Sajmarskie Bajania - Rozdział XI

Sajmarskie Bajania - Rozdział XIROZDZIAŁ JEDENASTY – SAJMARSKI SEN

     Sajmonella przypatrywał się z zaciekawieniem muzykom przygotowującym się właśnie do występu. Na rynku wokół nich zebrał się już niewielki tłumek, przyciągnięty osobliwym wyglądem grajków i instrumentów. Skośne oczy szarpidrutów zdradzały herbaciarskie pochodzenie – nie widziano tu tego ludu od dawna, od czasów wojny Płomyka i Scyzoryka. Przycupnięty pośrodku grupki mężczyzna z pucułowatą twarzą i kilkudniowym zarostem stroił właśnie coś, co przypominało duże skrzypce. Instrument posiadał jednak dwie struny zamiast czterech, a gryf wieńczyło misternie wykonane zdobienie w kształcie ptasiej głowy. Muzyk oparł pudło o lewe biodro, w prawą dłoń ujmując smyczek. Zaintonował coś pod nosem,  przeciągając     smyczkiem po strunach. Rozległ się wysoki dźwięk, przypominający zawodzenie żurawi, nieco jednak wyższy, balansujący na granicy pisku. Fascynujący. W pewnym momencie dołączył drugi grajek. W ustach trzymał swego rodzaju jednostrunową harfę, energicznie trącaną teraz palcami. Powietrze dopełnił odgłos jakby pękającej cięciwy, pluskającej w rytmie puszczanych na wodzie kaczek. Przez chwilę ten osobliwy duet kusił widownię sunącą gładko melodią, nabierającą stopniowo dynamiki. W końcu pomiędzy grajków wkroczył ostatni członek zespołu. Wziął głęboki oddech i wydał z siebie coś na kształt potężnego ryku lwa pomieszanego z gulgotaniem. Sajmonella w życiu nie słyszał niczego podobnego. Efekt był tak powalający, że aż zachwiał się do tyłu, trącając kogoś łokciem. Odwrócił się, aby przeprosić, ale głos uwiązł mu w gardle. Dziewczyna za jego plecami przyprawiła go o gęsią skórkę nie mniej skutecznie, co muzyczny warkot zespołu. Gdyby nie zakłopotanie, byłby się z miejsca zakochał. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem, uśmiechając się łagodnie.
- Ja… - zająknął się chłopak. Wiedział przecież, co chciał powiedzieć, ale nie mógł przebrnąć przez wrażenie, jakie wywarła na nim ta dziewczyna.
- Ja pewnie też – odpowiedziała rozbawionym tonem, widząc jego nieśmiałość.  – Ale co konkretnie?
- Ekhm… przepraszam – wymamrotał w końcu Sajmonella. – Że panią potrąciłem, ten zespół, ta muzyka…
- Mocna, prawda? – przerwała mu, zanim całkiem się zamotał. – Morin Choomej grają tylko tak, z głębi tych ich dzikich serc. Słyszałam kiedyś, jak grali w Cacynie, to było coś!
Widząc, że jej rozmówca nie ma pojęcia o czym mówi, parsknęła śmiechem. Młodemu wieśniakowi zmiękły kolana. Co to było za parsknięcie. Obiecał sobie uroczyście nigdy go już nie zapomnieć, choćby mieli się tu spotkać po raz pierwszy i ostatni.
- Cristal – wyciągnęła rękę.
- S-Sajmonella – uścisnął mocno podaną dłoń. Za mocno.
- Nie jesteś chyba stąd, co? – skomentowała z uśmiechem, rozmasowując sobie delikatnie dłoń. – Ależ Ty masz uścisk!  
- Ja… przepraszam – spłonął rumieńcem. Odkąd przywieźli go tu nieprzytomnego z Dziedzicówki minęło już kilka tygodni, wciąż jednak nie do końca umiał odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Kroke, stolica królestwa, pełna była wytworów cywilizacji, od których przez kilka pierwszych dni nieustannie kręciło mu się w głowie. Od ludzi także.
- Ja Cię chyba gdzieś już widziałam – Cristal przekręciła zalotnie głowę. Nie bardzo jeszcze wiedziała, co o nim myśleć. Zaczynała jednak czuć się lekko poirytowana jego nieśmiałością. – Nie terminujesz przypadkiem u Kisikapusty?
- Tak! – Twarz Sajmonelli rozpromieniała. – Ty… Pani… też?
- Pani też - Cristal parsknęła perlistym śmiechem. - Terminuję, ale nie u Tomasza. Z pewnością spotkamy się jeszcze w Gildii, kolego. Do zobaczenia. Sajmonello – rzuciła na pożegnanie, mrugając do niego kokieteryjnie. Zniknęła w tłumie zanim zdążył odpowiedzieć. Zachłysnął się gwałtownie powietrzem. Przypomniał sobie, że miał przecież oddychać.  

Tomasz Kisikapusta pociągnął z kielicha łyk wódki ze zbożowego zacieru. Rozpłaszczył się na fotelu w swoim gabinecie, opierając nogi o blat biurka. Odgiął do tyłu głowę, zamykając oczy. Promile przyjemnie rozgrzewały gardło, usypiały. Wypuścił głośno powietrze. Wrócił wspomnieniami do rozmowy sprzed dwóch tygodni…

- Panie Tomaszu – zaczęła Prządka, spoglądając na mężczyznę poważnym wzrokiem. – Jest Pan pewien?
- Tak. Uważam, że należałoby mieć go na oku – odparł równie poważnie Kisikapusta. – Pierwszy raz spotykam się z czymś takim. Będziemy przyglądać się jego reakcjom, sprawdzać, czy… czy się nie rozwinie. Być może w międzyczasie uda mi się czegoś więcej dowiedzieć. Wolałbym, żeby terminował od razu. U mnie.    
Beybe Prządka wbiła wzrok w stół. Propozycja Szefa Wywiadu nie była niecodzienna, Gildia Fajterów prowadziła w końcu nabór rekrutów dość regularnie. Osobliwa była jednak jej forma. Werbunek prowadzony był na wzór wojskowy, każdy mógł zapisać się na selekcję kandydatów, prowadzoną raz na pół roku. Jak dotąd nie zdarzyło się jednak, aby nowi rekruci byli przyjmowani poza kolejnością, a zwłaszcza z rekomendacji członka Gildii. Nawet szefa wydziału. Prządka nie była pewna, czy warto tak ryzykować. Oczami wyobraźni widziała już wzniesione ku niebu ręce i utyskiwania najbardziej zagorzałych szowinistów Rady. Kobieta na stanowisku. Można się było tego spodziewać. Westchnęła w duchu. Sytuacja była w końcu nadzwyczajna.      
- Dobrze, zgadzam się – rzuciła niechętnie. - Ale żadnej taryfy ulgowej. Jeśli się nie nada, po prostu go zamkniemy.
- Oczywiście – skinął głową Kisikapusta. – Wydaje mi się, że byłaby to jednak stracona okazja.
- Na? – uniosła brwi Beybe.
- Nie jestem jeszcze pewien – szef wywiadu spojrzał jej prosto w oczy. – Przeczucie.

     Osuszył kielich solidnym łykiem. Głowa stała się przyjemnie ociężała, myśli sunęły jednak lekko po powierzchni alkoholu, niczym nartniki. Przeczucie. Rzucił tęskne spojrzenie na dno pustego kielicha, cicho bębniąc o niego palcami. W końcu zdecydował, że na dziś już wystarczy. Odstawił naczynie i podniósł ospale wzrok. Agentka Nutter drzemała na sofie przy wejściu. Patrząc w zamyśleniu na jej unoszące się z każdym oddechem piersi, wyjął z szuflady biurka fajkę. Z namaszczeniem nabił komin najlepszym tytoniem i zapalił. Kiedy kilka minut później dym z cybucha wypełnił powietrze fantazyjnymi zakrętasami, Tomasz ciągle zastanawiał się, jakie przeczucie miał wtedy na myśli. Kruczowłosa agentka drzemała nieświadoma jego rozterek.  

     Sajmonella zgiął się wpół, próbując złapać oddech. Cios był mocny, napastnik trafił czysto, prosto w wątrobę. Po kilku chwilach wyprostował się z grymasem bólu na twarzy i kontynuowali. Na szczęście, do końca treningu zostało już tylko pół godziny. Młodzieniec z Helmsby lubił zajęcia praktyczne z podstaw walki szturmowej, jednak wciąż walczył jeszcze zbyt schematycznie.  
- Nieźle, chłopcze, całkiem nieźle – Rygwach ze Świdnika przystanął, przypatrując się walce. – Jak na wieśniaka.
Sajmonella spurpurowiał i zaatakował na oślep. Nie było w tym finezji, ale było skutecznie. Przez pierwsze cztery sekundy. Przygwożdżony do ziemi chwilę potem, z wykręconymi ramionami, nie wydał z siebie jednak żadnego jęku. Spojrzał na przełożonego z zawziętością w oczach. Kapitan szturmówki wydał pomruk zadowolenia i skinął głową na jego przeciwnika.  
- Więcej wyobraźni, mniej emocji – rzucił do podnoszącego się chłopaka. – Jeszcze raz.

      Szkolenie w Gildii Fajterów trwało stosunkowo krótko. Organizacja chwaliła się wyjątkowo efektywnym programem treningowym, który pozwalał na skrócenie okresu terminowania jedynie do trzech lat. W porównaniu do innych rzemiosł, był on nadzwyczaj zwięzły. Rekruci zdobywali nowe umiejętności i wiedzę od świtu do nocy, siedem dni w tygodniu. Wielu szybko odpadało, wycieńczonych intensywnością zajęć. Zostawali tylko Ci najbardziej zdeterminowani. Takich ludzi szukano. Dobrze wyszkolony fajter nie zawsze był człowiekiem bądź odmieńcem o nieprzeciętnej sile i kondycji. Pożądano przede wszystkim istot inteligentnych i wytrzymałych psychicznie. Agenci mieli walczyć do samego końca, wszelkimi dostępnymi środkami. Siły fizycznej i krzepy nabierali z czasem w naturalny sposób, podczas treningów.  
     Po dwóch latach, fajterzy byli przydzielani do poszczególnych sekcji, najczęściej wedle osobistych preferencji. W terenie i praktyce przez rok szlifowali świeżo nabyte umiejętności, pod okiem bardziej doświadczonych kolegów. Po zakończeniu podstawowego, trzyletniego szkolenia, przydzielano nowym agentom pierwsze samodzielne zadania, zwykle niezbyt skomplikowane. Dopiero z czasem i nabywanym doświadczeniem, trudność misji fajterskich rosła. Miało to ograniczyć liczbę strat w szeregach nieopierzonych jeszcze funkcjonariuszy w przypadku grup szturmowych czy wywiadu. Nietypowy program szkoleniowy przynosił zaskakująco dobre rezultaty, choć nie obywało się bez spektakularnych wpadek. Były one jednak na tyle rzadkie, że uznawano je za wyjątki potwierdzające regułę. Najzagorzalsi w swoim fachu agenci zostawali często asystentami szefów poszczególnych wydziałów i sekcji, Ci zaś tworzyli trzon Rady Gildii. Ciało to, którego reprezentował wybierany dożywotnio Naczelnik, pełniło w praktyce jedynie funkcję doradczo – kontrolną, choć nigdy nie miało czysto marionetkowego charakteru. Pełnia władzy ustawodawczej i duża część wykonawczej leżała w rękach Naczelnika. Pierwszy raz w historii organizacji, w uznaniu wybitnych zasług, na czele Gildii stanęła kobieta. Beybe Prządka wywodziła się ze skrzydła medycznego, miała więc nieco inne podejście do instytucji życia ludzkiego, niż większość jej kolegów i podwładnych. W największym skrócie, wolała najpierw pytać, potem strzelać. Czas miał pokazać, czy było to praktyczniejsze podejście.    
     Sajmonella był w trakcie szkolenia bojowego, jak wszyscy jego koledzy i koleżanki. Trwało ono przez pół roku, od świtu do ostatniej kropli krwi. Chłopak, choć posiniaczony, był zadowolony. Dotychczasowe życie w Helmsby nie spuszczało mu na co dzień mniejszego łomotu, niż przeciwnicy na placu treningowym. Był przyzwyczajony do bólu. Cieszył się za to, że wreszcie przynależał gdzieś, gdzie nie był traktowany gorzej od innych, którzy również dawali z siebie wszystko. Wstawał co rano do kolejnej porcji siniaków z dumą, że ma szansę zostać fajterem. Niewielu znał ludzi, którzy mieli pracę w wyuczonym zawodzie. Jeszcze mniej takich, którzy ją lubili. Było idealnie. No, prawie.
     Ludzie szeptali. Nie wiedział, o czym dokładnie, nie rozumiał wszystkiego. Toab, żercy, półmrok - były to pojęcia jak dotąd mu obce. Bał się dopytywać, nie chciał rozgniewać kolegów, którzy i tak traktowali go z rezerwą. Wszyscy z tegorocznego werbunku musieli sobie zasłużyć, przejść szkolenie rozpoznawcze. On dostał się z polecenia. Nie obnosił się z tym, nie dźwigał głowy wyżej niż powinien, ale i tak w oku niejednego rekruta widział przebłyski niechęci, czasami zawiść. W najlepszym wypadku. Zdawało się, że tylko jedna osoba traktowała go normalnie. Dziewczyna z rynku. Cristal.
     Spotkali się niedługo po tym, jak zniknęła w tłumie. Podobno przeszła wstępne szkolenie rozpoznawcze wzorowo, była najlepsza. Nie bardzo rozumiał, czemu zachowywała  się wobec niego inaczej niż wszyscy. Może była bardziej świadoma swojej wartości, niż koledzy i koleżanki? Może było jej go żal? Nie, to chyba nie to – znał aż za dobrze wszelkie spojrzenia litości. Jej zawsze było czyste, uśmiechnięte. A może…, przebiegło mu kiedyś przez myśl. Wzdrygnął się i odruchowo rozejrzał wokół, bojąc się, że ktoś mógłby usłyszeć jego myśli. Nie, na pewno nie… . Nie wierzył, że mógłby się komuś podobać. Na pewno nie takiej dziewczynie. Rozmarzył się przez moment. Było w niej wszystko, co uwieczniłby na arcydziele z czystym sercem, gdyby tylko umiał malować. Oczy koloru morskiej toni przyjemnie rozgrzewały spojrzeniem w chłodne poranki. Okalające je włosy, bujne i jasne niczym dojrzała pszenica, kusiły przytulną miękkością. Z chęcią wtuliłby się w nie wieczorem, po znoju dnia. Nieraz już dostał łokciem w żebra, bo zapatrzył się podczas treningu na jej smukłą szyję, rozwidlającą się łagodnie na dwa delikatne obojczyki. Dziewczyna rozchylała wtedy ciemnoróżowe wargi we współczującym uśmiechu, błyskając śnieżnobiałymi zębami z sympatią. Cóż to były za usta… . Zdarzało się, że nie trafiał z kuszy nawet w tarczę, bo cel przesłaniały mu wspomnienia o jej niesfornych piersiach, brykających czasem pod koszulą jak dwa koźlęta. Na widok jej odsłoniętych kolan, miękły mu jego własne. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek tak się czuł. Pewne było tylko to, że zawdzięczał jej niejeden siniak. Najgorzej było jednak, kiedy wzdychała. Na dźwięk jej westchnienia coś w nim pękało. Zupełnie nie wiedział, gdzie się wtedy podziać.  
     Teraz jednak wiedział doskonale. Między niechlujną gardą i zaplątanym krokiem odnalazł swoją satysfakcję. Wyprowadzone czysto kopnięcie posłało jego przeciwnika na ziemię, rozbryzgując wokół piasek. Najwyższy czas, pomyślał Sajmonella, wyciągając pomocną dłoń. Poczuł się wreszcie zdatny do użycia.

Arunia sam nie wiedział, jak to się stało. Srebrne ostrze przeszło niemal na wylot przez stwardniałe od reżimu codziennego życia ciało. Nie ominęło śledziony, nie oszczędziło lewej nerki. Wpadło w mięśnie i organy jak w masło. Szybko, niemal niepostrzeżenie. Cios był tak profesjonalnie wyprowadzony, iż na ‘niemal’ brakło już jednak czasu. Sztylet przeszył mężczyznę po prostu, najzwyczajniej w świecie niepostrzeżenie.   Zadygotał ostatnim spazmem - może agonii, a może zimowego chłodu. Nim oczy zaszły mu mgłą, a mózg osunął się śladem kolan pomiędzy przygnieciony grubą warstwą śniegu mech, zdążył jeszcze uchwycić spojrzenie swojego zabójcy. Lodowato smutne źrenice przejęły go takim uczuciem pustki, że pierwszy krok w ciemnym tunelu śmierci postawił z uczuciem ulgi. Arunia sam nie wiedział, jak to się stało. Nie był to jednak ni czas, ni miejsce na refleksje. Pośpiesznie wysunął sztylet z ciała rozpostartego na śniegu kapusia i zniknął w mroku zimowego wieczoru.

Dodaj komentarz