Sajmarskie Bajania - Rozdział VI

Sajmarskie Bajania - Rozdział VIROZDZIAŁ SZÓSTY – CISZA PRZED BURZĄ

      Gnał przez deszczową noc pędzony wiatrem, ciągle na wschód. Nie bał się pogoni –bał się o pogoń. Wolał uciec, niż zabijać swoich. Zabiłby jednak, gdyby musiał, to wiedział na pewno. Być może będzie kiedyś musiał. Rozbryzgujące się na czole, niewidoczne w ciemności krople deszczu chłodziły rozwścieczony umysł, wybudzały. Pomagały myśleć. Dawno już opuścił stankowską dziedzinę. Biegł z początku przez porośnięte lasami wzgórza, oglądając się za siebie na każdej przełęczy. Z czasem teren się wypłaszczył, a on mókł coraz bardziej poza osłoną drzew. Szerokie doliny porośnięte gęstą trawą zastąpiły strome pagórki, zapuścił się bowiem na tereny zamieszkane przez Lemów. Niewiele tu było pól uprawnych, ludność trudniła się głównie wypasem owiec i hodowlą koni. Łagodnie pofalowany teren rozlewał się szeroko wieloma zielonymi pasami łąk podobnymi rzekom, przedzielonymi gęstym, ciemnozielonym murem lasów. Bory były tu raczej niedostępne, ale też nikt się zazwyczaj do nich nie zapuszczał. Przynajmniej nie bez dobrego powodu. Paladynowicz lubił te tereny, miały w sobie coś samotniczego, uspokajającego. Czuł się tu jak na zielonej pustyni. Swego czasu sporo bywał w tych rejonach. Do osady nad jeziorem trafiłby nawet z zawiązanymi oczami. Oderne spało jeszcze o tej porze, przycupnięte u zbiegu niewielkich rzek Ryba i Żdania. Na tafli pobliskiego jeziora odbijały się nieśmiało pierwsze promienie świtu. Wieś nie była duża, nie najbiedniejsza, ale też i nie wiodło jej się tak, jak jego rodzinnym Tęgim Borom. Wiódł tędy co prawda wygodny szlak cygański ze Slove, jednak był on w tych czasach mało uczęszczany. Kupcy woleli mnie odludne przeprawy przez niedalekie Krańce, nie tyle ze względu na rozbójników, co na dziką zwierzynę. Było tu sporo niedźwiedzi, wilków i chowańców, w wysokich trawach przemykała nawet czasem zbłąkana czupakoza. Nocą w takich okolicach jedynie Grafitowy Dziedzic mógł czuć się swobodnie.
     Słońce wzeszło już na dobre. Koguty w wiosce gratulowały sobie udanego porannego unisono, a kury mężów. Przyczajony na skraju lasu Arunia ostrożnie zdjął z ramienia małą biedronkę i odłożył ją na pobliską paproć. Ruszył w stronę Oderne śmiało, choć niespiesznie. Poranek był chłodny. Mgła wiła się leniwie pomiędzy paprociami na brzegu lasu, a na łące otulała czule kwitnące o tej porze roku astry. Gdy zbliżył się do jeziora, poczuł na twarzy lekką bryzę. Od zachodu, skrajem akwenu prowadziła do wsi udeptana ścieżka. Po nocy spędzonej w dziczy, w dodatku zakrapianej deszczem, nawet widok tak miernego przejawu cywilizacji sprawił, że zrobiło mu się cieplej. Kilka lat wcześniej byłoby dokładnie odwrotnie. Chyba się starzał. Po kilkuset metrach Grafitowy Dziedzic dotarł do niewielkiej chaty na skraju Oderne, częściowo ukrytej za zasłoną z czarnych olch. Przy frontowej, wschodniej ścianie domostwa stała zrobiona z przeciętego pnia ławka, wsparta na dwóch pniakach. Siedział na niej mężczyzna w średnim wieku, miętoszący w zębach fajkę z głogowego drewna. Miał na sobie zwykłe, płócienne portki bez parzenic czy lampasów, w które wetknął czystą, białą koszulę. Wykrochmaloną. Na nogi miał zarzucony wełniany kocyk. Z wyraźną przyjemnością ogrzewał twarz w pierwszych promieniach słońca. Gdyby nie fajka, mogło by się wydawać, że śpi. Na odgłos kroków nie otworzył co prawda oczu, ale prawa dłoń wsunęła się płynnym ruchem pod kocyk i ścisnęła rękojeść kozika. Z przyzwyczajenia.
     Arunia Paladynowicz zwolnił już na kilkanaście metrów przed chatą. Emerytowani fajterzy bywali nerwowi. Można było przyzwyczaić się do nowego życia bez pracy w Gildii i częstych ataków adrenaliny, ale pewne niefortunne nawyki pozostawały do końca życia. Grafitowy Dziedzic był szybki, ale człowiek, do którego szedł, bardzo doświadczony.  
- Jack! – zawołał niezbyt głośno.
- Paladynowiczu – fajczarz westchnął przeciągle.
- Dobrze Cię widzieć, Mind. – Paladynowicz przysiadł się na ławce. Oparł głowę o elewację i przymknął oczy. – Emerytura chyba Ci służy, nieźle wyglądasz.
Były szturmowiec skinął delikatnie głową. Pyknął niespiesznie z fajki.
- Porobiło się, Jack – zaczął Arunia zmartwionym głosem. – Będę potrzebował sprzętu, pomocy.
Szpakowaty mężczyzna o twarzy przeoranej bruzdami zmarszczek uśmiechnął się ironicznie pod nosem.
- Tak, ja, Wielki Grafitowy Dziedzic – sapnął. – Kilka dni temu Lowkick przyprowadził do mnie chłopaka nawiedzonego półmrokiem z Toab. Podobno wytrzasnął go przypadkowo z jakiegoś wypizdowa. Potem wyjechał dokończyć misję. Wrócił roztrzęsiony kilka dni później, w środku nocy. Zabił naszego agenta.  
Mind przestał pykać. Odjął fajkę od ust i oczyścił ją wydobytym spod kocyka nożem.
- Przyciągnął za sobą ogon. W trakcie ucieczki wciągnął mnie w zasadzkę, czekał na nas Szuarri z agentami Gildii. Tylko ja przeżyłem.
Jack flegmatycznym ruchem odłożył fajkę na bok, kozik również. Pochylił się do przodu, kładąc przedramiona na kolanach i splótł dłonie. Spuścił głowę. Gdy chwilę później ją podniósł, spojrzał na Paladynowicza spode łba. Przez kilka chwil przyglądał mu się w zamyśleniu, jakby coś kalkulował. W końcu westchnął cicho, oparł się z powrotem o ścianę chaty i zabrał za ponowne nabijanie fajki.
- Jaki masz plan? – spytał beznamiętnym tonem.
Arunia odetchnął z ulgą. Nie był pewien, czy stary przyjaciel będzie chciał mu pomóc. Nie wątpił w jego przyjaźń czy lojalność, ale stawiał go w bardzo niezręcznej sytuacji. Jack Mind był weteranem oddziałów szturmowych, jednym z najlepszych. Na pewno najlepszym żyjącym. Służbie poświęcił całe życie, Gildia była dla niego jak rodzina. Sama myśl, że mógłby przyłożyć rękę do działań przeciwko niej była mu obmierzła. Rozumiał jednak wagę informacji podanych przez Paladynowicza. Coś rzeczywiście było na rzeczy. Znowu.  
- Cóż… - odparł Dziedzic. – Na początek potrzebuję kilku ostrych przedmiotów. I grubego koca.

Karczma w Oderne wyglądała całkiem przyzwoicie. Na ścianach znać było świeżo położone wapno, odcinające się jaskrawą bielą od krajobrazu. Z wnętrza dobiegał gwar rozmów, przetykany od czasu do czasu śmiechem któregoś z gości, a dym z rozpadającego się komina i blask ognia na oszronionych szybach obiecywały przytulny wieczór nad piwem w ciepłej izbie. Jedynie dach budynku wydawał się za bardzo uginać pod własnym ciężarem. Najwyraźniej słoma na nową strzechę nie zdążyła jeszcze porządnie wyschnąć przed pierwszymi, jesiennymi deszczami. Arunia Paladynowicz wszedł do środka z zainteresowaniem. Ciekaw był, czy coś się zmieniło w gospodzie, w której przeżył za młodu niejedną debatę i nie dwie potyczki. Jack Mind wybrał ławę w rogu, przy drzwiach. Z przyzwyczajenia. Grafitowy Dziedzic usiadł plecami do wyjścia. Ufał swojemu znajomemu.  
     W izbie oprócz nich bawiło jeszcze kilka osób. Wieczór zdawał się być nadzwyczaj ruchliwy, jednak karczmarz nie wyglądał na zagubionego. Jack skinął na niego głową i kilka chwil później przed fajterami pieniło się już piwo. Nie zdążyli wypić nawet strzemiennego, kiedy na drugim końcu sali dotychczasowa dyskusja pomiędzy grupką lokalnej szlachty a jakimś kupcem przemieniła się w burdę.
- Durnyś, Kocemba, jak but – żachnął się szlachcic, zapijając opinię łykiem piwa. – Jak but powiadam.  
- No taaak, od razu głupi, jak się z Waszmością nie zgadzam, Mości Konarski. Nieprawdę, aby rzekłem? No nie tak jest?   - Nie tak, buraku cepowy! Co ty, Komentarzy nie czytoł? Nie znasz co napisali światlejsi od Ciebie Panowie, trutniu jeden? Umiesz Ty czytać w ogóle?   - Tylko bez takich pyskówek, Panie szlachcic. Czytałem pismo, Wielmożny Panie, czytałem, a jakże. Tromtadractwo! Zgromadzenie wybrało nowego wójta, wedle prawa. Cóż w tym nie tak? Co komu do tego w Komentarzach?  
- Ano, oszołomie, syćko, rozumiesz? Nie takiego my chcieli! Mus mu odejść!   - Co też Pan opowiada, Wasza Miłość? Przecież wy sami demokracyji, znaczy się woli ludu bronili, to jak tak teraz obalać? Przecież on demokratycznie wybrany!   - Stul pysk, bo my inaczej pogadamy! Demokrytycznie, demokrytycznie! Wola ludu, psia mać!  Ady my  szlochta,  najświetniejsi przeca z ludu, dyć nam decydować, co jest jego wola, a co nie! My mówim, że demokracyji nie ma, to nie ma! Wynik jest dobry, jak podle naszej preferencyji! Źle mówię, paniska?  
- Dobrze prawisz! Obić gębę temu burakowi, bo słuchać już nie idzie! – ryknął jeden z bardziej podpitych szlachciców. – Pasem, pasem! Zara zmądrzeje!  
- Hola, hola! – Korpulentny karczmarz wyrósł jak spod ziemi, podstawiając szlachcicowi miskę  z kaszą niemal pod sam nos. – Nikogo tu Waszmościowe mordować nie będziecie, ściany świeżo bielone, kto szkody pokryje? Poza tym dobrze prawi, logicznie mówi. Jak wybór większości prawem ustanowiony, to teraz Panom jeno zmierzyć się z tym pozostaje. Przegrywać czasem to normalna rzecz…   - O jak mnie krew zalewa! – Konarski podniósł się gwałtownie z taboretu. – Toż i ty, moczymordo, z tym kłamcą sztamę trzymosz? Takiś? Wyszynku pilnuj, a nie między mądrzejsze od siebie Pany z dyskusyją durną się mieszosz! Był żeś szkolony? Wiesz, co godosz? Jam wszystkie klasy zrobił, mam świadectwa! Gdzie tu między światłych mordę pchasz? Idź Ty bo jak cię…   - Panowie, Panowie, spokojnie. Kraj wolny przecież, wolno i Wam i nam opinie wygłaszać. – Zza kufla z piwem przy sąsiednim stoliku odezwał się gładko ogolony mężczyzna. – Nie na tym dyskusja polega, że Wy nam wasze prawdy podajecie, a nam przytaki…   - Cooo?! – Konarski wydobył z siebie decybele, od których zadygotały szyby. – Morda w kubeł, Musztar! Tyś jest świątynny, do Asztara się modlisz i niech tak ostanie! W tych waszych świntych gajach ino pierdoły opowiadają, wszyscy to przeca wiedzą! Gęby tam Wam otwierać, a nie tu, pomiędzy ludziska. Ty mi tu o wolności? O wolności? Mnie? Ja jej własną krwią bronił i bronić będę!   - Ależ Ty ją właśnie zabijasz, Konar… - zaczął niepewnie Musztar, umilkł jednak na widok purpury wstępującej na twarz szlachcica. Nim opuścił wzrok na dębowy blat, rzucił jeszcze półgłosem. – Każdemu wolno mieć własne zdanie!    - Chuja! Ja Ci mówię, jakie masz mieć zdanie, pieprzony dowiarku! – Konarski ze wzburzenia  omal nie zadławił się własną śliną. Drżącą od alkoholu i emocji ręką wyłuskał spod stołu szablę. – Dość już waszego gadania! Wypierdalać mi stąd, bo nie szczymie!    - Wypierdalać! Wypierdalać! – zawtórowali mu pozostali szlachcice, podnosząc się z ławy. – Nie wam mieć opinie! Nie nas pouczać, kłamcy!   - Kłamcy? Ty knajaku… – Kupiec Kocemba unosząc się wolno znad stołu, skinieniem głowy dał  znak rozwalonemu dotąd przy drzwiach czeladnikowi. – Chłop lada jaki zmienia się w  Marcela…   Konarski zabulgotał z wściekłości na widok dobytego przez Kocembę nie wiadomo kiedy i skąd gudengangu. Promień świec zamigotał na klindze wysuwanej z pochwy szabli. Konarski zerknął jeszcze na swych towarzyszy i upewniwszy się, że wszyscy utrzymają się w razie czego w pionie, mocniej ścisnął pozłacaną rękojeść broni.
Nie wiadomo, ile krwi by upuszczono, gdyby strop w tym momencie nie pękł na pół. Do środka razem ze spróchniałymi belkami stropu wpadła zakochana para. Miękkie, zmurszałe drewno zamortyzowało nieco upadek. Zapadła pełna zdumienia cisza.  
Pierwszy przerwał ją Konarski. Wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w swój nienaturalnie wykręcony łokieć, przeskakiwał gładko kolejne oktawy pisku. Jedna ze spadających belek zahaczyła o jego ramię, sięgające właśnie szabli. Być może rozprułby swoim skowytem ocalałą resztkę powały, gdyby nagły płask nie przerwał tej makabrycznej arii. Musztar z satysfakcją rozmasował sobie dłoń. W świętych gajach nie takich chórzystów kastrowano. Dowiarek rozejrzał się wokół siebie ze stoickim spokojem. Jego stolik w samym kącie izby był poza zasięgiem spadającej części stropu. Kilka drzazg połaskotało mu jedynie policzki. Skinął głową dwóm siedzących w rogu mężczyznom, przypatrującym się w spokoju całej scenie i wyszedł jak gdyby nigdy nic. W świątyniach kapłani Asztary nie takie rzeczy widział. Jedynym, co zaburzyło przed chwilą jego równowagę ducha była skala głosu Konarskiego, który kaleczył ojczysty język jak czystej wody sadysta. Przysłuchiwał się cierpliwie coraz to wyższym oktawom osiąganym przez jazgot szlachcica, dopóki gliniany kufel nie pękł mu w ręku. Piwo natychmiast rozlało się po blacie niczym karty tarota. Spojrzawszy na kapiącą z blatu pianę, Musztar doszedł do wniosku, że wszystko ma swoje granice. Zaskakująco zwinnym ruchem wydobył się zza stołu i ruszył w stronę Konarskiego.         Arunia obserwował pociągając co jakiś czas z kufla, jak karczmarz okłada drewnianą chochlą chłopaka, który spadł z poddasza razem z dziewczyną. Córką gospodarza. Młodzieniec starał się wygramolić spod zwałowiska, ale bose stopy ślizgały się po mokrych, w dodatku spróchniałych belkach. Przez powstałą dziurę w dachu wdarły się do środka krople deszczu, smagane zimnym wiatrem. Dwóch najtrzeźwiejszych szlachciców próbowało ocucić Konarskiego, inny leżał pod stołem oberwawszy kawałkiem belki ze stropu, a kolejny rzygał w kącie na widok krwi. Żylasty mężczyzna nazwany Musztarem właśnie wychodził, a kupiec Kocemba skonsternowany zachodził w głowę, jak wyjąć z rzyci dochodzącego do siebie czeladnika gudengang, który utkwił tam niewiadomym sposobem. Co za absurd, pomyślał z rozrzewnieniem Paladynowicz. Nic się nie zmieniło.

Następnego ranka słońce posrebrzyło promieniami wilgotne jeszcze od nocnej mżawki pola koniczyny. Grafitowy Dziedzic kończył siodłać rumaka, którego podarował mu Jack. Piękny, kary ogier, o potężnej piersi i masywnych udach. Wiatr szeleścił cicho resztkami liści na gałęziach czarnych olch przed chatą, jakby bojąc się zburzyć ciszę poranka mocniejszym powiewem. Kilka podmuchów pofalowało bujną grzywę zwierzęcia. Cisza przed burzą, przemknęło Aruni przez myśl. Stojący przy nim Mind zaciągnął się głośno rześkim powietrzem.
- Do zobaczenia, Jack – uśmiechnął się Paladynowicz, wskakując na siodło. – Dzięki za wszystko.
Szpakowaty szturmowiec skinął mu głową i odwzajemnił uśmiech. Kiedy Dziedzic zniknął za zakrętem, podszedł do ławeczki przed domem i odgarnął z niej mokre liście. Usiadł powoli na zimnym jeszcze drewnie, zarzucając na kolana koc. Tyłek odmroził sobie już dawno temu. Nim oparł głowę o ścianę budynku i zamknął oczy, nabił jeszcze uważnie fajkę z głogowego drewna. Wraz z pierwszym kłębem dymu, poczuł na twarzy przyjemne ciepło pierwszych mocniejszych promieni słońca.

Dodaj komentarz