Sajmarskie Bajania - Rozdział III

Sajmarskie Bajania - Rozdział IIIROZDZIAŁ TRZECI – NOWINKA

Arunia patrzył za znikającym w oddali Lowkickiem targany mieszanymi uczuciami. Cała ta historia nie dawała mu spokoju. Zagadnięty przy kolejnej kromce chleba bez omasty o jego zadanie, Maćko stał się wyjątkowo powściągliwy w słowach. Wymamrotał coś pod nosem o poszukiwaniach Mospana, ale nic więcej nie chciał powiedzieć:  

- Rozkazy z samej góry, Dziedzicu. Nieoficjalne, rozumiesz – dodał z dumą.

Nieoficjalne. Lowkick nie należał do najświetniejszych agentów Gildii, ale do agentów jednak należał. Jeśli chodziło tylko o eliminację bandyty, można było wysłać kogokolwiek ze szturmówki, ba, nawet cały oddział. Paladynowicz zmrużył oczy. Nie chciało mu się wierzyć, że ktoś z Gildii mógł powierzyć Lowkickowi misję większego kalibru. Na to jednak wyglądało. Interesujące, ale i niepokojące. Czego Gildia mogła chcieć od podrzędnej zbójeckiej bandy? Ludzi od brudnej roboty im przecież nie brakowało, można to było załatwić w cywilnych ciuchach, jeśli chodziło o jakąś prowokację. Tomasz Cornamusa nie takich specjalistów miał w swoim wydziale. Ale Lowkick?

Kiedy Maćko zniknął wraz ze słońcem pomiędzy drzewami, Grafitowy Dziedzic westchnął ciężko i zawrócił w stronę domu. Być może trzeba będzie się temu przyjrzeć, popytać trochę po starych znajomych. Sprawa była bardzo nietypowa, a jemu, pomimo upływu lat, sprawy Gildii nadal leżały na sercu. W tym momencie miał jednak bardziej naglące zmartwienie. Wszedł do chaty najciszej jak potrafił.  

Sajmonella oddychał miarowo, pogrążony w głębokim śnie. Arunia obserwował go przez chwilę, upewniając się, że nie udaje. Usatysfakcjonowany, wyszedł bezszelestnie z salonu, zamykając za sobą drzwi. W kredensie w kuchni miał jeszcze resztki bimbru z pszenicy, na czarną godzinę. Usiadł na ziemi, twarzą w kierunku wejścia. Pociągnął spory łyk. Pszenicówka przyjemnie koiła natrętne myśli, a po całym dniu miał o czym myśleć. Wrócił wspomnieniami do wydarzeń tego poranka…


Byli już po drugim pęcie swojskiej kiełbasy, kiedy usłyszeli krzyk dochodzący ze stodoły. Ryk nawet. Wybiegli z domu w mgnieniu oka. Na spękanym klepisku boiska leżał nieruchomo Sajmonella. Twarz miał koloru podnoszącej się mgły, na ustach pozostałości piany. Jego ubranie było w strzępach, z rąk i nóg broczył krwią. Brony leżały kilka metrów dalej, pęknięte na pół. Gdy ocucili go siarczystym policzkiem, chłopak zaczął wierzgać resztkami sił, charcząc coś pod nosem półprzytomnie, rzucając po pomieszczeniu oszalałe spojrzenia. Arunia nie zrozumiał wszystkich słów, ale rozpoznał melodię języka – mowa półmroku z bagien Toab.  

- Ver damalav…  – bełkotał Sajmonella słabnącym głosem. – ver… shens shemdeg moval…

Złapali go za ręce i nogi, próbując opanować miotające nim spazmy. Maćko starał się uspokoić chłopaka, szeptając mu do ucha nieco nerwowym półgłosem:

- Ciii… ciiicho, no już, oddychaj, Sajmonella, oddychaj… – Młodzieniec cisnął się jeszcze kilka razy, po czym nagle znieruchomiał, wywrócił do góry oczami, a białka zaszły mu szarą mgłą. Stary fajter rzucił Paladynowiczowi zaniepokojone spojrzenie.  – Arunia, co do…

- Do domu – rzucił sucho Grafitowy Dziedzic, starając się opanować drżenie głosu. – Natychmiast.  


Arunia pociągnął kolejny łyk pszenicznego bimbru. Taaak, to był długi poranek. Przenieśli zesztywniałego Sajmonellę ze stodoły do domu, rzucili na wysłużoną pryczę i zabrali się za opatrywanie ran. Paskudnie to wyglądało. Ramiona i nogi poharatane o stalowe zęby bron czekała długa rekonwalescencja. Całe ciało było posiniaczone, chłopak musiał szalenie miotać się po klepisku zanim do niego dotarli. Grafitowy Dziedzic na całe szczęście pół piwnicy miał  zawalone różnego rodzaju maściami i medykamentami od leśnych ludzi. Od czasu pogryzienia przez jadowitego Ixodesa w leki był akurat dobrze  zaopatrzony. Owad co prawda zdechł chwilę potem pod ciężkim butem Dziedzica, ale jad zdążył się już na dobre zadomowić w stawach. W tamtym czasie bez naparów z ziół i mazideł jego leśnych znajomych nie przespałby ani jednej nocy. Okazały się jak znalazł na rany Sajmonelli.

Paladynowicz opróżnił butelkę. Nic się nie trzymało kupy. Ver damalav, shens… jak to było… shemdeg moval? Dlaczego mieliby go szukać? I po co? Odłożył puste już naczynie i przetarł oczy. Czas spać, dzisiaj i tak już niczego nie wymyśli. Pomagając sobie rękami, podniósł się niezdarnie z podłogi i nieco chwiejnym krokiem ruszył do sypialni.

ˑˑˑˑˑ

Sajmonella nabierał powoli kolorów, choć nadal nie wracał jeszcze do świadomości. Arunia nie wydawał się tym przesadnie zaniepokojony, doglądał tylko młodzieńca regularnie. Widywał już ludzi nawiedzonych po raz pierwszy przez cienie Toabu. Powinno minąć kilka dni, zanim chłopak się ocknie, potwornie głodny, prawdopodobnie nie pamiętając w ogóle, lub tylko szczątkowo, co się stało. Lepiej, żeby nie pamiętał nic, przemknęło mu przez myśl.  

W międzyczasie Paladynowicz zabijał czas i wiewiórki. Na odludziu w najbliższej okolicy Dziedzicówki siłą rzeczy niewiele się działo, był to jednak rewelacyjny teren do treningu. Arunia był człowiekiem dokładnym i skupionym, cierpliwym, przyzwyczajonym do niedogodności losu. Nie zapomniał niczego z fajterskiego szkolenia, choć od jego odejścia z Gildii minęło już kilka lat. Nadal trenował regularnie i równie zapamiętale co niegdyś. Starał się także wymyślać sobie nowe trudności, przekraczać kolejne granice, aby być coraz lepszym we wszystkim, co robił – pociąg do perfekcji był silniejszy od niego. Kiedy w okolicy brakowało już szerszeni, które można by nadziać w locie na widły, gołymi rękami pomagał bobrom ociosywać pnie drzew, zmiatał orzechami wiewiórki z drzew z odległości kilkudziesięciu metrów, ścigał się z wilkami, siłował na łapy z niedźwiedziami i pływał na czas z łosiami.  

Był z naturą za pan brat, a odkąd zapędy jego serca pohamowała pewna młoda dama, preferował czworonożne towarzystwo od ludzkiego. Słowem, przeżywał prawdziwie złotą jesień życia, choć przyszła ona na niego nadspodziewanie wcześnie. Wyglądało jednak na to, że choć usilnie starał się zapomnieć o przeszłości, ta najwyraźniej nie zapomniała o nim. Co więcej, stała się znów nachalna jak podteksty w powieściach Sajmara. Przeklęty Lowkick, pomyślał dwa dni po wyjeździe Maćka, dopalając popołudniowego papierosa na drewnianej ławeczce przed chatą. Było już tak statecznie.

ˑˑˑˑˑ

W trzecią noc po wydarzeniach w stodole, Arunię obudziło łomotanie do drzwi chałupy. Na zewnątrz lało jak z cebra, jednostajny szum deszczu niemal zagłuszył kolejne uderzenia pięści o dębowe wrota. Paladynowicz poderwał się z siennika jednym, płynnym ruchem. Na zewnątrz stał Lowkick.

- Zabiłem go! Zabiłem! – Maćko wpadł do chaty jak przemoczony ptak, szlochając od progu. Był tak rozdygotany, że Dziedzic postanowił tym razem machnąć ręką na pozostawiony przez gościa błotny ślad, ciągnący się od wejścia w stronę kuchni. Ten jeden raz. Nalał staremu fajterowi podwójnej herbaty, gdy ten opadł ciężko za kuchennym stołem z twarzą ukrytą w dłoniach. Blask zapalonej świecy tańczył z cieniami po kątach, nadając pomieszczeniu aurę zamkowego lochu. Maćko nagle wyprostował się i ujął drżącymi dłońmi podany mu kubek.  

- No to co, że zabiłeś? Nie takie było twoje zadanie? – zaczął Arunia, z nieco zaskoczonym wyrazem twarzy. - Lowkick, czego beczysz, kuźwa?!

- Naszego zabiłem, rozumiesz?! Naszego! – Maćko utopił zasmarkaną twarz w kubku z herbatą. Wypił wszystko jednym haustem. – Mospan to był agent Gildii!

Paladynowicz zmarszczył brew i spojrzał na przyjaciela jakby ten był niespełna rozumu.  

- Nasz… - Lowkick rzucił okiem na drzwi pokoju, w którym spał Sajmonella i zniżył głos, choć nadal nie mógł opanować jego drżenia. – Kazał mi zabić naszego! Ja nic nie wiedziałem! Ja naprawdę... ja nie chciałem… ja…  

- Czekaj, czekaj, uspokój się – przerwał mu Arunia, starając się panować nad tonem głosu. – Jesteś pewien, że był z Gildii? Kazali ci załatwić dezertera? Przecież jest od tego cały zespół…

- Nie dezertera, ja nie wiedziałem, on… - urwał, przełykając ostatnią łzę. Lowkick zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Po chwili odezwał się znowu, nieco już spokojniej. – Wytropiłem go kilka kilometrów stąd, nad strumieniem. Jego banda spała w chacie, jest tam taka stara rudera po smolarzach, pewnie znasz.

Paladynowicz skinął głową w zamyśleniu. Kilka kilometrów stąd? Tak blisko? W głowie począł układać mu się pewien zawoalowany jeszcze scenariusz.

- Obserwowałem chatę z zarośli, zastanawiałem się jak to ugryźć. Patrzę, a tu Mospan we własnej osobie wychodzi w krzaki – Maćko zająknął się, urywając na chwilę. – Pomyślałem, lepszej okazji nie będzie, bardziej samego go nie znajdę. No i ruszyłem. Zaszedłem go z boku, deszcz jeszcze nie zaczął padać. Wypadłem na niego, przyłapując go… no… in flagranti.  

Lowkick dolał sobie herbaty. Żar świecy zdążył osuszyć już nieco jego ubranie, parujące teraz jak ziemia po letniej mżawce. Arunia mimowolnie uśmiechnął się pod nosem na myśl o minie bandyty.

- Wycelowałem lepiej kuszę, zacząłem mu cicho recytować prawa, tak, żeby ci z chaty na pewno nie usłyszeli – ciągnął dalej Lowkick. – Doszedłem może do połowy zdania, a on, rozumiesz, rzucił się na mnie, tak jak stał. Ja… ja dotychczas znałem takie akcje tylko z treningów, powinienem go obezwładnić, dać w mordę czy coś… ale odruchowo nacisnąłem spust…

- To nie miałeś go dopaść i wyeliminować? – wszedł mu w słowo Grafitowy Dziedzic.

- No miałem, taki dał mi rozkaz, ale… - Maćko zawahał się. – Mospan nosił charakterystyczny naszyjnik, pamiątka po kochanku czy coś. Rozpiąłem mu koszulę na piersi, żeby go zerwać na dowód, a on… on miał nasze znamię. To był nasz człowiek!

- Lowkick, wiesz, że to się kupy nie trzyma? – zaczął Paladynowicz. – Miałeś zlikwidować aktywnego agenta? Przecież macie od tego specjalistów. Kto…

Arunia przerwał w pół zdania. Na zewnątrz nadal padało, coś jednak zakłóciło jednostajny rytm kropel, przykuło jego słuch. Maćko spojrzał na przyjaciela szeroko otwartymi oczami.

- Też to słyszałeś? Czy to nie nasz… - zaczął, odstawiając powoli kubek z herbatą.

- Chodu! – szepnął Paladynowicz, gwałtownym ruchem gasząc świecę. – Do spiżarni!


Rygwach ze Świdnika zaklął pod nosem, przecierając zalewaną deszczem twarz. Od pół godziny mókł z częścią swojego oddziału w zaroślach, czekając aż zwiadowcy wrócą z resztą agentów. Ciągnęli za Lowkickiem do samej Dziedzicówki, ale po drodze kilku żołnierzy pocięło się o linki pozawieszane między pniami drzew. Gdy dotarli na miejsce, wysłał dwóch najszybszych tropicieli z powrotem - mniej doświadczona część drużyny została tej nocy przy koniach, o kilka kilometrów dalej. Rudowłosy kapitan ze Świdnika nie był zachwycony obrotem spraw, ale nagłe straty w zespole musiały być uzupełnione, nawet żółtodziobami, nawet ludźmi. W takiej akcji każda para rąk była na wagę złota. Zwłaszcza, że nie był pewien, czy kusze w takim deszczu w ogóle wystrzelą. Pogoda zepsuła się nagle, w bezpośredniej okolicy celu, choć prognozy wieszczów aury zapowiadały suchą noc w całym regionie. Rygwach westchnął cicho. Co za noc.  

W izbie od frontu chaty, pewnie w kuchni, wciąż paliło się słabe światło świecy. Kiedy zwiadowcy wrócili z resztą drużyny, kapitan ustawił zespół w szyku i gestem dał sygnał do szturmu. Byli o kilka metrów od budynku, gdy któryś z kaprali zahukał, naśladując puszczyka. Rygwach zamknął na moment oczy, wypuszczając powietrze przez nos. Przed akcją wyraźnie nakazał nie wydawać komend sygnałowych. [i]Kurwa, kurwa, kurwa![i] – zaklął w myślach, gdy światło świecy w chacie nagle zgasło. Gwizdnął przeciągle.

Pięciu szturmowców podbiegło gęsiego do ściany przy drzwiach wejściowych. Stojąca na czele dwójka zmiotła dębowe wrota taranem, następnych dwóch wpadło do środka budynku niemal równocześnie, rozbiegając się na prawo i lewo z zarepetowanymi kuszami. Pozostała trójka deptała im już po piętach, pozostawiwszy taran na zewnątrz. Dwie pozostałe grupy otoczyły budynek i stodołę. Było podejrzanie cicho. Rygwach wszedł do chaty.

Żołnierze zorientowawszy się, że w środku nie ma żadnego z fajterów, odpalili pochodnie. Świdnicki kapitan był człowiekiem, nie widział w ciemności tak dobrze jak Curuxa, którymi dowodził. Na stole w kuchni dym z knota unosił się jeszcze nad kubkiem niedopitej herbaty. Z pokoju obok żołnierze wynosili właśnie nieprzytomnego młodzieńca. Rygwach odetchnął w duchu. Mieli przynajmniej chłopaka.    

- Przeszukać porządnie chatę! Podłogi, ściany, meble – huknął. – Musi tu być jakieś sekretne przejście, nie rozpłynęli się przecież w powietrzu!

Dodaj komentarz