwe krzaczaste brwi. Najpierw pomyślał ze mu się zdaje, ale gdzie tam. Naprawdę to widział. Zmrużył oczy i rozśmiał się ponownie, ale teraz z rezygnacja pokręcił głową.

- Zabijasz magów żeby twoi Rycerze nie wykryli jakim jesteś żałosnym hipokrytą, co Jefirek? – zakpił.

Mistrz wbił w niego spojrzenie lodowatych oczu i zmarszczył delikatnie brwi. Byli tak blisko siebie, że czuli własne oddechy. Patrzyli sobie w oczy, ale to nie był pojedynek, a Yoki zyskał pewność, że się nie pomylił. Palce Jefira nie przestały pracować i skończyły fachowy węzeł.

- Oni jeszcze nie widzą, może nawet ty sam jeszcze nie zobaczyłeś, ale mnie nie nabierzesz. Używasz Kamienia Życia, a do tego potrzebny jest współpracujący czarodziej, a najlepiej cały krąg magów. Może też to być zniewolony czarodziej, ale on wtedy długo już nie pociągnie. Twój chyba cię nie lubi, co? Ten numer z golemami to jego sprawka, nie? – wyszczerzył się.

Nie doczekał się odpowiedzi. Mistrz jakby nigdy nic wstał i podszedł do drugiego końca liny, chwycił ją i napiął. A później raz za razem ciągnął unosząc czarodzieja do góry.

- Aaaarrrgghh – jęknął żałośnie więzień, gdy jego ciało oderwało się od ziemi i zawisło w niewygodnej pozycji w powietrzu. Ani trochę nie był dobry w znoszeniu bólu.

Mistrz prężąc muskuły przywiązał wolny koniec liny do dużego haka, na którym wisiała wcześniej równiutko zwinięta.

- Jak się nazywasz czarodzieju? – wrócił do przesłuchania.

- Kamień Życia ma to do siebie, że… - urwał, bo nagle zaschło mu w gardle, gdy Mistrz podszedł do stolika z narzędziami. Lepkie macki strachu porwały go w objęcia.

1 225 czyt.
100%325
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2685 słów i 14917 znaków.

5 komentarzy

 
  • Almach99

    Almach99 · 28 maj 2018

    No I ostatni odcinek. Super sie czytalo. Mam nadzieje, ze planujesz kontynuacje

  • AlexAthame

    AlexAthame · 2 kwi 2018

    Gusia jak ty to robisz? Wiem że się powtarzam. Super opowiadanko.I nie mam bladego pojęcia jak się będzie miało a co dopiero jak się skonczy   

  • Somebody

    Somebody · 30 mar 2018

    Cudownie! Ale żeby przerwać w takiej chwili, oj oj

  • AnonimS

    AnonimS · 30 mar 2018

    Zestaw na tak. nadal zaciekawiony czytelnik. Spokojnych Świąt Wielkanocnych życzę Wszystkim co te życzenia przeczytają.

  • AuRoRa

    AuRoRa · 30 mar 2018

    Dalej jest ciekawie. Biedny Yoki , ale mu się trafiło . Łapka