Recall cz 1

Miałem poczekać, aż skończę, , Fukushu-sha" ale jestem niecierpliwy. To opowiadanie jest trochę inne. Mam swój styl. Nie jestem dobry w tym co robię. Proszę mi wybaczyć błędy. To opowiadanie jest trochę zakręcone. Dla tych co się nie połapią, na końcu napisałem chronologię wypadków. Alex :)          

         Recall  
,,Jest tylko jedno więzienie, własny umysł. Jest tylko jeden klucz by je otworzyć. Miłość, ta prawdziwa”.
        
                      
Pamięci O-zee          
         Julia
— Dobrze, że cię zauważyłem, przyjacielu — powiedział Mark.
Gawron nadal dziobał kawałek suchego chleb. Nawet nie zmienił miejsca. Widocznie sądził, że jest bezpieczny. Mark zatrzymał swojego cadilaca. Popatrzył na znajomą okolicę. Wszystkie domki wyglądały podobnie. To była spokojna, średnio zamożna dzielnica San Francisko. Początek weekendu na razie zapowiadał się dobrze. Poza kilkoma obłokami, niebo miało jasnoniebieski kolor, zasłonięte delikatną mgiełką.
Mark nie był nawet bardzo zmęczony, a powinien. Pracował dosyć ciężko fizycznie. Jedynie upał trochę mu dokuczał. Cały dzień pracował w grubym kombinezonie spawacza i teraz czuł pot na całym ciele. Umył się po zakończeniu pracy, ale tylko częściowo. Wykonywał swoją pracę dobrze i lubił to co robił, ale nie korzystał nigdy z publicznych łaźni. Prawdopodobnie łączyło się to z doświadczeniami z dzieciństwa, kiedy przebywał w sierocińcu. W pracy, nigdy nie odmówił nikomu pomocy i wszyscy go lubili. Czasem, właśnie w piątek, Samuel, jeden z kolegów, pytał go, czy nie wyskoczyłby z nim na piwo. Ale Mark zawsze odmawiał w podobny sposób. Miał dom, rodzinę. Piękną, miłą żonę i jego oczko w głowie, córkę o imieniu Julia. To pewnie ona wysypała te okruchy. Zrobiła to w odruchu serca, lecz nie pomyślała, że lepiej byłoby zostawić jedzenie na chodniku, albo na zielonej trawie. Gawrony były bardzo sprytne i uskakiwały na czas z pod kół jadących pojazdów. Nie bez powodu Bóg wybrał ten gatunek ptaków, żeby karmiły Eliasza. Mark nie czytał Biblii, ale Sara mu mówiła, że jest tak napisane w tej księdze. Jedynie Sara, z całej trójki, modliła się przed jedzeniem. Kiedyś, może rok temu, poszli razem do kościoła. Tylko raz. Nie rozmawiali o tym później. Ona nie naciskała. Tak było dobrze.
Mark pogładził pieszczotliwie swój samochód i skierował się w kierunku domu.  
Na dworze panował upał. Otuchy dodawała myśl, że zaraz weźmie kąpiel.  
Biały ford, którym jeździła Sara, stał ustawiony nienagannie, blisko ściany w garażu. Żona zostawiała mu zawsze miejsce, ale on tylko w zimie parkował swój samochód wewnątrz.  
Wszedł cicho po schodach i otworzył bezszelestnie drzwi, które prowadziły do środka domu. Salon łączył się bezpośrednio z kuchnią. W nozdrza uderzył go zapach obiadu. Pachniało pięknie i poczuł automatycznie głód. Teraz pozostało najtrudniejsze. Musiał przejść przez salon. Codziennie próbował przemknąć się, by nikt go nie zauważył, ale jak do tej pory bez powodzenia. Sara i Julia prawie zawsze były już w domu kiedy przychodził i z niecierpliwością czekały na niego, by go przywitać.  
Może dzisiaj się uda, pomyślał.
Przeszedł przez salon jak duch. Do schodów na górę, gdzie była łazienka, brakowało trzy metry...  
— Hej tata — zaszczebiotała Julia.
Sara odwróciła się prawie w tej samej chwili, ale Julia już wskakiwała mu na biodra. Była w tym dobra. Oplotła go udami ponad biodrami, a dłonie splotła na jego karku. Dotknęła tylko jego policzka swoim i zeskoczyła równie lekko jak wskoczyła. Czasami całowała go w policzek, rzadko w usta. Dzisiaj jedynie dotknęła go policzkiem.
— Cześć kochanie — szepnęła Sara do męża i pocałowała go krótko, ale namiętnie w usta. Zawsze mnie ubiegnie, nasze, , żywe srebro”.
Mark wiedział, że kocha żonę, ale czuł, że kocha chyba trochę więcej Julię, chociaż oczywiście inaczej. Co do tego, że córka kocha go więcej niż Sarę, nie miał żadnych wątpliwości.
— Pospiesz się troszkę, bo obiad już prawie gotowy — rzekła Sara i klepnęła go przyjacielsko w pośladek. Twoja ulubiona zupa jarzynowa i pierogi z kapustą i grzybami.  
Sara wróciła do kuchenki, na której parowały te smakowitości. Julia ubrana w błękitne jeansy i kremową bluzeczkę, ustawiała talerze na stole. Mark zaczął wchodzić na górę. W połowie schodów rzucił okiem na dół. Żona wchodziła do kuchni, a córka przygotowywała stół. Julia popatrzyła na niego ułamek chwili i zajęła się na powrót układaniem łyżek, noży i widelców. Jej długie, złote włosy upięte gumką leżały na plecach i sięgały prawie do pasa. Mark czasami zastanawiał się po kim odziedziczyła taki kolor włosów, bo zarówno on jak i Sara mieli brązowe, bardzo ciemne. Myślał czasem, że ten kolor odziedziczyła po jego, albo żony rodzicach. To samo dotyczyło koloru oczu. Zarówno on jak i Sara mieli ciemnobrązowe, natomiast oczy Julii miały kolor czystego nieba jakie można dostrzec jedynie w wyższych partiach Himalajów. Mark nigdy nie pomyślał o tym, że jego córka jest bardzo ładna, a jej oczy są naprawdę piękne i o wyjątkowym kolorze.  
Wszedł do łazienki. Uśmiechnął się na widok czystych spodni i koszulki. Sara dbała o niego, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Zdjął z siebie ubranie i wszedł pod prysznic. Po chwili ciepłe strugi wody zaczęły spłukiwać pot i kurz. Umył ciało średnio szorstką gąbką. Płyn do mycia miał zapach zielonego jabłka. Szampon pachniał świeżym jabłkiem z domieszką granatu i manga. Mark nie mógł zbyt długo delektować się rozkoszą wody. Obiad czekał, a potem mieli jechać do centrum handlowego. Julia potrzebowała sportowe obuwie na letni obóz. Ona sama nie mogła się zdecydować czy woli, , merrell” czy, , keen”. Mark wiedział, że obie firmy robią obuwie sportowe dobrej klasy.
Mark pracował w dużej firmie stalowej o nazwie Metal-exp. Sarę poznał trzynaście lat temu. Teraz, kiedy żona robiła obliczenia podatkowe jego firmy, trochę narzekała, że musi się nieźle nagimnastykować z obliczeniami. Mark nie pytał, ale domyślał się, że jego szef nie wszystko załatwia całkiem legalnie. Sara była dobra w tym co robiła. Czasami miała więcej zamówień i zostawała dłużej w biurze. Wówczas, jeśli Julia nie miała dużo pracy domowej ze szkoły, jechała wraz z ojcem jego samochodem. Do sklepu, parku, albo po prostu jechali się przejechać. Julia bardzo lubiła jego auto.  
Zakręcił wodę i wyszedł z kabiny. Wytarł ciało ręcznikiem. Założył czyste, przygotowane przez Sarę ubranie i wyszedł z łazienki.
— Czekamy na ciebie, kochanie — powiedziała Sara.
Mark zszedł na dół i usiadł za stołem.  
— Dziękuję za ubranie, Saro.
— Nie ma za co. Pozwólcie, że poproszę o błogosławieństwo. Panie, proszę cię pobłogosław ten posiłek...
— Amen — powiedzieli razem Mark i Julia.
Sara chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Nie udawało jej się zazwyczaj powiedzieć nic więcej.  
Zaczęli jeść.
— Smakuje ci, Mark? — zapytała z uśmiechem Sara.
— Coś wspaniałego, kochanie.
— Mi też bardzo smakuje mamusiu, wspaniale gotujesz. Hej tata, nie zapomniałeś, że mamy dzisiaj jechać do sklepu i kupić coś dla mnie?
Patrzyła chwilę na niego, swoimi pięknymi oczami. Mark zastanawiał się przez ułamek sekundy, czy on kocha ją bardziej, czy ona jego. Z Sarą czuł się szczęśliwy i kochali się wzajemnie. Lecz do Juli czuł coś specjalnego.
— Mamy gdzieś jechać?  
— Zapomniałeś? — zapytała z niedowierzaniem.  
— Och! Zupełnie zapomniałem — powiedział poważnie.
— Nie umiesz udawać — roześmiała się dziewczynka.
— Masz rację, nie umiem kłamać. Pewnie, że pamiętam.
— Jestem taka podekscytowana.
Zjedli zupę i Sara podała pierogi.
— Miałeś ciężki dzień, Mark?  
— Nie specjalnie, tylko gorąco trochę przeszkadzało.
Zjedli wspaniałe pierogi. Przeważnie Julia zmywała naczynia, ale ponieważ mieli jechać, opłukała wszystko z grubsza i wrzuciła talerze i sztućce do zmywarki.
— Wszyscy gotowi?  
— Jedziemy taty?
— Nie, pojedziemy moim fordem.
— Ok, myślałam, że taty.
Wyszły na dwór, a Mark wyprowadził Fusion z garażu.
— Ty chcesz prowadzić?  
— Wiesz kochanie, jest duży ruch, szczególnie w piątek.
Spojrzał krótko na swoje eldorado. Cadilac o kolorze dojrzałej wiśni lśnił pięknie w lipcowym słońcu.  
Ruszyli. Gawrona już nie było, okruszków również.  
Przejechali kilka skrzyżowań i po kilku minutach wyjechali na autostradę. Mark zwrócił uwagę, że jak na początek weekendu, nie jest zbyt tłoczno. Nie rozmawiali prawie wcale. Julia pisała coś na swojej komórce. Pewnie do Ann, swojej najlepszej koleżanki. Mark prowadził dobrze i pewnie. Jechał środkowym pasem. Zauważył w lusterku, że dogania go z wielką szybkością czarny mercedes. Mark zdążył zauważyć, że jest to model S 550, kiedy wóz wyminął go bardzo blisko z lewej strony.
— Wariat czy co?! — prawie krzyknęła Sara.  
Podziękowała w duch, że to mąż prowadzi. Mercedes jechał pewnie 120 km/g albo szybciej. Mark odruchowo zacisnął silniej dłonie na kierownicy.
Miał dziwne przeczucie. I nie mylił się. Już z oddali zauważył, że lewym pasem pruł, pewnie 140km/g, albo szybciej, czarny Suburban. Minął ich na szczęście w dość bezpiecznej odległości.
— Komuś się naprawdę spieszy — powiedział Mark. Sara też zauważyła ciemne suv, ale nic nie powiedziała tym razem, tylko ucisnęła dłonią prawe udo Marka. Ich córka zupełnie nic nie zauważyła, nadal zajęta tekstowaniem. Mark zjechał na prawy pas i po chwili wziął zjazd w kierunku centrum handlowego, do którego zmierzali.  
Spokój Marka nie był czymś wyjątkowym. Od kiedy pamiętał, był wyjątkowo spokojny i opanowany. Wychowywał się w sierocińcu. Stracił rodziców zaraz po urodzeniu. Oboje zginęli w tragicznym wypadku samochodowym. Kiedy wracali ze szpitala, z ich samochodem zderzyła się czołowo, ciężarówka. Mark został kilka dni w szpitalu i pewnie to go uratowało.  
W domu dziecka przez pierwsze lata sądzono, że cierpi na autyzm, lecz Mark był po prostu zamknięty w sobie i nieśmiały, szczególnie do drugiej płci. Wyrósł na silnego i bardzo przystojnego chłopaka. Stronił od awantur i w ogóle od przemocy. Dziewczyny same próbowały go poderwać, jednak jego nieśmiałość ochładzała ich zapędy. Dlatego nie mógł się nadziwić, że sam zaproponował Sarze kawę. Jeszcze bardziej zdziwił się, kiedy wyraziła zgodę. Poznał ją w jej miejscu pracy, kiedy oddawał swoje zeznania podatkowe. Pasowali do siebie. Po dwóch miesiącach spotkań pocałowali się pierwszy raz. I od razu tego samego wieczoru poznali swoje ciała. Sara miała osiemnaście, a on dziewiętnaście lat. Sara miała piękne ciało. Mark na początku był nieśmiały w łóżku, lecz to jej nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Prowadziła go jak wprawna kochanka, mimo że nie miała nikogo przed nim. Ich pierwszy raz trwał do pierwszej zorzy. Prawdopodobnie od razu zaszła w ciążę. Wzięli skromny ślub, kiedy Sara była w czwartym miesiącu ciąży. Sara miała rodziców, ale nie mówiła o nich wiele. Z tego co Mark zrozumiał, między wierszami, ojciec chciał ją skrzywdzić, a matka nie stroniła od alkoholu. W rezultacie, Sara wyjechała z miasteczka mając niespełna piętnaście lat. Była niesamowicie zdolna i ambitna. Lecz nawet w tej sytuacji, odrobina szczęścia jej pomogła. Dostała dobrą pracę, najpierw jako asystentka, a wkrótce jako niezależna księgowa. Mark pamiętał życie w sierocińcu i dlatego postanowił, by ich dziecko zaznało szczęścia. Razem z Sarą dawali Juli wiele radości i miłości.  
               Zjechał na prawy pas, a stąd droga prowadziła już prosta do kompleksu sklepów. Znowu jego doświadczenie, a może dar, uchroniło ich przed wypadkiem. Kiedy tylko zjechał na drogę prowadzącą do sklepów, musiał ostro hamować. Droga bowiem była zablokowana.
Wszystko jasne. Czarny mercedes, nie palił się, ale dymił. Musiał kilkakrotnie koziołkować. Wszędzie na drodze 50 metrów leżały jego części. Kilka metrów przed nim, w poprzek drogi, stal lekko tylko uszkodzony, ciemnogranatowy suv. Kiedy ich mijał wydawał się czarny. Mark dostrzegł dwa ciała leżące na asfalcie, obok mercedesa.
— Szybko wysiadajcie i usiądźcie na betonowym murku z nogami na zewnątrz! Sara trzymaj Julię i nie ruszajcie się!
To zabrzmiało jak rozkaz i dziewczyny lekko w szoku, zrobiły to natychmiast. Mark myślał jak szybki kalkulator. Jeśli ktoś wjedzie na ten zjazd, szybko lub nawet normalnie, uderzy w ich samochód i wtedy…
Kiedy Mark zobaczył, że Sara i Julia są bezpieczne, podszedł do leżących na asfalcie ciał. Jeden z mężczyzn nie ruszał się. Wyglądał na martwego. Drugi miał otwarte oczy i patrzył na Marka. W uniesionej dłoni, trzymał pistolet. Dwóch ludzi ubranych na czarno wyszło z suv. Teraz kierowali się do miejsca, gdzie leżał mężczyzna. Obydwaj mieli w rękach pistolety. Dym z mercedesa stawał się coraz bardziej gęsty i sprawiał, że Sara i Julia były niewidoczne z miejsca, w którym stał Mark. Mężczyźni zbliżali się do leżącego. Kiedy znajdowali się około dwóch metrów od rannego, równocześnie skierowali broń w kierunku leżącego mężczyzny. Mark odczuł, że to profesjonaliści. Na ich twarzach nie widać było cienia emocji. Gonili mercedesa, a teraz kończyli plan.
Mark nie myślał i niczego nie odczuł. Jego ciało zareagowało, jakby prowadzone przez niewidzialną siłę. Skoczył. Jego skok przypominał skok tygrysa.
Czas na zewnątrz zwolnił, dlatego Mark poruszał się dziesięciokrotnie szybciej niż ci dwaj z pistoletami. Przeleciał nad leżącym, bezbłędnie wyrwał mu pistolet z dłoni i zanim opadł na ziemię wystrzelił dwukrotnie. Ciała obu mężczyzn zostały odrzucone siłą pocisków. Jeżeli nie mieli koszulek ochronnych, byli martwi. Mark strzelał dokładnie w okolicę serca.
Czas przybrał normalną szybkość. Leżący mężczyzna wstał i odezwał się do Marka.            
— Szybko, do wozu. Jest ich więcej, będą tu lada chwila!            
— Nie jestem sam.                
— To zabieraj tych, którzy są z tobą!
Mark przebiegł przez dym i krzyknął.
— Sara, Julia! Szybko, za mną!
Zerwały się z betonu i nie oglądając się na boki pobiegły za Markiem. Podbiegli do ciemnego wozu. W stacyjce suv tkwiły kluczyki, a silnik chodził. Ruszyli z piskiem opon.  
Niemal w tej samej chwili rozległ się łoskot. W bocznym lusterku Mark dostrzegł jak ich śliczny, biały Fusion został staranowany przez bliźniaczy Suburban, jakim jechali teraz.  
Wyglądało, że są już bezpieczni. Nawet tak solidny pojazd nie mógł pokonać zatarasowanej drogi przez szczątki mercedesa i ich forda. Oddalili się jakieś pięćdziesiąt metrów, kiedy mercedes wybuchł.
— Dziękuję — powiedział nieznajomy i lekko zakrwawioną ręką wystukał adres na GPS. Jedź pod ten adres, tam będziemy bezpieczni. Jestem Henry.  
Mark widział w środkowym lusterku lekko wystraszone buzie Sary i Juli.
— Już wszystko dobrze — rzekł do nich. Przykro mi, chyba nie kupimy dzisiaj dla ciebie bucików, kochanie — rzekł do córki.
— Dobrze — rzekła słabym głosem Julia.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 2699 słów i 15564 znaków, zaktualizował 30 sty 2020.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Duygu

    Tak, byłam tu już kiedyś, ale że to było niemal 3 lata temu, to... zdążyłam zapomnieć  :D  Lecę dalej. Dopiero teraz dałam łapkę, pewnie kiedyś zapomniałam  :sciana:

  • AlexAthame

    @Duygu Dzięki. :)

  • Almach99

    Zaczynasz OD domowych pierigow, a konczysz rozdzial strzelanina I poscigiem samochodowym 😃

  • AlexAthame

    @Almach99 Tu akcja leci jak szalona.

  • Duygu

    Hmm... Ciekawie się zaczyna. Świetny zwrot akcji, już w pierwszej części  :)

  • AlexAthame

    @Duygu dziękuję :)