Studnia - 11

Ocucili go wylewając mu na łeb kubeł zimnej wody. Prychając i kaszląc szarpnął się na równe nogi, ale powstrzymały go pęta, które przy natężeniu boleśnie obtarły mu kostki i nadgarstki. Opadł z impetem na stół i chwilę boleśnie się szamotał jak zwierzę w zbyt ciasnej klatce, nim przypomniał sobie kim i gdzie jest. Uspokoił się i rozejrzał. Jego ciało dostało upragniony chłód i otrzeźwiło nieco rozpalony gorączką umysł.

W komnacie stał Mistrz Jefir. Wpatrywał się w niego uporczywie, ale sam zachował twarz bez wyrazu. Obaj milczeli przez chwilę tylko lustrując się wzajemnie. Mistrz prawie w ogóle się nie zmienił, jedynie ciemne, pofalowane, sięgające ramion włosy lekko mu posiwiały. Wciąż nosił ten sam strój, tę samą broń. Wciąż na jego klatce piersiowej widniał symbol zakonu – uniesiona do góry zaciśnięta pięść.

- Wiesz, co teraz będzie? – zapytał niemal łagodnie Mistrz.

Rrin nie dał się nabrać na ten zwodniczy ton. Na jego ogorzałej od słońca twarzy wykwitł pewny siebie uśmiech i mężczyzna odetchnął głęboko. Gdyby przesłuchiwał go inny Rycerz, miałby garbate szczęście i najpewniej długo już by nie pożył. Ale Mistrz miał olej w głowie, więc mógł się z nim targować. Nim się odezwał odchrząknął, mimo to jego głos i tak był zachrypnięty i dziwnie obcy.

- Wiem – odparł beznamiętnie.

- Jak mogłeś skalać się magią? – syknął Jefir. - Sam zabijałeś za choćby oskarżenie o czary. Wyparłeś się siebie, szczeniaku!

Więzień milczał kilka długich chwil. Miał ochotę potrzeć twarz i podrapać się po czaszce. Wciąż nie przywykł, że była łysa.

- Zmądrzałem od tamtej pory – stwierdził w końcu.     

Było mu gorąco, ale nie od atmosfery. Rrinsat miał gorączkę, a woda która przed chwilą przyniosła nieco ukojenia, teraz zgrzała się od rozpalonego ciała. Czuł jak spływał mu po ciele pot. Znów piekły go oczy. Czuł się potwornie słabo.

- Zostaniesz stracony, twoje żałosne życie jest obrazą dla tej świątyni sprawiedliwości – żachnął się Mistrz.

- Nie – sprzeciwił się cicho, schrypniętym głosem. Zamknął na chwilę oczy, by zebrać niespójne myśli. - Rozkujesz mnie i dostanę ciepłą strawę, a później pójdę do Ojca Infirmierza, by oczyścił mi ranę – oznajmił jakby to było coś oczywistego.

Jefir zacisnął zęby i wbił w niego twarde spojrzenie. Niemal niezauważalny grymas niezadowolenia i pogardy przemknął mu przez twarz. Nigdy nie lubił zuchwalstwa.

- Nauczyłeś się żartować, ale błazeństwa cię nie ocalą – rozłożył ręce w geście bezradności.

- Nie jestem pewien, czy moja śmierć jest warta śmierci stu pięćdziesięciu Rycerzy z Filpe – rzucił jakby od niechcenia Rrin, a na jego twarzy znów rozgościł się pewny siebie uśmieszek.

- Stu sześćdziesięciu trzech – poprawił Mistrz. - Gdzie oni są? – warknął.

- Ich życie za moje i czarodzieja – padła odpowiedź.

- Nie uwolnię czarodzieja – sarknął Mistrz, nawet nie próbował ukrywać że żądania Rrina są absurdalne. – Zdechnie wkrótce w ogniu, by jego plugawa obecność na tym świecie nie obrażała Bogów i nie zagrażała światu.

- Więc mój towarzysz jest ci solą w oku, ale ten zamknięty pod klasztorem mag ma prawo żyć i to w świątyni Bogów?

Mistrz uniósł zaskoczony brwi. Popatrzył na Rrina jak na całkiem nową istotę. Na chwilę zabrakło mu słów.

- Nie doceniłem cię, Rrinsat. Jak się o nim dowiedziałeś? – spytał.

Do Rrina powróciło wspomnienie Ganisa, gdy rozmarzony leżał w trawie, patrzył beztrosko w niebo i opowiadał o swoich snach. Hette zapłaci za to głową, pomyślał.

- Od jednego z Rycerzy – wychrypiał Rrin, ale że domniemany Rycerz już dawno nie żył, zostawił dla siebie.

Jefir zrobił minę jakby Rrinsat wylał na niego wiadro pomyj.

- Którego? – usiłował się dowiedzieć.

Nerwowo zacisnął rękę na rękojeści miecza, wiszącego mu na pasie przy biodrach. Rrin wziął to za dobry omen. Gest zdradził że Mistrz nie ma pojęcia kto jeszcze może wiedzieć o czarodzieju i się boi o swoją skórę. Mam cię, pomyślał.

- Pozwolisz odejść mi i mojemu towarzyszowi, a ja oddam ci twoich Rycerzy i powiem, który Rycerz zdradził mi twoją tajemnicę – Rrin postawił warunki.

- Zgoda – odparł Mistrz. – Po klasztorze będziesz poruszał się bez broni, w Obręczy i pod strażą. Twój towarzysz zostanie w celi. Jutro o świcie wyruszymy do Filpe, gdy tam dotrzemy sprowadzicie Rycerzy z powrotem. Późnej zwrócę wam wasze rzeczy i pozwolę odejść.

Do drugiego świata, dodał Rrin w myślach, ale na razie nie zamierzał się tym kłopotać.

Dobili targu. Mistrz wezwał Rycerzy by rozkuli Rrina, ale okazało się że więzień jest zbyt słaby by poruszać się o własnych siłach. Rrin wstając poleciał na pysk i wyrżnął czerepem o nierówną kamienną podłogę aż po lochu poniósł się nieprzyjemny głuchy huk. Mistrz zganił Rycerzy, że go nie podtrzymali i kazał im zanieść nieprzytomnego mężczyznę do Ojca Infirnierza.

Ojciec Infirnierz nazywał się Niter. Był niski, otyły i liczył sobie ponad pięćdziesiąt lat. Ubrany był w prosty lniany habit przewiązany w pasie grubym płóciennym sznurem. Był ważnym członkiem Zakonu Gniewu Bogów, ale nie Rycerzem. Przewodził Zakonnikom zajmującym się leczeniem rannych i chorych.

Odwiązał z ramienia Rrinsata gałgany i aż się skrzywił. Rana śmierdziała i płynęła z niej ropa. W pierwszej kolejności Niter rozkazał dwóm nowicjuszom dokładnie umyć całe ciało Rrinsata. Położyli go na specjalnym stole i rozebrali do naga, a później wyszorowali jego ciało sadłem przemieszanym z popiołem. Niter stał nad nimi i poprawiał ich błędy.

Oczy Rrina były zapadnięte. Kwitły pod nimi fioletowe sierpy. Cały był rozpalony od trawiącej go gorączki. Ciało miał naznaczone wieloma bliznami. Patrząc na nie Niter zauważył, że Rrin wiele razy otarł się już o śmierć, ale widcznie był tym typem twardego człowieka, który umiał wyzbierać się ze wszystkiego.

Pamiętał tego mężczyznę. Nie raz szył jego rany, nie raz oglądał z podziwem jego ćwiczebne walki z Ganisem. Pamiętał gdy jako piętnastolatka przyprowadzono go nieustannie wymiotującego, tamtego dnia Rrinsat po raz pierwszy zobaczył jak wygląda przesłuchiwanie nieszczęśnika, który wpadł w ręce Zakonu. Nie prędko przywykł do tego widoku i jeszcze nie raz go tu odwiedził.  

Podziwiał jego lekkość w stawianiu się surowemu Mistrzowi. Odkąd przybył do klasztoru naginał Jefira do swojej woli jak mu się podobało. Nawet gdy kiedyś wywrócił świecę i spłonął regał z odpisami cennych manuskryptów przygotowanych dla księcia, Mistrz kazał jedynie wymierzyć mu dwadzieścia batów i przez miesiąc nie dawać kolacji. Gdyby zrobił to ktoś inny, w najlepszym razie wypędziłby go z klasztoru.

Niter zabrał się osobiście do oczyszczania rany. Skrzywił się, gdy zobaczył że w napuchniętym ramieniu Rrina wciąż tkwił grot z kawałkiem gnijącego drewna. Musiał to usunąć, ale istniało duże ryzyko że spowoduje krwotok, którego nie zdąży zahamować. Rrin stracił wcześniej bardzo dużo krwi dlatego był słaby. Niter podrapał się po głowie.  

Za słaby, zawyrokował. Nie ma szans tego przeżyć, ale jeśli tego nie usunę, wkrótce i tak umrze.

Kazał chłopcom czuwać przy Rrinie i robić mu zimne okłady, a sam ruszył do Jefira, by on podjął decyzję. Nie był głupcem. Jeśli Mistrz kazał leczyć zdrajcę, znaczyło że był cenny. Śmierć Rrinsata mogła być równoznaczna z jego własną.

***

Ojciec Infirmierz zapukał do drzwi komnaty Jefira. Po drodze zdążył cały spocić się z nerwów i zrobiło mu się duszno. Zauważył też że drżą mu ręce.

- Wejść! - dobiegło ze środka.

Mężczyzna otwarł duże drzwi i wkroczył do komnaty. Mistrz siedział za stołem z gęsim piórem w dłoni. Uniósł brwi zdziwiony wizytą Nitera.

- Witaj, Ojcze. Czy coś się stało? - zapytał.

- Chodzi o Rrinsata.

- Uciekł? - Jefir zdradził obawy.

- Nie, wręcz przeciwnie. Jest w bardzo słaby, a w jego ranie wciąż tkwi grot, przez który rana się jątrzy. Jeśli go nie usunę, wkrótce umrze.

- Więc go usuń - rozkazał.

- Przewiduję Mistrzu, że on wtedy umrze w najlepszym razie po kilku godzinach - wyjaśnił Niter.

Oczy Mistrza pociemniały. Usta zacisnęły się w wąską kreskę. Wstał i przeszedł się nerwowo po izbie. Nieświadomie złamał trzymane w dłoni pióro.

- On musi przeżyć przynajmniej podróż do Filpe - powiedział jakby do siebie.

- W tym stanie nie może podróżować, Mistrzu.

- Dobrze zrobiłeś Ojcze, że przyszedłeś z tym do mnie. Zrób co możesz, żeby żył jak najdłużej - powiedział Mistrz.

Niter z ulgą opuścił komnatę Jefira. Gdy zamknął za sobą drzwi, dobiegł go dźwięk tłuczonego szkła i łomot wywracanych mebli. Infirmierz na wszelki wypadek przyspieszył kroku.

Jefir zmiótł wszystko ze stołu. Karafka z czerwonym winem upadła na podłogę, rozbiła się zalewając przy okazji cenny antyczny dywanik Mistrza. Później Mistrz wywrócił stół i rzucił w niego krzesłem. Rozpadło się na szczapy. Oparł się dłonią o ścianę, drugą począł pocierać nerwowo czoło.

Gdyby nie rozbito jego oddziału i wróciłby jak planował za dwa tygodnie, Hette pozwoliłby Rrinowi na powolną śmierć. Jego jedyny syn, krew z krwi, był idiotą ze skłonnością do okrucieństwa. Zauważył to jak tylko mały trafił pod jego opiekę. To kurę przetrącił drewnianym mieczem, to w psy kamieniami rzucał, to chłopców na siebie nawzajem podpuszczał. Na ludzi sam ręki nie podnosił, nigdy nie plamił sobie rąk. Jefir jednak widział przyjemność na jego twarzy gdy któregoś chłopca ćwiczono batem, a on patrzył z okna biblioteki. Dlatego starał się trzymać chłopaka z daleka od Rycerzy i broni.

Myśli w jego głowie wrzały. Potrzebował Rycerzy z Filpe. Potrzebował każdej pary rąk by raz na zawsze zmieść z ziemi Zakon Słońca. Zdobywali co raz większe poparcie u ludzi i rośli w siłę. Był pewien, że ich wybił do nogi. Jak to możliwe że się odrodzili skoro uwięził Govira, ich Mistrza, a jego jedyny dziedzic właśnie dogorywał? Zakonowi Słońca od zawsze przewodził ród Wspaniałych. Ród czarodziejów. A ostatni dziedzic nie miał pojęcia kim jest.  

Mistrz otwarł drzwi prowadzące do jego komnaty sypialnej. Wyjął z uchwytu w ścianie pochodnię i odpalił ją od świecy. Spojrzał na ogromny obraz przedstawiający walczących wśród błyskawic magów. Odchylił go i przeszedł za niego. Znalazł się w ciasnym tunelu z krętymi schodami prowadzącymi w dół. Stopnie były nierówne, ale przez ostatnie lata przywykł do nich i wiedział jak stawiać stopy. Im niżej schodził, tym bardziej nasilała się wilgoć i smród pleśni.

Schody się skończyły i Jefir szedł teraz podziemnym korytarzem. Ze ścian wyrastały rzeźby konających poparzonych ludzi. Wyglądali jak woskowe figury, które ktoś zostawił na słońcu by się rozlały. Po plecach Mistrza przechodził nieprzyjemny dreszcz za każdym razem gdy je mijał. To były dzieła czarodzieja Govira, mimo że Obręcz Pokory odbierała mu moc.

Doszedł do wzmocnionych metalem drzwi. Zdjął z szyi rzemień z kluczem i otwarł je. Wszedł do lochu. Czarodziej siedział po turecku na ziemi. Patrzył ślepym okiem wytatuowanym na czole na Mistrza. Do jego kostek i nadgarstków były przyczepione długie łańcuchy. Na ścianach w całym pomieszczeniu wyryto runy, które miały zatrzymywać wszelkie hałasy wewnątrz lochu.

- Czeka mnie podróż. Daleka podróż. Doprowadź się do porządku, bo zamierzam zabrać cię ze sobą – powiedział Jefir.

Czarodziej obnażył dziąsła i zaczął dziwnie posapywać. Mistrz dopiero po chwili pojął, że Govir zanosił się ze śmiechu, aż upadł na plecy i dzwoniąc łańcuchami zwijał się w spazmach.

***

Obudził się nagle z uczuciem głębokiego niepokoju. Jego zmysły rozdzwoniły się jak klasztorne dzwony w święto. Czuł się chory i słaby, a do tego komnatę oświetlało tylko nikłe światło księżyca wpadające przez otwarte małe okienko. Ktoś jeszcze tu był. Wiedział to, chociaż jeszcze nie zobaczył napastnika.

Cisza była zmącona jedynie odległym nocnym koncertem świerszczy. Wpatrywał się w ciemne kąty pocąc się jeszcze bardziej. Szukał czegoś do obrony i równocześnie wypatrywał wroga. Starał się oddychać równo i o ile to możliwe nie poruszać niczym prócz oczu.

Dostrzegł go. Cień skryty w łuku drzwi. Czuł na sobie jego wzrok. Cień ruszył błyskawicznie. Rrin porwał dzban ze stołka dostawionego do łóżka, rozlewając coś przy okazji. Księżyc odbił się w kulistym przedmiocie, który trzymał cień. Rrin z całym impetem na jaki było go stać cisnął glinianym naczyniem w atakującego.

W pierwszej chwili pomyślał że nie trafił, bo dzban rozbił się o ścianę, a napastnik zniknął zostawiając po sobie jedynie huk upadającego noża. Dopiero gdy obejrzał się za siebie, zobaczył że na podłodze ktoś klęczy. W tym samym momencie klęcząca postać wydała z siebie charkot przypominający dźwięk dławienia się i poleciała do przodu.

Drzwi otwarły się z impetem, do izby wparowali ze świecznikami zwabieni hukiem Zakonnicy. Rrin wpół siedział na łóżku z nagim torsem i opatrunkiem na ramieniu. Patrzył rozognionym wzrokiem jak Ojciec Infirnierz odwracał ciało leżącego mężczyzny.

Z rozbitej wklęsłej czaszki lała się obficie jucha. Oczy patrzyły jeszcze przytomnie. Konający gapił się prosto na Rrina z wyrazem głębokiego zdziwienia. Rrin natychmiast poznał to spojrzenie. To był Hette. Obok niego leżał nóż myśliwski, a kawałek dalej umazany juchą przycisk do papieru w kształcie ludzkiej czaszki.

908 czyt.
100%354
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2471 słów i 14063 znaków.

4 komentarze

 
  • AuRoRa

    AuRoRa 15 mar 2018

    Ale akcja    łapka

  • AlexAthame

    AlexAthame 8 mar 2018

    Super   

  • AnonimS

    AnonimS 4 mar 2018

    Coraz bardziej zaskakujące i wciągające. Brawo Ty. Zestaw na Tak

  • Fanka

    Fanka 4 mar 2018

    Wooow!