Recall cz 10

,,Kobieta jest lepszą częścią ludzkiego rodu. Jest tak z wielu powodów, ale najważniejszym jest ten, że została stworzona by dawać życie. Jeżeli nie może mieć dzieci...to niczego nie zmienia. I tak jest przeważnie lepsza niż przeciętny mężczyzna" Alex Aragon.
                                              
                                                    Senn i Marr

– Widać Or – powiedział Marr.
– Nie możemy tam jechać teraz.
– Dlaczego, ukochana?
– Musimy zrobić coś ważnego o czym nie wiem, lecz ufaj mi.
Musimy to uczynić zanim zobaczymy Dragonna Kerr i On-thi.
– Dobrze Seen, niech tak będzie.
Marr nigdy nie kwestionował słów umiłowanej, bo ufał jej całkowicie.
  Skierowali konie w lewo. Jechali może czwartą część dnia kiedy
dotarli do małej osady u podnóża wielkiego wzniesienia porośniętego lasem. Zatrzymali konie zaraz na przy pierwszych zabudowaniach. Podeszła do nich dziewczynka.
– Nareszcie jesteście, dzisiaj my mamy prawo was ugościć.
Seen i Marr spojrzeli po sobie zdziwieni.
– Skąd wiedziałaś, że przyjedziemy dzisiaj?
– Nie wiedziałam, czekamy na was. Cała osada czeka na was prawie od wieku! Starzec mówił, że przyjedziecie któregoś dnia. On ma coś dla was. Ale najpierw was ugościmy. Cieszę się, że to nasz dom ma ten zaszczyt!
Weszli za małą do jej chaty. Na drewnianym stole stało jadło
w glinianych półmiskach. Ciemnowłosy ojciec dziewczynki i jej matka oddali pokłon aż do ziemi. Trójka innych dzieci stała przy ścianie. Kiedy rodzice powstali, dzieci pobiegły do Seen.
– Czy możemy dotknąć twoich włosów? – zapytała może trzynastoletnia dziewczynka.
– Tak – odrzekła Seen.
Poza nią i sześciolatką stał jeszcze ośmioletni i może pięcioletni
chłopiec. Wszyscy dotykali jej włosów. Seen nagle spojrzała na najstarsza dziewczynkę i wielkie łzy spłynęły po jej policzkach. Ucałowała dzieci, a potem usiedli razem do stołu. Zjedli posiłek.
– Teraz zaprowadzimy was do waszego domu, czeka na was długo – powiedziała najstarsza dziewczynka.
Znowu popatrzyli po sobie.
– To bardzo specjalny dom, nikt tam nie może wejść, tylko wy –
powiedziała matka dzieci.
Wyszli z chaty. Cała rodzina odprowadziła ich do tego domu.
  Na końcu osady stał dom z bali. Weszli. Były tu dwa pomieszczenia. Kuchnia z piecem i sypialnia. W wejściu do drugiej komnaty nie zauważyli drzwi. Zamiast tego wisiały tam sznury pereł, sięgające od góry futryny aż do podłogi. Kiedy tylko weszli, ogień buchnął z pieca i zaczął palić leżące tam drewno.  
  Sypialnia miała łoże, skóry na podłodze, a w rogach
paliły się dziwne światła. Marr od razu zauważył, że jest tu podłoga z cedrowego drzewa. Większość chat miała zwykłe klepiska. Tylko w bardzo zamożnych domach układano deski. Ale w komnacie było cos jeszcze bardziej niespotykanego. Światła w rogach! Przypatrzyli się im dokładniej. Wyglądały niezwykle. Były to wielkie kamienie o kolorze bursztynu i tkwił w nich ciepły blask. Nie w temperaturze ale w odczuciu. Najpierw myśleli, że w jakiś dziwny sposób odbijają dzienne światło, ale w nocy przekonali się, że światło jest ze środka.  
  Wyszli na zewnątrz. Dziewczynka czekała na nich przed chatą.
– Zaprowadzę was teraz do starca.
O ile dom przeznaczony dla nich stał w lesie, dom starca znajdował się po przeciwnej stronie osady. Dziewczynka doprowadziła ich na miejsce i podbiegła z powrotem do swojego domostwa. Weszli do środka. Starzec siedział przy piecu. Nigdy jeszcze nie widzieli kogoś, kto wyglądałby tak staro. Jego siwe włosy sięgały podłogi, broda miała z pewnością, pięć łokci długości. Mężczyzna miał białe ubranie przewiązane rzemieniem. Jego oczy były błękitne, żywe. Wstał kiedy weszli.
– Pozwólcie, że was uściskam.
Uścisnął Marra, a potem Seen.
– A więc to ty jesteś Bogini z gwiazd, a to twój wybranek i obrońca.
Imię Marr, znaczyło "Obrońca” albo "Wybawiciel”, a Seen znaczyło
"Bogini z gwiazd”.
– Skąd znasz nasze imiona? – zapytał Marr.
– Widzisz kolor moich oczu? – zapytał starzec. – Są takie same jak
u Seen.
Dziewczyna pojęła.
– Czekam na was więcej niż wiek. Bardzo, bardzo długo. Dobrze, że
przybyliście. Spieszno mi do moich przodków. Długo muszą na mnie
czekać. Mam dla was coś, a właściwie dla ciebie, Seen. Lecz to Marr
powinien dać ci to którejś nocy. Ale najpóźniej musi to zrobić przed upływem miesiąca.
Wyjął mały skórzany woreczek i podał go młodzieńcowi.
– Pasuje na jej ciało, będziesz wiedział gdzie to założyć. Pamiętaj,  
to niezwykła rzecz. Może ważniejsza niż wasze miecze. Kiedy jej to
założysz, moc waszych mieczy zniknie na wielki czas. Aż do dnia,  
kiedy zobaczysz to znowu na jej ciele. Musisz go jej dać w przeciągu
miesiąca, inaczej wszystko będzie stracone. Ale pamiętaj, kiedy tylko
dasz to jej, wasze miecze stracą moc.
Tajemniczy starzec uścisnął ich ponownie.
– Czas na mnie – odrzekł na pożegnanie.
Wyszli.
– Poczekaj Seen, zapytam go o imię.
Wrócił po chwili. Jego twarz zmieniła się nieco.
– On zniknął! I wszystko co było w chacie!
Nie uszli nawet kilku kroków, kiedy cały dom zniknął bezgłośnie...
  
Mieszkali w osadzie prawie miesiąc, bez jednego dnia. Seen nic nie
mówiła i nie ponaglała Marra.  
Pomagali mieszkańcom we wszystkim.
W końcu przyszła ostatnia noc. Jutro po południu miał minąć termin.
Kiedy Seen wyszła z sypialni, zdjął wszystko z siebie. Położył się na łożu i czekał.
  Nagle... Zobaczył salę, ale inną. Gładkie ściany o kolorze bieli. Leżał na łożu, zupełnie innym. Obok dostrzegł mały, stalowy stół z jakąś dziwną skrzyneczką. Zdawał sobie sprawę, że jest prawie nagi. Okrywał go jedynie cienki materiał. Skrzynka wydawała dziwne, miarowe dźwięki. Bip...bip. Nie wiedział, że jest teraz dwunastoletnim chłopcem.
Tajemnicza wizja, inna niż wszystkie, zniknęła. Leżał znowu
w chacie. Zobaczył, że jest nagi. Pewnie z powodu wizji zapomniał,  
że się poprzednio rozebrał. Patrzył na magiczne, bursztynowe światło.
Przez przewieszone perły weszła Seen. Jej nagie piersi okrywały złote włosy. Stąpała powoli i dostojnie. Marr uwielbiał patrzeć kiedy się poruszała. A teraz nie miała nic na sobie. Jej biodra kołysały się delikatnie jak kwiat na łagodnym wietrze.  
Podeszła do łoża. Dostrzegł znajome znamiona na jej biodrze. Zaczął pieścić jej ciało. Kochali się bardzo delikatnie. Kiedy skończyli, leżeli obok siebie.  
– Już czas, umiłowany.
Marr otworzył skórzany woreczek. W środku zobaczył długi, delikatny łańcuszek i piękny rubin. Dopiero kiedy to wyjął, dostrzegł, że od bardzo długiego łańcuszka odchodzi krótszy, a na jego końcu umieszczony jest śliczny rubin o wielkości grochu. Łańcuszek
był stanowczo za długi by go zawiesić na szyi, dlatego Marr założył go na biodra Seen. Kiedy to uczynił, obydwoje poczuli nagłe zmęczenie i zasnęli przytuleni, prawie natychmiast.
  Dopiero następnego dnia udali się do Or. Pożegnali się i wyruszyli. Cały ten miesiąc został wymazany z ich pamięci, aż do czasu. Zapomnieli o osadzie, tajemniczym starcu, a głównie o złotym łańcuszku z rubinem... I od tej chwili, chociaż Seen miała go na sobie cały czas, nawet ona go nie widziała. Wisiorek
stał się niewidzialny. Dla wszystkich bez wyjątku.  
Czy była to sprawka Dragonna? Absolutnie nie. Za tym stał tylko tajemniczy Kryształ.

W tym czasie, kiedy Senn i Marr mieszkali w osadzie, On-thi
próbowała się zbliżyć do Dragonna Kerra. Robiła to oczywiście
w sposób uczuciowy. W ten zwykły, fizyczny, nawet nie próbowała. On, pan i władca, brał ją kilkakrotnie, sam mając niewielkie zadowolenie. Pozostawiał ją zawsze niezaspokojoną, więc uciekała w marzeniach do Marra. Jej fantazja stała się tak mocna, że pewnego razu miała wizję...
  Mieszkała z nim w jakimś dziwnym miejscu. Nie tylko miejsce
i przedmioty, ale wszystko było inne. Marr miał w wizji podobne imię,  
które pamiętała. Lecz koniec wizji był tak przerażający dla niej, że nigdy już nie chciała nawet o tym myśleć.  
Otóż, przebywała z Marrem w tym dziwnym domu. Miała świadomość, że spędzali ze sobą miło czas, kiedy nagle wpadła do tego dziwnego pomieszczenia, mała dziewczynka.
Wskoczyła na Marra, zawieszając swoje nogi nad jego biodrami
i krzyknęła "Hej tata!”. On-thi cała aż zadrżała. Czy za tym stał Dragonn Kerr? O tak.
                          
                                                    On-thi.

On-thi urodziła się w małej osadzie jakich pełno było wokoło. Nie
było wówczas władzy. Osadom przewodzili starsi lub mądre
kobiety o zdolnościach "widzenia”. Kto miał siłę mięśni, a głównie
zdolność drogi miecza, ten był ważny. Jeśli był dobry, bronił. Jeśli nie, zakładał grupy i z nimi napadał, kradł i porywał.
  On-thi miała liczne rodzeństwo. Jej matka, bez przesady, cały czas
była w ciąży. Ta wiecznie zapracowana kobieta zajmowała się domem, szczególnie przygotowywaniem jadła. Dziewczynka często słyszała ojca jak krzyczał na jej matkę. Wówczas, ta cicha kobieta popłakiwała, przyjmując bez słów niezadowolenie męża.
Mimo tego, On-thi sądziła w swoim sercu, że jej ojciec nie jest złym
człowiekiem. Nigdy jej nie skrzywdził w żaden sposób. Jej, ani nikogo z rodzeństwa. Często słyszała jak mówił, że rodzina to ważna rzecz i im jest więcej dzieci, tym lepiej.  
Kiedy dorosła przyszedł czas ożenku. Wydano ją dobrze za mąż. Jej przeznaczony pochodził również z licznej rodziny.
Mąż traktował ją dobrze. Już pierwszej nocy poznała rozkosz i tak
trwało miesiącami. Młoda dziewczyna w dzień zajmowała się domem a w nocy spędzała miłe chwile z mężem.  
Pewnego razu mąż wspomniał o dziecku. Za tydzień
ojciec zagadnął, że czeka na wnuka.
I znowu trwały miesiące...  
Wiedziała, że u niej jest normalna przypadłość co nów, ale dziecka nie było. Kochała męża, więc poszła do "widzącej”, aż do drugiej osady. Szła cały dzień w spiekocie. Zabrała troche za mało wody. Ostatnia milę szła z popękanymi wargami, a w ustach brakowało śliny. Kiedy wreszcie doszła, bardzo osłabiona, starsza kobieta dała jej wody. Posmarowała jej usta tłuszczem z wielbłąda, dopiero potem dała jej jakieś zioła. Rozmawiała z nią krótko. On- thi została u niej na noc, a rankiem wyruszyła z powrotem. Nadzieja wstąpiła w jej serce.
Kiedy wróciła, rzekła do męża.
– Dam ci dziecko.
Znowu traktował ją lepiej, ale kiedy minął jakiś czas, a dziecka nie było, stał się gorszy niż na poprzednio. Nie miała do kogo się zwrócić. Nie czuła oparcia w matce, a tym bardziej w ojcu, który patrzył na nią teraz, jak na coś gorszego.
  Któregoś wieczoru mąż przyszedł pijany. Było to rzadkie zjawisko.
Alkohol nie był popularny, ale zdarzało się, że ktoś czasami miał ten mocny trunek. Mąż przyszedł późno, kiedy na niebie świeciły już gwiazdy. Wszedł nierównym krokiem, odurzony tym napojem.
– Nie potrzebuję żony, która nie da mi potomka – rzekł, kiedy tylko
przekroczył próg domostwa.
Otworzył drzwi.
– Wracaj do swojego domu!  
On-thi patrzyła na niego chwilę, a potem wybiegła na dwór. Pobiegła do domu rodziców. Ojciec otworzył wrota.
– Czego chcesz, córko?
– Mąż wygnał mnie, bo nie mogę dać mu dziecka – powiedziała
płacząc.
Ojciec popatrzył na nią surowo.
– Przekleństwo padło na mój dom, bo z moich lędźwi poczęła się ta, co nie może dać potomka.

On-thi nie pamiętała, co stało się później. Kiedy doszła do zmysłów, nie wiedziała nawet gdzie jest. Jej ubranie było poszarpane i brudne. Piękne brązowe włosy poplątane miała w supły. Biedna dziewczyna nie wiedziała nawet, że jej imię nie oznacza tylko nazwy pięknego pustynnego kwiatu, ale w starym sanskrycie znaczy wygnana lub porzucona.
  Po jakimś okresie dotarła do nieznanej osady. Tu pozwolono jej
mieszkać. Po kilku dniach odzyskała mowę. Potraktowano ją lepiej.
Ludzie, którzy ją przygarnęli, dali jej ubranie, umyli ją i uczesali włosy.
Wtedy starsza kobieta rzekła.
– Jakaś ty piękna! A ja myślałam, żeś ty córka demonów.
Za parę dni staruszka oznajmiła:
– Będzie dziś gość u nas. Szanowany i bogaty, aż z drugiej osady.
On-thi nie wiedziała co o tym myśleć.  
  Rzeczywiście po południu, kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, przyjechał gość.
Postawny, może dziesięć lat starszy od niej. Miał dużo złota na sobie. Zasiedli wspólnie do stołu. Jedli i rozmawiali.
– Szukam żony, usłyszałem o tobie. To prawda, żeś piękna. A jak ty
mnie widzisz, kobieto? Mów otwarcie. – rzekł uprzejmie gość.
– Widzę, żeś człowiek łagodny, przystojny i bogaty.
– O tak, wiele złota w moich wrotach, potrzebuję potomstwa abym
miał komu przekazać moje dobra.
  Grom z jasnego nieba uderzył w On-thi. Jak stała, wybiegła z domostwa i gnała jak szalona, aż straciła siły i świadomość. Tym razem na bardzo długi czas.  
  Żyła samotnie na równinie. Pamiętała zimno i ciepło, jasność
i ciemność. Nauczyła się polować. Łapała dzikie króliki. Nie bała się
niczego poza pustynnymi wilkami. Jej ciało stało się mocne, skóra
opalona i twarda. Miała jakąś dzikość w oczach.  
Jednego nie wiedziała, że nadal pozostała piękna.  
  Zobaczyła ludzi i obserwowała ich kilka dni.
Skradała się tak, że nie wiedzieli, że ktoś podąża ich śladem. Była to grupa kupców. Druga – grajków i tancerzy. Trzymali się razem. Przystała do nich, a oni przyjęli ją miło, mimo że początkowo trochę się jej obawiali, ponieważ myśleli, że to córka demonów.
  Mijały tygodnie. Zachodzili do różnych miejsc, przeważnie małych osad. Pozostawali tam kilka dni i dalej szli.
  On-thi nie chciała pamiętać swojego imienia i nie mówiła wiele. Nie wiedziała nawet, że minęło dziesięć lat jak uciekła ze swojej osady. Właśnie wtedy Kryształ, albo jego nieznani panowie,  
wybrał ją. Czas dla niej przestał istnieć. Otrzymała nieśmiertelność.

Słońce chyliło się ku zachodowi. Grupa szukała dobrego miejsca na
nocleg, kiedy zobaczyli jezdnych. Silnie uzbrojona zgraja zbliżała się
w ich kierunku. Nie wyglądali na przyjaciół. Bez uprzedzenia napadli
nieuzbrojonych. Zaczęła się nierówna walka. Wszyscy z napadniętych bronili się jak umieli najlepiej. Wiedzieli, że stawką jest ich życie i wolność. On-thi nie miała broni, więc walczyła dłońmi i zębami. Udało jej się mocno zranić jednego z napastników. W końcu otrzymała uderzenie w głowę i straciła przytomność. Kiedy powróciła do świadomości było już po walce. Zginął jeden z napastników i wszyscy mężczyźni z jej
grupy. Wszystkie kobiety związano rzemieniami i zmuszono je by szły za końmi. Szły tak prawie tydzień. W nocy On-thi słyszała jęki kobiet. Wiedziała co się dzieje, ale było jej to obojętne. Następnego wieczoru podszedł do niej przywódca bandytów.
– Jak masz na imię dzikusko?
Był wielki i miał czarne włosy i brodę.
– Nic ci do tego.
Zaczął się śmiać.
– Odważna jesteś i waleczna. Będę nazywał cię Har (co znaczyło
Dzika). Jesteś silna i masz mięśnie jak mąż. Ale podobasz mi się. Chcę z tobą miłości. Widzisz, ja nie jestem jak ta banda dzikusów. Oni biorą, nie pytają. Chcieli ciebie, lecz ja im zakazałem. Co powiesz na to? – zapytał Thor, bo tak miał na imię.
Zdziwił się nieco gdy usłyszał odpowiedź.
– A dziecka nie chcesz?
Thor zaczął się śmiać.
– Rozbawiasz mnie Har, po co mi dziecko? Jestem wolny jak ptak,  
a w wielu miejscach czeka nagroda za moją głowę. Jestem jak wyklęty na tej ziemi.
Zaczął się śmiać, ale inaczej niż przed chwilą.
– Ja też jestem jak wyklęta – powiedziała On-thi, w sposób jakby
chodziło o kogoś innego – Bierz mnie póki nie zmieniłam zdania.
– Podobasz mi się coraz bardziej. Brać cię miło czy ostro?
– Sam mówisz, że jestem dzika, więc bierz mnie dziko.
Nagromadzone cierpienie całego dotychczasowego życia sprawiło,  
że tak naprawdę było jej wszystko jedno co się z nią dzieje.
– Rzadki z ciebie kwiatek.
Podszedł do niej i rozciął jej ubranie nożem.
– Piękny z ciebie kwiat – rzekł i zaczął całować jej jędrne piersi.
Piękny i rzadki z ciebie kwiat – powiedział jeszcze raz.
– Moje imię jest On-thi (Co znaczy "Rzadki pustynny kwiat”), ale
jeśli wypowiesz je, zabiję cię.
Tym razem Thor (Co znaczyło "Młot z nieba”) nie zaśmiał się, tylko
powiedział.
– Masz moje słowo, że nie wypowiem.
Kochali się ostro, prawie brutalnie.
Na drugi dzień Thor obudził się, kiedy słońce stało wysoko. On-thi
spała nago z głową na jego torsie.
– Co za ogień – powiedział cicho.
Uśmiechnął się do siebie. Ona też się obudziła. Spodziewał się, że
cmoknie go, albo powie miłe słowo, bo zeszłej nocy było im naprawdę dobrze. Tak przynajmniej sądził. Ale znowu się zdziwił.
– Daj mi jakieś ubranie, myślisz że będę tak leżeć goła cały dzień?
– No dobrze, dobrze. Zaraz dostaniesz coś, czego nigdy nie miałaś.
Ubrał się, a ją okrył rozciętą odzieżą. Przyszedł po paru dobrych chwilach.
– Co myślisz o tym?
Dał jej piękną suknię ze skóry i delikatnego materiału. Sypnął
złotymi monetami.
– Masz, należy ci się. Dałaś mi to, co żadna do tej pory.
On-thi spojrzała na niego z taką dzikością, że aż przeszły go ciarki.
– Myślisz, że jestem jakąś sprzedajną kobietą? Kochałam tak, bo
chciałam. Zabieraj swoje złoto i idź do demonów – syknęła.
Stanął jak wryty. Nie przywykł aby ktokolwiek mówił do niego w ten
sposób. Ludzie zwykle drżeli na sam dźwięk jego imienia. Całkiem
rozbrojony i zdziwiony powiedział do niej.
– No dobrze, nie bądź zła. Wybacz, nie myślałem tak!
Ona się udobruchała.
– No dobrze, wybaczam ci, ale nie pomyl się więcej.
Założyła suknię i parę złotych ozdób, lecz monety zostawiła. Spośród wielu ozdób poznała jedną.
– Skąd to masz? – pokazała na złotą broszkę. To jest męska ozdoba. Właściwie nie musisz odpowiadać, to i tak bez znaczenia...
Poznała bowiem, że ta złota broszka należała do bogacza.
– Swojego bogactwa nie zostawił dzieciom – powiedziała do siebie.
  Thor traktował ją lepiej niż inne kobiety. Oddawała mu swoje ciało, ale nie czuła nic. Po pewnym czasie zaczęło jednak coś docierać do jej serca. Mały promień nadziei zaczął rozświetlać mrok jej bólu i cierpienia.

Dotarli do wielkiego miasta. W połowie dnia doszli na plac
gdzie sprzedawano niewolników. On-thi nawet nie myślała co ją
spotka. Thor wystawił wszystkie dziewczyny i kobiety na sprzedaż.
Starsze zostały w tym co miały na sobie poprzednio, bo i tak nie
spodziewano się za nie wielkiej ceny. Szły one na sprzedaż jako nianie lub kucharki. Młode rozebrano prawie do naga. Wśród kupujących przeważali starcy. Wprawdzie ich męskość już przeminęła, ale wyobrażali sobie, że młode i piękne ciało może to przywrócić.  
On-thi poczuła oszołomienie, bo w końcu dotarło do niej co się dzieje. Stała w tej samej pięknej sukni, którą dostała od Thora. Usłyszała ceny za siebie. A te, rosły i rosły.
– Piękny kwiat z pustyni – słyszała mocny głos Thora.
Mówił kwiat. Przynajmniej w tym okazał się uczciwy. (Nie mówił On-thi)
– Chcesz mnie sprzedać? – zapytała z niedowierzaniem.
– Wezmę za ciebie dobrą cenę, ale nie o złoto mi idzie. Jeśli cię nie sprzedam, pokocham cię w końcu i nie będę już wolny jak ptak.
  Coś w nią wstąpiło. Skrywany od dawna ból, wybuchł jak wulkan. Gdyby jej nie odciągnięto siłą, udusiłaby Thora własnymi rekami. Gryzła, drapała, rzucała się jak zranione zwierzę.
– Niech cię demony pochłoną. One są lepsze niż ty. Przeklęty niech
będzie dzień, kiedy cię poznałam.
Nie uroniła jednak jednej łzy, ale czuła się tak bardzo nieszczęśliwa
jak nigdy dotąd. Kupcy widząc co się dzieje zabierali swoje pieniądze. Cena On-thi spadła. Doszła do ceny psa, który miał uszkodzoną łapę, lecz mógł jeszcze szczekać. On-thi nikt jednak nie chciał kupić i za tyle.
Było bardzo złe, nawet na te okrutne czasy prawo, że niewolnika,  
którego nikt nie chciał kupić, zabijano. Nie chowano, a ciało ćwiartowano i rzucano psom. On-thi wiedziała o tym, ale
nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Coś w niej pękło i ta, która otrzymała nieśmiertelność, miała umrzeć jak bydło na mięso.
Serce Thora zadrgało, ale tylko na chwilkę...
– Głupia, jak chce ginąć, niech ginie – rzekł i zamierzał odejść.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3764 słów i 20875 znaków, zaktualizował 20 cze 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto