Sajmarskie Bajania - Rozdział X

Sajmarskie Bajania - Rozdział Xb]ROZDZIAŁ DZIESIĄTY – MORZE KRWI[/b]

Paladynowicz wrócił do wsi dobrze po północy. Maerteni nie robiła mu wyrzutów – wtuliła tylko mocniej głowę w jego szyję. Cieszyła się, że wrócił cało. Rano wytłumaczył jej, że musiał raz jeszcze udać się do znachora. Mieli przygotować dla niego potrzebne magiczne maści. Gospodyni przygotowała mu na drogę prowiant. Arunia ucałował jej ręce przy pożegnaniu. Pogłaskała go po twarzy mrucząc coś o uważaniu na siebie. Wyszła razem z Maerteni przed chatę. Wróć do mnie szybko, szepnęła mu na ucho dziewczyna, całując go w nie zamaszyście. Gdy odjeżdżał, odprowadzała go uśmiechem, dopóki nie zniknął za zakrętem drogi.  
     Droga do Col Uachdar przebiegła bez ekscesów, dotarł na obrzeża bagien około południa. Wystarczyło kierować się na azymut – smród niosący się znad moczarów czuć było z dużej odległości. Grafitowy Dziedzic spojrzał w niebo. Pogoda uległa gwałtownemu pogorszeniu. Dotychczas słoneczne niebo zasłoniły nagle ciemne chmury, z których jednak nie spadł śnieg. Pomimo, że był środek lutego, obszar bagien zasłaniała ściana gęstej mgły. Koń zaczął chrapać niespokojnie. Zatrzymał wierzchowca i zsunął się z siodła. Przywiązał zwierzę do najbliższego drzewa.
- Zaczekaj tutaj, dalej pójdę sam – Arunia uspokajająco pogłaskał rumaka po pysku. Wyjął z sakwy fajterski amulet i sztylet. Kusza, choć cenna, została przy siodle. W razie czego i tak nie zdążyłby wycelować.
     Fajter obrzucił badawczym spojrzeniem mglistą ścianę, wiszącą kilkadziesiąt metrów przed nim. Nie miał pojęcia, w którym kierunku podążyć. Może nie miało to znaczenia? W gęstej mgle i tak nie rozeznałby się w stronach świata. Odetchnął głęboko i ruszył wprost przed siebie. Rozmiękły grunt zapadał się pod stopami coraz bardziej, suche źdźbła traw coraz mocniej mieszały się z błotem, tworząc brudnobrązową breję. Gdy zanurzył się w szare opary, zrobiło się nagle bardzo zimno. Bardzo cicho. Stawiał ostrożnie krok za krokiem, miażdżąc nadgniłe trawy pod stopami. Rozglądał się uważnie na boki, choć niewiele widział. Ściskał jednak mocniej amulet przy każdym zafalowaniu mgły. Chrupnięcia rozgniatanych źdźbeł wybrzmiewały z mocą dzwonu katedry. Poza jego krokami nie było słychać nic. Ani ptaków, ani płazów, szumu drzew czy wiatru. Nic. Nagle mgła zaszamotała przed nim złowieszczo i zobaczył, jak w jego stronę kroczy młody jelonek. Zwierzę poruszało się, jakby spadło przed chwilą z urwiska, ale przeżyło. Powykręcane nogi ledwo niosły okaleczone ciało, szarpiąc nim niezgrabnie na boki przy każdym ruchu. Jeleń zrobił jeszcze kilka kroków i dosłownie złamał się w pół. Padł tuż przed Arunią jak rażony piorunem. Jego gasnące oczy wpatrywały się w fajtera z bólem skąpanym w przerażeniu, z niemym ostrzeżeniem. Uciekaj. Paladynowicz przełknął ślinę. Współczuł zwierzęciu, musiało się zagubić we mgle i trafić na żercę. Widocznie umknęło, bo nie zdążył wyssać z niego resztek życia, aby nakarmić swoją magiczną duszę. A może je wypuścił, dla makabrycznej rozrywki patrząc, jak powoli umiera. Dziedzic miał przeczucie, że zaraz sam go o to zapyta. Zacisnął dłoń na rękojeści sztyletu i wychynął z mgły.
     Przed sobą ujrzał krajobraz jak z obrazów Vermiliona. Ogołocone z liści, przeżarte grzybami drzewa chyliły się ku upadkowi nad wodami bagien. Niektóre leżały już w moczarach, połknięte do połowy przez mętne wody. Spękane pniaki obrastały zgnilizną, jak rany toczone gangreną. Było tu równie cicho jak we mgle, robactwo już dawno potonęło lub wsiąknęło w przegniły grunt. Na tych moczarach nie żyło nic, co poruszało się o własnych siłach. Poza żercą. Arunia obejrzał się za siebie. Jelonka już dawno pochłonęła mgła. Rozejrzał się wokół, szukając podłużnych, delikatnych wgłębień w terenie. Wypuścił cicho powietrze, starając się nie oddychać za głęboko. Znalazł w końcu wąską ścieżkę, ciągnącą się w głąb bagien pomiędzy powalonymi pniami drzew. Ruszył nią ostrożnie. Wokół niego rozciągały się obszerne moczary karminowego koloru, niezawodny dowód na obecność Półmroku. Czuł się, jakby dryfował po morzu krwi. Czarna magia była potężna, ale jej praktykowanie miało wysoką cenę. Magowie czerpali moc z destrukcji, rozkładu, zgnilizny. Bagna były ich ulubionym terenem bytowania, bowiem same w sobie składały się ze śmierci. Czarnoksiężnicy mogli czerpać skondensowaną aurę rozkładu z moczar, jednak i te w końcu wysychały. Co więcej, jedynie utrzymywały moc na niezmienionym poziomie. Do wzmacniania aury, a tym samym potęgi samych magów, należało regularnie składać ofiary z żywych istot, najlepiej z ludzi. Zwierzęta miały swoją energię witalną, która czerniała po ich śmierci, ale prawdziwego kopa mocy dawały dopiero ludzkie dusze. Każdy mag miał swojego ucznia, tak zwanego żercę, który dbał o składanie ofiar. Właściwymi zaklęciami przejmował sczerniałą, umierającą energię żertwy, a następnie pozwalał się opętać swojemu Panu, który wysysał z niego nowo pozyskaną moc. Czarnoksiężnicy sami nie mogli tego zrobić – nie mieli ciała. Po latach praktykowania Półmroku, aby móc w pełni władać mocą, nieograniczani praktycznie niczym, musieli dokonać swoistego samobójstwa, magią pożerając własne ciała. Stawali się upiorami, zaś czarna magia utrzymywała ich po tej stronie rzeczywistości, nie pozwalając zniknąć czarnoksięskim duszom w zaświatach. Byli względnie nieśmiertelni. Względnie, bowiem zależeli od lojalności żerców. Zdobywali ją najczęściej obietnicą długiego życia. W najgłośniejszych legendach, nawet kilkusetletniego. Część swojej mocy byli bowiem w stanie przeznaczyć na utrzymywanie swoich sług w stanie przeciągającej się młodości. Jeśli żerca umierał niespodziewanie, mag tracił stopniowo moc, aż w końcu był zbyt słaby, aby utrzymać duszę po tej stronie świata. Znikał na zawsze. Nie mógł pozyskać nowego żercy, bowiem zanim „umierał” cieleśnie, zawierał ze swoim uczniem pakt krwią. Tylko przez jej wymieszanie pomiędzy magiem a uczniem, czarna moc mogła być potem przekazana przez sługę. Czarnoksiężnicy długo próbowali znaleźć jakiś sposób na wyzwolenie się od tego układu, jednak bez skutku. Specjalizowali się w opętaniach i manipulacjach umysłu. Z łatwością doprowadzali zwierzęta do szaleństwa, często także ludzi. Mogliby przejąć umierającą aurę danej istoty samodzielnie, gdyby tylko udało się doprowadzić ją do samobójstwa. Nie zawsze jednak zwierzęta rzucały się z urwiska, a ludzie zwykle po prostu popadali w szaleństwo.  
Żercy osiedlali się często na bagnach, aby móc podtrzymać moc swoich Panów w czasie, gdy oni zajęci byli poszukiwaniem nowych ofiar na okolicznych terenach. Nigdy nie oddalali się zbytnio od macierzy, aby magowie mogli mieć ich życie pod ciągłą kontrolą i wspomagać w razie niebezpieczeństwa. Skuteczny zasięg półmrocznych zaklęć był daleko większy niż w przypadku innych form magii, ale nie nieograniczony. Gdy potencjał bagiennej aury się kończył, woda zmieniała kolor z karminowego na bordowy i gęstniała, aż końcu bagno wysychało. Żercy zwykle przenosili się wtedy na inne podmokłe tereny. Czarnoksiężników nie było zbyt wielu, więc długo zasoby bagienne na kontynencie wystarczały. Gdy dwadzieścia lat wcześniej zaczęto masowo osuszać bagna pod uprawy, było to bowiem prostsze niż wyrąb lasu i ciągłe zadzieranie z kapłanami Wielkiego Gajowniczka, magowie Półmroku musieli zmienić taktykę. Wzmogły się zaginięcia ludzi, zwłaszcza łatwowiernych jeszcze dzieci, które najłatwiej było pozyskać żercom. Proceder ten przybrał w końcu takie rozmiary, że król zmuszony był zwrócić się o pomoc do Gildii Fajterów. Pogrom, który ciągnął się miesiącami, miał skończyć z czarną magią raz na zawsze. Gildia straciła wtedy wielu dobrych ludzi, jednak wykonała zadanie. Tak się przynajmniej wszystkim wydawało. Arunia brał udział w tej akcji jako młody jeszcze agent. Okropności, które wtedy widział, naznaczyły początkowy etap jego kariery. Cieszył się, że miał to za sobą. Jak widać, przedwcześnie.      
     Dostrzegł coś pomiędzy drzewami. Wielki, ociosany głaz pasował tu jak pięść do nosa. Podszedł ostrożnie bliżej. Powierzchnia kamienia była ruda od zaschniętej krwi. Arunia sapnął. Ołtarz. Był blisko. Nie musiał jednak długo szukać żercy. Wystarczyło, że się odwrócił.  
     Niosący dogorywającego warchlaka mężczyzna wypuścił go z rąk. Bynajmniej nie z powodu zaskoczenia. Zobaczył po prostu daleko lepszą ofiarę. Zwierzę gruchnęło głucho o mokry grunt, próbując podnieść się ostatkami sił. Żerca pochylił się szybko i skręcił mu kark. Podnosząc się wolno, błysnął pożółkłymi zębami z zadowoleniem. Wydobył zza pasa długi, zakrzywiony nóż i ruszył w stronę fajtera. Paladynowicz sięgnął po amulet, kiedy tylko w głowie zaczęło mu szumieć. Nie wierzył, że jakiś talizman zdziała cokolwiek przeciwko półmrocznemu magowi, ale miał nadzieję na efekt zaskoczenia. Wyjątkowo, udało się. Żerca zatrzymał się w pół kroku a szum w głowie fajtera powoli zgasł. Sługa spojrzał na Arunię wyczekująco.  
- Przychodzę w pokoju. – Grafitowy Dziedzic opuścił sztylet, nadal jednak mocno ściskając jego rękojeść. Przeklął się w duchu, że nie zabrał ze sobą jakiejś „łapówki”. – Potrzebuję informacji.
Powierzchnia wody w pobliskim bagnie zmarszczyła się lekko, jak gdyby trącona wiatrem. Stęchłego powietrza nie rozbujał jednak najmniejszy podmuch. Żerca poprawił chwyt na nożu. Czekał.
- Szukaliście chłopaka, Sajmonelli. Gadamtsemi. Mamy go, jest bezpieczny – zablefował. Szum w głowie pojawił się znowu. – Nie interesuje mnie, po co Wam on. Czarna magia to już nie mój interes. Przez niego prawie jednak zginąłem. Chcę tylko wiedzieć, kto go Wam wystawił.
Arunia spojrzał na sługę z wyczekiwaniem. Szum w jego głowie ubrał się w końcu w słowa, w pytanie. Paladynowicz odpowiedział, patrząc żercy prosto w oczy.
- W zamian przetrwacie. W wiosce został mój człowiek, wie gdzie jestem i po co. Jeśli nie wrócę do rana, przyjdą po Was. Znowu.  
Ofiarnik zarechotał i obrzucił go drwiącym spojrzeniem. Woda w bagnie zaczęła gwałtownie falować, razem z myślami Dziedzica. Arunia ścisnął mocniej nóż. Talizman nagle roztopił się, przeciekając mu przez palce jak jego nadzieje. Usłyszał pod czaszką charczący, pośpieszny szept. Co za brednie, parsknął w myślach Paladynowicz. Czarnoksiężnik szemrał jednak dalej, z coraz złośliwszą satysfakcją. Co Ty mi tu p... – zaczął, ale mag powiedział coś, czego sam nie mógł wymyślić. Fajterowi zaparło na chwilę dech w piersiach.
- Skąd… ? – zaczął oniemiały, jednak nie dane mu było dokończyć pytania. Sługa rzucił się na niego, unosząc wysoko zakrzywione ostrze. Paladynowicz uchylił się i ciął na odlew, na pamięć. Napastnik jęknął, ale zawrócił. Nacisk w głowie fajtera stał się nie do zniesienia, prawie odbierał zdolność koncentracji. Broń wypadła mu z ręki. Starał się zablokować następny cios przedramieniem, ale udało mu się to tylko połowicznie. Szum pod czaszką miotał dziko jego świadomością, czuł, że zaraz oszaleje. Gdy ostrze noża wbiło się w dawną ranę po ugryzieniu przez Ixodesa, ból otrzeźwił go, ale tylko na moment. Wystarczyło. Chwycił żercę ze przegub ręki trzymającej sztylet, uderzając jednocześnie pięścią wolnej ręki w wewnętrzną stronę jego łokcia. Przeciwnik zwolnił chwyt na rękojeści i wtedy Arunia wyprężył się, uderzając od dołu w podbródek. Trafił. Jego adwersarz zatoczył się do tyłu i poślizgnął na zgniłym poszyciu, waląc głową w ołtarz. Stracił przytomność. Myśli fajtera stały się nagle zupełnie klarowne, boleśnie czyste. Czarnoksiężnik przerwał atak, aby przerzucić całą swoją moc na nieprzytomnego sługę. Ściskając zraniony bok, Paladynowicz pognał ścieżką w stronę mgły. Na szczęście koń stał tam, gdzie go zostawił. Wskakując na siodło warknął z bólu. Nie było czasu na opatrywanie rany, musiał uciekać. Spiął konia i pocwałował z powrotem w kierunku wsi.    
     Maerteni związała ze sobą końcówki bandaża i sprawdziła, czy opatrunek nie zsuwa się z rany. Westchnęła zafrasowana, obrzucając fajtera przelotnym spojrzeniem. Arunia Paladynowicz wrócił lekko ranny, ale stanowiło to teraz najmniejszy problem. Był wściekły. Nie zamierzała pytać, gdzie był, ani co się stało. Liczyła, że sam jej w końcu opowie. Tymczasem jednak siedział na stołku w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Jego twarzy była jednym wielkim poirytowaniem. Położyła mu dłoń na ramieniu.
- Skontaktuj mnie z Dżimim – wypalił nagle, lodowatym tonem. Kobieta wciągnęła głośno powietrze, uśmiechając się niepewnie. Grafitowy Dziedzic podniósł głowę. – Przecież wiem. Od dawna, chociaż nieźle Ci szło. Skontaktuj mnie z Dżimim.
Wbił wzrok z powrotem w podłogę. Maerteni Onskvard otworzyła usta żeby coś powiedzieć, ale rozmyśliła się. Objęła miednicę z wodą obiema rękami i wyszła szybko z izby. Kilka minut później do uszu Paladynowicza doszedł tętent oddalających się końskich kopyt. Z ciężkim westchnieniem położył się na łóżku i założył ręce za głowę. Zasnął po godzinie, wpatrując się wciąż pustym wzrokiem w sufit.        

     Dwa dni później tętent końskich kopyt powrócił. Jedynie trzy wierzchowce. Grafitowy Dziedzic poczuł się zawiedziony. Niedoceniony. Dopił mleko, które przyniosła mu rano gospodyni i zarzucił na siebie kaftan. Właścicielka chaty zniknęła rano u sąsiadki na pogaduchach przy skubaniu kury, więc mogli spokojnie porozmawiać. A było o czym. Kiedy przestępował próg domostwa, przybysze zsiadali właśnie z koni.  
- Mości Dziedzicu – zaczął uśmiechając się jowialnie Dżimi. – Toż to nie lada spotkanie, zaszczyconym.
- Dobra, dobra, Dżimi – odparł ironicznym tonem Paladynowicz. – Nie czaruj. Zapraszam do środka.
Szef Spiecslużb obrzucił wzrokiem otoczenie chaty, nie zauważył jednak niczego podejrzanego. Zaczął padać drobny śnieg. Poprawił kurtkę i ostrożnym krokiem podążył za Arunią. W izbie zastał dwa stołki ustawione naprzeciw łóżka, na którym siedział teraz Dziedzic. Gestem wskazał Dyavolowi jeden z nich. Maerteni usiadła obok szefa, nieco spięta. Endrix oparł się o framugę drzwi, z dłonią na rękojeści krótkiego miecza, dyndającego u pasa.
- Zanim dojdziemy do czegokolwiek, chciałbym wiedzieć jedną rzecz. – Dżimi spojrzał na Arunię zaintrygowany. – Jak odgadłeś, że obecna tu Panna Onskvard, to nasza agentka? Czym się zdradziła? Jeśli można.
- Dawno temu domyśliłem się, że nie pomaga mi za darmo – odparł sucho Dziedzic. – Pewnej nieprzespanej nocy wyjęczała nieopatrzenie moje imię. To prawdziwe.
Opanowana zazwyczaj agentka Onskvard spłonęła rumieńcem, a Dżimi Dyavol sapnął, zbity z tropu. Oparty o framugę Endrix z trudem zdusił parsknięcie.
- Trudno było mi udawać… - wymamrotała, rzucając szefowi zakłopotane spojrzenie. Dyavol zatrzymał komentarz dla siebie. Na razie.    
- Potem poskładałem kilka drobnych zbiegów okoliczności w jedną całość – ciągnął dalej Paladynowicz. – Uznałem, że za dobrze udaje, jak na zwykłego łowcę głów czy bandziora. Poza tym, minęło kilka tygodni. Nikt, poza Wami, nie czekałby tak długo.
- Na? - Dżimi uniósł pytająco brew, ale kiepsko udawał dziś zaskoczonego.
- Nie rób ze mnie idioty, Dyavol – prychnął zniecierpliwiony Paladynowicz. – Badaliście, czy można mnie będzie zwerbować. Dobrze wiecie, że ściga mnie Gildia.
Szef Spiecslużby wyraźnie spoważniał. Spojrzał na fajtera badawczym wzrokiem. Endrix wyprostował się powoli z ręką zaciśniętą na rękojeści miecza. Maerteni wstrzymała oddech. Zapadła absolutna cisza. Nie skrzypiała nawet skórzana kurtka Dyavola.  
- I? – zapytał po chwili Dżimi.
- I bardzo kurwa chętnie – wypalił Paladynowicz, patrząc mu prosto w oczy. Wrócił pamięcią do tego, co usłyszał na bagnach od czarnoksiężnika – Mam rachunki do wyrównania.

     Dyavol absolutnie nie ufał Dziedzicowi, jednak zemsta to faktycznie potężna motywacja. Znał niejednego agenta, który stracił nawet życie, aby tylko dobrnąć do końca mściwej satysfakcji. Jednego z takich ludzi miał przecież od lat w Gildii Fajterów i jak dotąd nie brakowało mu entuzjazmu. Trzeba będzie dobrze nad tym pomyśleć.
     Paladynowicz absolutnie nie ufał Dyavolowi, ale potrzebował teraz zasobów Spiecslużby. Dla ambicji, kurwa, przebiegło mu w myślach. Kiedy Beybe Prządka odtrąciła go, różnie to sobie tłumaczył. Nigdy jednak nie sądził, że mogła porzucić takie uczucie z powodu zawodowych aspiracji. Był wściekły. Nadal. No to zobaczymy, czy było warto, pomyślał. Ścisnął mocniej wodze.

     Kilka dni później, Tomasz Kisikapusta kończył czytać raport od swojego człowieka po wschodniej stronie granicy. Porobiło się, westchnął ciężko. Zastanawiał się, jakimi słowami przekazać szefowej najświeższe wieści. Zabębnił palcami o blat biurka. W końcu uznał, że nie ma co owijać w bawełnę. Jest jak jest. Podniósł wzrok na drzemiącą na sofie, czarnowłosą asystentkę.
- Agencie Nutter, proszę umówić mnie z Naczelniczką – ściągnął usta.
- Na kiedy? – sapnęła zaspanym głosem kobieta. Podniosła się sprężyście i poprawiła włosy.
- Na jak najszybciej – zadudnił niskim tonem Szef Wywiadu. - Najlepiej na wczoraj.

Dodaj komentarz