Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 7

Niespełnione życzenie

1
     Rankiem, po dokładnych oględzinach dziewczynki, Loli stwierdziła, że jest już z nią znacznie lepiej. Sprawdziła jej płuca, czy coś jeszcze nie zalegało. Na szczęście były czyste. Gorączki też już nie miała, więc była zdrowa. Mimo to, wiedźma prosiła ją, aby została w łóżku jeszcze dzisiaj.
     - Jest to bardzo ważne, żeby wypoczęła przynajmniej jeden dzień – powiedziała z uśmiechem. Czule pogłaskała ją po głowie – moja magia choć podziałała cuda, nie może oszukać do końca naszej natury. Zregenerujesz siły i będziesz mogła wrócić do zabaw z dziećmi – odsunęła się od niej i wyszła z pokoju, machając na pożegnanie.
     Na korytarzu ktoś się kłócił. Już wcześniej kobieta słyszała podniesione głosy, ale dopiero teraz widziała, kto tak hałasował. David wraz z Patrickiem ewidentnie naskakiwali na Kuro, bo ten patrzył na nich nieco przerażony. Ale też wściekły. Ta mieszanka uczuć rozbawiła Loli, która postanowiła wsłuchać się w ich sprzeczkę.
     - Dlaczego cały czas decydujesz za nas? - zawołał pierwszy, machając zaciekle ręką przy każdym słowie – Nie masz takiego prawa!
     - A właśnie, że mam, bo jestem od was starszy i zastępuje tutaj Marry, więc tak. Mam takie prawo, by decydować o was – warknął Kuro. To bardzo podjuszyło Patricka, który nie wytrzymał i wybuchnął na niego.
     - Możemy przecież się zemścić do cholery! Jesteśmy im to winni!
     - To ja zemszczę się w waszym…
     - O czym mówicie? - zaciekawiona wiedźma postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej, więc przerwała im tę ostrą wymianę zdań. Tamci najwidoczniej jej nie zauważyli wcześniej, ponieważ byli zaskoczeni jej obecnością. Uśmiechnęła się niewinnie.
     - Loli! Co z Annie? - po Kuro było widać, że nie bardzo chciał odpowiadać, ale kobieta nie należała do osób które łatwo odpuszczają. Podeszła jeszcze bliżej niego i odparła.
     - Dobrze, musi jeszcze odpoczywać dzień, dwa. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, Kuro – po tak szybkim przejściu, chłopak wiedział, że nie miał szans tego uciąć. Westchnął ciężko i powiedział.
     - Ech… Próbowałem im wytłumaczyć, dlaczego nie mogą ze mną iść do domu Elliota – zmarszczyła brwi i popatrzyła to na Kuro, to na tamtą dwójkę. Szybko wtrącił się David, podnosząc głos.
     - Bo boi się, że nam coś się stanie!
     - A my umiemy o siebie zadbać! - dodał prędko Patrick. Loli nadal nie dawała coś spokoju. Uciszyła ich gestem ręki.
     - Dobra, spokojnie. Tylko po co do domu Elliota? - Kuro zamurowało. Planował jej powiedzieć wcześniej, a teraz… Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, uprzedził go jeden z chłopaków.
     - Kuro uważa, że Garry Elliot może mieć ścisły związek z zaginięciami, dlatego tam też prawdopodobnie ukrywa się demon – wiedziała o powiązaniach, ale nie wspominał on o żadnych planach, tym bardziej o wtargnięciu do domu Garrego. Kobieta popatrzyła na niego z wyrzutem, ale przepełniona gniewem od razu mina zeszła. Była świadoma, że chłopak może jej nie ufać. Znali się od paru dni, a przez ten czas rozmowy nie kleiły im się za bardzo. Mimo to, zapominała się. Nie była bezpośrednio z królewskiego rodu, ale niektóre cechy księżniczki miała we krwi. Między innymi to, że musiała wszystko wiedzieć. Wypuściła nerwowo powietrze, a razem z nim uleciały resztki złości. Znów patrzyła na nich, tak jak wcześniej.
     - Skoro tak uważa, to pewnie tak zrobi i ma w pełni rację. Nie możecie ryzykować, jesteście za młodzi… bez dyskusji – ucięła szybko, widząc ich miny. Nie chciała wysłuchiwać kolejnych stękań i marudzenia. Zwróciła się do Kuro – idziemy? - ten pokiwał bez słowa i wyszedł za Loli. Dziewczyna podniosła ku górze swój parasol.
     - Dlaczego w ogóle myślisz, że martwy Elliot może mieć coś wspólnego z zaginięciami dzieci? - wprawdzie, chciała zapytać „dlaczego do cholery mi nie powiedziałeś wcześniej?”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Chłopak dołączył do niej, poprawiając kołnierz płaszczu. Na zewnątrz nie było aż tak zimno, ale wiał silny wiatr. Kosmyki włosów Loli podskakiwały.
     Kuro popatrzył na nią i chwilę zastanowił się nad pytaniem. Szczerze mówiąc, powodem była na wpół intuicja, a na wpół niskiej jakości dedukcja. Historia Aleksieja, która parę dni temu przypomniała się chłopakowi, rozświecała ten pomysł. Demon mógł zaląc się w miejscu, gdzie wręcz capiło śmiercią. Nie było to wykluczone, ale też nie było pewności. Chciał poprosić o pomoc starego przyjaciela, żeby zbadać jedno kluczowe miejsce, które przychodziło mu na myśl – piwnicę Elliota. Tylko wtedy będzie pewność.
     - W jednej z książek dla dzieci znalazłem wykreśloną historię o Utopku, którego rycina przypomina potwora, którego spotkałem – zaczął, a dziewczyna kątem oka spojrzała na niego. Widocznie zainteresowała się tematem, choć wtedy Kuro nie miał pojęcia czemu. Kontynuował – z drugiej strony ktoś napisał opowieść bardzo przypominającą tą sprzed ponad pół roku, kiedy znaleziono Aleksieja Rischa w rzece.
- Syna od Christiana, tego chorego idioty? - spytała, a on pokiwał głową – Do dzisiaj nie umiem tego zrozumieć, jak ktoś mógł być do tego zdolny. Tylko chyba nadal czegoś nie rozumiem. Co ma Elliot z tym wspólnego? - przystanęła na środku głównej alejki. Kuro również stanął i obrócił się w jej stronę. Patrzył, jak gromadka dzieciaków przebiegła obok nich, a gdy oddalili się, odpowiedział.
     - Pewnej nocy przyśniła mi się piwnica Garry’ego. Dokładnie parę minut przed tragedią związaną z Utopkiem – chciała na chwile odbiec od głównego wątku i zapytać o tę tragedię. Kuro jednak jej nie pozwolił. Szybko dopowiedział – gdy byłem w domu dziecka poznałem raz dziewczynę, nazywała się Missy. Zabrał ją stamtąd właśnie Garry, a teraz, jakoś na początku wiosny dowiedziałem się, że nie żyje. We śnie widziałem jej celę i… - zaciął się. Te tragiczne obrazy, od których zdołał się w małym stopniu odzwyczaić, po raz kolejny wróciły. Przyćmiewały mu teraz cały umysł, przez co nie potrafił się skupić. Do oczu pchały się łzy, a serce załomotało ociężale.
     - Co się stało? - położyła swoją dłoń na jego ramieniu. Zbliżywszy się, objęła go. On to odwzajemnił, a im obu momentalnie zrobiło się ciepło na sercu. Ktoś, kto stałby teraz z boku, przyglądając się z uwagą, zaśmiałby się przez groteskowość sceny. Niewysoka dziewczyna z nieco wyższym chłopakiem, stojący na środku ulicy. Ona, ubrana jak lalka, a on przypominał biedaka. Jednak każdy, stwierdziłby, że łączy ich jakaś więź. Choć sami jej nie rozumieli – Kuro proszę, powiedz co się dzieje, bo czuje się niezręcznie – powiedziała po cichu, a on odsunął się od niej. Otarł łezki i pociągnął nosem.
     - Po prostu… widziałem jej martwe ciało – otworzyła usta. Zaniemówiła – Wyglądało to strasznie realistycznie, dlatego może się tym przejąłem? Kochałem ją, mimo że znaliśmy się krótko – złapał się za rękę i wodził wzrokiem dookoła. Próbował nie myśleć o tym. Loli pojęła przekaz, odbijając piłeczkę. Zadała mu znacznie mniej, bolące pytanie.
     - Myślisz, że ma to ze sobą związek? - popatrzył na nią smutno, a ta przejęta doprecyzowała szczegółowo. Przy okazji, gestem ręki zaproponowała, aby udali się już do zamku. Zostało im około pięciu, może sześciu minut wolnego marszu – Wspomniałeś wcześniej, że ta piwnica przyśniła się tuż przed jakąś tragedią. Nie chcę, żebyś ją teraz przytaczał, ale czy naprawdę uważasz, że jest to jakoś ze sobą związane? Nie jest to przypadkiem głupi zbieg okoliczności – szczerze, Kuro rozważał tą możliwość. W końcu były to tylko przypuszczenia jego, które oparł na serii przypadków, ale była jedna rzecz, która za tym przemawiała.
     Po niemiłych przeżyciach, doszło do spotkania z Orukiem, będącym najpewniej podwójnym agentem. To on poinformował go o niebezpieczeństwie i to on pokazywał mu Lorraine uwięzioną w podziemiach. Mogło to mieć znaczenie. Wcale nie musiało
     - Nie dowiem się, jeżeli nie zobaczę na własne oczy – zdecydował się nie wspominać o tajemniczym mężczyźnie. Coś go ukuło. Nie rozpamiętywał go od dłuższego czasu, tym bardziej po przeskoku. „Ciekawe, jak się trzyma?” - pomyślał, łapiąc kieszeń, w której głębi trzymał zegarek Magellanów.
     Resztę drogi nie rozmawiali ze sobą zbyt dużo. Loli stanęła przed drzwiami zamku. Nie obracając się, powiedziała.
     - Kuro, bardzo cię proszę, abyś nikomu nie wspominał, że jestem wiedźmą, dobrze? - popatrzyła zza ramienia. Pokiwał ochoczo głową. Powoli wstrząs tracił na silę, ustępując miejsce gorejącemu uczuciu do dziewczyny. Ich małe zbliżenie było dla chłopaka bardzo czułe i wspaniałe. Liczył, że ona tak samo myślała – ludzie tutaj nie bardzo rozumieją podstawowych rzeczy, temu moja tożsamość może wzbudzić trwogę – otwierał już usta, aby o coś zapytać, ale uprzedziła go. Domyślała się o co chodzi i trafiła w dziesiątkę – wspomniałam, że królowa mnie przygarnęła, co nie znaczy że mnie akceptuje. Mamy w pewnym stopniu umowę.
     - Umowę? - zdziwił się, marszcząc brwi – Jakiego rodzaju umowę? - ale na to odpowiedzi już nie otrzymał. Loli uśmiechnęła się do niego i rozwarła drzwi. W środku, ktoś jej się ukłonił, a po chwili ta osoba wyłoniła się spod całunu cienia.  Wtedy dopiero go poznał.
     - Cześć, Kuro – powiedział rudawy chłopaczyna o barczystej budowie, noszący złoto białą pelerynę i miecz u boku – dostrzegłem cię w oknie, więc postanowiłem wyjść na spotkanie. Roy jeszcze nie ma w domu, może wpadniesz się czegoś napić? - odpowiedział mu lekkim pokiwaniem głowy.
2
     Chłopak nie owijał długo w bawełnę. Kiedy znaleźli się w gabinecie Railiego, Kuro od razu przedstawił mu swoje obawy i to, do czego doszedł razem z dzieciakami. Jego przyjaciel słuchał z uwagą każde jego słowo. Uśmiech, który gościł u niego na początku rozmowy, stopniowo się kurczył, aż w końcu przeobraził się w gorzki grymas.
     - Skąd pewność, że ten potwór może tam się skrywać? - zapytał go Raily, gdy skończył mówić. Podrapał się po podbródku i dopiero wtedy zauważył, że zaczęła mu rosnąć broda. Pojawiły się na jego policzkach pierwsze, rude włoski. Kuro pamiętał, jak byli w jednej drużynie, to często narzekał na brak zarostu. Prawie się uśmiechnął z tego powodu, ale odrzucił szybko tę myśl. Spojrzał na niego i pokręcił głową.
     - Nie mam żadnej pewności – odparł – są to jedynie spekulacje, które oparłem na serii przypadków i różnych wydarzeń – zastanowił się, po czym dodał – Tak jak wspomniałem, chcę, abyś pomógł mi w wybadaniu tej sprawy. Może akurat mam rację i zakończymy ten koszmar? Przyjmę na siebie odpowiedzialność, jeżeli wywołałem alarm na daremno – podniósł do góry lewą dłoń, w geście obietnicy. Raily osunął się na oparcie. Wydawał się być jeszcze bardziej przygnębiony.
     - Kuro, ile jest Świętych Łowców? Ilu pamiętałeś że było? - zaszokował go tym nagłym pytaniem. Domyślił się, że ma to głębszy sens i jest powodem jego stanu, więc odpowiedział dość prędko.
     - Około tysiąca, może trochę mniej…  Koło setki stacjonuje tutaj – przyglądał mu się uważnie. Raily popatrzył na niego z żalem i bólem.
     - Tak było kiedyś, Kuro… Odeszło ponad sześciuset ludzi – zamurowało go. Nie wiedząc co powiedzieć, uznał, że lepszym wyjściem będzie milczeć i słuchać. Jego rozmówca był bliski histerycznego płaczu – Jeszcze nigdy nie doszło do takiej sytuacji, że w przeciągu kilku dni, ponad połowa wojska zdezerterowała. Cele do Pandemonium, wypełnione po brzegi, a resztę, która została, po prostu wygnaliśmy stąd – kłamał. Tak przynajmniej wydawało się Kuro. Czuł, że prawdopodobnie ci ludzie już dawno nie żyją – Do tego ataki na te biedne dzieciaki i agresja ze wschodu…
     - Ze wschodu? - zdziwił się Kuro. Zastanawiało go o jakiej agresji mówił. Szczególnie od strony państwa Hikari, z którymi królowa miała w miarę dobre relacje. Raily odpowiedział mu, że zwiadowcy donieśli o pobycie szpiega w kraju. Za dużo nie mógł powiedzieć, ale miała to być dziewczyna o jasnych, krótko ściętych włosach. Chłopaka przeszedł zimny chłód po plecach.
     - Obawiamy się wojny – dokończył, zacierając ręce nerwowo. Kuro utknął w dość patowej sytuacji. Nie należał do osób, które potrafiły pocieszyć w trudnej sytuacji. Tym bardziej teraz, kiedy dotyczyło to całego kraju. Beznadziejność w pocieszaniu to jedno, ale osobiste zmieszanie wobec Yami także wpływało na jego sceptyczność. Mimo to, przemyślawszy sprawę, dobrał odpowiednie słowa i postarał się podnieść go na duchu.
     - Dopóki nie macie żadnych informacji z ich strony, uważam, że nie trzeba się zamartwiać na zapas – przełknął ślinę i westchnął – wybacz też, że męczę cię moimi problemami, ale bardzo zależy mi na położeniu kresu temu… temu czemuś co zabija te dzieci – Raily machnął energicznie ręką i pokręcił głową.
- Nie opowiadaj bzdur, jesteśmy przyjaciółmi – ciepła fala gorąca, rozpłynęła się wewnątrz Kuro – i… masz rację. Niepotrzebnie  teraz się tym przejmuję. Nawet jeśli wojna będzie, to jest ona daleko, za mgłą – nachylił się nad biurko, uśmiechając się. Już dawno cień jakiejś niepewności i strachu zmazał się z jego twarzy – pomogę ci, stanę do walki.
- Nie możesz ryzykować życia! Jesteś Ceaserem i… - zanim dokończył, Raily zdążył wtrącić się w zdanie.
- …i  jestem także Świętym Łowcą, jakbyś zapomniał. Obywatele ufają mi, liczą na moją pomoc w każdej sytuacji. Nasz cały kraj jest zagrożony przez tego… Utopka, tak? - pokiwał głową w aprobacie – Moim obowiązkiem jest opieka nad wami. Umiem walczyć, stary, a poza tym mam jeszcze to – i pokazał palcem małą kulę o perłowym kolorze, przyczepioną do jego łańcuszka – Jest to magiczne ustrojstwo, dzięki któremu mogę używać prostych zaklęć z magii światła… jak zresztą na Elementalistę przystało – rozłożył ręce w umownym geście.
- Aczkolwiek, musisz wziąć jeszcze kogoś. Nie wiemy co nas tam czeka… - Raily jedynie podniósł brwi. Wyglądał, jakby chciał zapytać, czy Kuro miał kogoś konkretnego na myśli. I w rzeczywistości, tak było – Możemy wziąć Kriega. On brał udział w przeszukaniu domu Elliota. Zna tamto miejsce – tym razem to Ceaser pokiwał znacząco głową. Spojrzał na chłopaka i rzekł
- Dzisiaj, późnym wieczorem staw się pod domem Garrego. Wezmę ze sobą Jhona i kilku silniejszych Łowców. Tylko nie licz na tłumy. Musimy oszczędzać na siłach i nie tracić zbyt wielu ludzi…
3
     Kuro leżał na swoim łóżku i próbował nie myśleć o zbliżającej się akcji. Bardzo niebezpiecznej akcji, która mogła zakończyć się porażką, a w ostateczności śmiercią dla nich. Czuł niepokój, bowiem jeżeli on zginie, to ten dom, w którym mieszkał i mieszkają inne dzieciaki, stanie się bezbronny. Niebezpieczny. Egoistycznie podszedł do tej sprawy.
     Tym bardziej, że niczym grom z jasnego nieba spadła na niego jedna myśl. Przypomniał sobie rozmowę z Orukiem, jego pierwszą, kiedy tajemniczy mężczyzna przywiódł go do siebie we śnie. Powiedział mu wtedy, że to on jest celem Kultu Demonów. Sam Oruk do nich należał, ale jednak go ostrzegł. Później, jego oczami widział śmierć Lorraine, kiedy Utopek zżerał jej serce. Że też o tym wcześniej nie pomyślał – wpadł w pułapkę!
     Oczywistym jest, że Kult może tam go wyczekiwać. Nie jest to wykluczone. Podniósł się nerwowo z łóżka i zaczął czochrać swoje włosy natarczywie, aż skóra pod nimi zaczęła piec. Nie mógł już nic odwołać. Wszystko sprowadzało się do niechybnej zguby.
     - Nie przejmuj się na zapas. Ci, którzy z nami idą, są świadomi sytuacji - znowu. Po raz kolejny, kiedy chłopak był w tarapatach, jego kompan odzywał się i pocieszał go. Wiadomo, w swój dziwny i bezuczuciowy sposób – Raily choć wydaję się na przygłupa, nie jest nierozgarnięty.
     - Ale cholera, zapomniałem na śmierć o Kulcie! - żachnął, wstając z łoża. Przeszedł po pokoju, aż w końcu usiadł przy biurku – Do diabła z taką pamięcią, skoro nie umiem zapamiętać, że jakaś organizacja poluje na moją głowę!
     - Kult demonów nie dawał o sobie znać od dłuższego, a będąc szczerym – sam o tym zapomniałem – jego głos był teraz głośniejszy, jakby bardziej obecny niż kiedykolwiek wcześniej. Może spowodowane było to tym, że obok Kuro nikt teraz się nie znajdował. Wszyscy domownicy siedzieli w kuchni, na dole i wyczekiwali, kiedy wyruszy. Wiedział, że siedzieli jak na szpilkach. Czuł tą presję z ich strony – Jeżeli stary demon jak ja potrafi przeoczyć tak zgraną organizację, to znaczy że jest mało ważnym pionkiem tutaj. Choć nie ukrywam, że jeżeli cię zabiją i ukradną zmieniacz czasu, to będzie nie ciekawie – zarechotał głośno, aż Kuro popatrzył w stronę drzwi, myśląc, że ktoś to usłyszy i tu przyjdzie.
     - Nie pomagasz, Xen… - mimo to cieszył się, że był z nim. Szkoda, że jedna z jego dłuższych pogawędek ze swoim towarzyszem, musiała być na tak ponure tematy.
     Jednak on to chyba wyczuł, ponieważ nieco spoważniał i zmięknął.
     - Wyciągnij rękę przed siebie – a konkretniej w ciemną przestrzeń, w której chłopak nic nie widział. Zaufał Xenowi i wykonał polecenie. Wyglądał, jakby po coś sięgał i faktycznie.
     Nagle poczuł w swoich dłoniach rękojeść. Mocno zdziwiony złapał ją solidnie, przyciągając do siebie. Z niewidzialnej pochwy, wyłonił się krótki, żelazny miecz. Kuro szybko włączył światło i przyjrzał mu się. Trzon był idealnie dopasowany do jego dłoni. Miał ozdobną głowicę z dziurą w środku, a jego jelec wykonany był ze srebra, na kształt małej fali. Ostrze niedługie, nieco ponad pół metra. Otaczała je czarna sadza, przypominająca rdzę, choć nią w rzeczywistości nie była. Kuro czuł ostrość broni, więc uznał to za w pewnym rodzaju dodatek. Zauważył, że przy jelcu jest małe wcięcie. Od razu zapytał się, czym jest to spowodowane, a Xen odparł.
     - Dowiesz się w swoim czasie Kuro.
     - Jest przepiękny – wyrwało mu się z ust. Podziwiał jeszcze przez dłuższy moment swoją nową broń, kiedy coś przyszło mu do głowy. Coś znajomego. Chciał zapytać, ale uprzedził go demon.
     - Tak. Ma on kształt przypominający ostrze Łowców. Specjalnie tak go stworzyłem, abyś mógł go schować w pochwie – Kuro przypomniał sobie o swoim starym stroju Łowcy oraz o tym, że zachował swój skórzany kołczan. Poszukał go w szafkach oraz pudłach, aż go znalazł. Przepasał się i ulokował miecz do środka. Idealnie weszło – Nie jest to może oryginalny wygląd, ale cechy i własności zachował, a więc nazwę także powinien mieć tą samo. To ostrze zwane było przez wielu Ostrzem Niosącym Śmierć. Jego twórca woli, kiedy zowie się je Kuronagi – chłopak popatrzył przed siebie uśmiechnięty. Czuł, jakby jego rozmówca stał teraz obok niego.
     - Nieco podobnie jak moje imię – zaśmiał się. Sięgnął do kieszeni, aby wyciągnąć ze spodni zegarek. Spojrzał na pięknie wygrawerowane M na jego klapce. Odetchnął głęboko. Teraz, nawet jeżeli Kult faktycznie tam będzie i stanie naprzeciw nim, ma w swoim arsenale dwie potężne bronie. „Chrzanić ostrzeżenia Oruka”, pomyślał. No bo… w końcu razem byli silni, prawda?
     Tylko jak bardzo?
4
     Niedługo po otrzymaniu miecza, Kuro usłyszał pukanie z dołu. Zebrał się i zszedł po schodach, gasząc za sobą światło. Na parterze stał już Patrick, patrzący w jego stronę. Zaraz za nim przyszedł David. Uśmiechnął się do nich, podbiegł do drzwi aby je otworzyć, a za nimi pojawił się Jhon Krieg.
     Kuro od razu poznał go po jego długich, czarnych włosach spiętych w kucyk, oraz licznych ran twarzy. Obaj mężczyźni wymienili ze sobą wymowne spojrzenia. Chłopak poprosił go, aby chwilę jeszcze zaczekał. Ten, patrząc na niego swoimi zmęczonymi od życia, szarymi oczami, poszedł kawałek dalej, zatrzymując się na drodze.
- Macie dbać o siebie, zrozumiano? - powiedział, kładach na ich ramiona dłonie. Poczuł, jak cali drżą. Pomyślał, że może to być przez zimno, które wkradało się przez uchylone wejście. O tej porze roku było wyjątkowo chłodno na zewnątrz, a w domu nie mieli zbyt dobrego ogrzewania. Opuścił swoje ręce, odsunął się i chciał dołączyć do Kriega, kiedy to Dav zawołał za nim.
- Bądź ostrożny! - Kuro tylko spojrzał zza ramienia i uśmiechnął się doń. Wyszedł, zamykając drzwi, nie spodziewając się, że za ponad godzinę wpadnie w stan krytyczny.
- Nie patyczkowałeś się – rzekł towarzysz, gdy zobaczył zbliżającego się chłopaka – sądziłem, że należysz do osób, które lubią ckliwe pożegnania – Kuro żachnął się i odgryzł mu.
- Należę do osób, które działają szybko i bez zbędnych zaczepek, także jeżeli mógłbyś się powstrzymać… - patrzył mu w twarz. W tak nikłym świetle, Jhon wyglądał na grubą czterdziestkę. Wszelkie zmarszczy, właśnie w tym momencie uwydatniał się na jego twarzy.
- Jasne – odparł, a gestem ręki poprosił, aby za nim poszedł. Przez resztę drogi nie odzywali się do siebie.

- W końcu jesteście! - zawołał Raily, gdy zbliżali się do starej chatki na uboczu. Wyglądała dokładnie, jak ze starych zapisków, które Kuro czytywał, będąc na zamku. Mimo to, sądził, że z biegiem czasu, budynek dotknie jakaś choroba. Że będzie niszczył się i butwiał. Był jednak w dobrym stanie.
     Spojrzawszy w jego stronę, zobaczył że stało ich tam pięciu. Każdy ubrany podobnie – buty skórzane z wysoką cholewką i bardzo niskim obcasem. Do tego czarne spodnie na szelkach oraz koszula, a pod nią na pewno znajdowała się kolczuga. Okryci byli czarnym płaszczem, a u pasa nosili miecze. W tej małej grupce rozpoznał Railyego, który widocznie zrezygnował z codziennego stroju Ceasera. On jako jedyny nosił miecz na plecach. Jego ostrze było znacznie dłuższe i cięższe – po tym właśnie go poznał. No, nie wspominając już o czerwono rudawych włosach. Obok niego stała Roy. „No tak. Jej tutaj nie mogło zabraknąć” pomyślał, patrząc jak dziewczyna rozgląda wokół siebie, aż zatrzymuje swój żmijowaty wzrok na nim. Jak zawsze stała nienaturalnie prosto, a wyglądała jakby chciała po raz kolejny dyrygować Kuro. Mimo to spojrzała w bok bez większego zainteresowania.
     Jednak trzy kolejne twarze były dla niego obce. Przez plecy przeszedł go lekki chłód niepewności. Bał się otwarcie o tym pomyśleć, ale wolał dowiedzieć się, na czym stoi.
- Wybacz za spóźnienie, Raily, ale mógłbyś powiedzieć kim są tutaj… - nawet nie dokończył, bo od razu wcięła się Roy, która chyba wyuczyła się  tekstu na blachę, zaczęła tłumaczyć mu jak dziecku.
- Otóż tak. Są to Sammuel, Etna oraz Urge – przedstawiła trójkę, pokazując każdego z osobna. Pierwszy, Sammuel. Chłopak trzymał się bardziej z tyłu i tylko przyglądał się reszcie grupy. Kiedy wywołano jego imię, popatrzył spod kaptura na Kuro. Dostrzegł jego zielone oczy i mały kosmyk złotych włosów. Był bardzo chudy, a jego prezencja była bardzo niepewna, wręcz bał się czegoś. Nie to co tamta dwójka. Etna oraz Urge dość otwarcie ze sobą flirtowali. Ona, młoda blondyneczka z uśmiechem na twarzy. Miała krótkie włosy, które wpadały jej do oczu, więc co chwile je zaczesywała za ucho. On zaś był ideałem wśród kobiet. Brunet, czarnooki oraz idealnie zarysowana twarz. Nie wątpliwie, Kuro oceniał ich jako faworytów, dowódców swoich grup. Dlatego nie spodobali mu się w ogóle.
     Każdy, kto kiedykolwiek zajmował się dowodzeniem kimś, cechuje się raczej tym samym – arogancją oraz egoizmem. Na służbie, jak i poza nią słyszał wielu historii, tak samo wiele ich doświadczył. Wiedział, kogo się spodziewać.
     - To są świeżo upieczeni Łowcy – warknął nagle Krieg, stojąc za jego plecami. Kuro obrócił się w stronę towarzysza i dopiero wtedy zobaczył gniew w oczach. Nie dziwił mu się, sam był teraz oburzony. Spojrzał wymownie na Railiego.
     - Naprawdę pozwoliłeś wziąć jakichś nowicjuszy – Etna prychnęła dość głośno, a Kuro popatrzył na nią z nienawiścią. Jego emocje tak oddziałały na dziewczynę, że zamilknęła, odwracając głowę – Masz ty rozum? - wracając do konwersacji, oderwał od dziewczyny wzrok. Raily chciał coś powiedzieć, ale jak zwykle uprzedziła go Roy.
     - Otóż, założyłam że twoja prośba jest niczego warta i jest tylko błędnym alarmem, więc nie musisz się martwić o nich. To są moi uczniowie, Kuro. Martwiłabym się bardziej o ciebie, ponieważ wyglądasz, jakbyś miał się potknąć o własne nogi i zabić – kątem oka dostrzegł, że Etna znów chciała się zaśmiać, ale przypomniawszy sobie o sytuacji sprzed chwili, odroczyła szybko ten pomysł.
     Kuro zacisnął pięści i puścił płazem ten komentarz. Mimo to panikował teraz jeszcze bardziej, niż wcześniej. Było to nader nierozsądne, aby na taką akcję wziąć nowicjuszy. Co mógł teraz zrobić? Jeżeli odpuści i każe im wracać do domu, już prawdopodobnie w ogóle nie uda mu się zebrać kogokolwiek do pomocy. Roy zwycięży, zatriumfuje po raz kolejny. Ale jeśli zgodzi się, wszyscy, którzy tutaj stoją mogą zginąć. Było ich siedmiu, w tym trzech niedoświadczonych. Nie wiadomo, kogo tam spotkają.
     Kuro popatrzył w stronę opuszczonego domu i bił się ze swoimi myślami. Wtedy podszedł do niego Raily, mówiąc po cichu.
     - Też byłem sceptycznie nastawiony do tego, ale myślę, że nie ma czym się martwić. Przecież, piwnica zawsze może być pusta - „Mhm, czyli nawet on mi nie wierzy”. Przewrócił oczami i odszedł od niego. Już się w nim gotowało od złości i prawdopodobnie to spowodowało lawinę nieszczęść.
     - Niech wam będzie! Idziemy! - nie zastanawiając się nad powagą słów, poszedł za drużyną wprost do paszczy diabła.

     W tym samym czasie, dwójka chłopców obserwowała ich z daleka. Patrick i David pomimo zakazu, postanowili dołączyć do Kuro. O ich obecności nikt nie miał pojęcia, oprócz Roy, która zafascynowana swoim zwycięstwem, zignorowała ich. Nawet cieszyłaby się, gdyby za nimi weszli. Niestety, tak też się stało.
5
     Wnętrze, w porównaniu do zewnętrznego wyglądu domu, było zaniedbane. Kiedy weszli do środka, pierwsze co rzuciło się im w oczy to mały stoliczek wraz z krzesłem, stojącymi blisko ściany. Pokryte były grubymi fałdami kurzu. Pajęczyny oblepiały ich brzegi, łącząc je z podłogą. Nad nimi powieszona była mała szafka z prawie wyłamanymi drzwiczkami. Jedne były specyficznie wykrzywione, a drugie dyndało w bezruchu na zardzewiałych zawiasach. Kuro stąpając po podłodze zobaczył, że zostawia widoczne ślady. Oświetlał sobie każdy szczegół małą pochodnią, a wtedy też zobaczył ten znajomy wzrok Roy, który sugerował, że znowu wygrała. Domyślił się o co chodzi – obecność tak dużej ilości brudu świadczyła, że nikt tu nie zaglądał. Przegryzł wargę z nerwów i usłyszał za sobą cichy chichot.
     - Zejście do piwnicy jest tutaj, w jego sypialce pod łóżkiem – Krieg widocznie nie zwracał uwagi na takie szczegóły co Roy, czy jej pupile. Przynajmniej się nimi nie przejmował i podchodził do sprawy na chłodno. Zaprowadził ich do drugiego pokoju, które było równie ubogo umeblowane, jak to poprzednio. Nie znajdowało się tam nic, oprócz łóżka. Krieg przesunął je nogą pod ścianę. W podłodze wmontowana była żelazna klapa. Szarpnął ją mocno, otwierając. Ukrywała ona zejście na dół, po przymocowanej do ściany drabinie. Mężczyzna popatrzył na wszystkich i powiedział ostro – schodząc tutaj, musicie pamiętać o zachowaniu powagi. Piwnica ta niegdyś należała do seryjnego zabójcy, zboka. Zwłok już tam nie znajdziecie, ale zostało wiele.. pamiątek – to rzekłszy, zaczął powoli schodzić w dół. Za nim poszedł Kuro, potem Raily i reszta.
     Piwnica znajdowała się bardzo głęboko, a kiedy chłopak dotknął stałego gruntu odsapnął. Bardzo nie lubił korzystać z drabiny. Przetarł dłonią twarz i zgasił pochodnię, rzucając patyk na ziemię. Zobaczył, że Krieg stoi nieruchomo, wpatrując się w jakąś pustą przestrzeń. Podszedł do niego i ujrzał o co chodziło. Wygląd tego miejsca, który pamiętał ze snu, czy raportu nijak przypominał to, co widział. Korytarz, który kończył się drzwiami. Wokół tego, wiła się także dziwna powłoka, jakby czarny dym. Jego obecność znacznie sparaliżowało atmosferę i oboje poczuli niepokój. Zresztą tak samo jak inni, kiedy w końcu do nich dołączyli. Nawet Roy czuła się nieswojo.
- Nie wiem, co tu się odpierdala, ale nie możemy się zatrzymywać – powiedział w końcu Krieg. Raily wyglądał, jakby chciał o coś zapytać, ale mężczyzna go uprzedził – nie pamiętam, aby pół roku temu to miejsce tak wyglądało – zaciągnął się nosem i zakaszlał okropnie – Do tego jeszcze ten dym… cholera wie co tu się dzieje. Idziemy! - w tym samym czasie, Xen przekazał mu, że może być to iluzja. Kuro przełknął ślinę i szedł dalej, udając, że nic się nie stało.
     Dotarli do pierwszy drzwi, a wtedy zapaliło się słabe, zielone światło. Kuro popatrzył nad siebie i zobaczył błyskające żarówki, zwisające z wysokiego sufitu na prowizorycznych mocowaniach. Ich promienie ledwo przebijały ciemny dym. Krieg dostrzegł zakurzony napis na drzwiach. On i Kuro domyślali się, co tam jest napisane, ale mimo to, oboje przetarli go dokładnie, aż wyłonił się spod kurzu pierwsze nazwisko.
     - Bobby Franck… - powiedział po cichu, łapiąc klamkę. Otworzył wejście do celi, a po jej drugiej stronie zobaczyli kolejne drzwi. Na środku pomieszczenia znajdowały się dwa drewniane taborety, a z góry zwisał stryczek. Na ścianach namalowane były prymitywne rysunki. Liczne zadrapania na nich wskazywały na działanie noża, ale także obdarcie paznokci. W kącie stała także mała prycza. - z tego co wiemy, Garry bardzo lubił korzystał ze stryczka podczas jego chorych zabaw… Franck zmarł od uduszenia.
     - A co jest po drugiej stronie? - zapytał Raily.
     - Tego już ci nie powiem – odparł – pół roku temu, tak tutaj nie wyglądało.
     Zdecydowali się zobaczyć, co kryje się za kolejnymi drzwiami, kiedy to Kuro coś dotknęło w środku. Po raz kolejny ukuło go poczucie tęsknoty za Missy, swojej byłej kochanej. Och tak. Słowo „była” coraz bardziej nabierało kolorów, odkąd pewna tajemnicza kobieta wmieszała się w jego życie. Tamte traumatyczne powoli się zacierały, ale nadal w nim tkwiły. Gdy jego kompani on, całkowicie bezmyślnie i nierozsądnie zaczął szukać jej celi. Przeczekał, aż wejdą do kolejnej, która okaże się być celą od Franssa Qua[dua]. Wybiegł z poprzedniej, zamykając drzwi z hukiem i skierował się do rozwidlenia, po jego prawej.
     Momentalnie wszyscy się obrócili w tamtą stronę, a dopiero po chwili zorientowali się, że nie ma Kuro. Krieg zaklął głośno i zawołał za nim. Pobiegli za nim Roy oraz Raily. Krieg również chciał podążyć za nimi, ale jakaś potężna moc, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, a jego samego odrzuciło na podłogę. Powstał i zobaczył, że ściany powoli zbliżają się do siebie. Rozejrzał się nerwowo wokół siebie. Były stąd dwa wyjścia, jedno prowadzące nie wiadomo gdzie, a drugie mogło doprowadzić ich na główny korytarz – co było tylko zgadywaniem. Resztę drużyny skierował właśnie do niego, a sam chciał skorzystać z pierwszej opcji.  
     Wszystko zmieniło się, kiedy usłyszeli krzyk chłopców.
6
     - Was już do reszty posrało! - głośne krzyki zwróciły uwagę Katie, która opiekowała się przyjaciółmi. Już wcześniej słyszała jakieś czyjeś głosy z salonu, dopiero gdy zauważyła, że parę osób brakowało tutaj, postanowiła się wtrącić.
     - Co tu się dzieje? Skąd ten wrzask? - zawołała, wychodząc z jadalni. Zobaczyła Davida oraz Patricka przekomarzających się (jak zawsze). Tym razem kłócili się z tamtą wiedźmą, która uratowała Annie od pewnej śmierci. Nie przeszkodziło to dziewczynie od kąśliwych uwag. Zdenerwowana zwróciła się do niej – co robi tutaj ta wiedźma? - syknęła przeraźliwie, a Loli nie pozostawała jej dłużna.
     - Zważaj na słowa, smarkulo. Nie z tobą tutaj rozmawiam, ale jeśli chcesz wiedzieć to proszę bardzo – zrzuciła kaptur i odrzuciła parasol pod ścianę. Stała ona teraz przed jej twarzą. Dziewczyna poczuła zagrożenie i od razu wycofała się – przyniosłam dodatkowe leki, które mają za zadanie podtrzymać zdrowie Annie. Jest bardzo niestabilne, choroba może bardzo szybko wrócić. Przychodzę i co widzę? - tutaj pokazała ręką na chłopaków. Nosiła czarne, aksamitne rękawiczki, prawie sięgające łokci – Dwóch przygłupów próbuje wyjść w nocy i wpaść prosto do paszczy potwora – „Potwora?” Katie patrzyła na nich zdziwionym wzrokiem, aż w końcu olśniło ją, o jakiego potwora chodzi.
     - Chcieliście iść do Utopka? - tym razem on krzyczała – On pożera dzieci, a wy chcieliście rzucić się na niego z nożem kuchennym?! - patrzyła teraz na nich ze złością. Byli całkowicie nie przygotowani. Nie minęło dziesięć minut, odkąd Kuro wyszedł z domu, a David wraz z Patrickiem zamierzali pójść za nim. Bez odpowiedniego ubrania, czy broni. Tak jak zostali, tak chcieli wyjść.
     - My nie jesteśmy już dziećmi, Katie – Loli myślała, że ją rozsadzi ze śmiechu, kiedy to usłyszała. Prychnęła głośno, a Katie zrobiła taką minę, jakby chciała powiedzieć im, żeby skończyli głupio pierdolić – poza tym…
     - Poza tym Henry został zjedzony – tak samo jak pewnie Eddie. A oni nie byli wcale młodsi od was – przerwała tę głupią farsę i podrapała się po głowie – Co wam to da, jeśli pójdziecie prosto przed oblicze śmierci?
     - Zemstę, Katie – odparł David spokojnie, ale Patrick już nie wytrzymał. Rozpłakał się na środku pokoju i zawył, machając przy tym energicznie rękoma.
     - I satysfakcję – wciągnął powietrze nosem, ocierając pierwsze łzy. Wszyscy byli zdziwieni jego wybuchem emocjonalnym, tym bardziej on sam. Rzadko zdarzało mu się płakać, ale gdy mu się zdarzało, bardzo silne emocje nim targały – nasi przyjaciele zginęli tylko dlatego, że władza nic z tym nie chciała zrobić, aż do teraz. Wiecie czemu? - z innych pomieszczeń wyłoniły się zaciekawione głowy. Loli stała w ciszy, przyglądając się chłopakowi. Katie zrobiło się jeszcze bardziej głupio, a David był równie bliski łez – Bo jest w tym cholernym kraju ktoś, kogo obchodzi czyiś los bardziej, niż jego własny. Siedzimy tutaj na dupie, może właśnie w momencie, kiedy go zabijają. W Mortuum nie było jeszcze nigdy tak niebezpiecznie, jak jest teraz. Nie chcę pozwolić, aby Kuro zginął w naszym interesie – a tym bardziej, żeby umarł sam – fioletowo-włosa dziewczyna uśmiechnęła się słabo. Z reguły była zimną jednostką. Nie lubiła wyznawać, ani okazywać uczuć nikomu. Szczególnie, jeśli tej osoby nie znała. Była na to zbyt dumna.
     W tym właśnie problem, że Kuro był jedną z tych osób, które polubiła. Tak trochę bardziej, choć nadal uważała go za prostaka. Mimo to, nie pasowało jej zbytnio, aby ktoś taki jak on zginął. Wiedziała, że Roy specjalnie dobrała drużynę w samych nowych tylko po to, żeby jego śmierć była znaczniej prawdopodobna. Liczyła chyba na to, że w razie niebezpieczeństwa rzuci się im na pomoc i zginie. Zastanawiało ją to, czy oni też byli tego świadomi, czy bardziej była to pochopna decyzja o samobójczej misji.
     Nie chciała jednak ich informować, ponieważ mogli zadziałać impulsywnie i zamiast skupić się na głównym celu – chronić Kuro i ewentualnie zabić Utopka to chcieliby zabić Roy. Nie przeczyła, że ktoś to w końcu musi zrobić, ale nie była pewna czy to jest odpowiedni czas.
     Westchnęła głęboko i sięgnęła za pazuchę. Nagle, w jej dłoni pojawiły się cztery sztylety, o tej samej długości. Katie wykrzywiła twarz w grymasie, jakby brzydziła się jej sztuczkami magicznymi. Loli to zauważyła.
     - Jeśli ci się nie podoba, to stąd odejdź – po czym zwróciła się do chłopaków – Słuchajcie, bardzo nie podoba mi się ta sprawa, ale może macie rację – podała im noże – Macie jednak trzymać się bardzo, ale to bardzo z daleka, zrozumieliście? Macie tam być jako niewidzialne wsparcie. Zakaz rzucania się prosto w wir walki, jasne? - pokiwali głową. Wiedziała, że ich raczej nie posłucha, ale była świadoma jednej rzeczy. Nawet gdyby im zabroniła wychodzić z tego domu, oni i tak znaleźliby sposób, żeby uciec – jeśli coś się stanie, kierujcie się prosto tutaj. Zostanę tutaj jakiś czas.
     Wyszli. Pobiegli w stronę domu Garry’ego Elliota, gdzie miało miejsce spotkanie. Widzieli wszystko, co widział Kuro, tylko że z dalszej perspektywy. Kiedy Łowcy zniknęli im z oczu, spróbowali podejść. Usłyszeli wtedy trzask klapy, więc na chwile znowu się schowali. Później zdecydowali się wejść do domu. Zobaczyli zejście do piwnicy. Tam, przed ich oczami ukazał się długi korytarz, kończący się otwartymi drzwiami. Zobaczyli w nich wysoką postać z długimi zębiskami. W przerażeniu weszli do pierwszego pokoju po prawej, a tam zobaczyli nagą kobietę, stojącą tyłem do nich. Kiedy się odwróciła, krzyknęli głośno, a ich usłyszeli Łowcy, którzy…
7
     … znajdowali się teraz w potrzasku. Ściany powoli zbliżały się do siebie, drzwi przy których stali nie otwierały się. Ani jedne, ani drugie. Było bardzo mało czasu, żeby wrócić tam, skąd przyszli. Każdy z nich był przerażony niebezpiecznie zwężającym się pomieszczeniem. Jednak, gdy chłopcy znowu zawyli, Jhon otrząsnął się w porę. Podbiegł do – w tym wypadku – wyjścia i potraktował drzwi kopniakiem. Na szczęście zawiasy puściły, a kawał dechy poleciał na podłogę.
     - Co do… - wyrwało mu się, kiedy ujrzał kobietę, pochylającą się nad jakimś chłopakiem. Miała blond włosy, długie po same łopatki. Zwróciła ku niemu swój pusty wzrok i natychmiast ją poznał.
     Zareagował bardzo szybko, nie pozwalając jej nawet odpowiedzieć. Inni, którzy się stamtąd wydostali, zawołali za nim, ale Krieg ich nie słuchał. Wyjął dwa miecze, obrócił je swobodnie w palcach i ciął. Dwa pierwsze machnięcia wystarczyły – rozciął jej brzuch oraz szyję. Kobieta zamarła i kiedy mężczyzna myślał, że powali ją to na ziemię, ona rozpłynęła się. Wraz z tym, towarzyszyło temu potężnie piskliwy skowyt. Krieg zaklął głośno i splunął na podłogę.
     - Cholerny miraż… - Patrick zbliżył się do Davida, który leżał nieprzytomny na podłodze. Ich wybawiciel podszedł i sprawdził czy oddycha – co wy tu, kurwa mać, robicie? - odsunął się, kiedy poczuł ciepłe powietrze z jego ust – Myślałem, że mamy wystarczająco dość żółtodziobów, jak na tą akcję! - to obruszyło uczniów Roy. Etna, która widocznie szła w ślady swojej mentorki, pierwsza obruszyła się, mówiąc:
     - Wypraszam sobie, ale my jesteśmy o wiele przydatniejsi niż ta dwójka smrodów – po czym dodała – mogłabym zabić ich w sekundę – słysząc, że kolejne osoby podzielają zawistne poglądy Roy wobec dzieci, Krieg stracił cierpliwość. Wymierzył w jej stronę miecz i odpowiedział, wręcz sycząc i dygocąc ze złości.
     - Jeżeli ktokolwiek z was dotknie choćby jednego z tych tutaj, to obiecuję, że własnoręcznie was wypatroszę… - „dzięki Kuro. Dzięki tobie stałem się obrońcą uciśnionych”, pomyślał mężczyzna, uśmiechając się groźnie. Słowa przeraziły dziewczynę, ale na tym nie poprzestał. Złapał ją za dłoń i pociągnął w stronę drzwi, skąd przyszli. Złapał za klamkę, a według racjonalnego myślenia, powinien zobaczyć tylko ścianę. Ale jeśli pomyśleć o tym w sposób abstrakcyjny to…
     - Tak jak myślałem, to wszystko tutaj to jest iluzja – rzekł, pokazując im pusty pokój. Wszyscy zaniemówili, a Krieg mówił dalej – Ta kobieta, którą zobaczyliście jest wampirzycą, częściej nazywaną po prostu marą. To przebiegła sucz, która potrafi tworzyć iluzje naprawdę zaawansowane, czego w sumie jesteśmy świadkami. Znajdujemy się obecnie w jednym, ale wielkim mirażu. Boję się, że stąd nie wyjdziemy za łatwo, a nie wiemy też co się dzieję zresztą – odchylił jeszcze głębiej te drzwi i wejrzał do środka. Nie znajdowało się tam dosłownie nic. Puste pomieszczenie, otoczone czterema gładkimi ścianami – Wy trzej! Musicie udać się tam – pokazał palcem naprzeciwległe drzwi – Według moich założeń… powinniście wyjść na główny korytarz – porozglądał się nerwowo – Jeżeli znajdziecie się w pułapce, postarajcie się wrócić albo znajdźcie drogę wyjścia. Odszukajcie też resztę! Kuro i tamta dwójka nie powinna być daleko.
     - Pójdę z nimi! - zaproponował od razu Patrick, ale Jhon machnął ręką i kazał mu usiąść.
     - Nie ma takiej opcji nawet! Twój kolega jest nieprzytomny, chcesz zostawić go na pastwę losu? - to przekonało chłopaka, ale jego rozmówca dalej ciągnął – Poza tym, jesteś nieprzygotowany na takie ekstremalne warunki… W tej piwnicy znajduje się na pewno jeden, wysokiej rangi demon. Kto wie, czy nie spotkamy jeszcze kogoś… - pomyślał o Utopku, stworze, którego obraz przybliżył mu opis Kuro. Gdyby był prostym wsiokiem, prawdopodobnie nie uwierzyłby w to. Jednak ten zawód wymagał wiarę w tak oderwane od rzeczywistości rzeczy.
     - Trzymajcie się razem – dodał na sam koniec i zniknął za drzwiami. Od tego momentu nie miał całkowitego pojęcia, co się dzieje z pozostałymi.

     Coś, co cechuje wariatów oraz morderców jest fakt, że lubią zdobywać swoje trofea z ofiar. Kochają pamiątki. Nieważne, jakie były czasy, ludzie zawsze byli do siebie podobni. Tym razem było podobnie. Krieg wchodząc do środka, na początku miał problem z rozeznaniem się. Stanął na środku pustego pokoju, oglądając się dookoła. Puste ściany, pomalowane na biało, trąciły już pleśnią. Na środku podłogi wymalowane były kontury czerwonej róży. To dało do myślenia Kriegowi i od razu odgadł, gdzie się znajdował. Dziwnym trafem, przejście zaprowadziło go do celi Rose Merch, jednej z pierwszych trzech ofiar. Nie pamiętał, a może nie chciał pamiętać, co ten zwyrodnialec jej zrobił. Jak ją zabił? Na pewno w żaden przyjemny sposób, jeżeli takowy w ogóle istniał.
     Coś się stało i mężczyzna stracił nagle orientację. Jedynym punktem zaczepnym dla niego były tutaj drzwi, którymi wszedł. Po pewnym czasie rozglądania się, zauważył, że te zniknęły. Rozpłynęły się. Wtedy też usłyszał cichy chichot, bardzo przerażający.
     - Kurwa – rzucił szorstko i nagle, coś za nim trzasnęło. Obrócił się za siebie. Odjęło mu mowę, gdy ujrzał ściany, wręcz oblepione drzwiami. Był to dla niego niecodzienny widok. Na przeciw niemu policzył około sześciu par. Po cztery na każdy, z trzech rzędów. Po obu jego stronach, tych drzwi było raz tyle. Spoglądając do góry, na sufit, który był teraz wyższy o koło siedmiu metrów, dostrzegł kilka, pozłacanych gałek.
     Każde z nich, miało namalowanego iksa. Krieg rozmyślając o tym, strzelał na to, że musi wybrać odpowiednie. Tylko jak podjąć dobrą decyzję, skoro każde z nich było identyczne. Różniły się jedynie tym, że jedne miały gałki, a drugie zwykle klamki. Nagle coś kapnęło na jego ramię, brudząc pelerynę. Zebrał ten płyn na palce, a brunatna czerwień połyskiwała na jego opuszkach. „Świeża farba… albo krew” Gdy znowu na niego pokapało, mężczyzna popatrzył do góry, mrużąc nieco oczy.
     Wtedy zobaczył na drzwiach, znajdującymi się dosłownie nad nim, wymalowane wielki okrąg, a w nim kropę, z której najpewniej kapało. Ugryzł się w wargę i zaklął siarczyście.
8
     Biegł przez korytarz wypełniony ciężkim dymem. Ledwo oddychał, ale to, co go wzywało było ważniejsze, od kończącego się tlenu. Miecz u boku, oraz schowany w kieszeni zegarek, podskakiwały razem z nim, z każdym jednym krokiem.
     - Popełniasz głupotę, Kuro – odezwał się Xen, gdy mijali kolejne cele, aż korytarz powiódł ich na prawo. Chłopak wiedział, że czyni niemądrze. Że znowu stawia jego, Xena, oraz swoich towarzyszy na niebezpieczeństwo, oddalając się od grupy.
     Tylko że on się tym teraz nie przejmował. Szukał na tabliczkach tego jednego nazwiska. Więzienia osoby, na której mu kiedyś zależało. Już raz tam był. We śnie. Teraz chciał stanąć tam na żywo, nawet jeśli musiałby walczyć... To co się stanie? On także miał parę asów w rękawie.
     Dobiegł do kolejnego zakrętu, tym razem w lewo. Zatrzymał się i popatrzył na uchylone przed nim drzwi. Bardzo przypominały mu te, przez które raz już wszedł. Wtedy też poznał Oruka. Wiedział, że znajdował się blisko. Zakasłał głośno, powoli się dusząc. Usłyszał także krzyki. Rozpoznał w nich głos Railiego, który wołał go po imieniu. Musiał się spieszyć.
     Parł przed siebie, nie mając już sił. Po obu stronach były drzwi. Z jednej strony widniał na nich napis „Max Bell”, więc po drugiej…  
     - Czuję zagrożenie, Kuro, wycofaj się, do cholery, póki masz jeszcze okazję – wycofać się? Ale dlaczego? Tutaj, gdzie jego strach się zaczął, też i tutaj się skończy. Miał ku temu okazję, więc dlaczego nie? Dlaczego?
     Chrzanić niebezpieczeństwo, chrzanić kogokolwiek, kto chciał go w tej chwili zatrzymać. I chrzanić Garrego, że w ogóle przystawiał się do jego ukochanej! Kuro widząc na drzwiach nazwisko „Elliot”, zamiast „Ring”, wkurzył się i uderzył gołą pięścią w ten kawał dechy. Wgięło się pod ciężarem ciosu.
     - Ona nie była twoja, psycholu! - krzyknął. Złapał za klamkę i wszedł do środka. Tym razem bez wahania. Bez zastanawiania się, zbędnych zamyśleń. Wparował do środka, a żar w jego sercu był mu przewodnikiem. Trzasnął za sobą, zaciskając pięści. I stanął.
     A naprzeciw mu wyszła wysoka, blada postać. Uśmiechała się.
     - W końcu się widzimy, Kuro – zaskrzeczał, głaszcząc się po brodzie – Już myślałem, że do tego nie dojdzie – był całkowicie zdezorientowany. Teraz już sam nie wiedział, czego się spodziewał, wchodząc tutaj. Może, liczył na spotkanie z duchem Elliota? Że go przegoni stąd, a to zażegna jego problemy? Całkowicie zapomniał w pewnym momencie o prawdziwym celu jego pobytu tutaj. Dał się zmanipulować swoim własnym demonom. Dopiero ta przerażająca kreatura go opamiętała. Tylko niestety był już w potrzasku.
     - Jesteś Utopkiem, prawda? - zająknął się, patrząc w jego żółte ślepia. Miał wyjątkowo powolne ruchy. Pokiwał głową.
     - Czy ty naprawdę sądziłeś, że zobaczyć tutaj tego starego zboczeńca i będziesz mógł się zemścić na nim? - przeraziło go to, że on dosłownie czytał jego myśli. Czuł, jak jego płuca znowu ciężko pobierały tlen, z tym że nie było to spowodowane ciemnym dymem, smołą, która osadziła się na korytarzu. Jego własny strach mu je obciążał – Kuro. Myślałem, że nie jesteś idiotą.
„Nie daj mu się sprowokować, on tylko na to czeka!” Chłopak powoli zatracał swoją świadomość między tym, co się dzieje teraz, a głosem w jego głowie… „Jeśli dasz radę, zrań go chociaż trochę Kuronagim!” Demon zaśmiał się ironicznie i rzekł.
     - Twój cichy przyjaciel, coś bełkocze, ale nie pozwali mi się usłyszeć, więc… - poderwał się zbliżając ku niemu. Działał instynktownie – pozwól… - Nie dokończył, bo w tym momencie jego wargę przeciął Kuro, mijając go. Nie prysnęła żadna krew, ani nic, co chociaż by ją przypominało. Rozzłościło to Utopka. Teraz warknął na Kuro, a ten zapytał odważnie.
     - Jaki jest twój… wasz cel?! - trzymał naprzeciw siebie miecz, ostrzem w jego stronę. Popatrzył na niego zdziwiony.
     - Nasz…? W sensie Kultu Demonów? Ha, ha! Chcesz wiedzieć? - przez głowę chłopaka przeszła myśl, czy on tu przeżyje – Więc patrz! - to powiedziawszy, odrzucił jego oręż z potężną siłą i rzucił się na niego.

     Tym czasem Raily i Roy błądzili wśród ciężkiego dymu i szukali Kuro. Dwa razy po drodze się zatrzymali. Za pierwszym razem, kiedy usłyszeli dziecinny krzyk. Było to jakiś czas po udaniu się w pogoń. Chłopak chciał zawrócić, ale zatrzymała go Roy. Po raz kolejny wmawiając mu, że muszą najpierw znaleźć Kuro.
     W żadnym wypadku nie był to przejaw jakiejś empatii względem rywala. Był to kolejny powód, aby popastwić się nad nim. W końcu, mogłaby wyciągnąć konsekwencje, na przykład za niesubordynację względem dowodzącym. Gdyby się postarała, groziłoby mu nawet los w Pandemonium, co niezmiernie ucieszyłoby ją. A jeśli umrze, to co za pożytek z tego? „Tylko jakiś robal zostanie rozdeptany” - ta myśl wywołała u niej sadystyczny uśmiech.
     Przy drugim razie, usłyszeli potężny trzask i huk. Raily – a przynajmniej tak mu się wydawało – rozpoznał w nim skrzypnięcie drzwi. Dziewczyna popatrzyła na niego, udając przerażenie.
     - Myślisz, że to…?
     - Tak. Tak właśnie myślę – złapał za amulet, zwisający mu z szyi. Czując małą kulkę, poczuł się nieco pewnie. Jego moc zawsze dodawała mu sił.
     Nie zastanawiali się za długo. Kierowali się w zasadzie tą samą trasą co Kuro, ale z każdym kolejnym krokiem zdawało się, jakby atmosfera coraz bardziej się zagęszczała. Nic nie było widać. Ciężko było złapać oddech.
     - Złap się mnie – powiedział Raily i nabrał ostatek powietrza do ust. Zacisnął wargi, a drugą rękę wyciągnął przed siebie. Po omacku wędrowali jeszcze jakiś czas. W ciszy, bez zbędnego tracenia tlenu. Chłopak szukał jakiejś, ściany, może znalazłby rozwidlenie. A może nawet dojście do Kuro. Zamiast tego, brnął przed siebie, a płuca powoli się zaciskały. Zaczynał się dusić.
     Ale nie tylko on cierpiał. Roy jako pierwsza puściła i zaniosła się okropnym kaszlem. Zaczęła słabnąć. Raily to wiedział. Czuł, jak jej ręce wiotczeją, a krok coraz to spowalnia. W końcu on też nie wytrzymał. Masy ciemnych smug wpadały do ust, a z nim prosto do płuc. Wystraszył się w pewnej chwili, że oni tu umrą. Histerycznie wręcz, zaczął machać ręką, aby chociaż opuszkami czegoś dotknąć. Aż nagle, gdy zapowiadała się katastrofa, poczuł, jak do jego dłoni wpycha się gałka. Nawet nie chciał sprawdzić czy to na pewno są drzwi. Odruchowo wręcz pochwycił ją mocno i przekręcił. Naparł przed siebie i wypadli obaj na prosty, długi korytarz.
     Leżeli przez chwilę na podłodze krztusząc się, kaszląc, nabierając bardzo szybko powietrza. Raily przeczesał swoje rude włosy i dopiero wtedy zauważył, że cały był spocony. Krople spadały z jego czoła jedna za drugą. Coś potężnie walnęło. Oboje obrócili się na plecy i zobaczyli, że drzwi same się zamknęły. Na środku, wymalowane było nazwisko „Bobby Franck”
     - Co…? To niemożliwe... - szepnął sam do siebie, nad wyraz wycieńczony gonitwą z czasem. Jak do cholery znaleźli się tutaj, w całkowicie innym miejscu. Przy tej samej celi, gdzie ostatnio zaczęli.
     Położył swoją głowę na chłodnej, wilgotnej posadce. Tam, gdzie teraz się znajdowali nie było ani grama trującego, ciężkiego powietrza. Było bardzo przejrzyście, choć tak jak wcześniej, przyświecały im niemal wypalone żarówki, które oddawały zielonkawe światło. Jego wielki potężny miecz gniótł go w plecy.
     - Raily, wstawaj! - dziewczyna zerwała się nerwowo na równe nogi. Popatrzył na nią wystraszony. Wskazywała palcem drugi koniec korytarza. Odwrócił w tamtą stronę głowę i ujrzał w otwartych drzwiach mężczyznę o przyciemniałej karnacji. Różniła się ona od tej, która dominowała w tych rejonach. Raily słyszał historie, że na południu ziemie zamieszkiwali ludzie, całkowicie czarni. Było to dla niego nowość, trochę fascynacji jak i niepewności. Na ciele miał wymalowane białe pasy, układające się w dziwne kształty. Skóra jego była przypalona, wręcz odchodziła od ciała. Czarne włosy zaczesane do tyłu i czerwone oczy, spoglądające w ich stronę – Raily, kurwa, wstawaj!
     Nie było potrzeba dwa razy powtarzać. Podniósł się, zataczając się jeszcze z przemęczenia i wyciągnął z pochwy swój miecz, prawie dwa razy dłuższy niż od przeciętnego Łowcy. Roy także chwyciła za oręż i stanęła w bojowej pozie.
     - Kim jesteś i czego chcesz? - zawołał chłopak, mierząc ostrzem w stronę obcego mężczyzny. Ten zaśmiał się, odsłaniając zżółkniałe zęby.  Wyciągnął na bok swoją rękę, ściskając dłoń w pięść. Coś błysnęło za nim, a wtedy wyłoniła się stamtąd grupa potworów. Rogate bestie, przypominające psy. Tylne łapy były trochę chudsze od tych potężnych, muskularnych, na których się wspierały. Mordę okalały rogi. Serca obojga wojaków podskoczyły do gardeł. Był to pierwszy raz, kiedy stanęli naprzeciwko ma’hom.
     - Pozdrowienia od Kultu Demonów, Święci Łowcy. Wasz przyjaciel już żegna się z życiem – Raily nie chciał w to wierzyć, ale gdy zobaczył, że mężczyzna pokazuje w ich stronę zegarek kieszonkowy Kuro, odrętwiał. Wszędzie rozpoznałby to pięknie wygrawerowane, fioletowe M na klapce, zrobione przez starego Magellana. Jeszcze usłyszał wrzask swojego przyjaciela. Krzyk agonii i niezwykle okropnego bólu. Do tego, ciążyła nad nim jedna rzecz. Mianowicie…
     - To było waszym celem tak? - Nie żadna zemsta na Kuro. Czy naprawdę wierzyli przez ten czas, że grupa demonów i okultystów zawracałaby sobie głowę tak bardzo przyziemnymi sprawami jak zemsta? Znikające dzieci, pojawienie się Utopka oraz milczenie Kultu… powoli wszystko układało się w całość. Nic nie działo się przypadkiem tutaj. Oni chcieli zdobyć jego zmieniacz czasu. Musieli się o nim dowiedzieć, najpewniej po śmierci Sallosa.
     A na dodatek, oszukali nas jak dzieci – pomyślał. Ugryzł się w wargę, aż popłynęła krew. Patrzył na nich gniewnie, a półnagi mężczyzna się zaśmiewał.
     - Zabić ich! - wydał rozkaz, a wtedy, z jednej z celi wypadła trójka adeptów. Wszyscy zdyszani i zmęczeni.
     - Goniły nas… ogromne kundle… z rogami – zaskrzeczała Etna, widząc swoją mistrzynię. Patrzył na nią błagalnym wzrokiem, a ona nie wykazywała żadnych emocji. Spojrzała tylko wymownie na Railiego. Cała trójka popatrzyła w drugą stronę i widząc potwory, które chyba przypominały te co ich goniły, podniosła się, jakby ich poparzyło. Mężczyzna zniknął w portalu, ale ten się nie zamknął. Najprawdopodobniej mieli oczekiwać kolejnych gości. Pierwsza bestia ruszyła, a za nią kolejne.
     Raily złapał za swój amulet wypowiadając trzy, niezrozumiałe dla reszty słowa, ale które spowodowały, że strużka światła otoczyła jego dłoń. Przygotował się i zamachnął w taki sposób jakby rzucał piłką. Wiązka światła zataczała koła, wydłużając się i zmieniając swój kształt na podobny do ostrza. A gdy przecięło ono bestię w pół, chłopak zawył i ruszył przed siebie. A zaraz za nim reszta Łowców.
9
     Kto by pomyślał, że za drugą ścianą, Krieg miał zmierzyć się z naprawdę ciężkim zadaniem. Musiał wspiąć się po drzwiach, łapiąc się czegokolwiek, co napotkał, a później przejść po suficie, by dotrzeć do tych jednych, które mogły zaprowadzić go do reszty.
     Za długo nie rozmyślał nad konsekwencjami, tylko jak zawsze – pobiegł on prosto przed siebie, wyskoczył w odpowiednim momencie i zaparł ręce o wybrzuszenie. Momentalnie końcówki palców zaczęły go piec, ale nie poddawał się. To było jedna z jego cech, a zarazem zaleta, że nawet gdyby do celu dzieliło go obdarcie ze skóry, Jhon Krieg był w stanie się tego podjąć. Podciągnął się wystarczająco wysoko, aby zaprzecz stopę o klamkę niżej, po czym złapał tą wyżej. Spojrzał za siebie, co dla wielu mogło skończyć się źle. Tylko że jemu to pomogło. Poczuł w sobie zastrzyk adrenaliny, a po ciele przeszło uczucie ekscytacji. Dzięki jednemu skoku, znajdował się prawie że dwa metry nad ziemią.
     Nie został w tej pozycji długo – między innymi dlatego, że było mu niewygodnie. Wspinał się dalej. Korzystał ze wszystkiego, o co mógł się zaprzeć, czego mógł się złapać, aby brnąć ku górze. Zbliżając się ku celu, coraz lepiej słyszał odgłosy walk. Domyślał się, że dobiegały one zza tych drzwi, z których kapała krew.
     Kolejny kamień milowy – Teraz znajdował się grubo ponad cztery metry i powoli sięgał sufitu. Stanął na równi z trzecim rzędem drzwi. Ostrożnie, uważając na każdy ruch, obrócił się w przeciwną stronę. Zanim to zrobił, niespodziewanie pochwyciła go blada ręka, przyciągając do siebie. Zaczęła go dusić. Przebiła się nawet drugą, aby sobie pomóc. Mężczyzna słyszał pojękiwanie i oszalały śmiech za sobą. Jakaś zmora syczała mu prosto do ucha. Nie mając przy sobie żadnego, małego nożyka, Krieg zdecydował się wbić swoimi ostrymi zębami skórę tej kreatury. Nikt nie mógł znieść takiego bólu. Uścisk momentalnie się zwolnił, ale on trzymał jeszcze przez jakiś czas. Zdążył odpuścić, zanim to coś wyrwało by od niego rękę. Razem z jego zębami.
     Wsunął szybko swoją rękę w jeden z otworów, które zrobiła zmora, bowiem czuł, że zaraz runie na dół. Przez to, zobaczył, że podłoga zniknęła i teraz spoglądał prosto w głąb ciemnej nicości. Coś trzasnęło i zaskrzypiało. Przeraził się. Domyślał się, że przez swój ciężar, drzwi zaraz wylecą z zawiasów. Popatrzył przed siebie i zobaczył na suficie wystającą, zdradliwie wyglądającą klamkę. Nie miał wyboru.
     Skoczył przed siebie, a za nim drzwi zerwały się z mocowań i spadły w dół. Chwile tak dyndał, aż zdecydował się przejść dalej. Dobrze zrobił, bo tym razem to klamka poleciała. Krieg cały był spocony i zdenerwowany. Był w naprawdę nieciekawym położeniu, a jego serce biło coraz szybciej. Do tego obślizgłe dłonie coraz bardziej popychały go do tego, aby i on spadł.
     - Cholera, nie teraz – zaklął. Wyglądał za swoim celem, a kamień spadł mu z serca, kiedy uświadomił sobie, że to, czego on szuka znajduje się niedaleko. Dokładniej były to drugie drzwi od jego miejsca położenia.
     Szkoda było tracić czas na przemyślenia i odpoczynek. Zmobilizował się, aby przebrnąć przez tą katorgę. Łapiąc za właściwy uchwyt poczuł błogą ulgę. Czuł się jak w domu i to go zgubiło.
     Ostatkiem sił otworzył przejście, ale to spowodowało, że rączka wyśliznęła mu się z dłoni. Zaczął spadać. Przeraził go fakt, że spływało na niego jedyna rzecz, która go przerażała – krew. Wpadł w panikę. Przestał już działać racjonalnie, a kiedy czerwony płyn prawie go dotykał, zaczął się wić ze strachu. Cały czas odtrącał od siebie myśl, że on naprawdę zaraz zostanie oblany krwią.  
     Zanim się zorientował, że dźwięki walki stają się coraz to głośniejsze i wyraźniejsze, niczym kula z armaty, został wyrzucony na korytarz. Oba miecze u jego boku wyleciały z pochw, ślizgając się po powierzchni. Krieg oddychał nerwowo patrząc na siebie, czy aby nie ma na sobie choćby kropelki okropnej cieczy. Nawet instynktownie próbował ją zetrzeć z ubrań, odrzucić – chociaż niczego tam nie było. Raily tnąc kolejną bestię, odsunął się i spojrzał w stronę kamrata. A wtedy odezwała się kobieta, której głos dudnił w uszach zgromadzonych Łowców. Roznosiło się przeraźliwe echo.
     - Nie wiedziałam, że taki dzielny wojownik, jak ty boi się czegoś, czego w swojej pracy musi się dość dużo naoglądać – Krieg popatrzył przed siebie. Wyglądał teraz jak zbity pies, który patrzy smutnymi oczami na swojego pana-tyrana. Widząc, z kim miał do czynienia, przeszły go ciarki, ale także niezmierzona fala gniewu, która za moment miała znaleźć swój upust – Żałosny człowieczek z ciebie, Jhonie Krieg – zaniosła się śmiechem, a mężczyzna wstał, łapiąc w obie dłonie swoje miecze, z którymi się nie rozstawał, odkąd wstąpił do Łowców. Zacisnął zęby. Wkurzało go to, że ta suka drwiła z jego fatalnej przypadłości.
     Jednak tak samo jak wcześniej, kiedy zaczął wspinaczkę w tym dziwnym pokoju, tak i teraz odczuwał ogromną ekscytację, że mógł zmierzyć się z marą. Tym razem tą prawdziwą.
10
     Dla Kriega, w takim momencie liczyła się każda wolna chwila. Każda sekunda, którą mógł poświęcić na dedukcję i przypomnienie sobie charakterystyki tego dziwnego gatunku wampira.
     Mara powoli szła w jego stronę, stąpając lekko z nogi na nogę. Był to chód pełen wdzięku i spokoju. Bardzo typowe dla jej rasy. Nie słynęła ona z nadzwyczajnej prędkości. Chyba że… - urwał myśl.
     Krieg miał jeszcze sporo czasu na przygotowanie się. Zdecydował się, że do tej walki posłuży się tylko jednym mieczem. Obrócił go sprawnie w ręce i wycelował w stronę oponentki. I to był błąd, że nie ruszył od razu, ponieważ nim się obejrzał, wampirzyca trzymała w dłoniach głowę Urge’a, zachwycając się jej pięknem. Krew bryzgała z jego opadającego na ziemię ciała, chlapiąc we wszystkie strony. Parę kropel padło na jej ciało, co podnieciło kobietę.
     Chyba że wyczują ludzką krew – dokończył i zaklął. Zamiast najpierw działać, ten poświęcił za dużo na przypomnienie sobie podstawowych informacji. Ugryzł się w wargę i pobiegł przed siebie. Raily oraz Roy stali jak wryci, przestraszeni. Sammuel chyba wpadł w panikę, bo skulił się przy ścianie, wrzeszcząc w niebo głosy. Omal przez to Raily nie przypłacił życiem, ratując go przed rozwścieczoną ma’hą.
     Tylko Etna, butna, arogancka, ale po uszy zakochana w Urge krzyknęła z rozpaczy. Łzy spływały jej po oczach. Nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji i zlekceważyła ją.
     - TY PIZDO! - ta nie zareagowała. Patrzyła nadal w puste oczy chłopaka – ZABIJĘ CIĘ, TY SZMATO! - Krieg nie zdążył. Był za daleko, aby jej pomóc.
     - Kobiecie nie przystoi tak mówić – to powiedziawszy, w mgnieniu oka znalazła się obok niej. Zgniotła jej żebra stopą, wgniatając ją bardzo głęboko. Etna splunęła na podłogę, krztusząc się własną krwią. Postawiła nogę z powrotem na ziemię i zlizała z warg Etny cieknąca ciecz – Coś za mało… - skwitowała, po czym rozcięła szyję dziewczyny. Runęła na podłogę, zastygając w bezruchu – No! Teraz o wiele lepiej – uśmiechnęła się, widząc czerwone smugi na ścianie, oraz rosnącą kałuże obok martwego ciała.
     Jej aura momentalnie się zmieniła, co zauważył tylko Krieg. Spojrzała w stronę mężczyzny swoimi połyskującymi, czerwonymi oczami. Wiedział co to oznacza. Bowiem kiedy mara wyczuje obojętnie w jaki sposób krew swoich wrogów, od razu staje się szybsza. Jej prędkość jest wręcz niezauważalna, niemożliwa do opisania. Szczególnie że te ruchy przypominają teleportację.  
     Uderzyła mężczyznę potężnym kopniakiem, przez co poleciał on na sam koniec korytarzu. Trafił w drabinę przymocowaną do ściany, a jej niższa część ułamała się. Zawył z bólu, ale spróbował go przemóc. Zawołał w stronę swoich towarzyszy, co przypominało wręcz okrzyk bojowy.
     - Dajcie mi się nią zająć, a wy uratujcie Kuro! - pozostała trójka popatrzyła po sobie i zgodnie kiwnęła głową (choć oczywiście Roy nie bardzo to odpowiadało). Mara uśmiechnęła się drwiąco.
     - Głupiś – rzekła i ruszyła prosto na niego. Nie zdążyła wykorzystać okazji, ponieważ Krieg poderwał się na równe nogi. Udało mu się zablokować dwie ręce, które przymierzały się do przygwożdżenia go do ściany. Szpony kobiety przejechały po szlifowanej stali, co wydało metaliczny dźwięk. Poleciały także iskry – Sądzisz, że taki zwykły człowiek jest w stanie pokonać kogoś takiego jak ja, marę? Władczynie snów i koszmarów ludzkich? My, żyłyśmy zanim przyszliście na świat, marni ludzie! - odrzuciła go na ścianę i zniknęła. Jhon szybko oderwał się od niej, skupiając swoje zmysły. Wyczekiwał momentu, wsłuchiwał się w szum i wszelkie inne odgłosy, przy akompaniamencie uderzanej stali oraz wrzeszczących demonów. Nagle, instynkt mu to podpowiedział. Miała zaatakować od tyłu. Nie pomylił się.
     Przeszedł do ofensywy. Zamiast zablokować możliwy atak, sam zdecydował się uderzyć. Zrobił to z takim wyprzedzeniem, że mara nawet nie zdążyłaby go zranić, a jej głowa już leżałaby na ziemi. Widząc zbliżające się niebezpiecznie ostrze, odskoczyła. Nie uchroniła jednak swojego pukla włosów, które powoli opadało na podłogę. Warknęła, a Krieg patrzył na nią triumfalnie, jakby chciał powiedzieć, że to ona tutaj zginie. A to ją irytowało. Podjudzało. Żaden człowiek nie był w stanie jej zagrozić, ale teraz? Teraz czuła, że to mogło się wydarzyć.
     Rzuciła się po raz kolejny na niego, machając złowrogo rękoma. Pierwsze dwa zamachy udało mu się uniknąć, ale przy kolejnych nie obyło się bez użycia miecza. Uderzał nim, odrzucając szpony. Będąc blisko ściany, musiał odskoczyć w bok, a to wiązało się ze zrobieniem bloku. Złapał wygodnie rękojeść, a drugą dłonią przyłożył do klingi. Uderzyła z impetem, ale udało mu się ją powstrzymać. Odepchnął ją od siebie, a w takim ułożeniu przeprowadził kontratak na nadlatującą, lewą rękę. Nie była to najwygodniejsza pozycja, ale skutecznie udało mu się uniknąć ciosy, przy okazji odcinając dwa szpony. Wręcz naturalnie obrócił miecz w powietrzu, aby złapać go pewnie, a mara syknęła z bólu. Blask w jej oczach zmalał, ale Krieg nie opuszczał gardy.
     Kobieta zniknęła, ale jej prezencja nadal była wyczuwalna. Mężczyzna kręcił się dookoła, rozglądając się. Coś go popchnęło, żeby zrobił blok na lewo. Jednak mara go przechytrzyła. Faktycznie markowała uderzenie od lewej, ale zdążyła przejść na jego prawą stronę. Z całej sił uderzyła go pięścią, łamiąc mu żebro. Krew jakby sama od siebie napłynęła mu do ust, ale coś zaświtało w jego głowie i zdecydował się ją połknąć, tłumiąc swój krzyk. Mara dotykała się po piersiach, masując je. Sądziła, że to rozkojarzy Kriega – w końcu kobiecy biust był jak mięso dla psa. Pomyliła się, ponieważ jego nie dało się zdekoncentrować.
     Zaatakował pewnie, machnąwszy ostrzem na wysokości jej oczu. Zrobiła unik i znowu zniknęła. Mężczyzna skupił się na prawdopodobnie ostatnich chwilach tej walki. Miał plan, jak to skończyć. Wiedział jak, ale musiał się przemóc i wykrzesać maksimum sił.
     Rozgrywająca się niedaleko niego walka napawała go tylko otuchą, aby ją wygrać. Jeżeli wampirzyca upadnie, wszelkie iluzje stąd znikną i będą w stanie znaleźć Kuro. Prawdopodobnie reszta demonów przestraszy się śmierci mary i wróci do portalu. To tylko gdybania, ale tak mogło się faktycznie stać.
     Nadchodził atak, który tym razem zablokuje. Musiał to zrobić.
     Od przodu? Mężczyzna zmarszczył brwi ze zdziwienia. Najbardziej absurdalnym posunięciem byłby atak frontalny, ale zawierzył sobie. A wtedy, gdy przymierzał się do bloku prawą ręką, coś go tchnęło. Wytrzeszczył oczy i spojrzał w lewo. Zobaczył wątłe, przezroczyste kontury, które kierują się za niego. Chciała go przechytrzyć, ale Krieg w samą porę się zorientował. Szybki obrót na pięcie i zmiana ręki przyczyniło się do tego, że zablokował on atak. Nie czekał za długo, aby dobyć drugiego miecza, rozcinając skórę na udzie. Nie było to idealne cięcie, ale na tyle dobre, żeby wytrącić przeciwniczkę z równowagi.
     Te nagłe ruchy powodowały, że pęknięta kość raniła wnętrzności, a coraz więcej krwi napływało mu ust. Połknął ją, co obrzydziło go totalnie. Wzdrygnął się nawet, ale musiał to uczynić. Widział, że ruchy kobiety tracą na szybkości. Najpewniej przez to, że krew wysycha i traci na swojej intensywności. Nie mógł dostarczyć jej świeżej dostawy energii. Spostrzegł, że blask w jej oczach niknie, co dobrze wróżyło dla niego.
     Trzymając oba ostrza zaatakował ją pewnie. Najpierw z obu stron nadlatywały uderzenia. Po kolei, najpierw prawa, potem lewa. Każdy z nich sparowała, więc Krieg zrobił obrót, pełen gracji, krzyżując miecze. Te ciosy ciężko było blokować, nawet taki demon jak ona miał z tym problem. Przymierzając się do ostatniego cięcia, cofnął on nieco prawą rękę, luzując rękojeść. Tak jak przewidział, próbowała złapać oba miecze, uniemożliwiając mu dalsze parcie. Niestety, to on ją przechytrzył. Jak zewnętrzne ostrze złapała mocno, tak drugie wyślizgnęło się jej z dłoni. Zanim zareagowała, on zdążył wbić je prosto w jej serce.
     Wypuściła gwałtownie powietrze. Ucisk zwolnił się, więc nie zastanawiając się przygotował się do zamachu i rozpruł jej szyję. Kobieta wrzasnęła, zmieniając się w kłąb czarnego dymu, który opadł na podłogę w postaci popiołu. Krzyk rozniósł się po korytarzu. Tak jak przewidział mężczyzna, wszystkie ma’hi w popłochu wycofały się, z powrotem do portalu. Miecz, który był wbity w serce mary, upadł z brzękiem.
     A mężczyzna zwymiotował na podłogę, trzymajac się za klatkę piersiową. Przez to, że niebezpieczeństwo przeszło, mógł on pozwolić sobie na chwilę swoim ludzkim odruchom. Stękał on ze strachu, kiedy krew spływała mu z ust. Był w okropnym stanie, odczuwał ból nie do zniesienia. Oczy szkliły się od łez. Z trudem łapał każdy kolejny oddech.
     - Krieg! Chodź, pomożesz mi! - zawołał Raily, a wtedy dopiero mężczyzna usłyszał czyjeś wycie. Tak, dokładnie. Wycie. Prawie że agonalne. Ktoś teraz cierpiał sto razy bardziej niż on, a mimo to użalał się nad sobą. Ostatkiem sił wstał i ruszył w stronę towarzyszy.
     Raily wskazał palcem na jakieś drzwi. Krieg jedynie przewrócił oczami. Na dzisiaj miał zdecydowanie dość jakichkolwiek drzwi. Minąwszy ogromne cielska demonów i Roy, która stała jak wryta, patrząc na Railiego. Ledwo trzymał się na nogach. Ich spojrzenia się spotkały, a dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie. Z tym że nie pomyślała o niczym miłym. Nazwała go idiotą, że poświęca się dla jakiegoś ciamajdy. Krieg stanął naprzeciw wskazanemu przejściu i wyważył drzwi, co było ostatnim jego działaniem w tej walce. One runęły na podłogę, a zaraz za nimi on, osunął się oddychając ciężko.
     Na środku pokoju klęczała blada postać, odziana w stary kapelusz. Wgryzała się ona w ramię Kuro, aż w końcu udało mu się je oderwać. Wszyscy trzej, ponieważ Sammuel nadal siedział pod ścianą całkowicie przerażony, że nie zauważył co się dzieje wokół, patrzyli na tę scenę z przerażeniem. Raily wystąpił pierwszy i chciał zaatakować, ale ktoś złapał go od tyłu za ręce, przyciągając do siebie. Był to ten sam mężczyzna, który przywołał demony. Szepnął mu na ucho, żeby się nie wiercił bo go zabije. Nie musiał dwa razy powtarzać, bo i tak Raily nie miał siły na wyrywanie się.
     Utopek odrzucił nieruchome ciało Kuro, wraz z oderwaną ręką na bok. Stał on teraz naprzeciw nim. W tej pozycji wydawał się znacznie wyższy. I bardziej przerażający.
11
     ~Wędrując wśród obłokach swego umysłu, Kuro musiał podjąć ważną dla siebie decyzję. Coś, co mogło uchronić go przed śmiercią i nieznanym. Ale czy jest to warte ceny?~

     Kiedy na zewnątrz odgrywała się ostateczna scena, a ważne decyzje były podejmowane, Patrick cały czas czuwał nad ciałem swojego druha. Wsłuchiwał się w odgłosy walki, krzyki, płacze. Serce krajało mu się na myśl, co mogło tam się dziać i po raz pierwszy w życiu żałował, że nie posłuchał się starszych. Szczególnie, że zignorował prośbę swojego przyjaciela. Znajdowali się w niebezpieczeństwie. W śmiertelnym niebezpieczeństwie.
     Nagle David ocknął się, podrywając do góry. Patrick trzymał jego głowę na kolanach, aby go nie zmroziło. Podłoga była zbyt wilgotna i chłodna. Mógł się pochorować, ale w sumie, czy to było najgorsze w porównaniu do tego, że jeśli wyjdą z tamtego pokoju, mogą zostać momentalnie zabici?
     - Co się dzieje, Patrick? - spytał, patrząc na niego. Nie odpowiedział mu od razu. Podniósł lekko brwi, namawiając go, żeby spróbował powiedzieć tyle, ile pamiętał. Dav pomyślał chwilę i kontynuował – pamiętam, że weszliśmy tutaj,a jakaś zboczona kobieta rzuciła się na nas…
     - To dobrze pamiętasz, przyjacielu… Zaatakowała nas co prawda iluzja, ale niezmiernie się wystraszyłeś i zemdlałeś – wstał, prostując kolana. Obrócił się i zobaczył, że ktoś stoi w drugim kącie. Obserwował ich – David, wstawaj! - złapał go za pachy, pomagając mu stanąć na nogi. Obcy tylko wyciągnął ręce przed siebie w obronnym geście.
     - Spokojnie, nie zrobię wam krzywdy! Przyszedłem was uratować i waszego przyjaciela również – zaintrygowało to Patricka, który momentalnie opuścił gardę i słuchał z zainteresowaniem.
     - Przyjaciela? Masz na myśli Kuro? - zapytał, a mężczyzna pokiwał głową. Popatrzył na Davida. Zdziwił się, gdy widział w jego oczach podobny blask do jego. On też momentalnie zaufał temu człowieku, choć znali go nie więcej niż minutę. Miał w sobie coś, co przypominało im dawne lata. Pewną nutkę nostalgii i tęsknoty – to też mogło przyczynić się, że zgodzili na współprace.
     - Znajduje się on teraz w wielkim niebezpieczeństwie, ale możemy go uratować – chwilę milczeli, aż w końcu Patrick zażądał, aby prowadził – musimy  być bardzo cicho. Na zewnątrz jest jeszcze Utopek i może on nas usłyszeć.

     Wyszli na korytarz, który w żaden sposób nie przypominał tego, do którego weszli na początku. Był długi i prosty, bez żadnych rozwidleń. Na jego końcu zobaczyli grupkę ludzi stojącą w bezruchu. Gapili się oni na siebie. Kłócili się.
     - Roy… - powiedział rudowłosy, którego przygwoździł jakiś mężczyzna o brązowej karnacji – proszę cię, złap za ten cholerny miecz i zabij go! Proszę uratuj Kuro! - na dźwięk jego imienia, obaj chłopcy zaintrygowali się. Wsłuchiwali się teraz z jeszcze większą uwagą.
     - Uratować Kuro? - zapytała z wyraźną pogardą w głosie. Prychnęła – Mam poświęcać się dla jakiegoś gnoja? - w Davidzie się coś zagotowało. Spojrzał za siebie, a oczy zaświeciły mu zawistnie. Zobaczył leżący, srebrny miecz. Wycofał się powoli i złapał za niego. Roy w tym czasie kontynuowała obelgi – Po cholerę mam ratować jakiegoś robala, który przy pierwszej lepszej okazji zdechnie?
     David w pewnym momencie zatracił się w swojej głowie. Przestał myśleć racjonalnie, a pozwolił zapanować nad sobą żądzą krwi. Wkurzało… nie no. Wkurwiało go, kiedy ktoś poniżał jego przyjaciół. Znał tę kobietę, wiedział, że ma swoje problemy i wyładowuje je na słabszych od siebie, czyli dzieciach. Wiedział też, że nienawidzi Kuro. Może z zazdrości, że był blisko Ceasera, choć nie starał się tak bardzo jak ona?
     Nie. To nieprawda. Mylił się tym razem. To ONA się w ogóle nie starała. Dla niej zabić, to była jedyna opcja. Nie obchodziło ją nic, ani nikt. Liczyła się tylko ona.
     - Nie zgrywaj głupiej… Roy. On jest słaby! Widzisz, że ledwo chodzi! - wrzasnął Raily, patrząc to na nią, to na Utopka, który powoli kroczył w ich stronę – Kurwa, Roy zrób coś!
     - To ty jesteś głupi, Raily – odparła, nie przejmując się jego prośbami. Stała wyprostowana, zbyt nienaturalnie. Miecz, który trzymała wyrzuciła pod jego nogi – Wiesz co ci powiem? Żałośni jesteście wszyscy – mówiąc to, nie była świadoma, że kara się do niej zbliża. David, przepełniony już złością i chęcią zemsty, szedł powoli ku niej, trzymając mocno rękojeść. Patrick nawet nie był w stanie go powstrzymać. On sam żywił urazę do kobiety. Widząc jego poczynania, poczuł okropną satysfakcję. To był chyba pierwszy i ostatni raz, kiedy okazał nieludzką sympatię do morderstwa – Użalacie się nad jakimś chujem, który nic nie potrafi. Nic! Potyka się o własne nogi i wiesz co? Nawet lepiej będzie, jeśli tutaj zdechnie!
     - Mylisz się, dziwko – złowrogi głos zabrzęczał zza pleców dziewczyny. David pochwycił jej włosy i wbić ostrze, przebijając ją na wylot. Celował prosto w serce – to ty tutaj zdechniesz!! - Wyjął je, aby zrobić to samo, tyle że tym razem, mierzył, aby przebić jej płuco.
     Oczy dziewczyny zaszły mgłą. Upadła podłogę zanosząc się kaszlem i oblewając się krwią. Patrick razem z tajemniczym mężczyzną podbiegli do niego, zabierając z jego dłoni miecz. Akcja nabrała rozpędu.
     Ciemnoskóry mężczyzna popchnął Railiego do przodu, przez co upadł z łoskotem. Z celi, wyłonił się Utopek, który patrzył na chłopaków uśmiechnięty. Na zębach widniała jeszcze krew. Zwrócił się do obcego.
     - Jesteś pewien Oruku, że chcesz nas zdradzić? – Patrick popatrzył na mężczyznę  obok. Z jego wypowiedzi wynikało, że ten cały Oruk współpracował z Utopkiem i resztą demonów. A teraz oni, pomagali jemu. Ten, widocznie zniesmaczony pytaniem, warknął
     - Jestem pewien. A teraz, uciekaj do swojej dziury! Nawet ty nie jesteś niepokonany – po tych słowach, Utopek razem z tamtym mężczyzną, zniknęli w portalu, który ostatecznie się zamknął.
     Stali tak przez chwilę, najpewniej nie wiedząc co dalej. Roy powoli umierała od wykrwawienia, Krieg leżał z połamanym żebrem, a Raily zaniósł się płaczem i powoli czołgał się w stronę dziewczyny. Coś mamrotał pod nosem, ale nie byli w stanie rozróżnić słów.
- Ratujcie go do cholery, on ma odgryzioną rękę! - zawołał ktoś z celi. Nie był to żaden z tych, którzy znajdowali się razem na korytarzu. Oruk popatrzył na chłopaków. Pobiegł tam, a zaraz za nim David i Patrick, mijając ostrożnie poległe ciała. Kiedy weszli do środka, zobaczyli przy ścianie Kuro, trzymającego swoje prawe ramię jak przedmiot. Jego oczy były całe czarne,a głos nie przypominał tego, który znali. Uzmysłowili sobie, że patrzą teraz na inną osobę. Kogoś, kogo nie znali.
     - Jesteś Xen, prawda? Co się dzieje? - zapytał Oruk zbliżając się do Kuro. Kiedy go dotknął, zawył z bólu.
     - Nie pytaj się, głupi Wędrowcze, tylko zabierz mnie do fioletowo-włosej wiedźmy. Każ jej odprawić rytuał wstąpienia! Arrgh! Rób to kurwa, bo on umrze!
     - Opętałeś go? Przejąłeś jego ciało? – dopytywał, a w tym czasie Patrick popatrzył wymownie na Davida. Domyślali się o kogo chodzi i wiedzieli też, gdzie mogą ją znaleźć.
     - Taaak… ale on się na to zgodził! To go uratuje! Będę w stanie wtedy przyszyć z powrotem jego ramię, tylko błagam! Pospiesz się!
     - Ale gdzie ja znajdę tę wiedźmę? - zapytał, a odpowiedzi od razu udzielił mu Patrick, który zalewał się łzami.
     - Znajduje się w domu dziecka. Domostwo pani Jane. Ostatni raz tam ją widzieliśmy… przyszła dać leki naszej przyjaciółce, może tam jeszcze została… - Oruk patrzył na nich spokojnie. Wyszeptał coś pod nosem i machnął ręką. Momentalnie otworzył portal. Wziął Kuro na ręce i miał już przechodzić, kiedy zatrzymał się i kiwnął głową na drzwi.
     - Weźcie też tego poturbowanego, co leży przy ścianie. Jemu też pomożemy. A reszta… - zamilkł na chwilę, wsłuchując się w pojękiwania Railiego – da sobie radę.
     Obaj chłopcy pomogli wstać Kriegowi, który już ledwo kontaktował. Był cały spocony i ociężały. Musieli mu pomóc stawiać kroki. David spojrzał za siebie, patrząc na rudowłosego mężczyznę. Płakał bardzo głośno. Przytulał do swojej piersi wiotkie ciało dziewczyny. Dopiero teraz mogli go usłyszeć, jak mówi:
     - Czemu mnie zostawiłaś? Kochałem cię… mieliśmy razem spędzić życie!… A ty teraz tutaj leżysz, nie odpowiadasz mi. Dlaczego mi nie odpowiadasz? Przecież zależało nam na sobie… Proszę Roy, wróć do mnie… - Oruk, Patrick, a szczególnie David mieli miny pełne strachu i bólu. Krzyk Railiego tak oddziaływał na ich psychikę, że sami byli bliscy płaczu. Tego ostatniego opuściła złość i dopiero teraz odczuwał żal i wstyd, że poszedł o krok za daleko. Zabił, w obronie swoich bliskich. Tylko czy było to konieczne?
     Niestety, taka kolej rzeczy. Ktoś musi umrzeć, aby drugi mógł żyć. Trzeba się z tym pogodzić.

Dodaj komentarz