Studnia - 06

Fragment raportu załączonego do kronik Zakonu Gniewu Bogów:

Wielmożny Panie, Mistrzu Rycerzy Zakonu Gniewu Bogów Jefirze!

Melduję, że od trzech tygodni przebywamy w Filpe. Tutaj, niespełna miesiąc przed naszym przybyciem po raz ostatni widziano Rinsata z Ramor. Przesłuchaliśmy ludzi, którzy z nim rozmawiali. Z ich zeznań wynikło, że Rrinsat wypytywał o legendę dotyczącą ruin samotnej wieży na pobliskim wzgórzu. Zatrzymał się w tawernie "Wesoła Świnka" z góry opłacając swój pobyt na dwa tygodnie. Po trzech dniach zniknął bez śladu razem ze swoimi rzeczami i wierzchowcem.
Miejscowa legenda zgodnie z przypuszczeniami okazała się bujdą. Dotyczyła ona mgły pojawiającej się znikąd i rzekomo porywającej ludzi.
Zbadaliśmy też wieżę i odkryliśmy w niej zejście do katakumb. Sprawdziliśmy podziemia dokładnie, ale nie znaleźliśmy ani niedawnych śladów czyjejkolwiek bytności, ani niczego godnego uwagi.
W pobliskich miastach i wioskach także nikt nie widział Rrinsata.
Wielki Mistrzu, proszę uniżenie o pozwolenie zakończenia misji pościgu za Rrinsatem z Ramor i zezwolenie na powrót oddziału do Ramor.

Rycerz Gniewu Bogów Wilgy z Ramor.

Trzy lata po wyjeździe Rrina z Atrent, Rycerze Zakonu Gniewu Bogów nazywani też pospolicie Zakonnikami, stracili trop zbuntowanego i nieuznającego niczyjej władzy byłego członka Zakonu Gniewu Bogów Rrinsata z Ramor. Oddział Zakonników pod dowództwem Kapitana Wilgiego z Ramor nigdy nie otrzymał pozwolenia na powrót do Ramor. Do jego oddziału przysłano trzydziestu Rycerzy i wspólnie odbudowali owianą legendami wieżę obok Filpe. Stała się ona kolejną siedzibą Zakonu Gniewu Bogów. Ten stan rzeczy utrzymywał się przez cztery lata, osiem miesięcy i szesnaście dni. Ostatniej nocy Flipe i okolicę wraz z wieżą spowiła niezwykle gęsta mgła. Rankiem w "Wesołej Śwince" zjawił się Rrinsat z Ramor i jakby nigdy nic zamówił śniadanie. Towarzyszył mu starzec. Karczmarz martwiąc się, że Zakonnicy spalą mu Oberżę, natychmiast posłał do wieży pachołka z wieściami o pojawieniu się poszukiwanego mężczyzny. Pachołek po długim czasie wrócił sam. Wieża zniknęła, a wraz z nią zaginęło bez śladu stu sześćdziesięciu trzech Rycerzy.

***

Yoki był pijany. Samotność dokuczała mu tak bardzo, że zaczął pędzić bimber i topić w nim smutki. Teoretycznie mógł zawsze wyjść do ludzi, ale kiedy pierwszy raz tego spróbował, musiał spopielić całą wieś i uciekać. Później ledwo uniknął stryczka, stosu i parę razy zaszlachtowania przez rozjuszonych wieśniaków. Do miast wcale nie odważył się wchodzić. W końcu osiedlił się w Filpe i wychodził wyłącznie nocą pod osłoną mlecznej mgły. Hipnotyzował miejscowe dziewczęta i spędzał z nimi noce. To były cudowne noce, gdy nagie dziewczęta piękne jak rusałki robiły co im kazał, a każda przekonana była, że śni. W tych snach Yoko nie był sobą, a ucieleśnieniem ich marzeń o mężczyznach.

Czknął i pokręcił głową. Podrapał się po karku. Palce Yokiego dotknęły najgorszej hańby jego życia. Zdarzyło mu się płaszczyć przed silniejszymi, potknąć i upaść na balu królewskim, podpalić własny dom, przez pomyłkę wejść do łoża teściowej, ale to było jeszcze gorsze. Dużo gorsze. Przechytrzył go taki szczeniak, a w dodatku nałożył mu Obręcz Pokory. Sprowadził go do roli psa w kagańcu. A później kazał się szkolić. Yoki najpierw go wyśmiał, ale gdy chłopak mu pokazał ile zna sposobów zadawania bólu, skapitulował. Rrinsat nie był zbyt pojętny, ale jego upór i ambicja imponowały Yokiemu, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał.

- Dziadku, zatrzymamy się tutaj - zakomunikował Rrin.

- Gorszego miejsca wybrać nie mogłeś, Żółtodziobie - mruknął Yoki.

- Zostań tu, ja się rozejrzę po okolicy – oznajmił.

- Nareszcie trochę spokoju - odburknął.

Rrin zsiadł z wierzchowca i oddał go pod opiekę Yokiego. Sam zniknął w leśnej gęstwinie. Starzec oporządził konie. Nazbierał drewna na ognisko mając szczerą nadzieję, że Żółtodziób zgodzi się rozpalić ogień i zjedzą coś ciepłego. Rozłożył derkę i położył się na niej. Wpatrzył się w niebo. Gdzie się podziały czasy, gdy był znanym i szanowanym czarodziejem?

Stracił rachubę czasu. Nie był pewien ile już dni i nocy wędrowali po lasach i równinach. Czasami zajeżdżali do wiosek, ale nigdy do miast. Żółtodziób zdecydowanie obawiał się Zakonników, a ci jak robactwo zaplenili się wszędzie. Gdyby Rrin poszedł do miasta, mógłby się dowiedzieć co się działo w świecie. A tak, musieli poruszać się w ciemno.

Obudziła go dłoń zaciśnięta na twarzy. Otworzył spanikowany oczy, ale zobaczył nad sobą jedynie ciemną sylwetkę na tle rozgwieżdżonego nieba.

- Cicho, Dziaku. Siodłaj konia i natychmiast ruszamy - wydyszał Rrin.

W pośpiechu zwinęli obóz. Rrin obwiązał nogi koniom kawałkami grubej skóry, by zostawiały jak najmniej widoczne ślady. Jechali na tyle szybko, na ile pozwalał otaczający ich mrok.

Yoko dopiero w siodle uświadomił sobie, że jego zmysł węchu jest dręczony przez metaliczną woń krwi. Pomacał się po zaroście pod nosem. Opuszki natrafiły na lekko lepką ciecz. Uchylił się przed konarem omal nie wypadając z siodła. Starzec zastanawiał się, czy Rrin jest ranny, czy miał na rękach cudzą krew.

Odpowiedź pojawiła się sama, gdy godzinę później Rrinsat spadł z konia. Yoko na próżno próbował go cucić. Obmacał na szybko ciało chłopaka. Prawe ramię obficie krwawiło.

- Przeklęty Żółtodziób! - zaklął pod nosem.

Rozpiął kurtkę Rrina. W jego ramieniu tkwił kawałek ułamanej strzały lub bełtu. Gdzieś w dali ujadały psy.

- By to krew zalała! Głupi, przeklęty Żółtodziób! - syknął Yoko.

Starzec był bezbronny jak niemowlę bez swojej magii. Nie mógł też uleczyć Rrina. Przez tego głupca, był jak zwyczajny starzec, ale Obręcz Pokory zdradzała jego tożsamość.

- Bogowie nadali mi tułaczkę z takim cholernym Żółtodziobem - burczał pod nosem. - Przygód mu się zachciało. A teraz zdechniemy obaj.

Spróbował wsadzić Rrina na Dreszczowca, ale zwierzę się odsuwało, a sam Yoko był za słaby, żeby unieść mężczyznę dostatecznie wysoko. Spróbował też go wciągnąć na swojego konia, ale i z tym sobie nie poradził. Był za słaby.

Odgłos ujadania nieuchronnie zbliżał się. Yoki nie wahał się długo. Cenił swoje życie i niepotrzebna śmierć z towarzyszem wydała mu się zwyczajnie głupia. W sercu poczuł żal opuszczając tego chłopca. Wskoczył w siodło i w pośpiechu odjechał zostawiając za sobą Rrina i jego konia.

***

Rrin otworzył oczy. Zobaczył nad sobą wirujący las. Słyszał stąpanie wielu par kopyt i śpiew ptaków. Nad drzewami migało błękitne niebo. Patrzył chwilę nim znów leniwie odpłynął w ciemność.

***

Śnił koszmary, znów znalazł się w podziemiach starego Ramor i uciekał przed chordami obrzydliwych szczurów.

- Rriiiin... Rrinie... Drogi Rrinie, wzywam cię! Odpowiedz mi, Rrinie...

Dudniło mu w głowie. Biegł przed siebie raz po raz nadeptując gryzonie, słyszał obrzydliwe chrupnięcia ich miażdżonych pod podeszwami kości i piski dogorywających osobników. Zdzierał z siebie te paskudztwa i rzucał nimi. Gryzły gdzie popadło, wczepiały się ostrymi pazurkami w skórę i ubrania, plątały we włosach. Biegł na oślep, potykał się i obijał o ściany. Upadał i wstawał.

- Rriiiin... Słodki Rrinie... Idź za moim głosem, Rrinie...

Wrzeszczał. Z całych sił wrzeszczał. Wrzeszczał jakby obdzierali go ze skóry. Ciemność była wszędzie. Wszechobecna zimna czerń wciskała się w zakamarki jego mózgu. Miał wrażenie, że wilgotne ściany napierają na niego. Bał się, czy aby nie oślepł. Bał się, że zostanie tu na zawsze. Nie chciał zdechnąć haniebnie wśród szczurów, przechytrzony przez cygankę.

- Rriiiiin... Obudź się... Ty już wygrałeś tę walkę... Idź za głosem... Nie ma szczurów... Nie ma ciemności... Rrin, chodź do mnie...

Do mózgu Rrina w końcu dotarło odległe wołanie.

- Gdzie jesteś!? Pokaż się!!! - krzyknął, a jego słowa poniosły się echem.

- Zamknij oczy... Zamknij je, Rrin...

Opuścił powieki. To nie robiło różnicy, czy patrzył czy nie. I tu i tu była tylko ciemność. Najpierw poczuł niepowtarzalny zapach morskiej wody, później letnią bryzę na twarzy. Szum fal rozbijających się o skały. Ciepłe promienie słońca na skórze.

- Już w porządku, Rrinsacie. Możesz otworzyć oczy - powiedziała.

Niepewnie uchylił powieki, jakby bał się, że znów zobaczy tylko ciemność. Na skale z nogami w wodzie siedziała Sawiallo. Patrzyła przez ramię na niego. Uśmiechała się. Miała na sobie jasno różową sukienkę zdobioną kwiecistym wzorem.

Rrin stał kilka kroków od niej. Był wykończony. Miał ochotę paść na twarz, zwymiotować i zasnąć. Podszedł do Sawiallo i usiadł obok. Zapatrzył się przed siebie. Oparła głowę na jego ramieniu i patrzyła mu na twarz.

- Okłamałaś mnie - zaczął.

Słowa same popłynęły z jego ust. Nie planował mówić tego głośno, ale też nie przejął się, że to powiedział. W słowach nie było żalu, pretensji ani żadnej złości. Nie włożył w nie żadnych uczuć. Ot, stwierdził fakt.

- Kiepskie powitanie - odparła. - Wciąż jesteś na bakier z dobrymi manierami.

- Miałem kiepskich nauczycieli - przyznał.

- Ponoć wytrawni kłamcy podają prawdziwe informacje z pominięciem najistotniejszej kwestii.

- Ponoć tak - mruknął.

- Znalazłeś to, czego szukałeś? – zapytała.

- Znalazłem – skinął leniwie głową.

- Kto cię szkolił? – uniosła brwi.

- Yoki – rzucił krótko.

- Yoki? Nic mi to nie mówi. To podrzędny mag? – zmarszczyła brwi.

- To cholernie dobry i uparty czarodziej. Sawiallo?

- Słucham?

- Ostatnio, żeby się do ciebie zbliżyć musiałem wejść do studni w Atrent. Jak to możliwe, że tu jestem? Od Atrent dzieli mnie kilka miesięcy drogi.

- Nie jesteśmy u mnie, Rrin. Jesteśmy w twojej głowie. To ty stworzyłeś myślami to morze, kamienie, plażę i mewy.

- Jak? Nie rozumiem.

- Wezwałeś mnie myślami.

- Ja? To ty mnie wołałaś.

- Jesteśmy w twoim śnie, Rrin. To ty nim sterujesz. Zachowałeś świadomość, więc możesz robić tu co chcesz. Poczułam, że o mnie silnie myślisz. Dlatego weszłam do twojego snu. Możesz w każdej chwili sprawić, że zacznie padać deszcz. Możesz latać, albo leżeć na chmurach. Możesz się też obudzić, albo wyrzucić mnie z tego snu.

- Jeśli to jest sen, to dlaczego jestem taki zmęczony? - przerwał jej.

Sawiallo zmarszczyła brwi.

- Nie mogę się obudzić - wyznał Rrin. - Próbuję i nic.

- Rrin, co robiłeś zanim poszedłeś spać? - zapytała zaniepokojona.

- Nie pamiętam - przyznał i zasnął nieomal wpadając w morską toń.

***

Otworzył oczy, ale wszystko było zamglone. Czuł, że ma gardło wyschnięte na wiór. Słyszał jakieś stłumione głosy, ale nie mógł ocenić do kogo należały. Znów odpłynął.

925 czyt.
100%325
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1989 słów i 11256 znaków, zaktualizowała 4 lut 2018.

5 komentarzy

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 15 mar 2018

    Kolejna postać Yoko, no i te sny Rhina super, łapka

  • AlexAthame

    AlexAthame · 4 lut 2018

    Super. Gusia jesteś fantastyczna. Mało co łapię ale czuję, a taki stan uwielbiam   

  • Somebody

    Somebody · 4 lut 2018

    No no... Nadal fantastyczne się czyta  

  • AnonimS

    AnonimS · 4 lut 2018

    Kiedyś komentowałem opowieść Megasa Aleksandrosa i wyszedł taki kwiatek."Ach, ta złośliwa autokorekta ???? Gdy przeczytałem o Dionizjuszu z Telefonu o mały włos nie parsknąłem śmiechem ????" chodziło o Dioniziusza z FALERONU. Niezły przekręt. Ha,ha

  • AnonimS

    AnonimS · 4 lut 2018

    czudzą krew. Powinno być cudzą krew. Poza tym "tak" i łapka w górę. Czekam na kolejny odcinek bo ten niewiele wyjaśnia