Sajmarskie Bajania - Rozdział XVI

Sajmarskie Bajania - Rozdział XVIROZDZIAŁ SZESNASTY – SPIECMISJA

     Dżimi Dyavol stał przed otwartym oknem swojego gabinetu z założonymi za plecami rękoma. Patrzył w zamyśleniu na ogród ciągnący się aż do kwater kucharzy, budzący się powoli z zimowego snu. Wiosna przyszła w tym roku wyjątkowo wcześnie, jak gdyby obawiała się, że następnej okazji może już nie być. Dżimi obrzucił tęsknym spojrzeniem uśmiechnięte do niego pierwiosnki i zamknął niechętnie okno. Na emeryturę przyjdzie jeszcze czas, pomyślał. Obowiązki czekały.
- Grafitowy Dziedzicu – zaczął miękkim głosem. Arunia Paladynowicz nie lubił być nazywany „agentem”, Spiecslużbista pamiętał o tym. Dlatego też niezbyt mu ufał. – Sprawy Spiecslużby przybrały pewien szczególny obrót taktyczny, dlatego też postanowiłem skorzystać z twojego rozeznania w terenie. Po zachodniej stronie granicy. Mam dla Ciebie misję wyjątkowego kalibru, choć z pozoru może ci się ona wydać błahostką. Trzeba po prostu, najzwyczajniej w świecie, kogoś zabić.
- Odkąd to brakuje ci specjalistów od brudnej roboty, Dżimi? – Paladynowicz rzucił mu markotne spojrzenie, ziewając przeciągle. Zwykł wstawać o świcie, ale na własnych zasadach. Nie cierpiał być budzony przez osoby postronne. W dodatku bez śniadania. – Morderców na zawołanie masz podobno więcej niż agentów.          
- Owszem, nie przeczę. – Dyavol postanowił machnąć ręką na ostentacyjnie kapryśny ton podwładnego. Okazja na złapanie dwóch kotów za ogon była wyjątkowa, a jak wiadomo, okazja czyni agenta. Mógł dopuścić dla niej na uchybienie w regulaminie towarzyskim Spiecslużby. Ciągnął dalej, niewinnym tonem. – Uznałem jednak, że możesz być nią żywo zainteresowany. Żywiej, niż inni agenci. Nasz kret w Gildii Fajterów zaczął kopać w inną stronę. Takich kretów nie potrzebujemy. Rozumiemy się?
- A co mnie do tego, że najwyraźniej za mało płacicie swoim szpiclom? – żachnął się Arunia. – Mam bardziej niż zwykle ryzykować dupą dla jakiegoś kapusia akurat teraz? Zapomniałeś, że jestem w środku poważnej operacji?  
- Agencie Paladynowicz, kurwa – wysyczał dyrektor generalny Spiecslużby. – Albo spuścicie z tonu, albo słowo daję, że…
Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, po czym Grafitowy Dziedzic sapnął z irytacją i odchrząknął, poprawiając się w fotelu.
- No dobrze – zagaił pojednawczo. – O co się rozchodzi?
- O kogo. – Dżimi Dyavol uśmiechnął się szeroko. – O kogo, panie agent. Będziesz, kuźwa, przeszczęśliwy.
Kwadrans później, zamykając za sobą drzwi od gabinetu dyrektora, Arunia nie mógł powstrzymać się od optymizmu. Życie wracało do normy. Jestem, kuźwa, przeszczęśliwy, pomyślał bez szczypty kokieterii.  

     Dyrektor Spiecslużby spojrzał na kobietę z wyjątkową nonszalancją. Dziś był z siebie tak zadowolony, że nie dbał o to, czy bardzo widać jego nadwagę i nadłysinę. Błyszczącymi oczami zlustrował niedostępne dla niego kształty agentki, po czym westchnął ciężko w duchu, ale lekko poza nim. Pyknął wesoło z fajki.
- Panienko Onskvard – rzucił radośnie. – Mam dla panny misję wyjątkowego kalibru, choć z pozoru może się ona wydać błahostką. Trzeba po prostu, najzwyczajniej w świecie, mieć kogoś na oku.
- Śledzić? – Maerteni uniosła brew, nieco zaskoczona. Zwykle przydzielano jej znacznie  poważniejsze zadania.
- Śledzić i kontrolować – Dżimi Dyavol wypuścił niespiesznie dym z fajki przez uszy. Uwielbiał tą sztuczkę. – Jeśli trzeba będzie, może panna wrócić sama. Rozumiemy się?
- Tak, oczywiście – agentka spojrzała na niego zaintrygowana. Dyrektor umiał budować napięcie, musiała mu to przyznać. – O kim mowa?
- Ha! – Spiecslużbista klepnął się otwartą dłonią w udo. Wyjął na chwilę fajkę z ust i odwracając się sprężyście w kierunku podwładnej, ponownie tego dnia uśmiechnął się szeroko. – Będzie panna, kuźwa, przeszczęśliwa.      

     Endrix patrzył na szefa zza przymrużonych powiek. Rozparty w fotelu naprzeciw biurka w kształcie półksiężyca, sączył powoli bimber z fasoli. Dyrektor trzymał buteleczkę na wyjątkowe okazje. Nadal nie rozumiał niektórych szczegółów operacji wyłożonej mu właśnie przez przełożonego.  
- Polej mi jeszcze, Endrix – skinął na niego Dżimi, podsuwając mu srebrny puchar. Obrzucił asystenta badawczym spojrzeniem. – Coś Ty dzisiaj taki zasępiony?
- No bo… - zaczął agent. – Nie bardzo rozumiem. Zlikwiduje się kreta, ale skąd pewność, że Maerteni da sobie radę z Paladynowiczem, jeśli będzie musiała? Nie boi się szef, że Grafitowy przejdzie z powrotem na drugą stronę? No i co z Gildią?
- Sprawa przejęcia kontroli nad Gildią Fajterów się rypła, trzeba się z tym pogodzić. Na razie. Straciliśmy kluczowego zawodnika, bo ten pieprzony debil chciał grać w swoją własną grę. Domyślam się nawet po co, ale to już bez znaczenia, Dziedzic z przyjemnością się nim zajmie, tego jestem pewien… - Dyavol pociągnął spory łyk i przetarł usta wierzchem dłoni. Beknął cicho. – Trudno, co zrobisz. I tak nie wiązałem z tym planem większych nadziei. Byłoby zbyt pięknie, ale gra wydawała się warta świeczki, można było spróbować. Zresztą – mrugnął porozumiewawczo do Endrixa. – Rządzi nimi kobieta. Sami się przecież od tego prędzej czy później rozpadną. Teraz trzeba się tylko koniecznie zająć chłopakiem, mając go może jeszcze wrócimy do tematu. Wysłałeś już kogoś na bagna?
- Wysłałem – Endrix westchnął. – Tak, jak się spodziewaliśmy. Ani śladu. Nawet moczary osuszyło.
- Hmmm – Dżimi popatrzył w zamyśleniu na misterny ornament na brzegu pucharu. – No to jest nad czym myśleć…
- Szefie, a… - zająknął się agent. – A co w kwestii Paladynowicza? Liczymy na jego nową lojalność, czy…  
- Słusznie, byłbym zapomniał – przerwał mu dyrektor Spiecslużby, osuszając kielich pospiesznym łykiem. Usiadł prosto w fotelu, wyjmując z szuflady biurka kartkę najlepszego papieru listowego i gęsie pióro. Podsunął podwładnemu niewielki kałamarz z atramentem i oparł ręce o blat. – Pisz.  
- Tak jest, już. – Endrix odstawił szybko niedopity bimber i odchrząknął, prostując się niezgrabnie w fotelu. Spojrzał wyczekująco na szefa.
- Szanowny panie kolego – zaczął z namaszczeniem Dżimi Dyavol. – Piszę do pana w bardzo nietypowej sprawie.  

     Arunia obrzucił horyzont ciepłym spojrzeniem. Nareszcie po właściwej stronie granicy, pomyślał z nieskrywaną przyjemnością. Cmoknął na konia i podjechał leniwie do znajomego jarzębu. Po czerwonych łzach nie było już śladu, zniknęły zapewne w ptasich dziobach podczas surowej w tych stronach zimy. Wyryty na pniu swadziebnik prezentował się nadal niezbyt okazale, za to jakby nieco wyraźniej. Grafitowy Dziedzic odetchnął głęboko, ze świeżo napotkaną ulgą. Tym razem nawet jego wierzchowiec zachowywał się zadziwiająco spokojnie. Może i on cieszył się z powrotu do domu. Co za piękny dzień. Gdyby nie ogon, chyba zrobiłbym sobie piknik.
     Paladynowicz zorientował się już dawno temu, że jest śledzony. Nie niepokoiło go to specjalnie, zdziwiłby się, gdyby Dyavol puścił go na misję w rodzinne strony samego. Miał już jednak dość tej zabawy w kotka i myszkę. Gdy zjechał ze zbocza w las, puścił konia przodem, a sam ukrył się pomiędzy usypanymi przed wiekami kurhanami. Kilku minut później, szpicel minął go łagodnym kłusem. Gdy Arunia wychynął za jego plecami zza nasypu, umyślnie nadeptując przy tym na suchą gałązkę, jeździec ściągnął wodze konia tak gwałtownie, że zwierzę niemal stanęło dęba. Nim obrócił się w kierunku Dziedzica, zasyczało wydobywane z pochwy ostrze krótkiego miecza. Emerytowanemu fajterowi nie drgnęła nawet powieka. Błysnął zębami na powitanie.
- Maerteni, jakże by inaczej.
- Paladynowiczu – kobieta schowała miecz i poklepała wierzchowca uspokajająco po szyi. – Miło Cię widzieć.
- Przyjemność, którą rozłożyłaś sobie w czasie na całe trzy dni – parsknął. – Dżimi kazał Ci mnie śledzić, czy zatęskniłaś?
- Ach, jak zawsze szarmancki do szpiku kości – żachnęła się rozbawiona. – A gdybym tak powiedziała, że… i to i to?
- Ale nie mówisz – Dziedzic uśmiechnął się półgębkiem z udawaną ironią w głosie. Westchnął teatralnie. – No dobrze, to jak będzie? Potowarzyszysz mi w dalszej drodze jak cywilizowany człowiek, czy nadal zamierzasz przydeptywać mój cień? Jedziemy przecież w tym samym kierunku, czyż nie?
- Czyż zapewne tak – Maerteni spojrzała na Arunię filuternie, zanim obróciła konia i ruszyła śladem kopyt jego gniadosza. – Idziesz wreszcie? - rzuciła jeszcze przez ramię z uśmiechem.  
        
     Mężczyzna siedział zgarbiony w fotelu z długim i rzeczowym listem w dłoniach. Skończył właśnie czytać niespodziewaną korespondencję i zastanawiał się, co z tym fantem zrobić. Noc miała się już ku drugiej połówce księżyca, ale nie był senny. Przez kilka chwil patrzył z rozterką na pełgające w kominku płomienie. Wrócił ponownie do listu i westchnął ciężko. Nie cierpiał takich niespodzianek. Czasem wolał po prostu nie wiedzieć, ale nie było rady. Wrzucił pismo w ogień. Za oknem zawył zimny, wschodni wiatr.
     Wojtas Redhead zmarszczył czoło i wczytał się raz jeszcze w nieoczekiwaną wiadomość zza granicy. Oparty rękami o ołtarz, zabębnił palcami o gładko oszlifowany kamień. Pismo zawierało bardzo interesujące informacje, wręcz pożądane, ale Najwyższy Kapłan ufał w życiu tylko Wielkiemu Gajowniczkowi. I to nie zawsze. Był zbyt doświadczonym demagogiem, aby nie wiedzieć, że w takich sytuacjach Dyavol zwykle tkwił w szczegółach.

Dodaj komentarz